[266] ocena tekstu: Sekret Andromedy



Autorka: oichespeir
Tematyka: ff Harry Potter – czasy Huncwotów
Ocenia: Forfeit

Cześć! Znów się czytamy. Przepraszam, że tyle to trwało, ale wedle obietnicy – jest ocena!


Rozdział 1 "Spotkanie pod śmietnikiem"

Od razu zwracam uwagę na niepoprawny cudzysłów. Ten poprawny wygląda tak: „(...)” i uzyskasz go komendą: ALT+0132 i ALT+0148 na klawiaturze numerycznej. Możesz też skorzystać z darmowego programu Clavier+, który pozwala ustawiać własne skróty klawiaturowe (nie tylko dla cudzysłowów, ale i np. półpauz czy wielokropków). To świetne narzędzie dla pisarzy, a jako że włącza się ono wraz z systemem, nie trzeba o nim pamiętać – znaki niedostępne w Wordzie czy przeglądarce nagle mamy na wyciągnięcie ręki.
Przy czym w tym wypadku w ogóle polecam ten cudzysłów usunąć. Tytuły rozdziałów nie muszą być cytowane, wystarczy po liczebniku postawić kropkę.
Niżej okazuje się, że błędne cudzysłowy pojawiają się również w treści rozdziałów, i to w najróżniejszej formie (czasem np. takiej: „(…)" – zauważ, że zamiast górnego cudzysłowu masz dwa primy). Pozwól, że nie będę już niżej o tym wspominać.

[...] tam, gdzie od kilku lat leżały strzępy dziecinnego czerwonego misia. – Może dziecięcego?

Odkąd sięgał pamięcią, Hogwart był przedmiotem jego największej tęsknoty. – Ale przecież Syriusz jeszcze tam nie był, więc czemu do tego tęskni? Nie powinnaś aby napisać o Hogwarcie, który był obiektem jego najskrytszych marzeń? To też bardziej pasowałoby do dzieciaka. Przedmiot tęsknoty brzmi tak samo melodramatycznie jak obiekt westchnień, a nadal rozmawiamy o jedenastolatku.

Był wysoki, jak na swój wiek, dobrze zbudowany i z łatwością można go było wziąć za kilka lat starszego. – W tej formie nie za bardzo wiadomo, czy wtrącenie jak na swój wiek dotyczy bycia wysokim czy dobrze zbudowanym. Sugeruję albo: Był wysoki, jak na swój wiek, i dobrze zbudowany, przez co z łatwością…
Albo: Był wysoki i, jak na swój wiek, dobrze zbudowany, przez co z łatwością…

Mimo to jego wieczorne eskapady kilka razy mogły skończyć się bardzo nieprzyjemnie, gdyby nie pomoc obcych ludzi. Jakiś czas temu, [przecinek zbędny] z mugolskiego pubu dosłownie wyciągnął go za kołnierz bezdomny, który odprowadził Syriusza na Girmmauld Place i kazał pozdrowić wujka. – Ja rozumiem, że Syriusz wyglądał na starszego, ale przecież on miał jedenaście lat. Jakim cudem przebywał o późnej porze sam w barze (gdzie głównie dysponują alkoholem) i czemu obsługa nie reagowała, gdy dzieciak wdawał się w konflikty? Ciężko mi uwierzyć, że jedenastolatek wyglądał na dorosłego człowieka, nawet jeśli wyjątkowo wcześnie wyrósł.

Łącznie, [przecinek zbędny] dookoła prześcieradła można było naliczyć tysiąc sześćset dziewięćdziesiąt pięć kresek.

Ponury guwerner używał do szkolenia specjalnej różdżki z kości słoniowej, którą jednak musieli zawsze oddać pod koniec zajęć. – Różdżka z kości słoniowej? Wszystkie różdżki były wykonywane z drewna, skąd pomysł na różdżkę z kości? Jakoś mi się to nie klei. Nigdy nie słyszałam też o różdżkach treningowych, jednak wyobrażam je sobie raczej jako różdżki porzucone albo kupione specjalnie w tym celu. W dodatku nie każda różdżka działa w rękach innego czarodzieja – jak jest z tą? Nie powinni posiadać zapasu różdżek do ćwiczeń?
Część składowa: którą jednak musieli zawsze oddać pod koniec zajęć – wydaje się niepotrzebnie obciążona. Co powiesz na: używał do szkolenia specjalnej różdżki [...], tę jednak zawsze musieli oddać pod koniec zajęć.

Charkanie, kasłanie i pociągnięcia nosem upewniły chłopca w przekonaniu, że korytarz jest bezpieczny. – Albo upewniły chłopca, że korytarz… albo utwierdziły chłopca w przekonaniu, że korytarz… Dodatkowo naturalniej jest używać imienia bohatera niż chłopca, ponieważ piszesz z perspektywy Syriusza, który, chcąc być już dorosły, raczej nie określiłby siebie chłopcem. Zresztą już wcześniej z tego samego powodu dość dziwny mógł wydawać się fragment oparty na dwóch eufemizmach: wieczorne eskapady kilka razy mogły skończyć się bardzo nieprzyjemnie. Skoro Syriusz chce być taki dorosły, to jego POV nie powinno brzmieć jak POV guwernantki mającej pod opieką zbuntowanych siedmiolatków.

Czuł, jak kość słoniowa ślizga się w jego spoconej dłoni (kto w ogóle wpadł na pomysł wykonania różdżki z czegoś takiego!). – I jak to zrobiono? Jaki ma rdzeń i jak go zaaplikowano? Różne gatunki drewna nadawały różdżce określone właściwości i charakter, który pasuje do konkretnego właściciela, jakie więc właściwości mają kości?

Syriusz często zaopatrywał się u niego w mugolskie czasopisma, które potem lubił zostawiać niby przez przypadek na widoku, po to, tylko by rozzłościć Walburgę. – Przecinek ci się omsknął. Przy czym polecam od razu zmienić szyk, by nie tworzyć konieczności użycia dwóch znaków, a więc dwóch podobnych pauz: [...] które potem lubił zostawiać niby przez przypadek na widoku tylko po to, by rozzłościć Walburgę.

– Wingardium Leviosa! – Właściwie jego usta zaledwie ułożyły się na kształt słów, nie wydając żadnego dźwięku, ale to wystarczyło. Ucięta głowa Kurzyka ześlizgnęła się ze szpikulca i wolno poszybowała w stronę Syriusza. Pozbawione wyrazu, zapadnięte oczy skrzata sprawiły, że żołądek wywinął mu fikołka. – Jak to: nie wydając dźwięku? Wykrzyknik już zdążył poinformować mnie, że bohater krzyknął pełną gębą. Jeśli zaledwie poruszył ustami, ale dźwięk się nie wydostał, no to nie możemy rozmawiać o kwestii dialogowej (mówionej) – to byłoby mylące. Polecam zapisać tę kwestię z użyciem cudzysłowu:
„Wignardium Leviosa…” [nowy akapit] Jego usta zaledwie ułożyły się na kształt słów, nie wydając żadnego dźwięku, ale to wystarczyło.

Może nie do końca pamiętam poprzednią część, ale czy Syriusz musiał czekać na nauczenie się zaklęcia, by zdjąć gobelin? Nie mógł… podstawić sobie krzesła?
No i używanie zaklęć niewerbalnych w tym wieku… Pozwól, że wrócę do tego niżej.

Przez uchylone drzwi sypialni patrzył na niego z dezaprobatą portret Phineasa Niggellusa. – Nigellusa.

Była to oczywiście grusza. Piękna, rozłożysta, przywodząca na myśl marzenia o sielskich krajobrazach z dziecinnych lat, [przecinek zbędny] spędzonych na wsi. – Dziecięcych. Słowo dziecinny ma też inne znaczenie, a my nie musimy generować niecelowych dwuznaczności. Do tego Syriusz to nastolatek i można by wyjść z założenia, że sam unikałby słowa dziecinny, niezależnie od kontekstu. To mogłoby być trochę triggerujące, nie sądzisz?

Skąd u Syriusza wspomnienia wsi? Nie pamiętam, by wspominał wyjazdy na wieś (do kogo?), a tu widać jego zachwyt.

