[262] Ocena tekstu: Symfonia losu



Tytuł: Symfonia losu

Autorka: Julka K.

Tematyka: obyczaj, dramat (miniatura)

Ocenia: Wiktoria L., ze wsparciem Skoiastel

 


Miałam tę przyjemność zająć się Symfonią losu w ramach swoich praktyk na WS. Mam nadzieję, że ocena ta (poprowadzona pod czujnym okiem Skoi) będzie ze wszech miar satysfakcjonująca i pomoże ci w pracy nad planowaną powieścią. Zgodnie z twoją prośbą – ograniczyłam cytowanie do absolutnego minimum, tak aby nie naruszyć wymagań konkursowych, natomiast osobny plik z poprawkami i sugestiami prześlę ci prywatnie.

Muszę również przyznać, że sam pomysł „grającego” z muzyką tekstu jest naprawdę ciekawy; liczę na to, że moje zmysły zostaną przy tym naprawdę pobudzone i poczuję tę melodię, tak że już zacieram ręce!

Po otwarciu dokumentu dość nieelegancko powitały mnie rozciągnięte akapity. Bardzo ważne jest, aby zwłaszcza w pracach konkursowych zadbać o odpowiednie formatowanie; z reguły taka praca ograniczona jest limitem znaków/stron (a zatem naprawdę trudno tutaj o odpowiednie rozwinięcie myśli fabularnej) i musi poniekąd „nadrobić” w oczach jury – dobrze zatem już na wstępie wywrzeć pozytywne wrażenie m.in. poprawnym formatowaniem. Tekst jest wyjustowany i posiada akapity, którym towarzyszą naprawdę brzydkie i niechciane odstępy, wystarczy je usunąć (sekcja akapit interlinia usuń odstępy po akapicie), a opowiadanie od razu wydaje się bardziej przejrzyste.

Zaczynasz biblijnym cytatem, robi się dość patetycznie i liczę, że treść Symfonii… będzie w jakimś stopniu do niego nawiązywała, a nie został on rzucony sobie ot tak.   

 

Pierwsza scena przedstawiająca kłótnię między Romkiem a głównym bohaterem jest dość dynamiczna. Zdania są krótkie, płynne i poprawne, a całość czyta się naprawdę przyjemnie, choć nieco brakuje mi opisów. Najpewniej winny jest temu narzucony limit, ale może warto byłoby jednak wrócić do tekstu później i nieco go ubarwić? Chciałabym nacieszyć się większą porcją emocji, bo jak dotąd Romek po prostu wchodzi do pokoju, wykrzykuje cztery zdania i wychodzi. Brakuje mi tutaj jakiejś historii za plecami – wspominasz w tekście, że Romek zmienił się od czasów studiów, ale nie podajesz żadnych szczegółów, a jest to wątek zdecydowanie wart pociągnięcia. Czytelnik chciałby wiedzieć, jakie relacje łączyły tę dwójkę, tym bardziej że obaj bohaterowie na co dzień grają w jednej orkiestrze, są więc niejako skazani na siebie.      

Zdecydowanie muszę pochwalić cię za poprawność dialogową. Wszystko zapisane jest schludnie i gramatycznie, w aspekcie technicznym i językowym nie mam w zasadzie do czego się przyczepić.

Natomiast opis pierwszego zaserwowanego nam występu jest, łagodnie mówiąc, nie do przyjęcia. Mieści się on w dosłownie pięciu zdaniach, nie otrzymujemy praktycznie żadnych myśli ani reakcji ze strony zarówno widzów, jak i artystów. Jest on tak suchy i lakoniczny, że chyba bardziej się już nie da, a przecież z tekstu traktującego o muzyce (który, jak to określiłaś, „gra z muzyką”), powinny wręcz wylewać się emocje. Jako czytelnik chciałabym mieć szansę usłyszeć wraz z bohaterami tę melodię, poczuć ekscytację, stres, zatracić się z nimi muzyce, spostrzec ją jako coś wyjątkowego. Nie dajesz mi tej szansy. Przepraszam, ale muszę to zacytować: 

 

Z piskiem opon zatrzymaliśmy się przed budynkiem filharmonii. Rozpakowałem klarnet, popróbowałem i nim się obejrzałem, wybrzmiały ostatnie nuty V Symfonii Beethovena. Koncerty zlewały mi się w jedno. Stroiłem instrument, grałem, kłaniałem się i wracałem do hotelu. 

