Pokazywanie postów oznaczonych etykietą encyklopedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą encyklopedia. Pokaż wszystkie posty

 



Ale tak. Rzadko. Prawdopodobnie w przypadku jeden na sto. Można czy nie można, a jeśli można – to kiedy…? Do tego wrócę na samym dole, najpierw jednak zacznijmy od tego, dlaczego lepiej nie skakać.

aktualizacja: 04.10.2023


Choć podstawami dotyczącymi poprawnego zapisu dialogów zajęłyśmy się na WS [TUTAJ], w międzyczasie w obrębie tego tematu odkryłyśmy kilka nieścisłości, które warto byłoby doprecyzować. Dlatego postanowiłyśmy poprzedni artykuł przemianować skrótowcem, a w tym – omówić przypadki wyjątkowo kłopotliwe i mogące budzić wątpliwości.



Od praktycznie samego początku działania WS, gdy nasze szeregi jeszcze zasilały oceniające, które zapoznały nas z techniką deep POV (i które gorąco pozdrawiamy!), termin ten w ocenach przewija się regularnie. 
W ramach ćwiczenia własnego warsztatu oraz chęci ściślejszego zagłębienia się w teorię właśnie na potrzeby portalu – a więc dla was, drodzy autorzy – Skoia uzyskała dostęp do wielu, głównie anglojęzycznych vademecum i porządnie zasięgnęła języka. Dziś wreszcie może przybliżyć wam dokładnie, z czym to się je – w miarę przystępnie i w oparciu o rzetelne źródła oraz przykłady.
Do rzeczy!










Pod wpływem natchnienia, o którym pisałam w części pierwszej [TUTAJ], znacznie łatwiej jest spłaszczyć historię – robić szybki first draft i eksponować, zamiast pokazywać. W czasie takiego relaksacyjnego pisania korzystamy z samego faktu tworzenia – tego, że słowa jakoś wypadają, sklejają się, dają efekt bardziej lub mniej zamierzony – chcemy napisać jak najwięcej, dotrzeć fabularnie jak najdalej; często też celowo spieszymy się do ulubionego momentu (a najlepiej zakończenia). A im bardziej się spieszymy i odpływamy, tym większe głupoty piszemy.
Jeśli więc w ogóle piszesz bez planu i czerpiesz z tej rozkoszy – o ile nie jesteś Cudownym Dzieckiem – prawdopodobnie już wkrótce zaczniesz przepisywać swój tekst zupełnie od nowa, tym razem przyglądając się fabule i jej strukturze: scenom oraz bohaterom, którzy się w nich poruszają. Zdarza się jednak, że i mając przygotowany ogólny zarys fabularny, prędzej czy później odezwie się w tobie leniwiec, który będzie próbował skusić cię, by iść na skróty… Jak mu się poddasz raz, drugi i trzeci – przegrywasz.
Jakie są więc objawy leniwego pisania? – Znaki, po których możesz rozpoznać, czy lenistwo zwiodło cię na pokuszenie? Oto najpopularniejsze objawy leniwych rozwiązań fabularnych:


Czyli o tworzeniu opisów w narracji personalizowanej deep i limited POV, a przy okazji o zręcznym przemycaniu opisów wyglądu postaci. Z góry chciałabym się usprawiedliwić, że nie uważam się za eksperta, bo moje doświadczenie redaktorskie jest skromne, a mój sposób/styl pisania nie jest jedynym słusznym. Ale być może osoby, które dopiero zabierają się za pisanie, będą mogły wyciągnąć z tego poradnika kilka przydatnych uwag.



„Zastanówmy się, skąd u ciebie ten lazy writing…”

Być może nie domyślasz się bądź po prostu nie wiesz, co mam na myśli, korzystając z tego określenia w ocenie. Już tłumaczę. :)

Lazy writing to pojęcie, które w różnych źródłach internetowych (w tym głównie angielskich poradnikach kreatywnego pisania) dotyczy przede wszystkim fabuły – uproszczeń, które sprawiają, że napięcie nie istnieje, a wprowadzone rozwiązania fabularne zawierają luki. Zgadzam się z taką definicją, jednak uważam, że spokojnie można by ją jeszcze uzupełnić.

Pozwoliłam więc sobie podzielić ten termin na dwie grupy i na tej podstawie stworzyć dwa osobne artykuły – przybliżyć nie tylko leniwe rozwiązania fabularne, ale również wytłumaczyć, co kryje się pod hasłem: leniwy styl. W końcu nawet najciekawszą fabułę z zadatkami na zbudowanie niepowtarzalnego klimatu można zepsuć nudzącą ględą, prawda? Zacznijmy od początku.


Skąd się bierze leniwe pisanie?

Łatwiej jest przelać pomysły na papier, kiedy jesteśmy zrelaksowani i nic nas nie hamuje, wypełnia nas wena. Tworząc bez napięcia, na luzie, pozwalamy słowom wypływać swobodnie, a widząc kolejne zapisane akapity, wzmacniamy inspirację, stajemy się produktywniejsi i odczuwamy radość. Ale… na tym właściwie plusy się kończą.

Najczęściej pod koniec takiej swobodnej pracy usatysfakcjonowani stwierdzamy, że wszystko gra. Mamy tekst, więc przelatujemy go wzrokiem i z każdym spojrzeniem na te kilka stron rozpiera nas duma. Dopiero następnego dnia (lub jeszcze później) ze sporym zdziwieniem możemy zauważyć, że ten rozdział to... w sumie nie działa aż tak dobrze, jak początkowo sądziliśmy. Pal licho, jeśli dostrzeżemy to sami – gorzej, jak zdążyliśmy już wrzucić go na bloga i zauważyli to czytelnicy.




Każdy napisany pod wpływem weny twórczej fragment wymaga dopracowania – gdy natchniony wieszcz, dzięki któremu stworzyliśmy tych kilka stron, idzie spać, do głosu powinniśmy dopuścić jeszcze redaktora, którego również gdzieś w głębi siebie skrywamy. To on nas dyscyplinuje i pozwala wycinać głupotki, nadaje flow scenom dynamicznym i srogo opieprza, gdy za mocno popłynęliśmy. Dajmy mu wolną rękę, bo to nasz zdrowy rozsądek.

Negatywne lenistwo w literaturze skutkuje pisaniem na szybko, bez czytania po czasie na spokojnie tego, co stworzyliśmy. Łączy się z brakiem obiektywizmu. Stylistycznie pod wpływem weny potrafimy odlatywać w stronę zachodzącego słońca – udowaniać sobie, jak kreatywni i mądrzy jesteśmy, bo używamy niczym zamiast jak i w co trzeci akapit wrzucamy światłe bowiem.

W większości przypadków leniwie napisana powieść wynika z tego, że nie oddaliśmy prawa głosu redaktorowi. Że sami siebie wprawiliśmy w tak duży podziw, że właściwie od razu chcemy pochwalić się naszą twórczością – wrzucić post na stronę lub biec ile sił w nogach do wydawnictwa – a potem dziwimy się, że mało kto nas czyta i żaden wydawca nie odpowiada na e-maile. Jak więc pracować nad warsztatem, by było co najmniej znośnie...?

Przede wszystkim postarajmy się patrzeć na tekst choć trochę obiektywnie. To normalne, że autorowi trudniej jest samodzielnie się kontrolować i wyeliminować objawy leniwego pisania. Poprawianie i dopracowywanie pracy przypomina trochę patrzenie w lustro i doszukiwanie się niedoskonałości, które chcemy poprawić – bywa to trudne, jeśli się bardzo lubimy, bo możemy tych niedoskonałości nie dostrzegać. Tym bardziej że widzimy się w tym lustrze codziennie i jesteśmy do siebie przyzwyczajeni. Tak samo jest w przypadku pisania – wiesz, co chcesz napisać, widzisz te słowa w tekście, więc dla ciebie pewne jest, że działają. Obraz, który chcesz pokazać, odciśnięty jest w twoim umyśle, ale czy na pewno wynika z tekstu...? Prawdziwą, acz trudną sztuką jest więc wyjść z siebie, ze swojej strefy komfortu, i wczuć się w kogoś, kto obserwuje nas/tekst z innej perspektywy. Musisz się albo nauczyć, na co zwracać uwagę, i wdrażać w życie poprawki, albo zatrudnić betaredaera, który zajmie się nie tylko dopisywaniem przecinków. Betareader, redaktor, korektor – to wizażyści twojego tekstu. Potrafią spojrzeć na niego inaczej, a więc znacznie bardziej obiektywnie.
Od tego też jesteśmy my – ekipa WS.