Mimo to nie zdążył jej [Walburgi – dop. Forfeit] powstrzymać przed przytwierdzeniem pozostałych głów skrzatów domowych do ściany, [przecinek zbędny] za pomocą zaklęcia Trwałego Przylepca. Chciała mieć absolutną pewność triumfu nad Syriuszem i nawet nie pomyślała, że chłopiec wcale nie miał zamiaru ruszać pozostałych „trofeów". Ponieważ jednak matka wykonała taki ruch, Syriusz uroczyście poprzysiągł sobie, że znajdzie sposób na zlikwidowanie ich wszystkich. – Bardzo podoba mi się ten fragment. Oddaje waleczny i psotny charakter Syriusza, ale też pokazuje surowość Walburgi. W zaledwie kilku zdaniach pokazujesz kwintesencję toksycznej relacji na linii Syriusz – Walburga.
Zastanowiłabym się nad wycięciem słowa zaklęcie. Wynika z kontekstu, że Trwały Przylepiec to jego nazwa. Na tej zasadzie nie piszemy też, na przykład, miesiąc maj. To stylizacja urzędowa.

Syriusz Orion nie odpowiedział na żadne z zadanych prośbą lub groźbą pytań, nawet mruknięciem. – Tutaj dałoby się usprawiedliwić przecinek jako oddzielenie kwestii dodanej do zdania jakby po czasie. Inna rzecz, że to po prostu nie brzmi płynnie. Albo zmieniłabym szyk: Syriusz Orion nawet mruknięciem nie odpowiedział [...]. Albo w ogóle bym przeredagowała: W odpowiedzi na te wszystkie, zadane z prośbą lub groźbą, pytania Syriusz Orion nawet nie mruknął.

Była to jedyna część kary, która go zabolała [–] i to dotkliwiej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. – Sugeruję myślnik. Ponadto trochę dziwi mnie kara – wątpię, by rodzina Blacków nie przejmowała się swoim honorem na tyle, by pozwolić sobie na niewysłanie Syriusza do Hogwartu. Mam nadzieję, że Walburga tylko straszy syna i wyjaśni się to później.
EDIT: okej, jest argument słabej – według Walburgi – dyrekcji, ale mogli przecież pomyśleć o innej szkole dla syna (może nauczanie domowe?). To się już zdarzało w kanonie.

W liście z Hogwartu zabrakło na początku nadawcy – najpierw wypisywano nazwę szkoły, następnie dane dyrektora, czyli wszystkie imiona Dumbledore’a.

W końcu przebrał się w pidżamę i położył do łóżka, ale tylko po to, by na zmianę tarzać się po nim z frustracji i czujnie jak drapieżnik, nasłuchiwać odgłosów z dołu. – Fun fact! Forma pidżama jest równie poprawna jak piżama, więc ja nie o tym. Tutaj mamy zbędny przecinek po drapieżniku. A jeśli bardzo chcesz go zostawić, to wcześniej postaw ten otwierający opcjonalne wtrącenie (przed czujnie, a po spójniku /i/).

– Przede wszystkim różdżka! – syknęła, brutalnie odwracając go od markowego sklepu ze sprzętem do Qudditcha i pchając w stronę Ollivandera. – Quidditch zapisujemy małą literą. To jak nasza siatkówka.
Do tego dochodzą nieszczęsne imiesłowy współczesne (czyli te, które informują o czynnościach dziejących się w czasie 1:1 względem czynności wprowadzonych przez czasownik). Bohaterka syczy tylko trzy wyrazy, a w tym czasie brutalnie bohatera odwraca i pcha w którąś stronę – jednocześnie. Na moje: no nie. Najpierw musiałaby go odwrócić, by pchnąć go w konkretną stronę, więc drugi imiesłów odpada. Sugeruję:
– Przede wszystkim różdżka! – syknęła, brutalnie odwracając go [...], po czym pchnęła Syriusza w stronę Ollivandera.

Za oszkloną witryną, dostrzegł kobietę o dużych, łagodnych oczach i chłopca, którego ledwo było widac zza całych stosów podłużnych pudełek. – Widać.

– Nie, nie ! – Zbędna spacja przed wykrzyknikiem.

Zanim się obejrzał, patyk tkwił już w jego dłoni, zostawiając kartonik w strzępach. – Określanie różdżki patykiem nie brzmi dobrze. Lepiej powtórzyć naturalny dla tych bohaterów wyraz, niż wymyślać dziwne synonimy. Żaden czarodziej nie myślał o różdżce patyk, tak jak żaden człowiek chwytając kubek z herbatą, nie myśli o wypiciu cieczy.

– No wiecie co! To już przesada! – zawołał rozeźlony zbiornik, bekając lekko. – Nie mógł jednocześnie, w czasie 1:1, bekać i wołać dwóch zdań, a to właśnie oznacza użyty imiesłów współczesny. Zapewne bohaterowi odbiło się pomiędzy którymiś słowami albo dopiero po nich. Proponuję więc zapis:
– No wiecie co! To już przesada! – zawołał rozeźlony zbiornik, po czym bęknął lekko.

A więc znowu grusza... Czy to drzewo będzie go już zawsze prześladować? – W sumie to ciekawy akcent, podoba mi się nawiązanie do miejsca spoczynku skrzata.
Na odsłuchu słychać, że szyk: Czy to drzewo już zawsze będzie go prześladować? brzmi płynniej.

– Piętnaście galeonów i trzy sykle. – Dość droga ta różdżka. Cena u Ollivandera to około 7 galeonów (za: Pottermore).


Rozdział 2 “Nieproszony gość”

Dokładnie tam, gdzie spoczywały teraz resztki pozostałych czternastu listów ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwartcie. – Hogwarcie.

Zdecydowanie muszę pochwalić scenę wizyty Dumbledore’a u Lupinów, bo to jeden z najbardziej kanonicznych wątków do tej pory. Czytając wypowiedzi dyrektora, dosłownie słyszałam w głowie jego charakterystyczny, spokojny głos. Genialnie uchwyciłaś jego specyficzny sposób wysławiania się – ten unikalny układ zdań, pełen uprzejmości, staroświeckiej elegancji i mądrości, ale całkowicie pozbawiony wyższości. Na ogromny plus zasługuje też to, jak świetnie pokazałaś w tej scenie kontrast. Z jednej strony mamy gęstą atmosferę w domu Lupinów, przerażonych, zrezygnowanych rodziców i Remusa, a z drugiej – emanującego ciepłem i absolutnym spokojem Dumbledore’a. Sposób, w jaki dyrektor łagodzi ich strach i z pełnym zrozumieniem przedstawia rozwiązanie problemu likantropii, idealnie oddaje jego książkowy charakter. A dropsy były urocze.

Jedną z nich jest podziemny tunel, który prowadzi do Hogsmeade, a ściślej ujmując, do ruiny opuszczonego domu. Zabezpieczono go zaklęciami i rozpuszczono plotki, jakoby zamieszkiwała tam gromada hałaśliwych, nielubiących towarzystwa duchów. – A te plotki nie pojawiły się przypadkiem przez dochodzące ze środka odgłosy wydawane przez Remusa?

Był osobliwie ubrany – na nosie wisiały mu okulary – połówki [...] – Okulary połówki tudzież okulary „połówki”. W tym wypadku nie możemy użyć łącznika (dywizu, nie półpauzy), bo ten wstawiamy, gdy wskazujemy dwie niezależne od siebie funkcje danego rzeczownika, np. fryzjerka-kosmetyczka albo pralka-suszarka. Tymczasem „połówka” to nie funkcja, prędzej potoczna nazwa dla okularów tego typu (na tej samej zasadzie piszemy: pralka frania lub pralka „frania”, czyli pralka wirnikowa; nie: pralka-frania).
EDIT: Okazuje się, że okulary-połówki to forma stosowana w niektórych przełożonych na język polski powieściach samej Rowling. To tylko pokazuje, że redaktorzy i korektorzy też popełniają błędy.

Zmarszczki na twarzy Lyalla pogłębiły się ostatnio, a skóra wydawała się niemal ściągnięta niemym bólem. – Jeśli wydawała się niemal ściągnięta, no to w takim razie ostatecznie taka nie była. Nie wydawała się taka, jedynie było całkiem blisko, by zaczęła na taką wyglądać. Bez sensu.

I jeszcze jedna wątpliwość w kwestii tej sceny: czy Dumbledore nie powinien się zdecydować, w jakiej formie rozmawiać ze swoim przyszłym uczniem?
[…] Zarówno pan, jak i pozostali uczniowie będziecie całkowicie bezpieczni. Nikt się nie dowie o twoich problemach ze zdrowiem.

Targała nim szaleńcza radość i paraliżujący lęk, o to, jak będzie funkcjonował sam w Hogwarcie. – Taka trochę ekspozycja. Zupełnie niepotrzebna, biorąc pod uwagę, że kawałek dalej w POV Remusa, stylizacją jego myśli, i tak pokazujesz zarówno ekscytację, jak i przerażenie (chociażby na myśl, że w szkole będzie musiał poradzić sobie bez rodziców).


Rozdział 3 „Burze i deszcze”

Petunia nie znosiła Severusa Sanpe'a – była pewna, że zrobi Lily krzywdę. – Snape’a.