 

Oto cały opis, niczego nie skracałam. Dlaczego w tekście, który miał poruszyć moje zmysły, otrzymuję coś takiego? Nie ma tu absolutnie niczego, co przyciągnęłoby moją uwagę, wręcz przeciwnie – czytając cały ten akapit, odnosi się wrażenie, że… po prostu ci się nie chciało. Albo nie mogłaś już tak bardzo doczekać się przejścia do meritum, że zwyczajnie sobie odpuściłaś. Bo limit limitem, ale na dużo bardziej plastyczny opis ulicy za szybą samochodu, w momencie kiedy bohaterowie wracają już z wydarzenia, udało ci się znaleźć kilka dodatkowych znaków. Jako czytelnik chcę zachłysnąć się energią koncertu, a nie energią emitowaną przez stojące przy drodze latarnie. W opowiadaniu, którego myślą przewodnią jest muzyka, nie możesz pozwolić sobie na coś takiego, w dodatku skupiasz się na czymś niepotrzebnym, zamiast pociągnąć jakoś wątek muzyczny.

 

Skoia: przy czym warto zauważyć, że cytat przedstawia narrację pierwszoosobową. Skoro bohater uznaje, iż każdy koncert jest dla niego identycznym przeżyciem, i w ogóle nie ma się co przejmować graniem ani muzyką, to… czy czytelnik nie miał aby poczuć się dokładnie tak samo, mogąc się z nim utożsamić; tak samo jak on męczyć rutyną i tą nijakością codzienności? Szczerze mówiąc, przez chwilę brałam to pod uwagę, ale jednocześnie dobrze rozumiem stanowisko Wiktorii. Przejście od opuszczenia samochodu przed filharmonią do zakończenia koncertu jest zbyt agresywne, a co za tym stoi – nienaturalne, mocno zaskakujące. Nawet zmęczenie rutyną – które pasowałoby również do leniwego podnoszenia się z łóżka i obojętnego pakowania na koncert – dałoby się oddać jakoś inaczej, ukazać je myślami bohatera, który mimo wszystko bierze udział w wydarzeniu. Mógłby jakoś skomentować je w myślach albo na siłę próbować się cieszyć tym, co dzieje się w scenie, jednocześnie nie mogąc wykrzesać z siebie emocji zbliżonych do emocji publiki. Dzięki temu i oddałabyś atmosferę sceny w planie ogólnym, i kontrastujące z tym emocje głównej postaci. Inaczej dochodzimy do kuriozalnej sytuacji, w której faktycznie przygotowanie do drogi – chociażby pakowanie instrumentów, wsiadanie do samochodu – jest mocniej zarysowane, a więc ostatecznie znacznie ważniejsze dla tekstu (a więc i czytelnika) niż sam koncert. Nie znaczy to, że bohater ma w jego trakcie przeżywać słodkie katharsis – niech pozostanie sobą, z właściwym sobie stylem bycia i podejściem do swojej pracy. Ale oddanie jego obojętności i znudzenia, jeśli właśnie to miałaś na celu, też powinno znaleźć się w tej scenie. Teraz to nawet nie jest scena, nawet nie interesująca seria migawek, a suche streszczenie. Nie dziw się więc, że obie strzelamy: czy ci się nie chciało, czy nie uznałaś tego za istotne, czy znudzonemu bohaterowi tak szybko zleciał czas…? Niczego nie jesteśmy pewne. A fajnie, jakbyśmy mogły być.

 

Nagły wypadek, choć dużo bardziej obrazowy (zadbałaś nawet o krótkie, urywane zdania i onomatopeje, co działa na pewno na plus, bo w tak gwałtownej scenie trudno raczej o rozwlekłe opisy), wciąż pozostawia we mnie pewien niedosyt. Piszesz o bólu, ale to zdecydowanie zbyt mało, chcę zobaczyć, w jakim stanie znalazły się ciało bohatera i jego psychika. Może miał trudności z poruszaniem się, zawroty głowy, albo bał się umierania w samotności? Na podstawie tego, co mi przedstawiłaś, nie jestem w stanie wczuć się w niego tak w stu procentach, a naprawdę mi na tym zależy.

Edit: w porządku, moje błagania zostają wysłuchane i dosłownie dwa akapity niżej dostaję dokładnie to, o co proszę. Przedstawiasz walkę bohatera z lękiem przed śmiercią, pojawia się cicha modlitwa (choć, szczerze mówiąc, nieco przydługa, zważywszy na fakt, że normalny człowiek po takich obrażeniach ledwie miałby siłę wykrztusić z siebie choć słowo, a tym bardziej całą litanię), poprzedza je zaś halucynacja (tudzież wspomnienie?) z dnia w szkole z dziewczynką, której bohater w zasadzie aż do tej pory nie pamiętał. Zatem zdajesz sobie sprawę (mniej bądź bardziej świadomie), czego ten tekst potrzebuje, aby czytelnik go kupił. Nie jest to opis wyczerpujący (cała scena wypadku, wraz z przemyśleniami głównego bohatera, pojawieniem się Stefana i trafieniem do szpitala, liczy sobie jakieś półtorej strony), niemniej i tak jest on o niebo lepszy od niezwykle skąpego obrazu koncertu, który miał miejsce zaledwie stronę wcześniej.