Stylistyczny lazy writing

Leniwe pisanie w odniesieniu do stylu to takie pisanie, które prędzej czy później (zależnie od wytrzymałości) czytelnika usypia. Przesadnie rozwleka ono tekst, do tego blokuje wyobraźnię i nie angażuje odbiorcy w przedstawioną historię. Sprawia, że przewraca on oczami i co chwila mamrocze pod nosem: duh, długo jeszcze będziemy się nad tym tak modlić…? Generalnie więc czyta się ciężko, ale się czyta, bo fabuła sama w sobie jest interesująca. 
(Gorzej, jak nie jest. Wtedy najczęściej porzuca się historię przed jej końcem).




Przy czym dość łatwo sprawić, że objawy te znikną z tekstu i szybko się go dopieści – korekta nie wymaga wnikania w samą fabułę i redagowania pod jej kątem; musimy tylko dopracować tu i ówdzie nasz styl. Jak? Pozbywanie się wrażenia leniwego stylu zwykle wiąże się z brutalnym cięciem – zbędnych słów, zdań czy nawet całych akapitów.


Oto lista objawów leniwego stylu, przed którymi przestrzegamy, i które łatwo komuś wytknąć.
[Jak pisał Stephen King w swoim poradniku: Zawsze łatwiej zabijać to, co kocha ktoś inny, niż to, co my kochamy].


1. Zbędne uogólnianie i korzystanie z frazesów (głównie w scenach pasywnych)

Staraj się uwydatniać – przybliżać obrazy, rozbudzając wyobraźnię czytelnika. Stawiaj na orygianlność i uzupełniaj opisy, by stawały się bardziej mięsiste, pełne. Nie – okrągłe w swej poetyckości, ale wypełnione treścią, pozwalające rozruszać wyobraźnię. Na przykład zamiast duży facet możesz opisać bohatera nieco inaczej, używając mniej utartych słów – mięsisty, muskularny, masywny, krzepki, rozrośnięty. Korzystaj ze [słownika synonimów], szukaj obrazowych zwrotów. Nie wszystko musi być duże/małe, chude/grube, niskie/wysokie. Używaj słów, które istotnie coś znaczą, używaj także porównań. Wielka rezydencja może nie pobudzać wyobraźni aż tak, ale, na przykład, podła kopia Biltmore mówi już całkiem sporo, prawda? To jeden z tych elementów, za które kocham twórczość Harlana Cobena. Moja wyobraźnia w jego opisach zawsze działa. Nie wyglądają na odbębnione na poczekaniu, bogate w ogólniki, byleby już móc iść z fabułą dalej:

Popielatoszare włosy odrobinę posiwiały na skroniach, ale nadal był supersamcem. Patrycjuszowska szczęka, idealny kształt nosa, nieskazitelnie równy przedziałek – wprost cuchnął kastą uprzywilejowanych, irytując białymi bucikami i opalenizną z pola golfowego.
(...)
Wyglądał na rozpieszczonego, zepsutego mięczaka – jeśli ktoś patrzył tylko na jego twarz. Jednak jego ciało opowiadało zupełnie inną historię. Było muskularne i żylaste, przypominające nie tyle napiętą sprężynę, ile mocno skręcony zwój drutu kolczastego
Harlan Coben, „Obiecaj mi”


Uważaj jednak, żeby się nie zapędzić – zbyt wymyślne opisy mogą wywoływać srogą konsternację. Nie opisuj też wszystkiego naraz (u Cobena tam, gdzie przerywnik, zmienia się miejsce akcji i następuje dialog). Nie musisz także przesadzać ze skrupulatnością – podawać konkretnych liczb na wzrost czy wagę, jakby narrator stał przy bohaterach z miarką.


2. Zbyt kreatywne odwoływanie się do postaci

Mogę dowiedzieć się w pierwszej scenie, że twój bohater nazywa się Matt i jest niskim facetem o blond włosach. W kolejnych notkach pewnie dotrze do mnie również informacja, że Matt pracuje jako konserwator, ale interesuje się rekonstrukcjami bitewnymi.
Cześć, Matt!




Jeżeli w miarę upływu czasu fabularnego będę odkrywać o nim kolejne fakty, a ty zaczniesz wykorzystywać je jako określenia bohatera, za chwilę dostanę akapit sceny walki, w której Matt raz będzie Mattem, innym razem blondynem, trzydziestolatkiem, konserwatorem, mechanikiem, technikiem, rekonstruktorem, pasjonatem i w końcu (o zgrozo) blondynem czy blond wojownikiem. Może ci się wydawać, że wysilasz się dla mnie, bym nie widziała tony powtórzeń, ale… tak naprawdę ułatwiasz sprawę jedynie sobie. Wymyślasz kolejne określenia, za którymi prawdopodobnie nadążasz tylko ty. A przecież imiona w oczach czytelnika wcale nie wyglądają tak źle (współcześnie redakcja coraz rzadziej zwraca na nie uwagę w przypadku powtórzeń). Kto wmówił nam, by je omijać? Kto zrobił nam taką krzywdę?

Problem ten spotykany jest często w powieściach, w których postać to nie jednostka rozpoznawana po charakterze i tym, jak pojawia się w tekście i co robi; jest tak słabo osadzona w fabule i tak bardzo brakuje jej solidnej sylwetki psychologicznej, że rozpoznawalna jest przez czytelnika tylko za pomocą zaledwie kilku cech przypominanych raz po raz za pomocą określeń. Natomiast prawda jest taka, że nazywanie Matta trzydziestolatkiem, wojownikiem, mechanikiem, rekonstruktorem i pasjonatem – i kim on tam jeszcze jest – nie pomaga, nie jest żadną deską ratunku.




Wręcz przeciwnie – ​​czytelnik musi mocniej się skupiać, aby śledzić, do kogo należą kolejne interakcje i skupia się na tym, by poznać moment, w którym narrator przejdzie do kolejnej postaci. Przez to nie chłonie tekstu, nie czyta lekko i płynnie.

Jak sobie z tym poradzić? Nie udziwniaj. Nadaj każdej swojej postaci po 2-3 określenia, w tym imię i nazwisko, może pseudonim? Niech Matt będzie przede wszystkim Mattem i mężczyzną, ewentualnie mechanikiem, ale gdzieś na początku tekstu, gdy jeszcze jest obcy, jeszcze czytelnik nie miał szansy się z nim zżyć; potem odpuść. Układaj zdania tak, by korzystać z zaimków i podmiotów domyślnych. Nie dobieraj za to kolejnych określeń po drodze, trzymaj się tych samych przez cały tekst, niech czytelnik ma swoje constans, do którego będzie się mógł przyzwyczaić, co pomoże mu się rozeznać np. w scenie dynamicznej, czy gdy postaci na planie będzie więcej. Sytuacją idealną byłoby, gdyby każdy z twoich bohaterów był na tyle charakterystyczny, by czytelnik rozpoznawał go bez dodatkowego określenia stanowiącego ciekawą cechę, na którą akurat wpadniesz.
 
A, i najważniejsze: nie korzystaj z określeń opartych na kolorach włosów i oczu. Niebieskooki czy blondyn w przypadku postaci głównej po prostu nie wchodzą w grę. Dlaczego? Zapraszamy do punktu dziesiątego: [KLIK].


3. Używanie dłuższych niż krótszych słów

Szczególnie w scenach dynamicznych (np. charakterystyczny zamiast typowy, równocześnie/jednocześnie zamiast naraz, przeciwnik/napastnik zamiast wróg, typ itp.)

Jeżeli jakiś wyraz ma za dużo sylab, czytelnik musi przez nie wszystkie przejść, by odkryć sens wypowiedzi. Kiedy inne i przy okazji krótsze słowo przekazuje to samo, czytelnik przejdzie przez nie szybciej, a więc zachowasz odpowiednie tempo akcji. Proste…?
Proste.


4. Używanie większej liczby słów, niż to konieczne

(często wiąże się to również z poetyzowaniem)

Jeżeli twoje postaci udają się gdzieś zamiast iść, jechać i tak dalej albo mają poczucie strachu przed czymś zamiast zwyczajnie się czegoś bać – przestań na siłę upiększać swój tekst. Czytelnik wkrótce się znudzi – zwięzłość docenia się szczególnie w powieści przygodowej, fantastycznej czy kryminalno-sensacyjnej. Na poetyzowanie miejsce jest w legendach, przypowieściach, tekstach w pełni stylizowanych na archaiczne. Bądź w przypadku powieści personalnej, kiedy to protagonista ma właśnie taką konkretną stylizację językową będącą odzwierciedleniem przesadnie wysokiej kultury wynikającej z wychowania czy środowiska. Tak czy inaczej upięknianie języka powinno mieć jasny motyw i ścisły cel.

