[263] ocena tekstu: Ich dzieci



Tytuł: Ich dzieci

Autor: oichespeir

Tematyka: fanfiction – Harry Potter, Huncwoci

Ocenia: Forfeit

 

PROLOG

Pierwsze, co rzuca się w oczy w twoim tekście, to brak wcięć akapitowych przy dialogach. Każdy powinien być nimi poprzedzony. 

 

W ruinach dworu Swann Garden, rozgrywała się przerażająca scena. – Bez przecinka. 

 

Żadne z nich nawet nie sięgnęło po różdżkę. Obydwa patyki, leżały zapomniane na skrzypiącym kredensie, po drugiej stronie pokoju. – Nazywanie różdżek patykami brzmi sztampowo, sztucznie. Mogłaś po prostu zacząć kolejne zdanie od obydwie leżały… A po patyki zbędny przecinek. 

 

Najczystsza krew w świ[e]cie czarodziei. 

 

Rozbita pozytywka była jedyną zabawką, która jej pozostała – otrzymała ją kiedyś, od niewidomej czarownicy, spacerującej po ulicy Pokątnej. – Zbędny przecinek po kiedyś

 

Awantura trwała jeszcze długo, a Aeria nie przestawała rozpaczliwie krzyczeć... aż w końcu wydarzyło się coś straszliwego. Ojciec po omacku sięgnął za siebie po długi nóż do otwierania listów i wiedziony jakimś demonicznym szałem dźgnął nim kilkukrotnie mamę. Kobieta osunęła się na podłogę, plamiąc ją wielką kałużą szkarłatu. Krzyk Aerii urwał się wpół, dławiąc jej gardło. Ignitas stał przez chwilę w milczeniu, z przerażeniem wpatrując się w półotwarte oczy Gai, a potem drżąc od stóp do głów i wciąż się chwiejąc, podszedł w kierunku łóżeczka:

– Widzisz c-co narobiłaś?! Widzisz?!


Dlaczego narrator wszechwiedzący na początku spoileruje mi, że coś, co się wydarzy, będzie straszliwe? To dość tani chwyt; na pewno przejście z zaskoczenia do ataku wywołałoby w czytelniku większe napięcie.

Brakuje mi w tej scenie więcej emocji. Sam akt morderstwa opisany jest sucho, niedynamicznie. Nie przejęłam się wcale tą sceną, a powinnam – przecież ukazuje zbrodnię. Szczególnie że to prolog i ma mnie przyciągnąć do czytania opowiadania. Na ten moment czuję, że okej, stało się coś złego i… no cóż, trudno. Nie poczułam przejęcia, współczucia dla dziecka, ojca czy matki. Nie wiem też jeszcze, czy chcesz pisać tę scenę narratorem wszechwiedzącym, bo niektóre zdania wskazują, jakbyś próbowała oddać POV dziewczynki. Nie jest to dobry pomysł – małe dzieci nie rozumieją wielu rzeczy, ciężko napisać zrozumiałą scenę zbrodni z ich perspektywy; ponadto wypowiedzi nie pasują do stylizacji pięcioletniego dziecka. Jeśli chcesz koniecznie przedstawić POV dziecka, powinnaś wypełnić je silnymi emocjami i opisem prostych ruchów, które dziecko jest w stanie zarejestrować. 

Rzuca się też w oczy nadmierna ilość imiesłowów przysłówkowych, które sprawiają, że zdania mają podobną konstrukcję, a więc i melodyjność. To jeszcze bardziej odbiera dynamizm. Do tego przed wypowiedzią dialogową zdanie nie powinno kończyć się dwukropkiem, gdyż czasownik (poszedł) nie dotyczy wypowiadania słów.

 

– Gdzie ty się wybierasz, smarkata? – zagrzmiał tuż obok szorstki głos i już po chwili Alastor Moody niósł ją z powrotem w stronę domu.

–  Który frajer zostawił dziecko bez opieki?! – rzucił rozeźlony do swoich ludzi. – W obydwu przypadkach wypowiada się ta sama osoba, więc nie powinnaś rozpoczynać kolejnej wypowiedzi dialogowej od nowego akapitu. 

 

Zastanawia mnie kwestia formalna przygarnięcia Aerii przez sąsiadkę; nie jest to w żaden sposób wyjaśnione, nikt nie pyta o najbliższą rodzinę dziewczynki, tylko od razu przekazują ją sąsiadce. Nikt też nie wzywa lekarza ani nie pyta dziecka, jak się czuje po tym, jak widziało scenę morderstwa matki i było zagrożone utratą własnego życia. Aeria nie przejęła się też emocjonalnie samym morderstwem, a z opisu wynika, że rozumie, czym jest śmierć. Jasne, w takich sytuacjach ludzie różnie reagują, szczególnie dzieci; mogła być w szoku, ale jednak nie widzę rozpaczy Aerii po utracie matki, którą na jej oczach morduje ojciec, co wydaje się nienaturalne – dzieci w tym wieku czują miłość do rodziców. Nieważne, jacy by oni nie byli, szukają ich akceptacji i nie rozumieją tego, że rodzice mogą być źli, robić krzywdę. 

 


Księga I, „Miotły i inne zmartwienia”

Czemu nazywasz rozdziały księgami? Bardziej kojarzę synonim z tomem lub częścią tomu. Nie wydaje mi się, żeby twoje rozdziały były na tyle długie, by kategoryzować je jako księgi. 

 

Przyprawić kocie uszy nieszczęsnym trojaczkom sąsiadów z naprzeciwka ? – Zbędna spacja przed pytajnikiem. W dalszej części tekstu ten błąd się powtarza.


Nie miał najmniejszego zamiaru psuć jej radości z bycia matką, a jednak w głębi serca, choć nienawidził przemocy i kochał to dziecko całym sercem, to uważał, że Jamesowi należałby się od czasu do czasu porządny klaps, a nie podsuwane mu przez żonę pod stołem kolejne smakołyki.

 

Mieli już z Euphemią po pięćdziesiąt trzy lata, kiedy jak grom z jasnego nieba spadła na nich informacja o jej ciąży. Fleamont, odkąd zbił fortunę na swoim wynalazku – magicznym szamponie Ulizanna, ujarzmiającym nawet najbardziej niesforne loki – był w stanie zapewnić swojej żonie absolutnie wszystko... prócz dziecka. – Doceniam tę zgodność z kanonem – zarówno zbicie fortuny, jak i późne rodzicielstwo Potterów. 

 

Jako jedyny nawiązał kontakt z surowo wyglądającym portretem swojego dziadka, Henry'ego "Harry'ego" Pottera, który był znaną osobistością w Wizengamocie i swego czasu wywołał ogromne zamieszanie[,] publicznie napiętnując Ministra Magii za zakaz pomagania mugolom podczas I wojny światowej. – Niepoprawny cudzysłów. W dalszej części tekstu ten błąd się powtarza. Polski powinien wyglądać tak: „(...)”.

 

Całą scenę rozdziału pierwszego piszesz z perspektywy Fleamonta Pottera, ale pod koniec przeskakujesz za plecy Jamesa. Ten zabieg nie wygląda dobrze. Mogłaś oddzielić po prostu te sceny: wyjściem rodziców z domu kończyłaby się pierwsza, a druga, z perspektywy Jamesa, zaczynałaby się w ogrodzie Bathildy. 

 

Nawet gdyby miała ze sobą wtedy ten patyk, to wiedziała, że nie zdążyłaby go dobyć, a co dopiero odnaleźć w głowie i rzucić odpowiednie zaklęcie. – Wybaczam patyk, bo Euphemia mogła tak pomyśleć o różdżce. Jednak ze zdania wynika, że szukałaby go w głowie. Choć z drugiej strony patyk jest kolokwialny – nadaje konkretnej stylizacji, ale ta urywa się w momencie, gdy korzystasz z czasownika dobyć, który już kolokwialny nie jest, a wręcz przeciwnie – trąci wzniosłością, jakimś takim dostojeństwem i powagą sytuacji (dobywa się np. miecza). Znacznie lepiej brzmiałaby myśl wystylizowana w pełni, a nie tylko na pół gwizdka, np.: Nawet gdyby złapała wtedy za ten cholerny patyk… Albo: Nawet gdyby miała ze sobą wtedy ten patyk, to i tak nie zdążyłaby go chwycić

 

Za tę chwilę byłaby gotowa oddać całą resztę swojego, radosnego przecież życia. Przeszłego i przyszłego. – Resztę też przeszłego życia? Reszta życia odnosi się do tego, którego jeszcze nie przeżyliśmy. Nie da się oddać reszty przeszłego życia. 

Ponadto przecinek jest zbędny, chyba że chcesz zrobić wtrącenie, wtedy drugi powinien pojawić się po przecież

 


Księga II, „Księżycowa opowieść”

W towarzystwie dzieci czuła się spokojna – były z natury dobre i nawet jeśli zachowywały się okrutnie, czyniły to bardziej z braku zrozumienia, niż rzeczywistej podłości. – Zbędny ostatni przecinek, ponieważ po niż nie występuje czasownik. 

 

Nucąc starą, zapamiętaną jeszcze z wczesnych, dziecinnych lat kołysankę (…). – Dziecięcych lat. Dziecinne może być zachowanie. 