Nazywam się Filius Flitwick i mam przyjemność nauczania zaklęć i uroków w szkole magii i czarodziejstwa Hogwart. – Cała nazwa szkoły wielką literą.

Dziwne, że rodzice Lily tak szybko zaufali Filtwickowi, skoro nie wierzyli córce w opowieści o magii. Nie protestowali zbytnio, by wpuścić szaleńca do domu. Niby najpierw zamknęli przed nim drzwi, ale skąd pewność, że zaklęcie zadziałało, a nie było to jakieś narzędzie? Ponadto zaufanie dziwnemu, podejrzanemu facetowi tylko dlatego, że skomplementował córkę, jest absurdalnie głupie – bo skąd obcy facet ma wiedzieć, że jest ona zdolną czarownicą, skoro jej na oczy wcześniej nie widział? Pierwszą reakcją rodziców powinno być przerażenie i próba szukania pomocy. W realnym świecie taki scenariusz pachnie próbą oszustwa, porwania lub wręcz zachowaniem kogoś zaburzonego. Zaproszenie kogoś takiego do domu po zaledwie jednej demonstracji jest ze strony rodziców skrajnie nieodpowiedzialne. Zamiast otwierać drzwi, normalny rodzic prędzej chwyciłby za słuchawkę telefonu, by wezwać policję, chroniąc swoje dziecko przed dziwnym stalkerem. Rodzice Lily powinni być przerażeni, nieufni i zadawać dziesiątki racjonalnych pytań. Flitwick musiałby wykazać się niezwykłą cierpliwością, empatią i być może zademonstrować magię w sposób niemożliwy do sfałszowania, by ostatecznie ich przekonać. Straciłaś potencjał tej sceny – mogłaś ciekawie ukazać proces informowania mugoli o magii. Za bardzo się pospieszyłaś.

Państwo Evans byli zachwyceni i po wyjściu mężczyzny, którego usilnie starali się namówić, by został u nich na kolacji, rozpoczęli z nią długą rozmowę […] – …z tą kolacją?

Ozdobne litery rozmazały gdzieniegdzie opadające krople. – Wyjaśnienie tego potknięcia językowego znajdziesz tu: [KLIK].

Petunia Evans, trzęsąc się od szlochu, bezwiednie zacisnęła dłonie na pergaminie, zgniatając go mocno. – Zbudowałaś bardzo wiarygodną postać Petunii. Jej skrywana zazdrość i samotność bije z niej, gdy jest sama, jednocześnie pokazując światu tę bezczelną stronę dziewczyny. W krótkich urywkach rozdziałów potrafiłaś pokazać tę postać dwuwymiarowo na tyle, na ile mogłaś na takiej przestrzeni tekstu. Brawo.
Nie wiem jednak, czy jest sens dopowiadać, że bohaterka mocno zgniotła ten pergamin. Zaciśnięcie na nim palców mówi samo przez się – dając właśnie taki efekt (w końcu zaciskanie jest czynnością, no cóż, siłową, a więc mocną).

Lily nie miała pełnej świadomości, jak źle dzieje się w rodzinie Snape'ów, ale Severus nie zamierzał jej o tym opowiadać. Po pierwsze, ona należała do zupełnie innego, jasnego świata, którego nie powinno się brukać takimi informacjami. Po drugie, pragnął uchodzić w jej oczach za chłopaka zaradnego i zdecydowanego, który cieszy się szacunkiem innych. Po trzecie wreszcie, zwyczajnie nie umiał o tym mówić. Chociaż dokładnie wiedział, jak wygląda Hogwart i co go tam czeka, i tak odliczał dni do wyjazdu. Chciał po prostu wyrwać się z domu, zademonstrować światu, na co go stać. Miał dość uczucia duszenia się, które towarzyszyło mu za każdym razem, kiedy nie mógł kupić sobie określonego składnika do eliksirów. W szkole nie zabraknie mu nigdy smacznych posiłków i potrzebnych pomocy naukowych. Będzie też mógł nawiązać wreszcie kontakt z innymi czarodziejami, poza Lily. Zaopiekuje się nią, to oczywiste, był na to w pełni przygotowany. Dlatego następnego dnia przekonał Eileen Snape, że sam zrobi szkolne zakupy, zwalczył swoją niechęć i ukłonił się sztywno państwu Evans. Siostra Lily ostentacyjnie obróciła głowę w drugą stronę. Po co oni ją w ogóle tu przyprowadzali? Evansowie musieli pomóc Lily w zakupach i zapłacić za nie, to jasne, ale ta mała mugolka powinna zostać w domu, znać swoje miejsce. Jeszcze gotowa złośliwie zdradzić innym ludziom swojego pokroju, [przecinek zbędny] położenie ulicy Pokątnej…

Znów head-hopping. Ponadto w oczy rzuca się ekspozycja i, ostatecznie, końcowe streszczenie. W jednym akapicie upchnęłaś materiał, który mógłby posłużyć do zbudowania pełnej ukrytych emocji sceny. Zamiast pozwolić czytelnikowi poczuć sytuację Severusa i zobaczyć jego interakcje, narrator po prostu streszcza jego profil psychologiczny w formie niemal szkolnej wyliczanki („Po pierwsze… Po drugie… Po trzecie…”). To bardzo spłyca odbiór tekstu, a przecież sytuacja domowa Severusa jest bardzo ciekawa!

Severus poczuł, jak czerwień jego policzków zamienia się w karmazyn. [...]
Rozmawiały jeszcze przez chwilę, i Lily uznała, że dziewczynka jest spokojna, rozsądna i pełna ciepła. Dowiedziała się też, że pochodzi z dość szanowanego rodu czarodziejów, ma dwóch starszych braci, siostrę, a wkrótce na świat przyjdzie jeszcze jej kolejny braciszek. – Zaczęłaś pisać tę scenę z punktu widzenia Severusa, a nagle przeskoczyłaś na Lily. Powinnaś się trzymać jednego POV w obrębie przynajmniej sceny. Artykuł o tzw. head-hoppingu: klik.

[...] wrzasnęła i z wielką werwą, której Lily w życiu się nie spodziewała po tak anemicznym obliczu, podwijając za długie jeszcze rękawy przymierzanej szaty, odszukała w jej połach swojej różdżki. – Swoją różdżkę.

Piszesz o wielkiej werwie, ale zdanie jest tak rozwleczone, że w ogóle tego nie czuć. W moim wyobrażeniu ta bohaterka się mota w tej za długiej szacie i trudno jest jej płynnie i dynamicznie wyciągnąć tę różdżkę. Szuka jej w tych rękawach i szuka…

– Taak – odparła zszokowana Lily, choć tak naprawdę nic nie było "ok". Czuła, jak do oczu napływają jej łzy.
– Mar? – Lily poznała Marlenę kilka minut wcześniej i już mówi do niej, skracając imię? Gdyby jeszcze koleżanka się tak przedstawiła, to bym zrozumiała, ale w tej sytuacji to wydaje się zbyt poufałe.
OK albo okej.

Nachyliła się do Petunii, która bez powodzenia próbowała ukryć łzy na policzkach:
„– ... Przykro mi, Tuniu, przykro mi! Posłuchaj !– Złapała jej rękę i przytrzymała mocno, mimo że Petunia starała się ją wyszarpnąć. – Może jak już tam będę... Nie, posłuchaj, Tuniu! Może jak już tam będę, to pójdę do profesora Dumbledore'a i przekonam go, żeby zmienił zamiar!
Nie rozumiem, czemu nagle wrzuciłaś cytat, w dodatku użyłaś pogrubienia i kursywy. Przecież scena toczy się dalej, bez sensu to cytować podwójnie i jeszcze wyróżniać boldem. Jeśli czerpiesz z innego źródła, mogłaś to sparafrazować, zamiast po prostu kopiować.
Nie jestem też przekonana co do sformułowania przekonać kogoś, żeby zmienił zamiar – technicznie rzecz biorąc jest poprawne, ale nie brzmi jak pierwszy wybór w przypadku naturalnego języka mówionego. Czemu nie po prostu: zmienił plany albo …zdanie?