Do tego także zalicza się: używanie dwóch lub więcej słów obrazujących jedno określenie (np. drobny deszczyk zamiast mżawka, mała kartka papieru zamiast świstek itp.) Tym także nie dbasz o tempo akcji. Chyba że chodzi ci o jej spowolnienie, by oddać atmosferę oczekiwania czy lenistwa właśnie. Jeśli tak – dobra robota, rób tak dalej.


5. Używanie nadmiernej ilości... ilości

Bohater zwiedza nowo poznane miasto. Idzie dwieście metrów prostą ulicą, podziwia krajobrazy podane nam w poetycki sposób, mija tak spokojnych dziesięć minut. Następnie bohater skręca w alejkę, dostrzega, że ktoś go śledzi i... ucieka. Więc co? Biegnie sto metrów, skręca w prawo, w tym czasie mija dziesięć sekund, postać biegnie dalej, ale goniący go antagonista jest szybszy. Dogania go i wyciąga nóż.
 
Scena walki:

Wszystko wydawało się dziać w zwolnionym tempie. Smith zobaczył blask odbijany od ostrza noża w ręce swojego przeciwnika. Facet był wysoki na dwa metry i ważył z dziewięćdziesiąt kilo. Napastnik podszedł do niego, uśmiechając się paskudnie spod kaptura. Smith niemal w ostatniej chwili odskoczył metr w bok. Natychmiast wyciągnął przed siebie rękę, następnie pochwycił przeciwnika za przedramię. Od razu pociągnął je z całą siłą i wygiął; stał teraz za nim może o cal, może o dwa. Nie minęły trzy sekundy, a coś strzeliło w łokciu. Nagle mężczyzna puścił nóż i klęknął na kolano, wyjąc z bólu. Smith kopnął go w plecy, zrobił susa i sięgnął po leżącą z pół metra dalej broń. Chwilę potem przykładał ostrze do gardła faceta, który podnosił się z ziemi powoli. Wszystko nie trwało nawet minuty. 

Czy przesadziłam? Och tak, na pewno. Można wyjść z założenia, że autorzy, którzy podają dokładne wartości, nie robią tego na taką skalę (a przynajmniej chciałabym w to wierzyć). Jednak... zastanówmy się chwilę nad czymś niemalże szalonym. Co by się stało, gdyby wyciąć je... wszystkie?
Uwaga, odpowiedź: nic złego.   

Truizm: sceny nie-pasywne mają być przede wszystkim dynamiczne. Dynamiczne, czyli muszą dziać się szybko – obrazy generujące się w głowie czytelnika muszą zmieniać się płynnie, aby ruchy były przekonujące i działały jak scena z niezłego filmu akcji. Ergo: budowały rosnące napięcie. Określenia czasu, wielkości, ilości nie robią tego. Czytelnika nie interesuje, że bohater odskoczył na metr czy dwa, bo nie pobudza to wyobraźni. Odbiorca nie ma miarki w oczach, nie ma przy sobie wagi, nie ma zegarka. Nie liczy czasu ani nie przeprowadza researchu co do prawdopodobieństwa pojawiających się w tekście jednostek. To znaczy – może to robić i pewnie będzie robił tak chociażby z czystej ciekawości, gdy już je wskażesz, więc, tym bardziej, po co…? W takich momentach tekst ma być po prostu płynny, szybki, pobudzający. Przyspieszający bicie serca w trakcie czytania. Jednostki to uniemożliwiają, ponieważ optycznie wydłużają fragmenty i zmuszają czytelnika, by czytał więcej, analizował wolniej.

Inna sprawa, że wydłużają je również inne określenia, najczęściej przysłówki, przymiotniki, partykuły: natychmiast, chwilę potem, nagle, momentalnie, w tym samym momencie, ekspresowo, błyskawicznie, gwałtownie i setki innych, w tym: absolutnie, bezsprzecznie, niewątpliwie. Do tego uwielbiane przez debiutantów: niemal, nieco, trochę i lekko (bo przecież postaci nie mogą być pewne swego, zachowywać się bez sztucznej, przesadnej przezorności). To wszystko rozmydla tekst, sprawia, że przestaje on być konkretny, mocny, oddziałujący wprost. Ponato przeważnie przysłówkiem staramy się wmówić odbiorcy, że bohater jest DOKŁADNIE taki albo WYJĄTKOWO nie taki, ewentualnie ZUPEŁNIE taki, a nie inny.  I wszystko jest BARDZO jakieś. Zazwyczaj To niczego nie wnosi.

Wróćmy jednak do samych określeń tempa.
Kiedy piszesz, że coś wydarzyło się następnie, czytelnik musi przejść przez aż trzy sylaby, dziewięć literek, żeby dotarło do niego, że akcja jest prędka. Ale po co? Przecież akcja w takich fragmentach zawsze będzie chronologiczna; czytelnik z góry sam założy, że czynności dzieją się po sobie, i nie będzie potrzebował twojej pomocy, by dojść do tak oczywistego wniosku.

Następnie wstał.
Wstał.

Szczególnie czasowniki mocno nacechowane i przytaczające gwałtowne ruchy same w sobie nie potrzebują żadnych dopowiedzeń:
 
Zamachnął się gwałtownie.
Zamachnął się.

Zrozumiałe, że przesadą byłoby każdą scenę ograbić z takich dookreśleń. Pamiętaj jednak, by te, na które się zdecydujesz, raz: obarczone były sensem (pojawiały się, gdy występuje taka konieczność, na przykład czasownik sam w sobie nie przedstawia dynamicznego ruchu); dwa: stały w dobrym miejscu. Przysłówki najczęściej dookreślają czasowniki. Aby dotarły do czytelnika zawczasu, zanim bohater wykona ruch, muszą pojawić się przed nimi:

Podniósł się szybko i zaczął biec od razu.
Szybko podniósł się i od razu zaczął biec.
✔✔ Wstał i rzucił się do biegu.

Wszystko wydawało się zwolnić. Smith dostrzegł blask ostrza noża w czyjejś ręce. Facet był wyższy od niego, ważył znacznie więcej; podszedł, uśmiechając się paskudnie spod kaptura. Smith odskoczył w bok. Wyciągnął przed siebie rękę, pochwycił gościa za przedramię. Stojąc już za nim, mocno szarpnął je i wygiął.
Coś strzeliło w łokciu.
Mężczyzna puścił nóż i klęknął, wyjąc z bólu. Smith kopnął go w plecy, zrobił susa, aż sięgnął po leżącą obok kosę. Przyłożył ją do gardła, zanim typ wolno podniósł się z ziemi. Było po wszystkim.


Więcej informacji o dobrze działających scenach dynamicznych znajdziesz TUTAJ: [#4 Zróbmy sobie opis – sceny walki].


6. Czasownikoza i braki scenografii

Są powieści, najczęściej pisane narracją pierwszoosobową pamiętnikarsą, w których przedstawione wydarzenia przyjmują formę relacji – i to jest w porządku. Mamy przecież genialne w swojej prostocie Słoneczniki Haliny Snopkiewicz, mamy porażający Szklany Klosz Sylvii Plath czy mniej popularną, ale równie mocną i trudną powieść Kura i zaklinacz deszczu Anny Janyskiej. Powieści te idealnie udowadniają, że gdzieś jednak musi istnieć granica pomiędzy wymienianiem poszczególnych czynności będącym relacją wydarzeń a… pisaniem powieści. Tę granicę łatwo zatrzeć niedoświadczonym autorom, głównie debiutantom, którzy mają świetny pomysł na książkę, nie mają jednak doświadczenia w sprzedawaniu czytelnikom fascynujących historii, które oddziaływałyby na czytelnika. Fascynujące powieści – także pamiętniki! – naprawdę potrafią pobudzać wyobraźnię i mogą być prowadzone przez postaci, które nawet jeśli same osadzone są w przyszłości, jedynie wspominając stare dzieje, nadal potrafią wprowadzić do tekstu emocje, które w następstwie udzielają się czytelnikom.

Leniwy pisarz tego nie robi – leniwy pisarz, tworząc relację, opiera się głównie na czynnościach. Bohater leniwego stylistycznie pisarza pracuje, dajmy na to, w korporacji, cały dzień spędza przed komputerem, w końcu ma trudną rozmowę z wymagającym szefem, po której wrócił zmęczony do domu, wziął prysznic, zjadł kolację i poszedł spać. Wiemy, że bohater mieszka w domu, ma ogród, ma garaż, ma samochód; wiemy już, że pracuje w korpo, gdzie ma swoje biurko. Ale nic więcej – nie widzimy tych miejsc ani w szerokich, ani tym bardziej bliskich kadrach, a bohater zazwyczaj nie podejmuje interakcji z innymi niż podstawowe elementy scenografii (siada za biurkiem, stoi w drzwiach, leży na łóżku). Bohater w tych kadrach porusza się jak robot: sucho opisaną ścieżką, od punku A do punktu B. Taki bohater niewiele też czuje, a jeśli już, to ekspozycją (było mi smutno; czułem złość) i w rzeczywistości czytelnik zdaje sobie sprawę, że… nic o nim nie wie. To znaczy: potrafi streścić jego życie, ale nie wie, jakim bohater jest człowiekiem. Jak radzi sobie z głębszymi, acz bardzo ludzkimi emocjami i czy w ogóle jakiekolwiek kiedykolwiek odczuwa? Nie, ekspozycje się nie liczą.