 

– Wracaj tu, mała oszustko! Pokażę ci, co przeżył mój Cyprian! Poczujesz i sama ocenisz czy zasługuję na odszkodowanie!... Pobawmy się! – Uderzyła ją zupełnie irracjonalna zmiana tonu jego głosu, który w sekundę potrafił przejść od wrzasku do szeptu, jakby zupełnie nie panował nad skrajnymi emocjami, albo atakowało ją kilku różnych mężczyzn jednocześnie.

[...]

– Ja już mam dosyć... Ten drugi... On mnie niszczy... Każe mi się z tobą bawić... A ja nie chcę się z tobą bawić, mam swoich kolegów... Oni do mnie ciągle mówią! – Tym razem to chrapliwy szept rozległ się po jej prawej stronie.


Okej, zatrzymajmy się na chwilę przy tej scenie. Czuję się, jakbym powróciła do oglądania Zabójczych umysłów bądź CSI: Miami. Wiem, że takie przypadki mogą się zdarzyć, ale to wygląda kuriozalnie, że facet, który kłócił się o ubezpieczenie za śmierć swojego chomika, nagle staje się mordercą z dwiema osobowościami. Jakoś nie pasuje mi do tej sceny tak pogłębiony wątek psychiki mężczyzny, a szczególnie źle wygląda to w zestawieniu ze zwierzaczkiem. 

Edit: potem okazuje się, że to był bogin. Ciekawe, że morderca miał osobowość mnogą – tego bała się najbardziej Hope? Wydaje mi się, że prędzej wyobraziłaby sobie po prostu klienta jako zabójcę, chyba że ma rozeznanie w tematyce kryminalnej i psychologicznej czy medycznej. 

Swoją drogą, po pierwszej zacytowanej wypowiedzi dialogowej postawiłabym akapit, a część od Uderzyła ją… przeniosła do nowej linijki. Mimo wszystko wypowiedź należy do mężczyzny, a reakcja i przemyślenia dotyczące tonu głosu – do bohaterki. O ile w przypadku czasownika usłyszeć można zachować ciągłość zapisu, o tyle tutaj nie ma sensu wprowadzać zamieszania. No i zwróć uwagę na fragment:
(...) irracjonalna zmiana tonu jego głosu, który w sekundę potrafił przejść od wrzasku do szeptu, jakby zupełnie nie panował nad skrajnymi emocjami. – Nad skrajnymi emocjami panować miał głos czy bohater? Raczej to drugie, ale ze zdania wynika to pierwsze. Przydałby się więc podmiot: (…) jakby mężczyzna ten zupełnie nie panował nad skrajnymi emocjami.

 

Podarła pończochy i zgubiła jeden but, ale w tej chwili nie miało dla niej znaczenia nawet to, że z jej stopy tryska obfity strumień krwi. – To brzmi, jakby przebiła tętnicę, z której wytryska niemal wodospad, a to niemożliwe. 

 

Napastnik przewrócił ją na plecy i zaczął dusić. – Czy w takim momencie Hope myślałaby o facecie per napastnik? Wydaje mi się, że nie byłaby w stanie tak ładnie określać mężczyzny w chwili, gdy ten ją napada. Pamiętaj, że nie musisz ugrzeczniać treści w momencie dynamicznej akcji, gdy bohaterce dzieją się złe rzeczy. Znacznie większe emocje wywołasz, stylizując narrację. Typ, facet, ten szmaciarz… W takich chwilach wczuj się w swoją główną postać i sprzedawaj mi jej rzeczywiste myśli. Tylko dzięki temu fragmenty te zyskają naturalność.

 

– Nie trzepocz się tak[,] rybko! – Przed wołaczem zawsze stawiamy przecinek. 

 

Młody mężczyzna, dosłownie wyrósł pomiędzy nią a napastnikiem. – Zbędny przecinek. 

 

Nosił skórzane beżowe rękawice oraz kapelusz w tym samym kolorze, więc Hope nie była w stanie przyjrzeć się jego fizjonomii. – I o tym myślała w momencie, gdy koleś magią obronił ją przed mordercą? Nie powinna raczej być przerażona, skołowana, zwrócić uwagę, że przez machanie różdżką stało się właśnie coś dziwnego? W dodatku znów w dynamicznej scenie Hope myśli o beżowym kolorze, o fizjonomii… To nie są raczej słowa, które przychodzą nam do głowy, gdy boimy się o swoje życie. 

 

Mógł być od niej starszy niewiele pon[a]d pięć lat (…).

 

– Uważam, że powinna pani jednak przyjąć jakieś leki na nerwy. Bardzo trudna noc za panią... Chodźmy! – To od wejścia do lasu po pracy do momentu ataku minęła cała noc? A raczej: gdy Hope wchodzi do lasu, zapada zmrok, a po krótkim spacerze i scenie ataku mija kilka godzin? Swoją drogą, to do której ona pracuje, że kiedy wychodzi wcześniej, już jest ciemno (mimo zimy)?


Jego skrytość najwyraźniej nie wynikała z nieśmiałości, lecz z pełnego skupienia i troski sposobu bycia. – Czym jest troska sposobu bycia? Pierwszy raz spotykam się z takim określeniem. Na moje – chyba zjadłaś przecinek.

 

Zajęła miejsce przy malutkim stoliczku, blisko skromnego kominka, nie spuszczając z oczu pijanego mężczyzny, który spał, opierając brudną głowę o ladę, po której toczył się przewrócony kieliszek.Malutki stolik albo stoliczek wystarczy. 

Ogólnie cały ten fragment jest przeładowany epitetami. Mamy tu: malutki stoliczek, skromny kominek, pijanego mężczyznę, brudną głowę, przewrócony kieliszek. Właściwie tylko oczy i broda nie mają swoich określeń. Ja wiem, że tak jest obrazowo, ale bez przesady. Wyobraźnia większości czytelników i tak nie będzie w stanie na krótkiej przestrzeni czasu czytania nadążyć i wygenerować całego wyobrażenia, bogatego we wszystkie wymienione detale. Niektóre mogłabyś sprzedać za jakiś czas (na przykład informacje o tym, że kominek był skromny albo że mężczyzna był pijany, spokojnie można by przekazać w kolejnym zdaniu). Przecież nie musisz się spieszyć…

 

Maruder, podniecony oparami alkoholu[,] próbował chyba się na niego rzucić [na ten alkohol?], ale jego ręka [tego alkoholu?] bardzo mocno przytrzymała go na miejscu.

 

Z drugiej strony nie była w stanie wymyślić żadnego rozsądnego powodu, dla którego dwudziestoośmioletnia kobieta miałaby o zmroku, samotnie wchodzić do bardzo gęstego i od pewnego czasu otoczonego złą sławą lasu. – Też tego nie rozumiem, skoro wiedziała, że las jest niebezpieczny. To zwyczajnie głupie i nieodpowiedzialne zachowanie. Nie widzę podstaw do rozwoju takich wydarzeń w tym wątku. Nie sądziłam, że Hope jest tak nieostrożna i naiwna. 

 

– A co pan właściwie tam robił? – Postanowiła odbić piłeczkę, ale on tylko wzruszył ramionami.

– Nic szczególnego. Mugole coraz częściej straszyli się nawzajem opowieściami o dziwnych odgłosach i zjawiskach w tym miejscu. Mój niezbyt kompetentny szef skojarzył je z pewnym wyjątkowo niebezpiecznym i rzadko spotykanym upiorem, więc ministerstwo wysłało mnie, bym się go pozbył...

– Co?! – Po raz pierwszy zaświtała jej w głowie myśl, że być może jej wybawca w rzeczywistości jest równie obłąkany i groźny co leśny napastnik, ale mimo to nie potrafiła się go bać. Popatrzyła na jego spokojną, poważną twarz.

– Pan naprawdę nim jest...

– Kim?

– Czarodziejem. To się dzieje naprawdę...

Mężczyzna nie zaprzeczył. Zamiast tego, wyciągnął zza pazuchy elegancki portfel i zaczął usilnie czegoś szukać, wysypując przy okazji kilka nietypowych, srebrnych monet, na których widniał wizerunek jakiegoś baśniowego stworzenia, przypominającego nieco młodego smoka. – Jeśli Lupin jest aurorem bądź zajmuje się innym podobnym fachem, a wszystko na to wskazuje, to tym bardziej nie rozumiem jego zachowania i ryzykowania ujawnienia się przed obcą kobietą. W dodatku niczego jej nie tłumaczy, nie przejmuje się jej szokiem, tym, co widziała… Nie wydaje mi się odpowiedzialnym czarodziejem. Kolejne kuriozum. 