 

Niebo mogło być dla mnie najwspanialszą przyszłością, ale słabość mężczyzny sprawiała, że chciałem tu zostać jeszcze chwilę, pocieszyć go. Masochistyczne pragnienie doświadczania życia ze wszystkimi przeszkodami trzymało mnie na ziemi, odraczając nieuniknione. – Zaraz, chwila. Więc co właściwie trzymało bohatera przy życiu? Słabość jego towarzysza czy masochistyczne pragnienie doświadczania życia?

 

Było źle. Nie miałem nut do umierania. Improwizowałem i czułem, że ten utwór był zbyt złożony, abym mógł zachwycić brawurowym wykonaniem. – Po drugim zdaniu naszła mnie myśl, że to właśnie w tym kluczowym momencie będzie miała miejsce przemiana Marcela. Że tak – może i mężczyzny nie fascynowało granie pod linijkę w trakcie koncertów, ale tutaj, właśnie teraz, walcząc o życie i improwizując, będzie bardziej… hmm… podekscytowany. Oczywiście nie dosłownie – nie chodzi o zachwyt niebezpieczną sytuacją, ale uzyskanie kontrastu, ukazanie zaangażowania mężczyzny. Tego, że się nie poddaje, że chce jeszcze pożyć – a więc i grać, może nawet i te mdłe koncerty –  że wreszcie mu na czymś tak naprawdę, szczerze zależy. Może mógłby w tym wszystkim wpaść w jakiś amok, histerię powypadkową, za sprawą jakiegoś strzału adrenaliny chcieć za wszelką cenę upewnić się, czy jest sprawny fizycznie; czy jeszcze będzie mógł grać? Mam wrażenie, że nie do końca wykorzystałaś potencjał tej sceny i wypadku. Jeśli wcześniej ukazywałaś znudzonego Marcela, teraz fajnie byłoby ukazać właśnie jego przemianę, tymczasem dostajemy tylko zdanie o tym, że bohater martwi się złożonością improwizacji i całej tej sytuacji; malkontenci, że nie może brawurować. Nie przemawia to do mnie, w tym jednym fragmencie brakuje mi prawdziwych emocji.

 

Wziąłem świszczący oddech, żeby przerwać ciszę, ale moje płuca zniknęły. Nie było zbiornika, w który mógłbym spakować odżywcze molekuły. – Bardzo dziwne połączenie wyrazowe, w jaki sposób molekuły miałyby być „odżywcze”? Ponadto bohater jest instrumentalistą, nie chemikiem czy fizykiem, nic więc dziwnego, że do tej pory nawiązywał głównie do muzyki i instrumentów, nut i tak dalej, więc samo pojęcie molekuł też ma się tutaj jak pięść do nosa. Może „Nie było zbiornika, w którym mógłbym zatrzymać resztki powietrza”? 

 

Kobieta o kocich ruchach i wyglądzie pierwszej altowiolistki popchnęła mnie w stronę okna i skierowała lufę długiego karabinu na nieustępujące drzwi.

— Uciekaj, dasz radę! — krzyknęła i rozpoczęła serię wystrzałów.

Roztrzaskałem szybę i spojrzałem w dół. – Jak Marcel roztrzaskał tę szybę? Łokciem? Krzesłem stojącym tuż obok? Stojakiem na kroplówkę? Chciałabym to zobaczyć, ale nie wiem, co mam sobie wyobrazić. Do tego dochodzi kwestia podkreślenia. Czym charakteryzuje się „wygląd altowiolistki”? To opis, który mi – kompletnie nieobeznanemu w temacie muzyki czytelnikowi – nic nie mówi. Czy chodzi o jakiś specyficzny ubiór albo charakterystycznie ułożone włosy? A może trzymała altówkę pod pachą i stąd takie określenie? Nosiła się dumnie i elegancko? Warto by to rozwinąć. 