Taki bohater podejmuje też dialogi, ale oczywiście tylko te konieczne, uderzające jedynie w samo sedno i wynikające z potrzeb fabuły; nie ma w nich miejsca na pozornie nieistotny small-talk. Mało tego: postaci, z którymi taki bohater rozmawia, najczęściej są po prostu imionami lub funkcjami: rodzicami (mamą, tatą), bratem Markiem, koleżanką Asią. Jak oni jednak wyglądają, jak zachowują się w interakcjach, poza wypowiadaniem słów, ewentualnie uśmiechaniem się…? Nie wiadomo. Tego leniwy autor nie miał potrzeby przedstawić.
 
_____________

Ciekawostka!
Tak wykreowane postaci poruszające się w pustce pozbawionej tła – faktycznie niczym roboty przechodzące jedynie od punktu A do punku B – mogą być również efektem kreacji przez autora, którego cechuje afantazja, czyli niemożliwość wyobrażania sobie rzeczy. Mówimy o wyobrażaniu ich sobie w głowie – w całej okazałości. Udowodniono już, że są różne rodzaje wyobraźni i różnimy się od siebie pod kątem tego, jak bardzo mamy ją rozbudowaną. Leniwa narracja oparta na czasownikach – poszedł, zrobił, pogadał z XYZ, wrócił i było mu smutno – nie musi być jedynie podyktowana brakiem chęci do „tego nudnego pisania” kolidującego z ogromną chęcią podzielenia się ciekawą historią. Może być natomiast wynikiem nieodczuwania potrzeby wizualizowania czytelnikowi powieści, gdy i tak samemu się jej „nie widzi” we własnej głowie.

Niestety nie zmienia to jednego faktu: nawet najciekawsza historia okaże się nudna, jeśli sprzedana zostanie w absolutnie podstawowej formie nieemocjonującej relacji prowadzonej przez pozbawionego przeżyć wewnętrznych bohatera, poruszającego się w opustoszałych kadrach. I naprawdę trudno wówczas nie uznać tego za lenistwo samego twórcy. Nikt nie będzie dociekał, jak bardzo rozbudowaną – i czy w ogóle – ma wyobraźnię.


7. Regularne zaczynanie i kończenie scen streszczeniem

Chociażby wtedy, gdy przytaczasz podróż – byleby jakoś zacząć/zakończyć rozdział. Tymczasem nie istnieje reguła, która mówi, że sceny nie można urwać, a pokazywanie podróży jest obowiązkowe, tym bardziej jeśli w jej czasie nie wydarzyło się nic istotnego. Można tak napisać raz, drugi, trzeci, ale niech powieści nie wypełnią ci streszczenia... niczego.

W drodze do Gdańska nie rozmawialiśmy za dużo. Aby zabić niezręczną ciszę, z radia leciała muzyka. Kuba przykleił wzrok do szyby i momentami chyba przysypiał. Prowadziłam w skupieniu, nie odrywając oczu od drogi i dłoni od kierownicy. Próbowałam ignorować niechciane myśli, ale co jakiś czas uderzały niczym kolejne ciosy przeciwnika. Zaciskając usta, nie pokazywałam, że podróż napawała mnie niepokojem.
(...) Powrót do Warszawy przebiegał w sztywnej atmosferze. Któreś z nas sporadycznie próbowało podjąć jakiś temat, ale ostatecznie każda rozmowa kończyła się niedługo później. Zrobiliśmy tylko jeden postój, aby pozbyć się broni, a potem jechaliśmy już prosto do domu. Było wtedy tyle rzeczy, które chciałam powiedzieć Kubie, ale jechał z nami Ethan. Siedział na tylnym siedzeniu z miną zbitego psa i tylko raz na jakiś czas podnosił wzrok na drogę.
LegasowK, „Kroniki podziemia”


To nic innego jak nabijanie zbędnych słów na rozdział. Czytelnik, co rusz czytając spory akapit o tym, że droga minęła spokojnie i bez ekscesów, traci zainteresowanie. Nie nuż go niepotrzebnie – przejdź od razu do kolejnej sceny, w której bohaterowie już będą na miejscu albo zakończ rozdział, gdy scena autentycznie się skończy, zaraz za jej punktem kulminacyjnym. Nie wydłużaj jej na siłę.
No, chyba że czytelnik ma za sobą naprawdę dynamiczną akcję i po niej wraz z bohaterem po prostu nieco odpoczywa. W tym przypadku tak nie było – między obydwoma opisami znalazło się kilka dialogów postaci odwiedzających się. A przecież chociażby postój na pozbywanie się broni (która notabene okazała się zupełnie zbędna…) mógłby być dość ciekawą sceną. Dlaczego autorka zdecydowała się ją zamknąć w jednozdaniowym streszczeniu…? Nie wiadomo.


W tym:
Tworzenie szybkich podsumowań, streszczeń i ekspozycji, by jak najszybciej dojść do ważnego dla nas – autorów – punktu programu. To mówi samo przez się. Streszczenia to nie sceny, a ekspozycje to nie akcja. Przeczytasz o tym tutaj: [SCENA – jak ją rozgryźć?].
Amen.


Oczywiście, pewnie uproszczeń tych jest znacznie więcej. Jeśli jakieś jeszcze przyjdą nam do głowy lub jeśli jakieś zauważysz ty (koniecznie daj znać w komentarzu!), będziemy je tu sukcesywnie dopisywać. Tymczasem zapraszamy na część drugą: [Lazy writing, czyli unikanie leniwychrozwiązań fabularnych].




Część młodych, początkujących autorów wzoruje się na książkach z gatunku young adult – czyli literatury skierowanej do nastoletniego czytelnika. Wielu bardziej doświadczonym osobom na widok liter YA w głowie zapala się ostrzegawcza lampka, głównie za sprawą wykreowanych na bestsellery potworków, przez które cały gatunek cieszy się złą sławą. W tym artykule wypunktujemy drażniące nas grzeszki pisarzy young adult i zrobimy mini-poradnik pod tytułem: Jak nie pisać



Przede wszystkim zastanówmy się, czy wygląd bohatera musi być opisany w tekście. 
Pierwsza faza powstawania tekstu to jest ten moment, kiedy nie tylko zbierasz pomysły do nowej opowieści, ale również zaczynasz łączyć ze sobą wątki. Kreujesz fabułę.


artykuł pierwotnie powstał dla portalu Pióromani, dnia 19.10.17
ostatnia aktualizacja: 13.01.23


ROLA PRZECINKA W ZDANIU

W języku polskim zastosowanie przecinków wiąże się głównie z budową zdania. Przecinki to nic innego jak „rozdzielacze”; pomagają ułatwić zrozumienie zdania, eliminują niejednoznaczności i powodują, że czytelnik podświadomie segreguje informacje wypływające ze zdania na najważniejsze, ważne czy zupełnie poboczne dopowiedzenia i wtrącenia.
Najprościej bywa w zdaniu prostym – jak sama nazwa wskazuje – więc to od niego zacznijmy.


ZDANIE PROSTE

Takie zdanie zawiera tylko jedno orzeczenie (czasownik; odpowiada na pytanie: co robi? co się z nim dzieje?). Kiedy w takich konstrukcjach powinien pojawić się przecinek?


1. Przed wyrazami i wyrażeniami powtarzanymi
Ania była bardzo, bardzo mądra. Zjadłabym dużo, dużo pierogów.


2. Przy wymienianiu określeń równorzędnych:
Skoia miała rude włosy, małe oczy, piegi i krzywy nos.
Ten artykuł powinien zostać napisany za: pieniądze, voucher do Empiku, karnet na siłownię albo przynajmniej jakieś domowe pierogi…


3. Przy użyciu wołacza [bardzo ważne w dialogach!]: 
– Życzę ci powodzenia, Harry Potterze – rzekł Firenzo.
Uważaj na siebie, kochanie!

Czasami trzeba użyć nawet i dwóch przecinków, gdy wołacz pojawia się w środku zdania:
No i, człowieku, dumny ty jesteś z siebie?
Azaliż, szanowny dresie, nie mam żadnego frasunku.