 

Stan euforii, w którym się przez to znajdowała, sprawił, że nie poczuła nawet odrobiny żalu, złości czy lęku o przyszłość, kiedy poinformowano ją o zwolnieniu z zakładu ubezpieczeń. Miała jeszcze ostatnie oszczędności, które pozwoliłyby jej na przetrwanie kolejnego miesiąca. Planowała rozejrzeć się za jakąkolwiek inną pracą, ale wtedy wydarzyło się coś, czego nie spodziewała się doświadczyć nigdy w życiu. Pewnego deszczowego wieczora, nad brzegiem stalowego morza Lyall Lupin, drżącym ze zdenerwowania, nietypowym dla siebie głosem, poprosił ją o rękę. – Ja wiem, że to były inne czasy, ale jednak oświadczać się po tygodniowej znajomości, gdy nawet nie jest się parą… Nie pasuje to do, jak go opisujesz, poważnego, szanowanego człowieka, wykonującego niebezpieczne zlecenia. Przecież Lupin powinien chociaż trochę pomyśleć o tym, że naraża partnerkę na niebezpieczeństwo przez swoją pracę, i o tym, że ona jest mugolką i nie zna jeszcze magicznego świata oraz rządzących nim praw. Czy to nie za szybko, jak na takiego niby odpowiedzialnego człowieka?  

Ostatni przecinek zbędny.

 

Ich spokój zakłóciły jednak wkrótce hałasy i zielone płomienie, które trysnęły [z] kominka, w którym chwilę później pojawiła się głowa Apolonii Wellgood. Zakłóciły jednak wkrótce brzmi kanciasto; rozumiem szyk przestawny dla jednego z wyrażeń, ale przy obu naraz nie wygląda to dobrze. Sugeruję przeredagować, np.: Wkrótce ich spokój zakłóciły jednak hałasy…

 

Mimo wszystko nie wydawał się jednak wyprowadzony z równowagi. – Albo mimo wszystko, albo jednak

 

Vicius Ictanella! [...] Lyall nie zatrzymał się jednak, by obserwować spektakularny efekt klątwy. – Klątwy? Lupin używał czarnej magii? Czy to nie zbyt niemoralne jak na niego? I skąd znałby te zaklęcia?

 

Na jego własnej koszuli z kolei, wielką plamą rozlewała się krew jego dziecka, które bezwiednie tulił z całych sił, początkowo nie chcąc go oddać w ręce pielęgniarzy. Był zadziwiająco trzeźwy, na pierwszy rzut oka, jakby wypruty z silniejszych emocji. – Nieco gryzie mi się bycie trzeźwym z tym, że bohater nie chciał oddać syna pielęgniarzom, mimo że Remus umierał na jego rękach. Przecież po to Lyall od razu pojawił się w Mungu. 

 

"Kogoś takiego trzeba po prostu zgładzić! Nie zasługuje na to, by żyć!" – Zastosowałaś (niepoprawny) cudzysłów i kursywę. Wcześniej używałaś tego pierwszego i powinnaś przy tym pozostać. Podwójne cytowanie jest błędem. 

 

Dziwię się, że w Ministerstwie Magii podczas przesłuchania, kiedy cytuje się paragrafy i na nie powołuje, w zasadzie samego przesłuchania nie było, co jest zapewne niezgodne z prawem. Poszkodowany oczywiście opisał zajście, ale Lupina nie przesłuchano jak trzeba, a nawet w ogóle. Wiem, że podobnie było z Potterem w Zakonie Feniksa, ale to jeszcze nie okres Voldemorta, który wywoływał panikę, którego się bano i nie chciano przyznać, że powrócił i mogą dziać się różne dziwne rzeczy; taka sytuacja nie powinna mieć miejsca w najwyższym urzędzie. Mam wrażenie, że cała scena jest nadto pompatyczna, przesadzona. Ciężko mi uwierzyć, że jeden młodszy uzdrowiciel do tego stopnia zmanipulował całą radę, by od razu wydać wyrok na Lupina i złamać porządek obrad. W tamtych czasach przesądy o czystej krwi nie wywoływały aż takich kontrowersji, jak paręnaście lat później; a może raczej nie wywoływały jawnych ataków nienawiści. Całe to prawie zwolnienie Lupina jest więc mocno naciągane. Szczególnie wysokość grzywny – samo sto galeonów to jak ogromny majątek dla wielu czarodziejów. Kolejną kwestią jest to, że pracownicy ministerstwa chcą zwolnić Lupina za incydent, który nie zdarzył się w pracy i nijak na nią nie wpływa. To chyba zbyt mała rzecz, aby wszczynać dyscyplinarkę i można ten argument łatwo podważyć. 

 

– Pan czuje w stosunku do niego litość, sir? – zapytał zszokowany Oakh[.]

 

– Chciałbym, by świat był pełen takich "potworów"  – dodał szybko, niedając dojść chłopcu do głosu.Nie dając oddzielnie + niepoprawny cudzysłów. 

 

Był zupełnie gotów na śmierć. Szczerze mówiąc, nawet na nią liczył. Miał tylko nadzieję, że uda mu się powstrzymać Remusa na tyle, żeby jego żona zdołała się uratować i że chłopiec nigdy nie będzie się obwiniał za to, co się stało. Chciałby zdążyć go zapewnić, że wszystko jest dobrze, że skończyło się dokładnie tak, jak powinno… – Brakuje mi uczuć. Myśli opisałaś tu i wcześniej bardzo zgrabnie, zachowanie postaci jak najbardziej ukazuje cierpienie bohaterów, ale brak mi więcej emocji. Więcej drżących rąk, uczucia zimna, urywanego oddechu, zachrypniętego głosu… 

 

Alohomorra! – zapisujemy przez jedno r. 

   

– Co to, kwintoped? – zbędny przecinek. 

 

Pamiętasz, co było, kiedy Benecius oskarżył cię o kradzież kilku galeonów? Tylko ja stanąłem po twojej stronie… — Skąd małe dzieci mają przy sobie takie pieniądze? 

 

Podobała mi się najpierw scena, gdzie Remus wyznał prawdę w obronie ojca, a następnie ta z mieszkańcami pod domem. Remus zachował się bardzo naturalnie, stając w obronie Lyalla i wyznając prawdę, także reakcja jego przyjaciela była naturalna. Naiwność i delikatność Remusa mnie ujęła, zabrakło mi jednak więcej jego uczuć. Dziecko w tym wieku powinno przeżywać ich sporo, szczególnie po ostatnich wydarzeniach. 

W scenie z mieszkańcami ciężko mi było uwierzyć w tak silne zaklęcia — jedno niszczące cały dom? To jak mały on był? Natomiast zachowanie postaci zdecydowanie na plus. Masowy strach rodzin o swoje dzieci i próba wykurzenia rodziny Lupina zdecydowanie tu pasuje, lecz znowu – zabrakło opisów odczuć Lyalla. Widać jego stanowczą reakcję, widać jego gorycz i rozczarowanie w głosie, lecz nie wiem, co przeżywa wewnętrznie. Trudno wejść głębiej w tę postać, w jej myśli, i się z nią utożsamić. 

 

Nie każdą siłę starość zniszczy! – Dlaczego teraz cytat zaznaczasz kursywą, skoro do tej pory używałaś cudzysłowu? 

 

Czemu Lupinowie przeprowadzają się do miasta, skoro nawet na wsi odgłosy wilkołaka roznosiły się dość daleko w okolicy? Czy w mieście nie będzie gorzej utrzymać tajemnicy, żeby nie zwracać uwagi innych? Sąsiedzi są bliżej, ściany są cienkie… Gdzie Remus przechodziłby metamorfozy, skoro wcześniej piwnica ledwo dawała radę zatrzymać jego szał? 

 

Miał teraz ponad dziewięć lat i z wielką tęsknotą spozierał na bawiące się na podwórku dzieci. – Co to za archaizm? Kompletnie nie pasuje do małego Remusa, nie zdarza się też więcej. 

 

Hope nie miała już sił, by martwić się o kogokolwiek poza Remusem, a skoro tak ciężko było uchronić przed jego metamorfozami obce dzieci, co dopiero by było, gdyby mieli to zrobić z własnym synkiem, albo córeczką, mieszkającą razem z nimi. — Zbędny przecinek przed albo

 

Chciała, żeby się rozwijał, więc kupowała chłopcu coraz to nowe książki mugolskie i czarodziejskie, które pochłaniał nadzwyczaj chętnie, tak iż wkrótce ciężkie tomy wypełniły prawie cały jego pokój. — Lupinów ledwo było stać na jedzenie, ale na książki już tak? Przecież masowo to nie są tanie rzeczy, na które pozwala sobie ktoś, kto ma długi i ledwo daje radę wyżyć. Prędzej bym uwierzyła, że większość książek chłopiec dostawał z biblioteki, ale wtedy nie piętrzyłyby się w stosy. 

Do tego: coraz to nowsze książki – fraza /coraz to/ zawsze łączy się ze stopniem wyższym.

 

Kobieta miała wrażenie, że za chwilę jej serce eksploduje z bólu. Remus przeczytał ostatnio po raz trzeci całą Historię Hogwartu. Wiedział, że ma zdolności magiczne. Już jako dwulatek, chcąc pomóc jej w gotowaniu obiadu, transmutował udko kurczaka w wielkiego pieczonego indyka. Od roku Lyall udzielał mu prywatnych lekcji w domu.