 

O właśnie, kolejna bardzo istotna rzecz – czas i wydarzenia lecą u ciebie na łeb na szyję. Z jednej strony wiem, ponownie na scenę wkraczają tutaj limity, ale z drugiej – po co się spieszyć aż tak? Daj mi się podelektować tekstem, wejść w buty bohatera, poznać jego samego i cały ten świat muzyki, do którego się odwołujesz. To dopiero czwarta strona (a może już czwarta, skoro tekst liczy sobie niecałe siedem?), a mam za sobą kłótnię z Romkiem, koncert orkiestry, bankiet, wypadek i oczekiwanie na przyjazd karetki. Liczę, że akcja pozwoli mi w końcu na chwilę oddechu i zawędrowanie w te obiecywane rejony muzyki, bo naprawdę zaczyna brakować mi tchu.

 

Następną scenę rozpoczynasz w pokoju wujka, ale już chwilę później zaczyna się naprawdę porządny chaos. Czuć jednak, że to wszystko jest zamierzone, jestem w stanie uporządkować szereg wydarzeń i nie pogubić się w tym, co się dzieje (a dzieje się dużo, i to całkiem nieprawdopodobnych rzeczy). Ma się wrażenie oderwania od rzeczywistości, co w sumie jest dość zaskakujące, biorąc pod uwagę, że do tej pory klimat opowiadania był bardziej przyziemny. Wygląda to trochę tak, jakbym od tego momentu czytała całkiem inną opowieść, nie ukrywam, że w jakimś stopniu wytrąciło mnie to z równowagi, ale też zachęciło do odkrycia, co będzie dalej.

Skoia: Ja zaś od momentu, w którym przywołałaś lufę karabinu, domyśliłam się, że mam do czynienia z opisem bardzo realistycznego, a jednocześnie faktycznie mocno popapranego snu. I o ile jako ludzie nie odpowiadamy za takie wizje, o tyle te często pojawiają się w naszych głowach nie bez powodu, a na podstawie jakichś bodźców, które dotarły do mózgu i wpłynęły na kreację snów. Nic więc dziwnego, że w literaturze (ale i filmie czy grach komputerowych) motyw snu wiąże się z wprowadzeniem do tekstu pewnej symboliki. Postaciom śni się to, co ma znaczenie. Aż żal byłoby z tego nie skorzystać – by sen w jakiś pokrętny, nadal chaotyczny sposób wiązał się z tym, czego bohater już doświadczył. No i tutaj cię pochwalę, bo okazało się, że nie na darmo w ręce Marcela wcisnęłaś akurat Inferno Browna. Tam też Robert Langdon budzi się w szpitalu, nie pamiętając, jak i dlaczego się w nim znalazł, ani nie potrafiąc wyjaśnić, w jaki sposób wszedł w posiadanie tajemniczego przedmiotu, który znajduje we własnej marynarce – tak jak Marcel teraz znajduje coś podejrzanego wewnątrz swojego ciała. Fajnie, że te dwie rzeczy – książka oraz sen – ze sobą zagrały. Ale… co dalej z tą symboliką zrobisz? 

Na tym etapie zaczynam się zastanawiać, dlaczego akurat Inferno, a nie, dajmy na to, Matrix lecący w telewizji. Czemu wprowadzać do tekstu właśnie tę pozycję i jakie znaczenie ma ona, a wraz z nią sen Marcela, dla dalszej fabuły Symfonii… i samego bohatera? Bo powiązanie książki ze snem samo w sobie to za mało. Scena snu musi mieć na coś jeszcze wpływ. Inaczej, choć bardzo dobrze rozpisana – dynamiczna, emocjonująca i poprawna pod kątem językowym – pozostanie sztuką dla sztuki. I niby w tym też nie byłoby nic złego, ale to jednak miniatura – jednowątkowa, liniowa, przedstawiająca konkretną postać przeżywającą wydarzenia. Jeśli wprowadzasz motyw snu, czytelnik będzie oczekiwał głębi i wpływu tego snu na rzeczywistość. 

 

Prosiłam o opisy, i w końcu je otrzymuję. I są całkiem plastyczne, powiedziałabym nawet – poetyckie. Problem w tym, że język ten nieco mi tutaj zgrzyta. Marcel przeważnie myśli i wypowiada się w języku potocznym, momentami nawet kolokwialnym, przykładowo:


  • Nie rozumiałem, o co tyle hałasu.
  • Złe emocje mogły położyć cały koncert.
  • Moje wnętrzności wymieszały się jak w shakerze.