Rozdział 4 „Awantura pociągowa”

Zdawało się, że ludzie tworzą wielkie, barwne i gwarne kłębowisko, któremu próżno było poświęcać swoją uwagę, ale Syriusz z wielkim zaangażowaniem przyglądał się każdej grupce osób. […]
– Dokładnie. Pamiętaj... – Kolejna fala jej słów spłynęła poza granicami jego uwagi. Syriusz zauważył bowiem coś, co wydawało mu się jednocześnie znajome i dziwaczne. Kępka rozczochranych, czarnych włosów wystawała zza ramienia czarownicy o łagodnej twarzy i wielkich[,] ciemnych oczach. – Tutaj komentarz narracyjny powinien zaczynać się od nowego akapitu, jako że słowa wypowiedziane należą do Walburgi, ale uwaga o nich i wspomniane zachowanie należą do Syriusza. Gdyby chodziło o zwykłe usłyszał na granicy świadomości, zapis ciągiem, w jednym akapicie byłby dopuszczalny, jednak dalej ten komentarz się rozrasta i zaczyna dotyczyć kwestii nie-dialogowej, a tego, co widzi przed sobą bohater. To już nie ma nic wspólnego z mową Walburgi.

– No dobra! Puszczaj[,] mamo! – Wołacz równa się przecinek.

Czerwona lokomotywa zapiszczała przenikliwie, wypluwając z siebie kłęby białego dymu. – Czy lokomotywy piszczą? Na pewno gwiżdżą – i to byłoby adekwatniejsze określenie. Chyba że chodzi ci o moment hamowania i pisk wywoływany tarciem kół o szyny. No ale wtedy to nie lokomotywa piszczy sama w sobie; możesz napisać na przykład, że w przestrzeń poniósł się przenikliwy pisk hamującego pociągu. No bo jednak hamuje cały skład, a nie sama lokomotywa.

Syriusz miał wielką nadzieję, że Regulus zauważył uśmiech, który mu posłał i wyczytał z ruchu jego warg słowa otuchy. – Kto wyczytał słowa otuchy: Syriusz czy Regulus? Jeśli to pierwsze, zdanie jest poprawne. Jeśli to drugie, przed /i/ potrzebny jest przecinek.

Syriusz wydał z siebie dziwny odgłos, brzmiący trochę jak śmiech, trochę jak prychnięcie, ale najbardziej jednak, [przecinek zbędny] jak szczeknięcie psa. Zamrugał oczami, nie wiedząc, co właściwie powinien teraz zrobić. – De facto mrugają powieki, a nie oczy, co i tak nie ma znaczenia. W tym kontekście wiadomo, czym mruga bohater, więc można wyciąć jakiekolwiek dookreślenie.

Z sąsiedniego przedziału dobiegł ich chichot grupki starszych Kruknonek. – Krukonek.
Czy skoro dziewczyny siedziały w sąsiednim przedziale i bohater nie widział ich – ich wyglądu świadczącego o starszym wieku oraz szat – a jedynie słyszał jakiś tam chichot, to powinien mieć pewność, że były to akurat starsze Krukonki…?

– Będziemy tu tak stali, blokując sobie przejście, czy jednak poszukamy jakiegoś wolnego przedziału? – Chłopak poruszył komicznie brwiami i teraz już Syriusz naprawdę się zaśmiał. Dziwne... Jego śmiech naprawdę tak brzmi...? – Wiem, że fragment podkreślony to mowa pozornie zależna (w oryginale nie stosujesz kursywy, a więc zdanie jest częścią narracji), jednak nadal może to brzmieć trochę dziwnie – jakby Syriusz nie myślał o swoim śmiechu, a śmiechu wspomnianego chłopaka. Sugerowałabym to nieco przeredagować, np.:
Chłopak poruszył komicznie brwiami i teraz już Syriusz naprawdę się zaśmiał. Dziwne... Poważnie tak brzmiał, gdy zanosił się śmiechem?

Syriusz przypatrywał mu się z nie mniejszym zainteresowaniem. Ciekawostka! Od stycznia 2026 /nie/ z przymiotnikami w stopniu wyższym i najwyższym zapisujemy łącznie.

Jasna, nierówna grzywka opadała chłopcu na jedno oko, ale słońce, które wychyliło się w końcu zza chmur, uwypukliło drugą część jego twarzy. Miał bladą, zmęczoną cerę, poznaczoną gdzieniegdzie ledwo widocznymi bliznami, a skóra pod oczami wydawała się sinawa, jakby ciążyło na nim kilka nieprzespanych nocy. Ciuchy chłopca również pozostawiały wiele do życzenia. Choć czyste, porządnie zacerowane i dobrze dopasowane, były bez wątpienia stare, uszyte z kiepskiej jakości materiałów. Wyglądały, jakby właściciel chodził w nich bez przerwy co najmniej od roku. Poza tym jednak, pomimo że blondyn czytał książkę (kto normalny czyta książki jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego!), jego twarz wydawała się Jamesowi całkiem sympatyczna i – jak stwierdził w myślach – dobrze mu z tych zielonych ślepi patrzyło. 

Znów przeskakujesz z głowy Syriusza, z którego perspektywy zaczęłaś pisanie rozdziału, do głowy Jamesa w jednym akapicie. Nie będę więcej zwracać na to uwagi.

– Już raz mi pomogłeś, pamiętasz? Pamiętasz?! Kilka lat temu! Siedziałem na huśtawce, [przecinek zbędny] po tym, jak rozwaliłem tort mamy na stole i głowach moich ciotek!
James spoglądał na nich z coraz radośniejszym błyskiem w oczach.
– Co zrobiłeś? – zapytał z rozbawieniem, zapominając na chwilę o obecności Baggsa.
– Ach, tak. Rzeczywiście[.] – Lupin podrapał się z zakłopotaniem po karku. – Patrick... Nie... Peter, prawda? – Naprawdę Remus pamięta imię przypadkowego chłopaka sprzed lat? Trudno w to uwierzyć. Wiem, że Lupin był samotny, ale jednak minęło bardzo dużo czasu od tego zdarzenia.
Zamiast /z zakłopotaniem/ sugeruję: /wyraźnie zakłopotany/. Raz, że pozbywasz się podobnej konstrukcji, a dwa: skoro już prowadzisz w tym momencie POV Jamesa, no to ten może się tylko domyślać, co właściwie czuje Lupin.

[...] Wyjaśniliśmy mu, że twoją jedyną winą było przypadkowe natrafienie na tę bandę.
– W takim razie wprowadziliście go w błąd. Odczep się od moich przyjaciół, Dołohow! – Nawet jak na Syriusza nazywanie przypadkowo poznanych chwilę wcześniej ludzi przyjaciółmi to duża przesada.

Remus zrobił dwa kroki do przodu, bezwiednie zaciskając dłoń na ukrytej w kieszeni różdżce. Od dłuższego czasu czuł bolesny ścisk w żołądku na myśl, że nie byli jeszcze nawet w połowie drogi do szkoły, a on – od dawna planujący, że zrobi wszystko, by Albus Dumbledore był dumny ze swojej decyzji – już wpakował się w aferę z pogwałceniem co najmniej kilku punktów szkolnego regulaminu. – O, a tu skaczesz jeszcze w umysł Remusa. Trzy przeskoki w jednej scenie jeszcze ci się nie zdarzyły.
Czuł ucisk w żołądku. Ścisk w żołądku oznaczałby, że robi się tam dość tłoczno.

Black dokonał szybkiej analizy i z lekkim ukłuciem w okolicy serca stwierdził, że większości poznanych zaklęć, [przecinek zbędny] nie udało mu się opanować na wysokim poziomie.
– Jedno […].
– Jakie?
– Wingardium Leviosa[.]
James ze świstem wypuścił powietrze.
– I co zrobimy, uniesiemy go i wyrzucimy przez okno?! Naprawdę niczego więcej cię tam w tej twojej rodzince nie nauczyli?
– Próbowali – wyszczerzył się Syriusz. – A ty? Może się wykażesz?
Ostatni komentarz dialogowy dotyczy czynności pobocznej, nie – samego wypowiadania słów. W takich przypadkach na końcu poprzedzającej wypowiedzi musi stać kropka, natomiast komentarz trzeba rozpocząć od podmiotu (wykonawcy czynności). Dlatego też powinnaś napisać:
– Próbowali. – Syriusz się wyszczerzył. – A ty? Może się wykażesz?
A nawet lepiej, by uniknąć powtórzenia /się/: Syriusz wyszczerzył zęby.