4. W ZDANIACH PROSTYCH przecinka nie stawiamy przed spójnikami.

np.: i, a, oraz, tudzież, niż, bądź, lub, albo, czy, ani, ni

Panie doktorze, boli pomiędzy jedynką a dwójką.
Wykład był krótki a przystępny.
Wolałabym wódkę niż wino.
Nie pójdę z tobą do kina ani na spacer.
Te wiersze bezpośrednie i nudne.

WYJĄTKI: ani też, ani nawet, czy może

Nie pójdę z tobą do kina, ani też na spacer.
Nie pójdę z tobą do kina, ani nawet na spacer.
 
Dlaczego tak? Ponieważ połączenia takie jak „ani też” i „ani nawet” czynią z części po spójniku tak zwane dopowiedzenie. Ot, dodatek, który ma mniejszą wartość niż część główna zdania i który można by wyciąć bez utraty logicznego sensu zdania.

Podobnie, bo z przecinkiem, sprawa wygląda, gdy chcemy taki spójnik powtórzyć – przecinek powinien pojawić się wtedy przed drugim i każdym następnym powtórzeniem, np.:

Dziś piję albo wino, albo wódkę.
Nie pójdę z tobą ani do kina, ani na spacer.
Te wszystkie wiersze są i bezpośrednie, i nudne, i w dodatku depresyjne.


5. Stawiamy przecinki przy wtrąceniach [wtrącenie to dopowiedzenie, które występuje w środku zdania. Gdyby je wyciąć, zdanie nie straciłoby sensu, głównego wątku]:

Dziś wielu betareaderów, na przykład Skoia, mądrzyło się o przecinkach.
Przy stole, zrobionym jeszcze przez dziadka, siedzi cała rodzinka.

W takich sytuacjach wtrącenie oddzielamy przecinkami z dwóch stron. Można też użyć myślników (lub nawiasów) – ale konsekwentnie. Absolutnie zabrania się popełniania takich bzdurek!

Przy stole, zrobionym jeszcze przez dziadka siedziała cała rodzina.


6. Przecinkiem na ogół oddziela się od reszty zdania imiesłowy przysłówkowe (czyli: formy czasownikowe zakończone na: –ąc, –wszy, –łszy) wraz z ich częściami:

Czytała, plując krakersami.
Usłyszawszy komplement, zarumienił się.

WYJĄTEK: wyraz „wyjąwszy” w znaczeniu „oprócz”, np.: 
Wyjąwszy głównego bohatera cała historia jest słaba.

A co w przypadku, gdy część z imiesłowem pełni rolę wtrącenia
Oczywiście, że oddzielamy ją z dwóch stron:

Skoia, przygotowując artykuł, znowu nuciła nu-jazz.

Warto wspomnieć, że imiesłów przysłówkowy współczesny lub uprzedni pełni w zdaniu rolę czasownika, ponieważ wskazuje dodatkową czynność wykonywaną przez podmiot. Jest to więc dobry moment, by wreszcie porozmawiać o zdaniach złożonych.

Zresztą bardzo często zdarza się, że przecinek musi pojawić się w zdaniu nie tylko z jednego powodu. Albo że – na chłopski rozum – nie powinien pojawić się wcale, a jednak korektorzy każą go postawić. W takich przypadkach mówi się o tzw. przecinku, który pojawił się „na miejscu zbrodni”. Czasami słowo, przed którym zasadniczo nie stawiamy przecinka, znajduje się w zdaniu obok takiej konstrukcji, która jednak go wymaga.
Chociażby przed spójnikiem „i” na ogół nie stawia się przecinka. A jednak w konstrukcji: Mam dużo czasu, nie licząc dziesięciu opowiadań w kolejce do oceny, i piszę teraz ten artykuł…
…przecinek przed spójnikiem „i” powinien się pojawić, bo – jak widać – zamyka wtrącenie. Co z tego, że przed „i” zwykle się go nie stawia? Ano nic. Bo zadziałała tu inna zasada.



ZDANIA ZŁOŻONE

To każde zdanie, które zawiera dwa orzeczenia (czasowniki) lub więcej – będę podkreślać je w przykładach.

Skoia jest leniwa, ale ma zadatki na pisarkę.
Opowiadanie miało „ręce i nogi” i lekko się je czytało.
Zdania złożone mają co najmniej dwa czasowniki, często też zawierają przecinek.

1. Przecinek wstawiamy, gdy zdania składowe (oddzielane przecinkiem części zdania zawierające po jednym orzeczeniu) nie są połączone żadnym spójnikiem. To na ogół zdania współrzędne, a to znaczy, że mają względem siebie równą wartość; nie są ani –nad, ani podrzędne.

Całe korpo wybiera się jutro na trip, ja muszę zostać z kotem na home offisie.
Nie przeczytał artykułu, teraz czeka go dużo pracy z betą.


2. Przecinek wstawiamy w zdaniach złożonych współrzędnie, zawierających spójniki: 

a, ale, aliści, czyli, inaczej, jednak, jednakże, jedynie, lecz, natomiast, przecież, raczej, tylko, tylko że, tymczasem, więc, wszakże, zaś, za to

Całe korpo wybiera się jutro na trip, a ja muszę zostać z kotem na home offisie.
Przegraliśmy trzy do zera, ale jak zwykle nic się nie stało.
Wyjdę wieczorem, czyli do domu dotrę grubo po północy.


3. Przecinek wstawiamy w wypowiedzeniu złożonych podrzędnie i nadrzędnie (kiedy coś → wynika z czegoś lub odwrotnie):

Nie przeczytał artykułu, dlatego teraz czeka go dużo pracy z betą.
Jestem spłukany, bo na rynku nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem.
Koty bywają irytujące, kiedy głodne.


SPÓJNIKI ZDAŃ PODRZĘDNYCH I NADRZĘDNYCH, PRZED KTÓRYMI STAWIA SIĘ PRZECINEK:

 

aby, acz, aczkolwiek, albowiem, azali, aż, ażeby, bo, boć, bowiem, by, byle, byleby, chociaż, chociażby, choć, choćby, chybaby, chyba że, chyba żeby, co, cokolwiek, czy, czyj, dlaczego, dlatego, dlatego że, dokąd, dokądkolwiek, dopiero, dopiero gdy, dopóki, gdy, gdyby, gdyż, gdzie, gdziekolwiek, ile, ilekolwiek, ilekroć, ile razy, ile że, im, iż, iżby, jak, jakby, jak gdyby, jaki, jakikolwiek, jakkolwiek, jako, jakoby, jako że, jakżeby, jeśli, jeśliby, jeżeli, jeżeliby, kędy, kiedy, kiedykolwiek, kiedyż, kim, kogo, komu, kto, ktokolwiek, którędy, który, ledwie, ledwo, mimo iż, mimo że, na co, niech, nim, odkąd, o ile, po co, po czym, podczas gdy, pomimo iż, pomimo że, ponieważ, póki, przy czym, skąd, skądkolwiek, skoro, tak jak, tylko że, tym bardziej że, w miarę jak, wprzód nim, w razie gdyby, za co, zaledwie, zanim, zwłaszcza gdy, zwłaszcza jeżeli, zwłaszcza kiedy, zwłaszcza że, że, że aż, żeby

Łatwo zauważyć, że jest to praktycznie większość spójników. ;)


4. Nie rozdziela się przecinkiem połączeń partykuł, spójników i przysłówków ze spójnikami:

chyba że, dlatego że, ile że, jak gdyby, mimo że, podczas gdy, podczas gdy, tyle tylko że, tylko że, tym bardziej że, właśnie gdy, właśnie jak, właśnie kiedy, zwłaszcza gdy, zwłaszcza jeżeli, zwłaszcza kiedy, zwłaszcza że 


Przecinek stawia się natomiast przed całą frazą. Jest to tzw. zasada „cofania przecinka”.

✔  Napiszę artykuł w biurze, chyba że będę miała jakichś klientów.
✖  Napiszę artykuł w biurze chyba, że będę miała jakichś klientów.


5. Przecinka nie stawiamy również przed spójnikami rozłącznymi (lub, albo, bądź, czy):

Czytasz to czy tylko scrollujesz stronę?
Być albo nie być.

Wyjątki: albo raczej, lub raczej, czy raczej, albo lepiej, lub lepiej i tym podobne.

Czytasz to, czy raczej tylko scrollujesz stronę?
Być, albo lepiej: nie być.

Dlaczego tak? Ponieważ takie wyrażenia tworzą dopowiedzenia, a – jak już wspominałam – przed dopowiedzeniami stawiamy przecinki.