– Ja... Synku... Ja... Myślę, że to nie jest najlepszy pomysł. Tata będzie cię uczył w domu, czego tylko chcesz. – Czy rodzice dostali jakąś zgoda na domowe nauczanie? Przecież ponoć w ministerstwie nie wiedzą nic o likantropii Remusa. Na jakiej podstawie wydaliby zgodę? Czy może nie trzeba tego zgłaszać, regulować prawnie? Tyle że dzieci czarodziejów są przez ministerstwo monitorowane... Obecnie trzeba podać powód nauczania domowego, udowodnić, że występują trudności w funkcjonowaniu dziecka w szkole bądź opłacać lekcje prywatne (które są drogie). Czy zrobiłaś research, jak to wyglądało w UK w latach 70.? Nauczanie domowe przywędrowało do Europy ze Stanów, lecz w tamtych czasach dopiero zaczynało się w Ameryce rozwijać. Tak czy inaczej ojciec uczył Remusa chyba tylko teorii i ewentualnie pokazywał działanie w praktyce, prawda? Chłopiec i tak nie ma różdżki, by mógł sam czarować, a nie każda różdżka działa w dłoni danej osoby. 

Poza tym – nie dziwi ludzi w ministerstwie, że Lupinowie się tak często przeprowadzają? Rozumiem, że Lyall ma taką, a nie inną pracę, aczkolwiek to i tak dość podejrzane w połączeniu z plotkami. Niemniej, praca Lyalla powodująca częste przeprowadzki byłaby dobrym wytłumaczeniem dla nauczania domowego, gdyby nie to, że Hogwart to taka typowa szkoła z internatem. 

 


Księga III, „Wiedźmy i dziwolągi”

Mark starał się wychować dziewczynki tak, by wiedziały, [że] w życiu są pewne zasady (…).

 

Petunia po raz ostatni chlusnęła wodą w stronę siostry i podbiegła do rodziców. Oni jednak nawet tego nie zauważyli. – Jak Mark mógł nie zauważyć, skoro to jego POV? 

 

Chwileczkę. Lily sprawiła, że krople wody zawisły w powietrzu, a przechodnie, zamiast się dziwić, byli oburzeni czy krzyczeli, że to wariatka? Nic ich nie zaskoczyło? Trudno mi w to uwierzyć. Chorzy psychicznie ludzie nie zatrzymują wody w powietrzu. Rozumiem, że obcy próbowali sobie to jakoś wyjaśnić, ale to tłumaczenie wydaje mi się nieprawdopodobne. Prędzej posądziliby Lily o jakieś sztuczki, oszustwa, diabelską magię. 

 

Petunia nie potrafiła dokładnie nazwać emocji, które towarzyszyły jej po każdym takim dziwacznym wydarzeniu, które siostra najwyraźniej w jakiś sposób do siebie przyciągała. Z jednej strony narastał w niej niepokój – bardzo zależało jej na tym, by mieszkańcy okolicy mieli o nich dobre zdanie (nie znosiła wytykania palcami i wyśmiewania), poza tym coraz trudniej było jej w tej sytuacji bronić Lily przed ewentualnymi atakami i udawać, że wszystko jest w porządku. – Przecież zaczęłaś scenę od POV Marka. Dlaczego jesteśmy nagle w głowie Petunii? To nazywa się head-hopping i zdarza ci się coraz częściej popełniać ten błąd. 

 

[Severus] Nie bał się także o złamanie prawa – był dzieckiem, mógł czarować, ile tylko chce, a nikt nie zarzuciłby mu umyślności. Tym głupim urzędnikom nie przyszłoby do głowy, że niespełna siedmioletni chłopak jest w stanie świadomie używać konkretnych zaklęć. On jednak nauczył się tego już w wieku pięciu lat. - Severus używał różdżki, ona sama jednak nie wypowiada zaklęć; w przypadku dzieci to magia wywołuje nieprzewidywalne incydenty (jak w przypadku Harry'ego, gdy w 1. części w zoo zniknęła szyba między nim a wężem). Wiem, że Snape nie miał różdżki i nie był w szkole, ale Ministerstwo Magii na pewno kontroluje dzieci czarodziejów i sprawdza różne nieprawidłowości. . 

 

To było takie dziwne! Był pewien, że ten facet uderzy Lily, albo co najmniej ją zruga (tak uczyniłby jego ojciec, gdyby to Severusowi przyszło do głowy uciec z domu). – Niepotrzebnie podałaś informację w nawiasie – to oczywiste, wynika z wcześniejszych myśli Severusa. 

 

Po drodze, kiedy już znalazł się na swojej dzielnicy, napotkał kilku chwiejących się pijaków i jakąś tanią prostytutkę, która szukała klienta nieopodal zepsutego i dawno nieużywanego młyna. Wszędzie śmierdziało starym olejem i rybami. Nie bał się tych ludzi. Pogardzał nimi. Mugole byli tacy słabi, tacy głupi... – To tak, jakby Severus uważał, że czarodzieje się nie upijają i nie trudnią nierządem. I może w świecie Rowling rzeczywiście nie spotykało się prostytutek, ale w Dziurawym Kotle były różne osobistości. Z kolei skąd Snape mógł to wiedzieć? Ale też skąd mógł wiedzieć, że tak nie jest?

 

Severus mył się raz w tygodniu w metalowej misce, w której na co dzień mieszkało kilka dorodnych pająków, bo tylko raz na tydzień w domu była woda, a w brudnej, małej wannie widniały co najmniej dwie dziury. Wystarczyło jedno machnięcie różdżki, [przecinek zbędny] albo godzina niezbyt wymagającej męskiej pracy, by to naprawić, ale nikt się tym za bardzo nie przejmował. Eileen nie podejmowała żadnej pracy, oskarżając męża o bycie darmozjadem, więc w domu brakowało nieustannie pieniędzy. I tak przy odrobinie dobrej woli, byłoby ją stać na zdobycie dla syna nieco lepiej dobranego ubrania, niż to, które oferowało im mugolskie Stowarzyszenie Dobroczynne "Miej Nadzieję". – Skoro Severus używał różdżki matki, dlaczego sam nie naprawił wanny prostym zaklęciem lub nie wyczarował wody zwykłym aquamenti? Mógł też rzucić chłoszczyść i mieć czyste ubrania, a nawet naprawić dziury. Nie zgadza mi się to. Ponadto szkoda, że nie pokazałaś sceny takiej kąpieli i przeżyć wewnętrznych sfrustrowanego takim stanem życia bohatera, zamiast podsuwać nam pod nos jedynie streszczenie.  

 

Tamtego wieczora wybuchła jeszcze większa, niż zwykle awantura i chłopiec nie potrafił wyrzucić ze swojej głowy wrzasków matki i ojca. – Zbędny przecinek przed niż

 


Księga IV , „Czarny chłopiec”

Tak bardzo chciał do nich dołączyć ! – Zbędna spacja przed wykrzyknikiem. To podstawowy błąd, a zdarza ci się co jakiś czas. 

 

Za nic nie chciał doprowadzać kobiety do jednego z jej wybuchów, dlatego odwrócił się i pozwolił, by dosłownie wlokła go w stronę rezydencji rodziny Blacków. – Dlaczego Syriusz myśli o swojej matce per kobieta? Szczególnie że chwilę później zwraca się do niej mamusiu. 

 

Spodziewała się wszystkiego. Wiedziała, że jej syn może rozpocząć z nią kłótnię (czynił to zresztą często, chociaż zawsze kończyło się to dla niego bardzo źle), albo nie odezwać się ani jednym słowem przez kolejnych kilka dni. – Znów stosujesz head-hopping. Zaczęłaś od POV Syriusza i przeskoczyłaś do głowy Walburgi. 

Edit: Później w tym rozdziale znów się to zdarza. 

 

Nie sugerujesz jednak chyba, moja droga, że dziecko, mężczyzna zrodzony z takiego małżeństwa, mógłby nie posiadać w sobie mocy? Chyba że zataiłaś przede mną jakąś hańbę w drugiej gałęzi swojej rodziny? Miałaś wśród krewnych charłaka? Mugola? – Przecież Walburga pochodziła z rodu Blacków i Crabbe’ów, jak więc miałaby ukrywać charłaka czy mugola? Rodowód to była raczej powszechna wiedza wśród czarodziejów. Zresztą Walburga sama o tym mówi:

– Przestań! Mówisz o rodzie Blacków i Crabbe'ów, najszlachetniejszych, najbardziej nieskazitelnych przykładów, [przecinek zbędny] chluby czarodziejskiego świata. Crabbe'owie od najwcześniejszych wieków, [przecinek zbędny] nigdy nie zbratali się z kimkolwiek o wątpliwej reputacji. Większość została wydana za własne kuzynostwo! – Dlaczego więc Orion, tak pilnujący czystości krwi, sugeruje w ogóle takie rzeczy? Wychodzi przy tym na głupiego.

Poza tym w podkreślonym fragmencie chyba wdarł się błąd składniowy. Obecnie mamy: mowa o rodzie Blacków i Crabbe’ów, (domyślnie: mowa o rodzie) nieskazitelnych przykładów… – szczerze jednak wątpię, byś miała na myśli ród przykładów

Sugeruję:

– Przestań! Mówisz o rodzie Blacków i Crabbe'ów, najszlachetniejszym, nieskazitelnym przykładzie chluby czarodziejskiego świata. – No bo w sumie jeśli coś jest najszlachetniejsze – no to wiadomo, że wymienisz jedno (jeden przykład). Dwa (lub więcej) przykłady nie byłyby już -naj.