– Łęczycki, Summerson... w samą porę – stwierdziła zimno Gertruda. – Nie sądzisz, że wymawianie przez brytyjczyków nazwiska Łęczycki nie jest tak proste? Dziwię się, że nie zniekształciłaś tak trudnego dla anglojęzycznych osób polskiego nazwiska bądź nie ukazałaś problemów z wymową, szczególnie takich głosek jak /ł/.
Na tej samej zasadzie w którymś z rozdziałów bardzo się zdziwiłam, gdy zobaczyłam polską odmianę nazwiska Black → Blackówna. Dziś redaktorzy oraz tłumacze raczej nie idą w tę stronę z prostego powodu: nie po to przedstawiamy obce miejsca akcji, by na siłę je spolszczać i zmniejszać czytelniczą immersję. Przy okazji coraz więcej autorów, osadzając powieści np. w Anglii czy Ameryce, celowo stosuje dwunastogodzinny system zegarowy czy obce systemy miar, nieprzeliczane przez wydawcę na polskie jednostki. U ciebie również natrafiłam gdzieś w tekście na godzinę trzynastą i… no średnio mi się to widzi. Pierwsza po południu byłaby tak samo poprawna, ale bardziej w londyńskim klimacie. Blackówna w takim klimacie nie jest, mało tego: nawet polskiego klimatu by nie oddawała, bo i u nas od dawien dawna nie stosuje się takich form. Dziś należą one do form archaicznych, ewentualnie regionalnych.

– Tonks! – zawołała jego partnerka. – Jak dziewczyna mogła zawołać do Andromedy „Tonks!”, skoro to było nazwisko jej męża, którego będąc w Hogwarcie, jeszcze nie znała?

Całe zamieszanie w pociągu wydaje się sceną bardzo dziecinną, szczególnie biorąc pod uwagę udział wielu prefektów, którzy powinni być rozsądniejsi. Prefekci, a zwłaszcza prefekci naczelni, to w kanonie elita szkoły. Są wybierani przez Dumbledore’a właśnie ze względu na swoją odpowiedzialność, opanowanie i umiejętność dawania przykładu młodszym. Tymczasem w tej scenie zachowują się jak dzieci z piaskownicy. Ich dialogi są płytkie, a argumentacja przypomina kłótnie pierwszoroczniaków, a nie niemal dorosłych, siedemnastoletnich czarodziejów. To wywołuje dysonans – trudno szanować autorytet starszych uczniów, skoro mentalnie nie różnią się od jedenastolatków. O ile rozumiem odzywki pierwszoroczniaków, o tyle czytając wypowiedzi starszaków, czułam się zażenowana, a jednocześnie zaskoczona eskalacją bójki do tego stopnia, że uszkodzono dach i szyby. Wydawałoby się, że wyróżnieni uczniowie starszych klas będą mieli więcej ogłady. I o ile można uwierzyć, że między Ślizgonami a Gryfonami dochodzi do spięć, o tyle przejście od słownej przepychanki do rzucania morderczych klątw w zamkniętym, pędzącym pociągu pełnym dzieci to duża przesada. Rzucanie zaklęć, odbijanie ich potężnymi tarczami, wyrwanie dachu pociągu i wybijanie szyb to nie jest już szkolna bójka – to akt wandalizmu tak poważny, że w normalnych warunkach skutkowałby natychmiastowym wydaleniem ze szkoły, a może nawet śledztwem przeprowadzonym przez Ministerstwo Magii.


Rozdziały 5–10

W kolejnych rozdziałach odniosę się już tylko do fabuły, gdyż popełniasz analogiczne błędy i nie ma sensu wypisywać większej liczby przykładów.

Wiem, że znamy Syriusza i Jamesa jako psotników, ale powinno minąć sporo czasu, zanim się rozkręcą i zaczną rozrabiać w Hogwarcie – szczególnie zastraszany w domu Syriusz. Był inaczej wychowany i takie wyskoki, jak zabawa z czyimś eliksirem i wybuch tuż przed Ceremonią Przydziału, nie są w jego stylu. Ponadto obaj chłopcy wychowali się w domu czarodziejów i nie przyszło im do głowy, że ingerowanie w eliksir jest niebezpieczne? Przecież są inteligentni. Nie rób z nich bezmózgich postaci w stylu Crabbe’a i Goyle’a. Nie wydaje mi się też, żeby oświadczyny Jamesa były dobrym pomysłem na tę scenę. Jest zbyt młody na takie zachowanie i zbyt mocno się spoufala z Lily, której jeszcze nie zna – tego typu żarty powinny przyjść później.

Nie rozumiem również ignorancji McGonagall – nie przejęła się tym, że Jan oberwał Klątwą Kleopatry. Przecież klątwa to czarnomagiczne zaklęcie. Wątpię, żeby uczeń potrafił wyleczyć jej skutki. A nawet jeśli, to dziwię się, że nauczycielka nie wysłała Jana do Skrzydła Szpitalnego. To nieodpowiedzialne i nie pasuje do Minerwy. A szczególnie zadziwiające jest to, że nikt nie poniósł żadnych konsekwencji za użycie czarnej magii – spodziewałabym się raczej interwencji dyrektora oraz Ministerstwa Magii.

Niestety, scena przedstawiająca lekcję Eliksirów cierpi na brak umiaru i logiki świata przedstawionego. To pierwsza w życiu lekcja Eliksirów. Fakt, że Snape od razu potrafi bezbłędnie modyfikować skomplikowane procesy warzenia bez spoglądania do podręcznika, a Lily (pochodząca z mugolskiej rodziny) momentalnie analizuje działanie magicznych substancji lepiej niż autorzy książki, jest mocno naciągany i zakrawa o syndrom Gary’ego Stu / Mary Sue. Odbiera to bohaterom możliwość naturalnego rozwoju – są wyjątkowi, a wręcz perfekcyjni już na starcie. Ponadto Slughorn w tej scenie zachowuje się skrajnie nieodpowiedzialnie. Zamiast nadzorować pierwszorocznych pracujących z niebezpiecznymi substancjami, rozsiada się w fotelu i je kandyzowane ananasy. Co więcej, jego reakcja na wybuch kociołka Pottera i Blacka jest absurdalna. Choć początkowo słusznie odejmuje im punkty za narażenie klasy na niebezpieczeństwo, cofa karę tylko dlatego, że James przypadkowo wrzucił do środka bezoar, który zneutralizował eliksir. Sam wybuch, zniszczenie sprzętu i opryskanie uczniów powinny skutkować natychmiastowym i surowym szlabanem, a nie zachwytem nad „szczęściem w nieszczęściu”.

Fakt, że James na pierwszej w życiu lekcji, będąc całkowicie początkującym, potrafi ożywić wykałaczkę i nadać jej cechy żywego stworzenia, drastycznie wykracza poza możliwości jedenastolatka. Jeszcze bardziej niewiarygodnie wypada Syriusz, który w reakcji na zagrożenie, odruchowo i niewerbalnie (!) rzuca idealne zaklęcie zmniejszające, kurcząc potwora. Magia niewerbalna to materiał z szóstej klasy Hogwartu. Sprawienie, że Syriusz posługuje się nią bez nauki, przypadkiem i bezbłędnie, całkowicie psuje realizm sceny. Scena na lekcji Zaklęć to kolejny krok w stronę robienia z Huncwotów nadludzi.

Dalej Profesor Flitwick zachwyca się faktem, że Syriusz rzucił zaklęcie zmniejszające niewerbalnie i zaprasza go na zajęcia dodatkowe. Jedenastolatek, który rzuca zaklęcia niewerbalne przypadkiem i pod wpływem stresu, to tylko kolejny zabieg mający na siłę wyolbrzymić „wyjątkowość” bohatera kosztem logiki świata magicznego. Oczywiście wszystkie te sytuacje można w jakiś sposób przyrównać do Harry’ego, który już w pierwszej klasie – też trochę przypadkowo i pod wpływem emocji – wykazał się wybitną umiejętnością śmigania na miotle, za co również został wyróżniony dołączeniem do drużyny. Ale, na bora, śmiganie na miotle to jednak nie to samo co czarowanie za pomocą zaklęć niewerbalnych. Plus inaczej odbiera się jednego głównego bohatera, docelowo Wybrańca, który już od początku tekstu wyróżnia się na tle innych w jednej z dziedzin. Gdyby podobny zabieg dotyczył Syriusza, zapewne dałoby się na niego spojrzeć łagodniejszym okiem. Ale wśród pozostałych postaci, które w tym samym czasie wyróżniają się w inny sposób, taki motyw już się nie broni, a zaczyna być naprawdę frustrujący.

W jednym z rozdziałów zawarłaś zdecydowanie zbyt wiele szczęśliwych zbiegów okoliczności. Pająk Ferdek ucieka z wieży Gryffindoru i prowadzi Jamesa i Syriusza prosto do tajnego przejścia, którego przypadkowe otwarcie ratuje ich przed Filchem. Przejście to prowadzi akurat do szafy w sali transmutacji. A w samej sali – dokładnie o tej samej porze – odbywa się tajne spotkanie matki Syriusza z McGonagall. Na domiar złego półka pod chłopcami łamie się w punkcie kulminacyjnym kłótni. Takie nagromadzenie psuje realizm sceny. Tu muszę jednak pochwalić kreację McGonagall, która bezkompromisowo broni swojego ucznia i nie daje się zastraszyć Walburdze. Wypada niezwykle kanonicznie i budzi ogromną sympatię.