POZOSTAŁE PRZYPADKI


STÓJ, GDY KRZYCZYSZ! 
Przecinek stawia się zawsze przy zwrotach: ach, halo, hej, ho, o!, oj i tym podobne. 
Najczęściej zwroty te zaczynają zdanie bądź kończą je, zwykle z wykrzyknikiem.

Ach, jak przyjemnie!
O Borze Zielony, dlaczego znów nie postawiłeś tu przecinka?


Przecinki stawiamy z dwóch stron przy wtrąceniach (podobnie jak w zdaniach prostych)… 
To było dwanaście lat temu, pamiętam, kiedy w farfoclach panowała moda na Tokio Hotel.

…oraz przy dopowiedzeniach (czyli takich wtrąceniach, tyle że na końcu zdania):
Z całego Marvela najbardziej lubię X-menów, szczególnie Kurta Wagnera.

Inne przykłady wyrażeń oddających stosunek osoby piszącej (tzw. modulanty), które można (ale nie zawsze trzeba! [Poradnia PWN] wydzielać przecinkiem.

bez wątpienia, być może, bynajmniej, co gorsza, doprawdy, ergo, inaczej, innymi słowy, jak widać, krótko mówiąc, na przykład, naturalnie, nawiasem mówiąc, niestety, niewątpliwie, niezawodnie, nomen omen, oczywiście, owszem, prawdę mówiąc, przeciwnie, rzecz jasna, rzeczywiście, ściślej rzecz ujmując, w rzeczy samej, wiadomo, zdaje się i wiele innych

Podejrzewam, że nie ma sensu, rzecz jasna, tłumaczyć tego wszystkiego.
Ujmują mnie uniwersa quasi-średniowieczne, na przykład Wiedźmin, choć, oczywiście, lubię też Harry'ego Pottera.
Krótko mówiąc, artykuły spróbujemy publikować regularnie.
Spróbowaliśmy i nic z tego nie wyszło, niestety.

SUGESTIA! Wtrącenia bardzo przejrzyście prezentują się również z myślnikami, ale – jak w przypadku zdań pojedynczych – musimy zachować konsekwencję.

Podejrzewam, że nie ma sensu – rzecz jasna – tłumaczyć tego raz jeszcze.


Przecinek musi pojawić się przy porównaniach paralelnych

tak…, jak…
taki…, jaki…
równie…, jak…
zarówno…, jak i…
tyle…, co…
o ile…, o tyle…

Charakterystyczne dla porównań paralelnych jest to, że w ich strukturze zawarta jest paralela, czyli – łopatologicznie – równoległość, równowartość.

Była betareaderką tak opowiadań, jak całych powieści.
Lubię jeździć zarówno na rolkach, jak i na deskorolce.
Ta butelka ma tyle litrów, co tamta.

W przypadku niektórych porównań paralelnych z przecinka możemy wprawdzie zrezygnować. Ma to miejsce gdy składniki paraleli występują bezpośrednio obok siebie tudzież chcemy osłabić moc porównania.

Wiem tyle co nic.
Dzień był taki sam jak wczoraj.

Z porównaniami paralelnymi łączą się dwie kwestie. Po pierwsze – przecinek (to już omówiliśmy), a po drugie… poprawność merytoryczna. Porównania tworzą jedną spójną, nierozłączną konstrukcję, nie można więc ich mieszać czy zestawiać inaczej.

Błędy, które spotyka się najczęściej?

dlatego…, ponieważ…
dlatego…, bo…
o ile…, to…
nie tylko…, ale i…
zarówno…, i….

Ponadto istnieją w języku polskim konstrukcje przypominające porównania paralelne, ale…
wcale nimi nie będące!

taki/ten sam jak… (oraz: taka/ta sama jak…; takie/to samo jak…)
ten sam co… (oraz: taka/ta sama co…; takie/to samo co…)
taki jak…

Przed nimi nie stawiamy przecinka!

Kolejny artykuł publikuje ta sama oceniająca co wtedy, na innym portalu.
Czytało mi się tę książkę dokładnie tak samo jak poprzednio.
Ta parówka ma taki skład jak tamta.


Przecinka nie stawiamy także przy utartych związkach frazeologicznych, nawet gdy zawierają drugie orzeczenie:

Uciekajmy gdzie pieprz rośnie.
Wiedział co w trawie piszczy.

Niemniej nie wszystkie powiedzenia czy popularne formy należą do związków frazeologicznych. Przecinek postawimy więc w konstrukcji:

Oceniłam to opowiadanie najlepiej, jak umiem.


Przecinka NIE postawiamy za to, kiedy na końcu zdań pojawią się zaimki względne 
co, dlaczego, jak, jaki… i tak dalej

Powinnam wymyślić jakiś przykład, tylko nie wiem jaki.
Poszedł, chociaż nie wiedział dokąd.
Nie pytał dlaczego.

Postawimy go jednak wtedy, gdy przed zaimkiem albo po nim pojawi się choćby jeden wyraz.

Powinnam opublikować dziś jakiś artykuł, tylko nie wiem, jaki i gdzie.
Czekał, chociaż nie wiedział, na co.
Nie zapytał, dlaczego nie.



ODDYCHAJ ŚMIAŁO

Często przecinek odpowiada pauzie oddechowej – aby zdanie było odczytywane z uwagą, powoli – dotyczy to jednak tylko niektórych sytuacji. Przede wszystkim zabieg taki stosuje się w prozie, w przypadku tworzenia scenach statycznych – by zwolnić tempo czytania, może nadać akapitowi tej odrobiny melancholii. W opisach następujących tuż po scenach dynamicznych warto czasem postawiać kilka przecinków więcej (chociażby przy imiesłowach przymiotnikowych), czego raczej powinno unikać się w deskrypcjach akcji. 

ŚREDNI EFEKT: Odwrócił się ku łowcy, gotów do obrony, i nagle zamarł.
LEPSZY EFEKT: Odwrócił się ku łowcy gotów do obrony i nagle zamarł.

No dobrze, ale… dlaczego?
Otóż sceny dynamiczne muszą utrzymywać konkretne tempo, by podtrzymać napięcie – to stąd niepisana reguła o tym, by wykorzystywać tam najczęściej zdania proste. Na tej samej zasadzie w przypadku rozpisywania scen akcji lepiej unikać nadmiernych wtrąceń i dopowiedzeń. Te również niepotrzebnie pomnożyłby przecinki.

ŚREDNI EFEKT: Trafił w przedramię, które, krótko mówiąc, zalało się krwią.
LEPSZY EFEKT: Trafił w przedramię, które od razu zalało się krwią.

BARDZO ZŁY I SKRAJNY EFEKT: Twarz wydłużyła się w pysk, najeżony kłami wielkości kciuków, a ręce i nogi przekształciły się w łapy, uzbrojone w pazury, długie i ostre, niczym rzeźnickie noże.

CAŁKIEM NIEZŁY PRZYKŁAD: Twarz wydłużyła się w pysk najeżony kłami wielkości kciuków; ręce i nogi wyglądały jak łapy uzbrojone w pazury, długie i ostre niby rzeźnickie noże.

Jednocześnie – jak już pisałam – dbajmy o oddech w scenach statycznych. Są to (najczęściej) opisy miejsc bądź emocji towarzyszących bohaterom:

Zrelaksowany obserwował morskie fale, rozbijające się na nadbrzeżnych skałach.
Widokiem kojącym było teraz jasne niebo, po którym dryfowało leniwie kilka chmur, bielutkich jak gałki lodów śmietankowych. 
Z daleka połyskiwała w słońcu wieża, kojarzona od razu z miejscem dostojnym, wręcz majestatycznym.

Przecinki te wprawdzie nie są obowiązkowe, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by je wstawić.


_________________________
No dobrze… dużo tego, prawda?
Przy czym tak na pocieszenie warto zawsze mieć na uwadze jedną rzecz.
Mianowicie często nawet sami językoznawcy czy korektorzy nie pozostają zgodni co do użycia przecinka w konkretnym miejscu – szczególnie wtedy, gdy nie chodzi o przecinki wymuszone przez jakąś regułę językową, a gdy mowa o przecinkach mających na celu jedynie stworzenie miejsca pod pauzę oddechową. Bywa też, że byt przecinka uwarunkowany jest intonacją czy długością zdania – wtedy reguły także nie są jednoznaczne. Pamiętajmy, że prawdziwą sztuką świadomości interpunkcyjnej jest umiejętność sensownej obrony każdego znaku. Gdy już zdasz sobie sprawę z tego, że potrafisz logicznie uzasadnić obecność każdego przecinka w zdaniu, wtedy przeminą twoje kłopoty z tymi – ale i innymi, nierzadko irytującymi – znakami.

A właśnie! Co w razie kłopotów?