Poza tym nie można być najbardziej nieskazitelnym. Jeśli coś jest nieskazitelne – z założenia nie ma żadnej skazy. Tak jak nie można być, nie wiem, najbardziej w ciąży. To zero-jedynkowe; albo się jest nieskazitelnym, albo nie. Albo się jest w ciąży, albo nie.

Niemniej jednak podoba mi się pomysł trudności Syriusza; jest oryginalny i bardzo pasuje do środowiska, w którym żyje Black. Dla tak szanowanej w społeczności czarodziejów rodziny to musi być duży problem, więc jestem ciekawa, jak rozwiniesz ten wątek. 

 

Trzy pietra wyżej, siedmioletni, wyjątkowo urodziwy chłopczyk, kulił się na ziemi obok swojego łóżka. – Piętra. Pierwszy i trzeci przecinek zbędny.

 

Zawsze, kiedy zamykano go w pokoju, Kurzyk spędzał tam nieliczne chwile,[zbędny przecinek] wolne od pracy i starał się go na swój sposób pocieszyć. Było to zdecydowanie najmilsze i najbardziej przyjazne mu stworzenie w całym domu. Tym razem,[zbędny przecinek] stworek szedł w jego stronę, trzymając coś na wyciągniętej łapce.

 

Ręka Walburgii zatrzymała się w powietrzu. – Walburgi przez jedno i. 

 

– Kurzyk się domyśla. – Niespodziewanie stworek dotknął jego dłoni. – Określasz w tym rozdziale skrzata stworkiem, co jest mylące, gdyż w domostwie przecież jest skrzat, który ma na imię Stworek. Polecam to zmienić. 

 

Drzwi uchyliły się z cichym skrzypieniem, a chwilę później dostrzegł mały, spłaszczony ryjek. Przez sekundę pomyślał, że to Kurzyk i zerwał się w euforii z łóżka, ale szybko zdał sobie sprawę, iż skrzat, wsuwający się do pokoju powoli, niczym złodziej, jest o wiele młodszy, bardziej krępy, ma krótsze uszy i okrągłe, wyłupiaste oczka. Po podłodze ciągnęła się brudna, szara tkanina, która pełniła zapewne rolę sukienki, ale źle dopasowana, [zbędny przecinek] zsuwała mu się na biodra. – To w domu Blacków był tylko jeden skrzat domowy? Stworek zastąpił Kurzyka? Trochę mnie to dziwi, gdyż w serii o Potterze Stworek był już stary i pomarszczony, a skrzaty domowe mogą żyć kilka setek lat. Ty piszesz, że Stworek jest wiele młodszy od Kurzyka. Tak szybko by się postarzał przez te dwadzieścia parę wiosen?  

 

Przeniósł wzrok z obrzydliwego, przykurzonego gobelinu ponownie na ojca, który gładził pieszczotliwie swoją nową różdżkę, leżącą przed nim na stole. Była wyjątkowo długa, cienka, wykonana z bardzo ciemnego drewna i wypolerowana na połysk – heban i włókno ze smoczego serca. – Skąd Syriusz wiedział, z czego jest nowa różdżka ojca i że ma w sobie włókno ze smoczego serca, skoro poprzednia pękła, gdy ostatnio Syriusz widział się z rodzicami, a potem przesiedział cały czas sam w pokoju?

 

Nie doczekał się żadnej odpowiedzi, mimo iż Syriusz cały dygotał. Walburga nie potrafiła jednak ocenić, czy syn trzęsie się ze strachu, czy złości. Zdarzało mu się to już wcześniej, ale odkąd zabili Kurzyka, nieustannie wykazywał się irytującą skłonnością do lekceważenia własnego lęku. – Po pierwsze, head-hopping w jednym akapicie. Po drugie, jak Walburga miałaby ocenić zachowanie Syriusza po zabiciu Kurzyka, skoro od wtedy do obecnego momentu chłopak nie wychodził z pokoju?

 

– No jasne. W końcu to twoje święto – oznajmił Alphard, akcentując przedostatnie słowo i wyciągając zza pazuchy jego wymarzonego, czerwonego misia, jeszcze ładniejszego niż ten, którym niedawno próbowała go szantażować matka. – Niepotrzebnie pogrubiłaś słowo twoje. W dopisku narracyjnym wystarczająco podkreśliłaś akcent. 

 

Ciężkie, ni[e]co opuchnięte powieki Bellatrix opadały na oczy, w których lśnił dziwny poblask obłędu, zaś bujne, poskręcane włosy wydawały się całkowicie potargane. – Szyk: (…) lśnił dziwny poblask obłędu, bujne zaś, poskręcane włosy… [Źródło: PWN]. Jeśli jednak zdanie to nie brzmi ci aż tak naturalnie, sugeruję zmienić spójnik na mniej archaiczny, np.: (…) a bujne, poskręcane włosy…

 

Dostrzegał Nottów i Greengrassów, Rosierów i Carrowów, Bulstroadów i Crouchów, Goylów i Selwynów, Zabinich i Malfoyów... – Bulstrode’ów, Crouche’ów, Goyle’ów. 

 

To pudełko to kawał porządnej czarnej magii i dobrze o tym wiesz... - – Co to za zagubiony dywiz? 

 

Czuła też podświadomie, iż gardzi on zarówno miłośnikami mugoli, jak i świętym dziedzictwem Blacków, ich ideologią czystości krwi. – Czemu Walburga, która wierzy w czystość krwi, nazywa ją ideologią? Może chodziło ci o ideę? 

 

W tym rozdziale podoba mi się postać Alpharda. Jego zachowanie jest zagadkowe. Z jednej strony widać, że bohater współczuje Syriuszowi i gra na jego korzyść, z drugiej ta gra jest naturalna, mistrzowska. Alphard potrafi owinąć wokół palca wielu ludzi, a w scenie widać ten kunszt. Szczególnie moment przyjazdu zrobił na mnie wrażenie pod względem dialogów, a zakończenie było świetne – Alphard pokazał, że umie kontrolować sytuację i kierować innymi, a jednocześnie jawi się jako osoba tajemnicza, niezrozumiała, skryta. 

Ach, dodam jeszcze, że rewelacyjny okazał się pomysł z wykorzystaniem kanonicznych gobelinów skrzatów do stworzenia wątku z Kurzykiem. Bez problemu uwierzyłam w żal Syriusza, a i lepiej poczułam klimat kanonicznych Blacków. 

 


Księga V, „Pyszna katastrofa”

Pani Pettigrew była całkowicie wpatrzona w synka, dopóki nie okazało się, że nie posiada on takiego talentu, jak jego starsza siostra[,] i w ogóle w wielu kwestiach odstaje od swoich rówieśników. – Zaznaczam tylko, że w kanonie nie ma żadnej informacji o tym, by Peter miał rodzeństwo. 

 

A może dlatego, że on sam, odkąd tylko pamiętał, miał bolesną świadomość swojej przeciętności?... – Przeciętności? Z początku sceny wynika, że Peter był słaby, a nie przeciętny; czy to w nauce, czy w spełnianiu oczekiwań rodziców bądź po prostu w oczach siostry. 

 

 To tylko dzieciak[.]

 

Nieznajomy przysiadł  na drugąiej huśtawce i przyjacielsko objął Petera ramieniem. – Jak się nazywasz? – Drugiej. Po przysiadł masz podwójną spację. 

 

– Ale ja wiem. Peter, przecież nikt cię nie zabije i nie skreśli za rozbity stół!

– Mama...

– Może mieć zły humor, że kolacja się nie udała, ale to jej przejdzie. Za kilka dni nie będzie o tym pamiętać, a twoja siostra wyjedzie.

Peter czuł się tylko trochę lepiej. Z jednej strony ten chłopiec mógł mieć rację, ale z drugiej, nie wiedział nic o Leocadii. – Leocadii? A nie Perpetui? Przecież mowa była o matce Petera. Zamiast ostatniego przecinka lepiej sprawdziłby się myślnik.

 


PODSUMOWANIE

POPRAWNOŚĆ JĘZYKOWA

Część błędów wypisywałam w trakcie oceny; pomijałam te powtarzające się, więc powinnaś przejrzeć tekst pod kątem: 

– braku przecinków przed wołaczem; 

– zbędnych przecinków przed niż, po którym nie pojawia się orzeczenie; 

– niepoprawnego cytowania (kursywienie tekstu w cudzysłowie); 

– niepoprawnych cudzysłowów (ten poprawny wygląda tak: „…”); 

– zbędnej spacji przed znakami interpunkcyjnymi; 

– braku kropek na końcu zdań; 

– rozdzielania akapitu dialogowego jednej wypowiedzi  na dwa;

– braku wcięć akapitowych przy dialogach;

– literówek. 

Generalnie tekst jest raczej czysty, chociaż częste literówki kłują w oczy i zdarzają ci się też inne drobne potknięcia. Jednakże koniec końców czytało się przyjemnie i płynnie również dzięki dobrej edycji (poza brakiem wcięć akapitowych przy dialogach). Nie mam więcej zastrzeżeń; widać, że starasz się dbać o poprawność. 