Rozdział dziesiąty to wyczekiwany przeze mnie moment wyciszenia po intensywnej akcji z poprzednich części. Brakowało spokojniejszych scen; do tej pory fabuła była aż zbyt dynamiczna. Ten rozdział jest ważny także z innego powodu – widać zalążki szczerej przyjaźni Jamesa i Syriusza. Próba pocieszenia Syriusza przez Pottera, który narzeka na swojego ojca za to, że jest „zbyt łagodny i pobłażliwy”, wypada bardzo naturalnie. James, wychowany w kochającym domu, nie do końca potrafi pojąć ciężkie życie Syriusza w rodzinie Blacków. Rozmowa chłopców na Wieży Zegarowej to jeden z najbardziej szczerych i najlepiej napisanych dialogów w tym tekście, który w końcu pozwala im być po prostu zagubionymi dziećmi potrzebującymi akceptacji.



PODSUMOWANIE

Narracja, styl, edytorstwo a emocje odbiorcy

Największym zarzutem wobec „Ich dzieci” był brak emocji w dynamicznych i dramatycznych scenach (jak sucho opisana scena morderstwa w prologu). W „Sekrecie Andromedy” widać pod tym względem poprawę:

✔ Znakomicie, głęboko i wiarygodnie ukazałaś rozpacz Remusa, który podarł i spalił piętnaście listów z Hogwartu, a jego wybuch płaczu i poczucie beznadziei były wręcz namacalne.

✔ Bunt Syriusza, jego nienawiść do toksycznej matki i pełna stresu radość po przydziale do Gryffindoru, zostały opisane bardzo realistycznie.

✔ Świetnie wypadł też wątek Evansów. Zazdrość Petunii oraz jej złośliwość po odrzuceniu przez Dumbledore’a budzą silne emocje i idealnie wpisują się w kanon.

Niemniej w obecnym tekście zdarza się natknąć na head-hopping, który psuje immersję oraz może wprowadzać chaos, utrudniając płynną lekturę. Nie tylko nie trzymasz się punktu widzenia postaci prowadzącej scenę, ale i czasem pozwalasz jej być świadomą faktów, o których nie powinna mieć pojęcia – bo przecież nie siedzi w głowie innych bohaterów. Także słownictwo nie zawsze wydawało mi się dopasowane do postaci. I tu przypomina mi się Syriusz, który w tym samym akapicie rozprawia o łażeniu po barach i sugeruje, że jego eskapady mogły zakończyć się bardzo nieprzyjemnie. Czy to nie brzmiałoby realistyczniej w ustach Lupina? Ten sam Syriusz w tym samym rozdziale wspomina o tęsknocie za Hogwartem, a stylizacja akurat tamtego zdania brzmi dość poetycko. Jakbyś czasem nie mogła się zdecydować – no i wczuć we własną postać.

Nie tylko skaczesz między postaciami – mam wrażenie, że czasem w ogóle zapominasz, że piszesz w POV i przechodzisz w starego (nie)dobrego narratora wszechwiedzącego. O, na przykład w rozdziale szóstym w pewnym momencie nie stoisz już za plecami Jamesa, a bohaterów nastoletnich, którzy trafili na dywanik do McGonagall, i zaczynasz opisywać sytuację w kadrze szerokim (traktując bohaterów jako tłum o zbiorowej świadomości):

Za Ślizgonem, niczym opiekuńcze duchy (czy raczej demony - jak pomyślał James) stali Istwan Dołohow i Gertruda Zabini. [...] Profesor McGonagall popatrzyła na grupkę skulonych dookoła uczniów. Dziwnym trafem, każdy z nich odkrył w tym momencie, że stary, wyblakły już dywanik, wyściełający posadzkę w gabinecie, jest jednak niezwykle fascynujący. – No nie. Jeśli zaczynasz w POV Jamesa, no to James się wpatruje w ten dywanik właśnie w ten sposób i może ewentualnie kątem oka widzieć, jak pozostali robią to samo. Lub może to sobie wyobrazić, będąc przekonanym, że tak właśnie jest. I sam James nie określiłby w swoich POV grupki swoich kumpli „skulonymi uczniami”. Tak więc lekcja na dziś: staraj się nie wychodzić z roli.

Czasem też odnosiłam wrażenie, że do przesady folgujesz sobie w wypowiedziach dialogowych i sama tym sprawiasz, że nie można niektórych scen traktować bardziej poważnie – nawet jeśliby się chciało. Tak, stylizujesz wypowiedzi bohaterów nastoletnich, ale nierzadko brakuje ci wyczucia, dobrego smaku. Jak na przykład w rozdziale szóstym:

– Za to ja teraz jestem ledwo przyyyy-yyyytom[n]yyy – ziewnął Potter. – To wcale nie wygląda dobrze. Zamiast tego mogłaś napisać po prostu:
– (...) jestem ledwo przyyy… – Potter ziewnął –…tomny.

Estetyczny zapis też wpływa na czytelnicze odczucia. Twój tekst jest przeładowany wykrzyknikami i wielkimi literami, które w twoim odczuciu zapewne mają na siłę budować napięcie lub humor – w rzeczywistości jednak działają zupełnie odwrotnie. Tak, wszyscy znamy Irytka i wiemy, jaki ma styl bycia. To głośny i irytujący duch. Nie musisz jednak wieńczyć niemal każdej jego kwestii trzema wykrzyknikami. Na tej samej zasadzie James też nie musi się tak wydzierać na „PIĘKNĄ NIEZNAJOMĄ!!!” w pociągu. Takie elementy sprawiają, że trudno traktować twój tekst inaczej niż fanfik pisany zupełnie bez zobowiązań i dla zdecydowanie młodszych odbiorców. Gdyby nie był to fanfik, a materiał, który kiedyś planowałabyś wydać – to by nie przeszło. Odstraszyłoby większość wydawców, będąc dowodem na to, że autor sam nie traktuje swojej twórczości poważnie. Przy czym poważnie nie oznacza, że w ogóle masz przestać stylizować bardziej emocjonalne wypowiedzi swoich postaci. Chodzi po prostu o zachowanie umiaru. Dzięki temu, że ograniczysz pretensjonalne eksklamacje i zadbasz o estetyczny zapis partii, momenty, które naprawdę wymagają szczerej ekscytacji i podniesionego tonu, wybrzmią mocniej. Tymczasem w wielu scenach miałam wrażenie, że twoi bohaterowie krzyczą do siebie bez potrzeby. To też w jakiś sposób może czytelnika zmęczyć, nie mówiąc o tym, że wpływa również na odbiór relacji zawiązujących się między bohaterami. Relacji, w których postaci domyślnie mają być dla siebie sympatyczne, a nie toksyczne.

Tak jak w partiach narracyjnych oraz wypowiedziach postaci nadużywasz wykrzyknień, tak i zarzut ten odnosić się może również do nadużywania pauz i wielokropków, przez co momenty, które mają być dramatyczne, nie wzbudzają już takiego odczucia i nie wyróżniają się spomiędzy tych znaczących. Tak, mam na uwadze, że to są jedenastolatkowie, jednakże akcja dzieje się w czasach, w których dzieciaki nie były aż tak przebodźcowane i ekspresyjne, tymczasem wiele scen przywodzi mi na myśl hollywoodzkie filmy o nastolatkach, które z przesadą ekscytują się każdą najmniejszą sytuacją, rzeczą. Przychodzi mi do głowy słowo, które kojarzę z tymi filmami oraz tureckimi serialami, mianowicie…

Melodramatyzm

W „Sekrecie Andromedy” trudniej przychodzi ci dawkowanie napięcia, przez co bohaterowie non stop doświadczają skrajnych reakcji. Niemal w każdej scenie ktoś mdleje, blednie jak ściana lub purpurowieje, trzęsie się, dusi się lub łapie za serce z przerażenia, czuje bolesne ukłucia w sercu lub wielką kulę lodu w żołądku. Ponadto emocje zawsze muszą sięgać maksimum: złość to zawsze furia sięgająca zenitu lub demoniczny szał, a radość to zazwyczaj dzika euforia. Takie skrajne emocje przytłaczają i sprawiają, że po kilku scenach czuję się przebodźcowana, a tekst traci na wiarygodności. Przestaję przejmować się dramatami postaci, bo każda, nawet błaha sytuacja, jest traktowana przez narratora i bohaterów jak sprawa życia i śmierci. Brakuje subtelniejszych scen i emocji, które budują napięcie. I widać to szczególnie w przypadku Syriusza.