Żyjemy w XXI wieku i sam fakt, że czytasz już ten artykuł, oznacza, że masz dostęp do internetu. 
Nie bój się szukać, Google nie gryzie.



POWODZENIA!


RAZ: POZNAJ!
Każdy opis miejsca akcji wymaga wstępnego przygotowania. Musisz wiedzieć i mieć pewność, jak wygląda to wybrane, aby odpowiednio wprowadzić je w tekst i zadziałać nim na czytelnika. Jeżeli opis przedstawia faktycznie istniejące miejsce, nie obejdzie się bez researchu [klik].



Jak często wymyślasz powieść idealną, którą pragniesz zapisać jak najszybciej, ale już po kilku stronach, a czasami nawet akapitach, tracisz do niej siły, aż w końcu porzucasz pomysł na rzecz czegoś innego? Ile razy zacząłeś kolejny zeszyt z idealnym opowiadaniem, którego nigdy nie skończyłeś?
Chyba każdy, kto kiedykolwiek mierzył się z napisaniem książki, miał chwile, gdy samo patrzenie na tekst przyprawiało go o ból głowy. Najpierw pojawiał się świetny pomysł na główny wątek, ale po zabraniu się do pisania cała zebrana motywacja w pewnym momencie nagle wyparowywała, napisanie choćby akapitu wymagało kilku godzin ciężkiej pracy, po czym i tak dochodziło do jego usunięcia. W końcu do głowy wpadał nowy pomysł, o wiele atrakcyjniejszy niż do tej pory, więc dawny projekt został porzucony… I tak w kółko.
Czy istnieje więc jakiś przepis na to, by doprowadzić chociaż jedną powieść do końca?


1. PLANUJ!

Większość pasjonatów słowa pisanego, w tym debiutujących amatorów uważa, że plan wydarzeń… tylko ogranicza autora (cytując: Jak można znać zakończenie własnej książki? Gdybym je znała, nie chciałoby mi się już jej pisać!). Ja jednak mam co do tego nieco inne zdanie.
Wiele razy spontanicznie porywałam się na jakieś opowiadanie, mając w głowie jedynie jakąś scenę, ewentualnie główny wątek; moi bohaterowie dostawali przypadkowe imiona i nie mieli żadnych konkretnych cech. Zazwyczaj taka pisanina kończyła się na drugim rozdziale, bo przytłaczała mnie własna wyobraźnia, szybko robiłam się zmęczona, a do głowy zaraz wpadał inny pomysł na kolejną historię.
Dlatego mam pierwszą radę: wstrzymaj się z pisaniem pod wpływem impulsu. Poczekaj chwilę, spróbuj dokładniej przemyśleć dany wątek, zastanów się, jak chcesz opisać poszczególne sceny. Pomyśl, jakich bohaterów mógłbyś wprowadzić, jakie poboczne wątki można by wpleść w główną akcję. Skorzystaj przy tym z pozostałych artykułów dostępnych w naszej encyklopedii, bo właśnie o tym są. Twój plan nie musi być wybitnie szczegółowy, nie musisz zakładać, co wydarzy się w każdym rozdziale scena za sceną, ale miej choć ogólne pojęcie, o czym chcesz pisać i jak chcesz to zrobić. Dzięki temu szybko zobaczysz efekty planowania, a te zrobią coś, czego nie zrobiło pisanie bez planu – zmotywuje cię do podejmowania kolejnych kroków, zapisywania kolejnych scen.
Pamiętaj: To, w jaki sposób przedstawisz w tekście jakieś wydarzenie, miejsce czy zachowanie postaci, zależy jedynie od ciebie, nie od planu, więc nadal masz co przeżywać w trakcie pisania, nadal możesz się zaskakiwać. Uwierz, że o wiele łatwiej jest skończyć powieść, kiedy wiesz, do czego dążysz, niekoniecznie wiedząc: jak. Gwarantuję, że pozwoli ci to zmniejszyć chaos, a jednocześnie czerpać tę samą, jak nie większą satysfakcję z pisania.


2. SKONKRETYZUJ CELE

Napiszę książkę w tym roku czy Napiszę chociaż scenę w miesiąc to zbyt ogólne postanowienia, które prędzej zdemotywują nas do pracy, niż do niej zachęcą. Zdecydowanie lepiej jest wyznaczyć sobie znmacznie bardziej konkretny i dosadny, ale nadal możliwy w realizacji cel, czyli: Dzisiaj stworzę tę scenę lub Do końca tygodnia skończę ten rozdział. Oczywiście nie traktuj tych postanowień jako listy rzeczy absolutnie koniecznych do zrobienia, bo z pewnością zaczniesz się frustrować, gdy z jakichś powodów nie wypełnisz tego postanowienia. Z drugiej strony nagradzaj się, gdy już zrealizujesz swój cel, na przykład porcją frytek belgijskich z podwójnym serem bądź czymkolwiek, co sprawi ci przyjemność i na co podświadomie warto będzie czekać.
Warto przy tym pamiętać, by wielkość celów była uzależniona od stopnia naszego zaawansowania. Jeśli dopiero stawiasz pierwsze kroki w pisaniu, nie zakładaj od razu, że w miesiąc czy dwa napiszesz całą powieść. Metoda tak zwanych małych kroczków może okazać się w takiej sytuacji niezbędna. Pisanie musi być przyjemnością, a nie przykrym obowiązkiem, dlatego na początku jako cel postaw sobie najpierw napisanie kilku zdań, potem dopiero kilku akapitów, następnie kilku scen; nie nastawiaj się, że w ciągu dnia napiszesz cały rozdział. Nie pozwól, by twoje postanowienia cię przerosły, gdyż bardzo szybko stracisz motywację do pisania. Możesz za to rozejrzeć się za aktualnymi konkursami i pisać pod temat – wtedy to ich ramy wyznaczą twoje cele, a nagrodą może okazać się chociażby pierwsze wydane w formie antologii opowiadanie.


3. DOBIERZ MUZYKĘ

Tego, jaki wpływ na nasz nastrój ma właśnie muzyka, chyba nikomu nie trzeba udowadniać. Muzytka wpływa na nasz nastrój, potrafi też redukować stres, wprawdzić nas w zachwyt albo obudzić zgoła inne emocje. Dlaczego więc nie wykorzystać tego jako źródła inspiracji?
Zdaję sobie sprawę, że każdy ma inny gust muzyczny i niemożliwe byłoby stworzenie idealnej listy piosenek, które motywowałyby do pisania. Mój sposób na wykorzystanie muzyki nie wynika jednak z moich gustów, jest więc uniwersalny, niezwykle prosty i mam nadzieję, że sprawdzi się również u ciebie.
Z reguły jestem fanką wolnych, melancholijnych utworów, dlatego zawsze ich słucham, gdy czeka mnie opisanie jakiejś romantycznej, delikatnej sceny. Za to gdy wiem, że akcja nabierze tempa, tworzę playlistę z ulubionymi szybkimi kawałkami. Muzykę dobieram również pod kątem miejsca i czasu akcji – pisząc rozdział noir kryminału, powieści detektywistycznej czy thrillera, włączam sobie najczęściej OST filmów podobnego gatunku. Gdy moja postać trafia chociażby do miasteczka portowego pod londynem, słucham brytyjskich szant.
Jeśli jednak łatwo się rozpraszasz lub dopiero zaczynasz swoją przygodę z pisaniem, proponuję nie włączać muzyki, gdyż możesz zbyt szybko się rozproszyć, ewentualnie puszczaj ją cicho. Unikaj piosenek, które wybitnie lubisz, znasz ich tekst na pamięć i wprawdzie motywują cię, ale głównie do tuptania nogą w rytm. Nie o to w tym chodzi.


4. ZACHOWAJ PORZĄDEK

Sądzę, że i tutaj znajdą się zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy tego pomysłu. Jest wiele osób, które uwielbiają przebywać w bałaganie i on im absolutnie nie przeszkadza, a nawet dobrze się w nim czują. Ja natomiast należę do osób, które – chociaż nie znoszą sprzątać – lubią mieć porządek.
Jeśli zauważysz, że trudno jest ci się skupić podczas pisania, zastanów się, czy przyczyny nie stanowią różnego rodzaju rozpraszacze takie jak rozsypane na biurku okruszki czipsów, wczorajszy kubek czy ta sterta ubrań na łóżku, która samą swoją obecnością zwraca twoją uwagę.
Ja uwielbiam pisać na komputerze przy biurku, inni wolą przelewać myśli na papier w zeszycie, jeszcze inni pracują na łóżku lub podłodze. Jeśli znasz już swoje ulubione miejsce pracy, to przed rozpoczęciem pisania postaraj się chociaż względnie je ogarnąć. Nie mówię tu o zbieraniu i chowaniu tych wszystkich świstków stanowiących plan powieści czy rozsypanych zakreślaczy, po które zaraz możesz sięgać. Zamiast tego zetrzyj kurz z biurka, przewietrz pokój czy popraw koc, na którym siedzisz. A teraz do dzieła!