 

NARRACJA

Mam problem z twoją narracją. Czytając, czuję, że starasz się oddać bohatera, za którego plecami stoisz, chcesz przekazać jego myśli, ukazać postawę, odruchy, ale często brakowało mi w tym wszystkim emocji, abym mogła bardziej się w bohatera wczuć. Czasem zastanawiałam się, czy na pewno twoim celem był POV; miejscami tekst prowadził narrator wszechwiedzący, wnikający w myśli różnych bohaterów w obrębie jednej sceny, a czasem skupiał się tylko na jednej postaci. Potem wyklarowało się, że piszesz POV, ale do tego wszystkiego doszedł head-hopping, który jeszcze bardziej przeszkodził we wczuwaniu się w sceny. Ostatecznie więc miałam wrażenie, że jestem z bohaterem, widzę, co się dzieje z jego perspektywy, czasem skaczę do głowy innej postaci, a jednocześnie istniała w tym wszystkim pewna bariera, która sprawiała, że nie potrafiłam się w głównych bohaterów wczuć, jakby dawali mi tylko dostęp do treści myśli, mówili mi ogólnikiem, jak się czują, ale nie pozwalali przeżywać wydarzeń razem z nimi, nie dopuszczali mnie do środka.

Jeśli chcesz dodać emocji i uwiarygodnić swoje POV-y, to stety-niestety nie obejdzie się bez stylizowania, tak zwanej mowy pozornie zależnej. Jeśli wypełnisz nią partie narracyjne, zniknie wrażenie, że całość prowadzi poprawny, acz nijaki, pozbawiony jakiejś iskry wszechwiedzący – narracja częściej oddawać będzie styl bohaterów prowadzących sceny. Jedna z postaci, bardziej kolokwialna niż inne, może przecież nazywać różdżkę cholernym patykiem, inna – może myśleć bardziej Ą-Ę; to wszystko powinno, oczywiście, z czegoś wynikać – najlepiej, by wynikało z pochodzenia, wieku, doświadczeń, stylu bycia. A już na pewno każda postać, niezależnie od tych warunków, będzie myślała w bardziej naturalny, ludzki sposób, gdy przeżywać będzie emocje, np. zostanie czymś zaskoczona albo weźmie udział w scenie dynamicznej, gdy grozić jej będzie niebezpieczeństwo. Pamiętasz tego nieszczęsnego napastnika? No właśnie. Z poprawną stylizacją na szczęście nie da się przesadzić, im jej więcej, tym czytelnik znajduje się bliżej postaci, tym lepiej z nią rezonuje, tym ciekawsza i żywsza staje się narracja, a wraz z nią – cały tekst. I tym lepiej wykreowani zostaną bohaterowie, bo ich cechy przejawiać się będą w języku, którym postaci te posługiwać się powinny nie tylko w wypowiedziach dialogowych, ale i we własnej głowie.

Kolejna problematyczna rzecz to wspomniane już sceny dynamiczne. Tej dynamiki nie było czuć choćby w scenie z boginem, kiedy Hope była atakowana. Powinnaś używać krótkich zdań, aby zwiększyć dynamikę tekstu. Bohaterka w chwili wielkiego strachu i stresu nie ma czasu na używanie w myślach okrągłych, długich synonimów, człowiek zwykle myśli wtedy prosto, szybko, nie zwraca uwagi na nieważne szczegóły, tylko skupia się na wydarzeniach mających największe znaczenie oraz na silnych emocjach. Tego mi brakowało – tekst był zbyt spokojny w stosunku do tego, co się działo. 

Na koniec przypomnę jeszcze tylko o tym, że w prologu nie mogłam wczuć się w narrację dziecka (którą trudno jest dobrze napisać, ale, hej!, da się). Zwracam uwagę na prostotę myśli dzieci i używanego przez nich języka, a także często brak zrozumienia dla dziejących się wydarzeń. 

Tak więc zapraszam do przejrzenia w Encyklopedii: 

ohead-hoppingu

o podstawachPOV

o scenachdynamicznych

oprzekazywaniu wrażeń postaci w POV (na podstawie opisów wyglądu). 

 

KONCEPCJA I FABUŁA

Bardzo spodobała mi się koncepcja opowiadania. Po całości zrozumiałam, dlaczego podzieliłaś tekst na księgi, a nie na rozdziały; każda dotyczyła innego bohatera, zupełnie innych historii. Przedstawiłaś losy czwórki Huncwotów oraz Lily i Severusa przed pójściem do Hogwartu. To opowiadanie jako wstęp do dłuższej serii sprawdza się świetnie i ładnie nakreśla, co wpływało na wstępne kształtowanie się charakterów głównych bohaterów. W dodatku zachowywałaś zgodność z kanonem. Cieszy mnie też to, że nie odsunęłaś na dalszy plan Petera, który często jest pomijany w opowieściach o Huncwotach, a przecież, hej!, w młodości może i był pierdołą, ale wciąż przyjacielem Syriusza, Jamesa i Remusa. Tak dobrym i wiernym, że pozostał strażnikiem tajemnicy Potterów, a to świadczy o łączącej ich silnej więzi. Dopiero po szkole zdradził przyjaciół i związał los z Voldemortem – wcześniej Peter był bliskim powiernikiem, był też Gryfonem. Wielu autorów o tym zapomina, jednak tutaj nie widać, abyś traktowała go jako gorszego bohatera. Za to duży plus. 

Ciekawie wybrnęłaś też z opisywania dzieciństwa bohaterów od narodzin, tj. wydarzenia te oddałaś z perspektywy rodziców. Brakowało mi trochę większej stylizacji i różnorodności POV, jednakże przy krótkich rozdziałach i wielu postaciach, za których plecami stoi narrator, nie jest to łatwe. Ciężko w kilkunastu zdaniach oddać wiele charakterów postaci (rodziców) personalizacją, jeśli głównym celem sceny jest skupienie się na przybliżeniu innego bohatera (dziecka). 

Do bohaterów nie mam zastrzeżeń; to, co ważniejsze, wypisałam wyżej. Najwięcej uwag miałam do Lyalla i Hope na początku księgi, lecz później było dużo lepiej – ich charaktery stały się bardziej stabilne. Pozostałe postaci były dobrze przedstawione, miały swoje główne cechy charakteru znane z kanonu, a postaci OC gładko wpasowałaś w fabułę. 

 

Jak widzisz, ocena nie jest długa; może dlatego, że trochę czułam, jakbym czytała zbiór miniatur. Przede wszystkim ciężko było ocenić przemiany bohaterów na przestrzeni kilku stron. Ich dzieci traktuję jako prolog kolejnej części, gdzie pokażesz, na co cię stać i zawiążesz losy głównej szóstki. Myślę też, że pewne części pisania masz już opanowane, oszlifowane, ale inne dopiero na to czekają. Dobrze radzisz sobie z układaniem ciekawej, pomysłowej fabuły, potrafisz zadbać o spójność charakterów bohaterów, trzymasz się linii czasowej i kanonu, opanowałaś równowagę w opisywaniu otoczenia, zachowania postaci i dialogów, które też w większości są bardzo dobre. Masz też lekkie pióro. Teraz czas popracować nad narracją – oddawaniem emocji i dynamiki. Myślę, że to bardzo ubogaciłoby twój tekst. Jesteś na dobrej drodze do rozwijania warsztatu pisarskiego, choć jest jeszcze parę niedociągnięć. Na dziś dobry (4) i do przeczytania. :) 

13 komentarzy:

  1. Przede wszystkim z całego serca dziękuję za poświęcony czas i tyle cennych wskazówek! Miałam ogromną nadzieję na szczegółową analizę moich błędów i się nie zawiodłam <3

    Jeśli pozwolisz, postaram się krótko odnieść do niektórych elementów oceny.
    Prolog rzeczywiście był dla mnie potwornie trudny do napisania: z jednej strony zależało mi, by całość została przedstawiona z perspektywy Aerii (ta scena będzie później bardzo ważna dla niej, jako bohaterki) , a z drugiej byłam przekonana, że 4-letnie dziecko odczuwałoby ogrom lęku, szoku i bólu, ale nie umiałoby do końca zrozumieć i uporządkować, co tak naprawdę się wydarzyło. Zrozumieć to natomiast musi czytelnik. Uznałam więc, że gdybym skupiła się na emocjach dziewczynki, to scena wypadłaby chaotycznie i niezbyt zrozumiale dla odbiorcy, z kolei postawienie na perspektywę matki, wymusiłoby na mnie gwałtowną zmianę tej perspektywy pod koniec prologu... Zdecydowałam się ostatecznie na opis oczami Aerii, ale taki... maksymalnie uproszczony - skupiony na tym, co ona widzi i na jej własnym bólu brzucha. Fakt, że zamordowano matkę, jeszcze do niej nie dociera. Wie jedynie, że boi się ojca. Teraz wiem, że ta decyzja była błędna i na pewno spróbuję jakoś przeredagować tekst.
    Co do opieki nad Aerią, to oczywiście ona nie miała żadnych krewnych (rodzice stanowili ostatnią linię rodu, a ich majątek znajdował się w całkowitej ruinie) i Moody o tym wiedział. Formalności żadnych nie było - to wyjaśni się w późniejszych tomach - bo auror po prostu nie ujawnił istnienia dziecka (Aeria z pewnych względów nie figurowała w oficjalnym drzewie genealogicznym). Taką pierwszą pomoc medyczną otrzymała, kiedy uzdrowiciele (seledynowe mundurki) otulili ją kocem i podali eliksir uspokajający. Pewnie za słabo to wybrzmiało, więc też poprawię :).