Syriusz Black jako przesadzony bohater tragiczny

Twój Syriusz ocieka patosem. Chłopiec na każdym kroku wygłasza wielkie, ostateczne deklamacje, które w ustach jedenastolatka po tylu scenach brzmią nienaturalnie i komicznie:

☛ Kiedy Syriusz dowiaduje się z gazety o samobójstwie Mireille Rosier, reaguje tak skrajnie, że wybiega z Wielkiej Sali i wymiotuje w toalecie. Myślę, że bohater, który doświadczył w domu tyle zła i niesprawiedliwego traktowania, nie reagowałby tak mocno. O ile w rodach czystokrwistych planowanie małżeństw od kołyski miało miejsce, o tyle sposób, w jaki przeżywa to Syriusz (reagując niemal jak mąż po stracie żony), jest przerysowany. Wątek ten pasowałby do bohatera mającego szesnaście lub siedemnaście lat, a nie dziecka, które dopiero co kupiło swoją pierwszą różdżkę.

☛ W rozmowie z Jamesem Syriusz z pełną powagą i rozpaczą wykrzykuje, że on w przeciwieństwie do Pottera już nigdy nie będzie wolny i szczęśliwy. Tymczasem Syriusz, uczony przez lata w domu rodzinnym ukrywać emocje, nie pokazuje żadnego z takich zachowań – wręcz przeciwnie. To zbyt szybka przemiana bohatera.

☛ Konfrontacja Syriusza z matką w Hogwarcie jest teatralna. Bohater grozi jej z lodowatym spojrzeniem, że jeśli zabierze go ze szkoły, jego noga nigdy więcej nie przekroczy progu ich domu, a ich opinia zostanie zmieszana z błotem. Z kolei do kuzynki Andromedy, wyczuwając jej niepokój, od razu wykrzykuje z zaciśniętym gardłem: „Andromedo, czy oni cię zmuszają, żebyś za kogoś wyszła?!”. I gdzie tu konsekwentny rozwój postaci? Brakuje mi sprzeczności uczuć Syriusza, nawiązania do domowego wychowania i wpojonych zasad, którym chciałby się przeciwstawiać, walczyć z nimi.

Zdecydowanie warto byłoby odrobinę „odciążyć” Syriusza z tak mrocznych, dorosłych traum na rzecz bardziej adekwatnych do jego wieku – i okresu początku roku – problemów z aklimatyzacją w szkole.

Logika wydarzeń i zgodność z kanonem

Zacznę od tego, że tak jak w poprzednim tomie doceniałam zgodność z kanonem i pomysłowość, tak i tutaj należą ci się ogromne pochwały za scenę spotkania Lupinów z Dumbledore’em. Wciąż jestem nią urzeczona. Argumentacja dyrektora i jego sposób bycia są świetne.

Jeśli chodzi o samą fabułę, ciąg przyczynowo-skutkowy jest zachowany: gładko przechodzimy od końcówki wakacji i listów z Hogwartu, przez pełną emocji podróż ekspresem, aż po przydział i pierwsze, pełne wrażeń dni w szkole. Czytelnik ani przez chwilę się nie nudzi, bo akcja non stop posuwa się do przodu. Sposób, w jaki wplotłaś tytułowy „Sekret Andromedy” w szkolną codzienność, to dowód na to, że potrafisz subtelnie przeplatać wątki. W tym przypadku nie podajesz wszystkiego na tacy. Najpierw budujesz napięcie wokół Andromedy (jej dziwne zachowanie, nowy medalion, nerwowość), by ostatecznie w dziesiątym rozdziale doprowadzić do odkrycia – potajemnego romansu czystokrwistej Ślizgonki z mugolakiem, Tedem Tonksem. To daje Huncwotom – zagubionym jeszcze wśród podziałów na lepszych i gorszych – jasny, napędzający fabułę cel (śledzenie Teda), a jednocześnie świetnie pogłębia temat uprzedzeń wobec pochodzenia w świecie magii.

Masz zmysł do tworzenia angażujących scen – ciągle coś się dzieje, nie zanudzasz czytelnika. Ale…! Jest jednak druga strona medalu: liczba scen dynamicznych w początkowych rozdziałach jest przytłaczająca. A biorąc pod uwagę mnogość wykrzyknień i przesadzonych reakcji, już w ogóle trudno uznać taką strukturę tekstu za plus. Brakuje chwili na oddech. Ponadto nierealność niektórych wątków wybija z rytmu czytania.

Chyba największe zastrzeżenie mam wobec sceny bójki w pociągu – przypomina to mój zarzut z „Ich dzieci”, wówczas dotyczący przesadzonej sceny rozprawy w Ministerstwie. Otóż podczas bójki doszło do interwencji prefektów. Eskalacja konfliktów do poważnych rozmiarów – w której uczestniczą prefekci naczelni, wybijają okna i wyrywają część dachu pędzącego pociągu – jest przerysowana. Trudno uwierzyć, że odpowiedzialni, wybrani przez dyrektora na stanowiska prefektów uczniowie (jak Jan Łęczycki) zniżyliby się do poziomu chuligańskiej, zagrażającej życiu innych uczniów bijatyki. W dodatku Jan Łęczycki zostaje ugodzony Klątwą Kleopatry, z którą radzi sobie sam, ukrywając ją pod bandażem i w sumie nikt nic sobie z tego nie robi, McGonagall nie wysyła go do Skrzydła Szpitalnego (tak, ta McGonagall nie reaguje na użycie klątwy!). Trudno też uwierzyć, że Ministerstwo Magii czy chociażby maszynista pociągu w żaden sposób nie zareagowaliby na zerwany dach. Harry i Ron dostali większą burę za wpadnięcie w Wierzbę Bijącą.

Problemem tekstu jest też to, że jedenastoletni bohaterowie, którzy jeszcze nawet nie zaczęli nauki, potrafią używać zaawansowanej magii, np. Remus w trakcie ucieczki w pociągu bezbłędnie i w biegu rzuca zaklęcie Glacius, tworząc taflę lodu. Jest to poziom magii całkowicie nierealistyczny dla chłopca, który dopiero jedzie do szkoły, nawet jeżeli świetnie się uczył w domu. Mamy tu dynamiczną scenę, a Remus dotychczas uczył się w spokojnych warunkach. Skąd miał nabrać wprawy w rzucaniu zaklęć w biegu?
Jeszcze gorzej wypada sytuacja z Syriuszem. W sali transmutacji odruchowo, bez użycia formułki, rzuca zaklęcie zmniejszające na transmutowanego pająka. Profesor Flitwick zachwyca się, że chłopak używa magii niewerbalnej, która jest niezwykle trudna i przyswajana przez uczniów dopiero na szóstym roku, a tutaj jedenastolatek posługuje się nią przypadkiem – i to na pierwszej lekcji.

To, co rzuciło mi się w oczy, a co często spotykam i kiepskiej jakości fanfikach, to karykaturalne sylwetki psychologiczne i absurdalne zachowania nauczycieli, które pojawiło się i u ciebie. Nauczyciele zachowują się w sposób sprzeczny ze swoimi kanonicznymi charakterami:

☛ Minerwa McGonagall: najsurowsza i najbardziej dbająca o bezpieczeństwo nauczycielka pozwala Jamesowi Potterowi zachować niebezpieczną krzyżówkę pająka i wykałaczki jako zwierzątko domowe i każe mu się nim opiekować. Zamiast natychmiast odczarować stworzenie, pozwala jedenastolatkowi zabrać je do dormitorium, nie dostrzegając niebezpieczeństwa.

☛ Horacy Slughorn: chłopcy, niemal wysadzając w powietrze klasę od Eliksirów, uchodzą z tego cało z minimalnymi konsekwencjami. Slughorn, choć tylko opryskany mazią, ostatecznie cofa odjęte punkty i zadaje uczniom jedynie wypracowanie oraz nakazuje sprzątanie. A przecież bezoar neutralizujący truciznę dodali do kociołka przypadkiem, nie dzięki swojej wiedzy. Nauczyciel wręcz żartuje z tego, że wrzucili bezoar do gotującego się eliksiru. Ja wiem, że Slughorn był specyficzny, jednak pamiętajmy, że znamy go głównie jako ekscentrycznego pana w podeszłym wieku, natomiast wiemy też, że potrafił się zdenerwować i trzymać dyscyplinę. Wątpię, żeby jego miłość do ulubionych uczniów tak szybko objęła naszych Huncwotów.


Błędy językowe

Widać, że masz lekkie pióro, a dialogi stały się jeszcze bardziej dynamiczne, ale w tekście wciąż pojawiają się rażące błędy, takie jak czas pokarze (powinno być czas pokaże; od: pokazać). Najbardziej w oczy rzucają się jednak nie te poważne wpadki, a te, które uznać można za, ot, leniwe. Są to:

☛ literówki;
☛ braki kropek na końcu zdań;
☛ nadmiarowe spacje przed znakami interpunkcyjnymi;
☛ niepoprawny cudzysłów.