Dobrze jest też zadbać o to, by już wcześniej w pobliżu znajdowały się wszelkie potrzebne rzeczy, z których będziemy korzystać w trakcie pracy. Tak – pisanie jest przede wszystkim pracą, nawet gdy na niej nie zarabiasz. Miej więc w pobliżu wszystkie słowniki, ulubione książki, wcześniej stworzone fiszki z błędami, które lubisz popełniać, czy drugi monitor z odpaloną poradnią PWN. Zawsze, gdy zabieram się do pisania, staram się za to odłożyć telefon, by mnie nie rozpraszał, a także powstrzymuję się przed otwieraniem chociażby Facebooka. Zamiast tego korzystam z aplikacji Forest: Focus for Productivity. Dzięki niej w czasie każdej pracy umysłowej sadzę wirtualne drzewa, zamiast przeglądać Insta. To działa!


5. ZADBAJ O SWOJĄ RUTYNĘ

Zdaję sobie sprawę, że większość z nas nie zajmuje się pisaniem zawodowo. Ogromną ilość czasu pochłaniają sprawy rodzinne, codzienne obowiązki, szkoła, studia, praca… i można tak wymieniać bez końca. Pewnie śmiesznie może zabrzmieć rada, by w natłoku tego wszystkiego jeszcze znaleźć przynajmniej godzinę dziennie na pisanie.
Jednocześnie zdaję sobie też sprawę, że takie działanie wymaga wręcz perfekcyjnej organizacji czasu, ale wiem też, że dla chcącego nic trudnego. Z pewnością nie skupisz się odpowiednio na swojej powieści, jeśli po głowie wciąż będzie ci chodzić jutrzejszy sprawdzian z matematyki czy najbliższe kolokwium. Postaraj się więc większość swoich codziennych spraw załatwić przed planowanym czasem poświęconym tylko pisaniu. Zapewne nie będzie to możliwe każdego dnia, ale gwarantuję, że jeśli siada się do komputera z myślą, że większość obowiązków jest odhaczona i teraz można absolutnie skupić się na swojej opowieści, zdecydowanie przyjemniej się pisze. Niestety – jeśli przelewanie różnych historii na papier stanowi twoją prawdziwą pasję, w końcu nadejdzie czas, by nauczyć się godzić ją ze wszystkimi codziennymi sprawami, musisz więc tak zorganizować dzień, by wyznaczyć sobie stałą porę na pisanie (dobrze, by wypadała ona w momencie twoego wyżu energetycznego). W pewnym momencie pisanie powinno stać się jednym z elementów twojej rutyny – jak dla niektórych  to siłownia czy poranny jogging, tak dla pisarza będzie to, no cóż, pisanie. Czasem trzeba się do tego zmusić, by zobaczyć efekty, ale częściej i w głębi serca po prostu chce się to robić. A czysta głowa tylko w tym pomaga.


6. OBSERWUJ

To naprawdę działa – wystarczy, że czasami uważniej przyjrzę się ludziom, którzy mnie otaczają, lub wyjadę na przykład na wakacje na wieś, a od razu do głowy wpadają mi nowe pomysły lub czuję nieodpartą chęć dokończyć swoje projekty. Bo czy romantyczki, które spędzą czas ze swoim chłopakiem o zachodzie słońca, nie zainspirują się tą chwilą? A może jako miłośnik thrillerów poszukaj inspiracji w wieczornej podóży metrem czy też tramwajem? Odwiedzaj miejsca, w których stawiasz swoje postaci – dworce, lasy, parki, kawiarnie i puby w konkretnym klimacie – i obserwuj świat, słuchaj go. Chłoń wszystko, co cię otacza, szukaj w sprawach codziennych rozwiązań do swojej twórczości – i nie mam tu na myśli jedynie obyczajówek. Pewnie nawet nie wiesz, jak inspirujące może być życie drugiej osoby; nie mam tu oczywiście na myśli wścibstwa, a jedynie trafną obserwację i wyciąganie własnych wniosków. Sama lubię, podróżując do pracy komunikacją miejską, patrzeć na ludzi i niczym Sherlock Holmes dedukować, kim mogliby być i jakie są ich historie. To otwiera umysł, nawet jeśli nie wydaje się niczym wielkim ani kosztownym, nie jest chociażby podróżą w dalkie miejsce.




7. INSPIRUJ SIĘ

Truizm? Ano truizm. Nie będę kłamać, że nigdy nie zainspirowałam się żadną sceną filmu czy powieści. Uwielbiam oglądać seriale czy chodzić do kina, w wolnym czasie staram się dużo czytać, dlatego łatwo znajduję pomysły na bohaterów, sceny czy wydarzenia. Oczywiście nie mówię tu o całkowitym sparafrazowaniu danego dzieła (nieważne, czy filmowego, czy literackiego), gdzie zmianie uległyby imiona bohaterów i miejsce akcji. Mam na myśli inspirację zaledwie jakąś cechą wykreowanej postaci, może niebanalnym stylem czy miejscem akcji…
Dla przykładu, gdy po raz pierwszy dostałam w ręce powieść science-fiction, bardzo sceptycznie do niej podchodziłam, bo kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z kosmosem (miałam wtedy chyba dwanaście lat i byłam zupełnie niezainteresowana tym gatunkiem). Gdy jednak zaczęłam ją czytać, a była to powieść postapokaliptyczna, zakochałam się po uszy – w stylu autorki, w klimacie, jaki stworzyła, oraz… – jakby inaczej – w jednym z bohaterów. Od razu wymyśliłam fabułę swojego opowiadania, które również opierało się na motywie postapokalipsy, starając się utrzymać podobny nastrój tej powieści. I mimo że moja fabuła całkowicie różniła się od tej w książce, to nie mogę powiedzieć, że w pewien sposób się nią nie zainspirowałam, podpatrując chłodną stylizację utworu. Pozwoliło mi to rozwinąć skrzydła.
Jeśli nie wiesz, jak skończyć jakiś wątek lub gdy nie potrafisz skleić sensownego zdania, polecam ci powrót do swoich ulubionych utworów. Czasami jakieś jedno zdanie – nawet wyjęte z kontekstu – lub akapit nakierują cię na właściwy tor, a ty zyskasz siły, by zmierzyć się z kolejnymi rozdziałami.


8. ODPOCZNIJ, GDY TRZEBA

Wiem, że mimo iż często potrafimy się motywować do pisania, zwykle prędzej czy później nadchodzi czas, kiedy to mamy absolutnie dość patrzenia na nasz tekst. Jeśli do ruszenia go nie potrafi nas zachęcić dosłownie nic – ani muzyka, ani porządek, ani wolny czas – warto mimo wszystko odejść na chwilę i pozwolić sobie odetchnąć. Nigdy nie zmuszaj się do pisania, gdy naprawdę czujesz, że nie chcesz tego robić. Bardzo szybko to, co robisz, zacznie przynosić odwrotne efekty, może skończyć się nawet usunięciem wszystkiego, co do tej pory powstało, w akcie szczerej nienawiści. 
Czasami będziesz potrzebować kilku dni, czasami tygodni, a niekiedy nawet miesięcy, by znów poczuć wiatr w żaglach – to zupełnie normalne. Myśl przy tym optymistycznie i zakładaj tylko pozytywne scenariusze. Przestań pisać pod deadline, jeśli czujesz, że cię to przytłacza – nikogo nie zawodzisz i nie musisz się nikomu tłumaczyćz tego, że rozdział nie zawisł na stronie w tym tygodniu. Staraj się jednak wracać do swojego tekstu myślami, wspominaj go ciepło, zastanawiaj się, jak mogą potoczyć się kolejne losy postaci. To pomoże ci osadzić się w tekście, nawet jeśli obecnie nie chcesz już go pisać bądź jest zakończony, ale niedługo nadejdzie czas pierwszej redakcji. Jeśli masz taką możliwość, pokaż komuś fragmenty, przeczytaj je na głos, przyznaj, że jesteś pisarzem, otwórz się również na konstruktywną krytykę… Słowem: zgłoś się na WS i poczekaj na ocenę. Odpocznij od tekstu, na miesiąc czy dwa oddając go pod opiekę komuś innemu, z kim łatwiej będzie ci do niego wrócić. Sprawdź przy tym nasz spis ocen, zajrzyj w sekcję komentarzy i przekonaj się, że krytyka, podana w odpowiedniej formie, może być iście motywująca.





redagowała Skoiastel