    Dziękuję za zwrócenie uwagi na "patyki". To nieszczęsne określenie, było jedynym, które przyszło mi do głowy jako zamiennik "różdżki" i chcąc uniknąć powtórzeń, niepotrzebnie się przy nim tak upierałam.



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @chaos w POV dziecka – tak, to prawda, że mogłoby być chaotycznie, aczkolwiek pamiętajmy, że... no tego byśmy się po dziecku spodziewali. ;) Skupienie się na jej bólu i niezrozumieniu morderstwa jest okej, ale brakowało tego, żeby Aeria też czuła emocje, bo na pewno wiedziała, że to, co się dzieje, było złe, że mama cierpiała.
      @pochodzenie Aerii – o, teraz, to zrozumiałe, skoro Moody coś ukrywał. Nie wybrzmiało to z tekstu, ale dobrze, że chcesz to rozwinąć w kolejnym tomie. Czekam z niecierpliwością, aż się dowiem czegoś więcej!
      @patyk – naprawdę czasem unikać dziwnych określeń niż powtórzeń. ;)

      Usuń
  2. Co do lęku Hope... Według mojej wiedzy, mugole nie mogli zobaczyć fizycznej postaci bogina, a jedynie odczuwali strach, który demon wywoływał (ewentualnie byli w stanie wychwycić zmysłami jakieś dźwięki, czy zapachy). Wyobraziłam to sobie w ten sposób, że im mugol ma bogatszą wyobraźnię i większą otwartość na świat magii, tym więcej tych elementów do niego docierało. Hope, przynajmniej w tamtym momencie, była przestraszona przez tego wściekłego klienta (podświadomie wielu jej klientów, budziło w niej niepokój i uważała, że nie są do końca normalni), więc bogin pomnożył jej obawy i zmaterializował je w formie rzekomego ataku wariata. Powinnam też chyba wspomnieć, że same okoliczności poznania Lyalla nie są moim autorskim pomysłem. Praca Hope w biurze ubezpieczeń, atak bogina w lesie i obrona przez jej przyszłego męża, który zajmował się rzadkimi stworzeniami, to historia, którą w jednym z wywiadów zdradziła sama Rowling. Starałam się jakoś uzasadnić ten samotny spacer bohaterki po zagajniku (to trochę wstydliwe, ale sama też uwielbiam takie "wycieczki" i bardziej przerażają mnie ciemne uliczki od lasu XD). Generalnie to miejsce cieszyło się złą sławą przeważnie wśród czarodziejów, którzy podejrzewali, że zadomowiło się tam jakieś groźne stworzenie, ale mugole, nie byli świadomi dodatkowego niebezpieczeństwa.
    Lupin rzadko miewał do czynienia z niemagicznymi osobami, więc trochę się zapomina. Przede wszystkim jednak nie stara się być czujny, bo wie, że prawdopodobnie na końcu i tak będzie musiał wyczyścić Hope pamięć (przecież rzucił przy niej zaklęcie, więc już za późno na kamuflaż :) ), a poza tym... podświadomie chce zrobić na niej wrażenie i się trochę otworzyć. Jego oświadczyny nie nastąpiły po tygodniu, tylko po ponad miesiącu bardzo intensywnej (pod kątem spędzanego ze sobą czasu i rozmów) znajomości - to też muszę chyba mocniej podkreślić :) On wspominał Hope, że zatrzyma się Cardiff jeszcze przez tydzień, ale później tez się ze sobą spotykali.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @bogin – tak, masz rację! Kompletnie wyleciało mi z głowy to, że mugole nie widzą boginów, tylko wyczuwają obecność zła.
      @spotkanie Lyalla – nie czytałam tego wywiadu z Rowling, ale super, że wykorzystałaś to w opowiadaniu. Może spróbuj postawić na wyjście Hope na spacer przez park, aby ochłonąć w samotności, na strach, że spotka kogoś na ulicy... Można to bardziej zaakcentować w myślach bohaterki, na pewno dasz radę. ;)
      @czas – z tekstu wywnioskowałam, że minął tydzień, gdzieś to określenie się pojawiło i nie pamiętam, żeby była mowa o dłuższym czasie. Możesz to rzeczywiście bardziej podkreślić.

      Usuń
  3. Po ugryzieniu Remusa, Lyall był w szoku - dlatego nie chciał oddać synka uzdrowicielom. Jego "trzeźwość" to tylko pozór, któremu sam uległ (on często reagował na stres właśnie takim odrętwieniem). Chodziło mi o taki stan, w jaki wpadła pewna kobieta po wypadku samochodowym - słyszałam o tym od znajomej. Nie płakała, nie krzyczała i nie uciekała, tylko ze stoickim spokojem nieustannie przesadzała swoje dzieci z jednego miejsca w samochodzie na drugie. Ratownicy musieli jej podać środek uspokajający, żeby ją przed tym powstrzymać i móc udzielić pomocy maluchom :(.
    Całe przesłuchanie było wynikiem złośliwości tego uzdrowiciela i nienawiści Bruttimare, który uznał sytuację za doskonały pretekst, by pozbyć się rywala. To okazało się dość łatwe, dlatego że członkowie rady wywodzili się w większości z bogatych rodów czystej krwi, które już wtedy żywiły narastającą niechęć do wszystkiego, co mugolskie. Oczywiście nie nawoływali otwarcie do mordowania mugolaków, ale nie szczędzili coraz śmielszych teorii i aluzji, a Lyall ze swoimi poglądami z pewnością nie zaskarbił sobie ich sympatii... Taka była moja koncepcja, ale może masz rację, że powinnam to wszystko mocniej uzasadnić - na przykład dodać wątek jakichś znajomości tego zaatakowanego faceta...?
    Kilka galeonów... hmm... podejrzewam, że to zaoszczędzone "prezenty" od babci ;)

    Co do wyprowadzki do miasta, Lupinowie na tamtym etapie już rozumieli, że w żadnym domu nie będą mogli zatrzymać się na stałe. Co kilka miesięcy przeprowadzali się do najróżniejszych miejsc. Wyszłam z założenia, że wieś miała swoje plusy (większa przestrzeń), ale i minusy (każdy każdego zna i ludzie częściej bywają wścibscy). Miasto, o ile oczywiście nie mieszkali w wieżowcu, tylko w jakiejś kamienicy, czy domu na peryferiach, dawało im większą anonimowość, a same hałasy łatwiej było zwalić np. na syreny uliczne, pijaków itp.
    I masz pełną rację, że żyli bardzo skromnie, jednak robili wszystko, by Remusowi niczego nie brakowało, by mógł się jak najlepiej rozwijać i choć trochę zapomnieć o swoim cierpieniu. Właśnie dlatego nie żałowali pieniędzy na książki, które mogli przecież kupować używane :)




    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @szok Lyalla – rozumiem. Nie było to coś, co by mi przeszkadzało; starałam się zwrócić uwagę na wszelkie szczegóły. Nie znam postaci Lyalla, pierwszy raz się z nim zetknęłam. Jeśli po researchu tak rozumiesz tę postać i zabieg był celowy, to zostaw ten fragment. ;)
      @przesłuchanie – myślę, że dobrze by było dać Lyallowi powiedzieć swoją wersję i pokazać, jak pozostali ją podważają. To byłoby bardziej sprawiedliwe, a przynajmniej utrzymałoby pewne pozory przesłuchania. Wiadomo, że rody czystej krwi były dumne i próbowały wprowadzać swoje zasady oparte na ich poglądach, jednakże wydaje mi się, że powinno się to odbyć bardziej sprytnie, np. podważając wersję Lyalla nawet naciąganymi teoriami, a nie nie dopuszczając go do głosu.
      @mieszkanie – możesz zaznaczyć, że wynajmowali dom na osiedlu czy właśnie kamienicę, gdzie mieli warunki na utrzymanie tajemnicy.
      @książki – po prostu wydawało mi się dziwne, że kupowali książki, a była mowa o braku pieniędzy na leki i jedzenie. To jednak pierwszorzędne potrzeby.