Z kwestii typowo edytorskich pozostają nam błędne kropki kończące cytat, których nie wyciągasz z cudzysłowu. Od tej reguły nie ma wyjątku, więc dość łatwo zapamiętać, że kropka ląduje zawsze na zewnątrz.

Co jeszcze…?

Uważaj na imiesłowy współczesne. Często stanowią pułapkę, wprowadzając do zdania czynność, która wcale nie może dziać się w czasie jednoczesnym do czynności wyrażonej standardowym czasownikiem:

– Ej – szepnął James, nachylając się do Syriusza i wskazując mu coś brodą. – James mówi tylko /ej/. To jest jedna sylaba, w czasie której jednocześnie bohater i nachyla się do Syriusza, i wskazuje mu coś brodą. Spróbuj wykonać to właśnie w taki sposób (jednocześnie pochylić się do kogoś i wskazywać mu coś, i jeszcze szepnąć, a właściwie wystęknąć wyszeptaną sylabę). To wygląda co najmniej dziwnie i jest niepraktyczne.

O, albo:

Ożywił się nieco, słysząc pisk Lily Evans. – Tutaj z kontekstu wynika, że bohater ożywił się z jakiegoś powodu, a przy okazji w tym czasie akurat usłyszał Lily. Natomiast domyślam się, że wcale nie o to chodziło: bohater miał najpierw usłyszeć pisk, na który zareaguje ożywieniem. Zdanie powinno więc brzmieć: Ożywił się nieco, usłyszawszy pisk Lily Evans. Albo, jeśli nie jesteś fanką imiesłowów uprzednich, możesz pokombinować inaczej: Ożywił się nieco, gdy jego uszu dotarł pisk Lily Evans.

Bywa też, że błędnie zapisujesz dialogi. Wygląda na to, że znasz podstawowe zasady, ale gubisz się w tych mniej oczywistych. Tak jak na przykład tu:

– Synku, nie marudź. Na pewno się znajdzie! – Uspokoiła go kobieta. Była dużo starsza od Walburgi, ale jej głos miał ciepłą, delikatną barwę. Uspokajanie nie jest czasownikiem dotyczącym mówienia. Ono wskazuje zamierzenia postaci. W takich przypadkach komentarz nie będzie traktowany jako komentarz zawierający tzw. verbum dicendi, a więc pierwszy powinien stać podmiot. Jednak: kobieta uspokoiła go – brzmiałoby fatalnie, sama przyznaj. W takim wypadku najlepiej po prostu zmienić komentarz, przy okazji rezygnując z ekspozycji. Pokaż to uspokajanie na przykład dodatkowym gestem lub przytocz ton głosu bohaterki.

Podobnie tutaj:
– Proszę natychmiast opuścić mój dom! – rozgniewał się pan Evans. – Sugeruję: Pan Evans wyraźnie się rozgniewał. [komentarz niedotyczący mówienia, a więc: podmiot → orzeczenie].

– Przeciwnie[.] – Orion wypowiedział to słowo z taką pogardą względem Walburgi, że ta poczuła się, jakby jej propozycja była skończenie głupia.

– Wspaniale! – rozpromienił się starzec. – Starzec się rozpromienił.

– W tym roku – ciągnął dyrektor [zbędna kropka]. – [n]Nasze zacne grono pedagogiczne powiększyło się o profesora Arkadiusa Spinna […].

Zdarzają ci się również sporadyczne wpadki z nadmiarowymi lub brakującymi przecinkami, o których wspominałam wcześniej. Choć mam też w zanadrzu parę innych:

– Co?! – James Potter najwyraźniej nie mógł zdecydować[,] czy się roześmiać, czy oburzyć.

Trzeba wyjść do nich, pokłonić się i [po]czekać[,] aż zrobią to samo. – Tutaj dodatkowo warto ujednolicić aspekty czasowników (wyjście i pokłonienie ma aspekt dokonany, natomiast czekanie – już niedokonany).

Targała nim szaleńcza radość i paraliżujący lęk, [przecinek zbędny] o to, jak będzie funkcjonował sam w Hogwarcie. – O, a tutaj dla urozmaicenia masz błąd składniowy. Skoro wymieniasz i radość, i lęk, no to masz dwa podmioty, które tworzą tzw. podmiot szeregowy, a ten wymaga orzeczenia w liczbie mnogiej: targały. No chyba że zestawisz ze sobą dwa elementy o tym samym rodzaju, wówczas czasownik mógłby pozostać w liczbie pojedynczej, na przykład: Targała nim radość, ale i obawa…

A co[,] jeśli dojdzie do tragedii?

[…] – zaoponował Dumbledore, który teraz już uśmiechał się, [przecinek zbędny] jak szaleniec. – Tu warto zauważyć, że sporo problemów sprawiają ci porównania. Z nimi też sprawa jest prostsza niż wygląda. Otóż gdy po /jak/ nie ma orzeczenia (czasownika) – przecinka nie stawiamy:

Długość i rdzeń takie, [przecinek zbędny] jak u pani, pani Black!

[…] układały się w adres zdecydowanie zbyt dokładny, [przecinek zbędny] jak na prawdziwą pocztę. – Jak widzisz, nawet jeśli porównanie byłoby długie, nie robimy tego – część porównawcza z jednym orzeczeniem nie jest traktowana jako złożona.

Natomiast przecinek jest obowiązkowy przy dwóch orzeczeniach oraz w sytuacji, gdy mamy połączenie orzeczenia + bezokolicznika:
Był już tak zmęczony, że [w sumie] było mu w sumie obojętne[,] czy ostatecznie dowie się[,] jak trafić do wieży Gryffindoru, czy nie.

Syriusz zawahał się. – Tutaj nie mamy problemu z przecinkami, ale i tak postanowiłam poruszyć tę kwestię: w takich przypadkach warto zastosować się do zaleceń i nie stawiać /się/ na miejscu akcentu. Tak więc: Syriusz się zawahał. Wiem, początkowo może brzmieć dziwnie, ale gwarantuję, że to tylko twoje przyzwyczajenie. Na odsłuchu taki szyk brzmi bardziej płynnie, a jednocześnie literacko (elegancko…), co również może przyczynić się do nadania nieco dojrzalszego sznytu twojej twórczości.

Ostatecznie…

Czytając i analizując „Sekret Andromedy” w zestawieniu z twoim poprzednim tekstem, widzę wyraźnie, z jak wielkim zaangażowaniem podchodzisz do procesu twórczego. Świadczy o tym chociażby twoja odważna i miejscami udana próba pogłębienia dynamiki postaci, które przestały być jedynie papierowymi figurami, a zaczęły aktywnie i emocjonalnie reagować na otaczający je świat. Twoje opowiadanie niewątpliwie zyskało na płynności, a fabuła stała się zwarta i potrafi utrzymać uwagę czytelnika. Twoim głównym problemem na obecnym etapie warsztatowym jest jednak brak umiaru i trudność w znalezieniu „złotego środka” oraz utrzymanie perspektywy.

W „Ich dzieciach” twój styl był jeszcze zachowawczy, spokojniejszy, wyważony. W „Sekrecie Andromedy” postanowiłaś z tym zerwać – i to z ogromnym impetem. Niestety, w efekcie całkowicie „puściłaś wodze fantazji”, przez co wpadłaś w skrajność – skrajny melodramatyzm.

Zamiast naturalnych, dziecięcych reakcji, zmusiłaś swoich jedenastoletnich bohaterów, by mierzyli się z wręcz dorosłymi dylematami i wybuchami afektów jak z opery mydlanej. Szloch, omdlenia, dramatyczne deklaracje i skrajna rozpacz pojawiały się bardzo często w sytuacjach, które wymagałyby znacznie większej subtelności. Podobnie stało się z samą magią – zależało ci na pokazaniu wyjątkowości Huncwotów tak bardzo, że uczyniłaś z nich zbyt potężnych jak na ten wiek.

Twój tekst zrobił ogromny krok naprzód pod kątem fabuły, budowania wątków i konstrukcji opowieści, ale niestety stracił na realizmie psychologicznym i wiarygodności wydarzeń. Twój kolejny krok powinien polegać na tonowaniu emocji bohaterów i dostosowywaniu zachowań oraz umiejętności do wieku. Pozwól swoim postaciom na zwykłą, jedenastoletnią niedoskonałość i pamiętaj, że subtelność często uderza w czytelnika znacznie mocniej niż krzyk.

Na dziś przeciętny (3).

0 Comments:

Prześlij komentarz