      Usuń
  4. Severus, obserwując swoją matkę nauczył się kilku zaklęć, ale nie był zupełnie biegły w tej sztuce :). Kilka razy zdarzyło mu się tę różdżkę ukraść, jednak też nie mógł posługiwać się nią na co dzień. Dziękuję, że zwróciłaś uwagę na tę dysproporcję w opisie świata czarodziejów i mugolów - zrobiłam to celowo, by oddać subiektywizm i stereotypowość, którą Snape niestety wyniósł ze swojego domu rodzinnego. Oczywiście, że prostytutki były wszędzie, ale idąc za przykładem swojej matki, Sev nauczył się dostrzegać zło tylko tej jednej strony świata. Mimo swojego uczucia do Lily, darzył mugoli taką pogardą, jaką Eileen darzyła swojego męża-pijaka (zresztą także popisując się tutaj sporą dozą uogólniania i resentymentów). Podobnie zadziałałam w kwestii higieny. Severusa nie nauczono dbałości o ten element. W jego domu nie postrzegano brudu jako coś złego samo w sobie, więc kiedy przyszło do spotkania z Lily, to on rzecz jasna dostrzegał te różnice i wstydził się swojego wyglądu, ale nie czuł potrzeby, by dbać o takie "drobiazgi" na co dzień. Pomyślałam, ze to tłumaczyłoby, czemu w Hogwarcie nadal nie mył włosów, co stało się kolejnym pretekstem do kpin ze strony Jamesa i spółki. To taka trochę "wyuczona bezradność", bo chłopak ma żal do matki, że nie sprząta itd., ale sam tez nie umie się za to zabrać...
    Jest jeszcze bardzo ważna kwestia używania magii przez dzieci, którą poruszyłaś. Może to wynikać z mojego błędu, ale z tego, co pamiętam, Ministerstwo Magii miało właśnie beznadziejny system kontroli - potrafili wskazać miejsce użycia czarów, ale nie osobę, która to zrobiła. Dlatego dzieciaki z czarodziejskich domów teoretycznie mogły sobie bezkarnie czarować poza szkołą, a urzędnicy zdawali się tutaj jedynie na nadzór rodzicielski. W przypadku tych najmłodszych sytuacja była jeszcze dziwniejsza, bo one - tak jak piszesz - nie do końca kontrolowały swoje moce... i tutaj dla Severusa też zostało spore pole do popisu. Czuł się bezkarny, bo w razie czego mógłby zgrywać niewiniątko, któremu "wymsknął" się jakiś magiczny popis...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już rozumiem twoją koncepcję na postać Severusa. Nie wzięłam pod uwagę tego, że mógł być skupiony aż tak na wyłącznie magicznym świecie. Jednak kwestia higieny mi się gryzie z jego narzekaniem na ten stan. Skoro sam myślał o tym, że przeszkadza mu taki stan rzeczy, to wydało mi się oczywiste, że mógłby temu zaradzić. Ale nawiązanie do włosów bardzo fajne!
      @magia – tak, system nie był dobry, ale przecież w scenie Severus miał różdżkę na ulicy. Gdy Harry rzucił zaklęcie Patronusa w 5 części, od razu dostał list.

      Usuń
  5. Podwójnie mi wstyd, bo już wcześniej znałam pojęcie head hoppingu, a mimo wszystko tak często mi się to zdarza w tym tekście... Bardzo Ci dziękuję za to, że wskazałaś te fragmenty! Wynika to chyba faktycznie z liczby bohaterów i tego, że naraz chciałabym oddać uczucia Lily i Petunii, Walburgi i Syriusza... Na pewno muszę nad tym popracować! :)

    Owszem, Walburga pochodzi z dwóch znamienitych rodów, ale to - przynajmniej tak mi się wydaje - wcale nie wyklucza charłactwa w rodzinie. Sami Blackowie mieli kilku charłaków ( z tego powodu wypalonych na drzewie genealogicznym). Orion zdaje więc sobie sprawę z takiego niebezpieczeństwa. Paradoks polega na tym, że oni nie chcą się przyznać do takiej możliwości. Na zewnątrz lansują swoje tezy o nieskazitelności krwi i o tym, że charłactwo wynika z jakichś genetycznych braków, czy "złego prowadzenia się" arystokracji, ale tak naprawdę zdają sobie sprawę, iż przyczyna nie jest znana, a niemagiczne dzieci rodzą się w magicznych rodzinach losowo. Pan Black woli przezornie zwalić ewentualną "winę" na żonę, niż samemu znaleźć się w gronie osób "podejrzanych" o nosicielstwo genu charłactwa ;)
    Zawsze była przekonana, że stare rody czarodziejskie miały jednego skrzata domowego, który służył im przez lata (a przynajmniej jeden był tym głównym służącym)... Mogę się jednak mylić. Dziękuję też za zwrócenie uwagi na wiek Stworka - nie pamiętałam tego, a na pewno warto to zmienić :)
    Tak się cieszę, że Alphard Ci się spodobał! Szalenie mi na tym zależało, bo to jedna z nielicznych, istotnych postaci, którą musiałam zbudować prawie od zera (mając tylko kilka informacji na jego temat) i której sama zawsze byłam niezwykle ciekawa. Mam nadzieję, że nie zepsuję jego potencjału w dalszych tomach ^^ <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @charłak – oczywiście, że charłakiem można być nawet w znamienitym rodzie, po prostu zwykle takie osoby były wydziedziczane bądź „chowane” oficjalnie, choć społeczność o nich wiedziała. Stąd moje zdziwienie, bo zapewne Blackowie by wiedzieli o takim przypadku, szczególnie że Walburga i Orion pochodzili z tego samego rodu.
      @Alphard jest rewelacyjny, serio! Cieszę się, że jeszcze się pojawi. <3

      Usuń
  6. Tak jest - w kanonie nie było informacji o rodzeństwie Petera, ale nie było też informacji, że go nie miał :) Uznałam, że warto, by choć jeden z chłopców miał brata lub siostrę i to mi się ładnie wpasowało w moją koncepcję Pettigrew (skądś ta jego słabość charakteru i potrzeba przebywania z tymi, którzy budzą podziw, musiała się brać). Jednocześnie zdecydowałam się, by między nim a Teresą była spora różnica wieku, tak by łatwo można było później ich mentalnie rozdzielić i wyjaśnić brak wzmianki o siostrze po śmierci Petera. Tak samo zrobiłam z panią Pettigrew, która nigdy nie została określona jako rodzic dysfunkcyjny. Postanowiłam spróbować wykreowania matki, która na pierwszy rzut oka jest porządna, nie stosuje przemocy i nie wywołuje awantur, ale w gruncie rzeczy staje się głównym powodem cierpienia syna i bardzo mocno oddziałuje na wszystkie jego późniejsze wybory. Taki trochę inny rodzaj patologii...
    Peter był słaby w nauce według swojej matki. Sam czuł się przeciętny pod względem osobowości, a nie talentów. Inna kwestia, że z czasem postaram się postawić pytanie - czy on faktycznie był taki słaby, czy tez pozwolił to sobie wmówić...? Na pewno jednak wypadał blado w porównaniu z Tess, więc matka tym boleśniej odczuwała tę różnicę.
    W ostatniej scenie chodziło o Leocadię. W pewnym sensie Pete był "przyzwyczajony" do rozczarowywania matki, ale tym razem został upokorzony także przed dziewczynką, która mu imponowała, z którą zaczął się już nawet zaprzyjaźniać i przed którą starał się wypaść jak najlepiej... Dlatego o niej pomyślał, w zaistniałych okolicznościach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat koncepcja tego rodzaju patologii mi się spodobała – pasuje do niezdarności i podporządkowania się Petera. I masz rację, że ten chłopak nie był słaby w nauce, bo przecież został animagiem. Myślę, że super przedstawiłaś jego sytuację domową; to dobry argument do kreowania tej postaci tak, jak ją znamy z kanonu. Ponadto Voldemort imponował Peterowi przez właśnie swą siłę, Peter chciał mu zaimponować, a udało mu się to, bo... no właśnie, bo na nim musiał Voldemort polegać, gdy stracił ciało. Ciekawa jestem, jak ukażesz Pettigrew, który jest lojalny wobec przyjaciół, lecz targają nim emocje, chęć osiągnięcia więcej – co ostatecznie da mu czarna magia. ;)

      Usuń
  7. Dziękuję raz jeszcze za Twoje odpowiedzi na komentarze i cenne porady! Na pewno wszystko uwzględnię w czasie korekty :)
    Jeśli mogę, to jeszcze tylko "przyczepię się" do kwestii użycia zaklęcia przez Snape'a, bo nadal nie jestem pewna tej sceny - masz rację pisząc, że Harry za użycie patronusa, wylądował na rozprawie, ale on miał przecież wtedy na sobie ten cały "namiar". Ministerstwo śledziło w ten sposób uczniów, by pilnować, czy nie używają magii poza szkołą i Harry, rzucając zaklęcie wśród samych mugoli, łatwo popadł w tarapaty. Co prawda nigdzie chyba tego wprost nie wyjaśniono, ale wydaje mi się, że "namiar" nie był stosowany u maluchów, które jeszcze nie rozpoczęły nauki (a przynajmniej nie podchodzono do tego restrykcyjnie), ponieważ brano pod uwagę, że małe dzieci nie do końca panują nad swoimi mocami i nie odpowiadają za rzucane zaklęcia (Harry też w pierwszym tomie uwolnił węża w zoo i nikt mu nic za to nie zrobił).
    Inna kwestia, że w tej sytuacji powinnam chyba wspomnieć chociażby o jakiejś weryfikacji, czy żaden mugol nie został w wyniku tego czaru zraniony, albo nie trzeba nikomu wyczyścić pamięci... Tylko to wszystko z kolei na pewno zadziało się już nieco później, a więc Severus, który szybko oddalił się z miejsca zdarzenia, znowu nie mógł tego widzieć...
    Muszę trochę pokombinować z tą sceną ;)

    OdpowiedzUsuń