 

Jednocześnie zdarza ci się sięgać po styl wysoki (latorośl, odżywcze molekuły, etc.). Ta stylizacja nie jest zatem jednorodna. I nie ma nic złego w mieszaniu stylów, to nawet dobrze, że Marcel może pokazać nam swoją wrażliwość. Momentami jest jednak aż nazbyt patetycznie. Opis lasu, choć ładny i dość rozbudowany, wydaje się zbyt przesadzony na głowę Marcela, który chwilę wcześniej stwierdza, że chciał trochę odsapnąć, zamiast po prostu odpocząć, a szpital znajduje się rzut beretem, choć mógłby zwyczajnie blisko. Samo przemieszanie stylów nie jest problemem; tworzy się on w momencie, gdy bohater swoją narracją robi przeskok o 180°, i to na przestrzeni jednego akapitu, a czasami wręcz zdania.

 

Pod koniec snu pada takie zdanie:

Coraz silniejsze pragnienie skłaniało mnie do pozostania w tamtym miejscu. Wszelkie troski porzuciłem na zimnym asfalcie. Polna droga i leśne zacisze oferowały wytchnienie i radość.

Czy to kolejne podejście do tego, by bohater nie walczył o przeżycie, a poddał się, na przykład pozostał w śpiączce? Tak to odbieram. Ale przyznam szczerze, że w tym momencie ta próba już na mnie nie działa – mimo że użyłaś sporej liczby określeń opisujących wręcz olśniewające pięknem, a i spokojne, ciche miejsce, w którym bohater mógłby odpocząć. Fragment zadziałałby na mnie zdecydowanie mocniej, gdyby wcześniej, w scenie wypadku, Marcel nie wahał się nad tą kwestią i ostatecznie nie stwierdził wtedy, że jednak chce żyć. Że chce podejmować dramatyczne próby pozostania przy życiu, choćby wiązało się ono z nieprzyjemnościami. On już wtedy podjął tę decyzję, więc po co na przestrzeni jednego krótkiego tekstu podejmować dwie takie same próby odciągnięcia go od niej? 

Poza tym na jakiej podstawie bohater uznał, że ten spokój, ta cisza, to piękno otaczającej nie-rzeczywistości są dla niego atrakcyjne? Gość przecież – przynajmniej tak mi się wydaje – prowadził raczej znudzone życie, brakowało mu brawury i improwizacji. Koncerty, w których brał udział, nie sprawiały mu przyjemności jako wydarzenia piękne i podniosłe.  Dlaczego więc teraz miałby chcieć pozostać w miejscu, które oferowało to samo? Piękno, ale i stagnację? Nie rozumiem tego. Czy właśnie nie powinien uraczony być tym, że wreszcie coś się dzieje, wreszcie bierze udział w jakiejś akcji, wreszcie czuje, że żyje, choć pozostaje tylko w śnie? Czy to nie dlatego czytałby Inferno

Mam wrażenie, że sama trochę pogubiłaś się w tym, co chcesz mi przekazać i jakie wnioski miałabym wynieść. Bo gdyby Marcelowi nie brakowało wrażeń, bohater na kartach historii symbolicznie czytałby inny tekst, cieszyłby się swoją rutyną i koncertami – a było zupełnie na odwrót. Wypadek i sen, aby nadać tej historii sens, powinny być zmienną, która sprawi, że Marcel się w jakiś sposób rozwinie. A tutaj tego nie widzę, te elementy wydają mi się raczej przypadkowe, rzucone na zasadzie: o, bohater umiera, to stworzę scenę, w której już chce mieć święty spokój, by czytelnik złapał tę wędkę i zaczął się martwić, iż Marcel faktycznie umrze, podda się. Takie zabiegi działają, ale zauważ, w jakich produkcjach się pojawiają. Ot, Harry Potter, po ostatecznej walce z Voldemortem, zanim z Dumbledore’em trafił na peron 9 i ¾, przeszedł przez prawdziwe piekło – brał udział w wojnie, stracił wielu bliskich. Albo taki Uhtred z Bebbanburga dopiero po wielu latach wojen prowadzonych zarówno po stronie angielskiej, jak i duńskiej, w ciężkiej chorobie otwiera drzwi, za którymi widzi zmarłych przyjaciół zasiadających przy stole w Walhalli i być może, bo tego akurat serial nie oddaje wprost, ostatecznie decyduje się przez nie przejść. Kolejny przykład? Gladiator Maximus (w filmie Ridleya Scotta) na swoje symboliczne pole pszenicy też trafia po traumatycznych wydarzeniach i też decyduje się jeszcze nie wracać do domu. Sama widzisz, że takie decyzje zwykle podejmują bohaterowie, którzy naprawdę mieli prawo zmęczyć się życiem doczesnym i nie dziwne, że wizja odpoczynku może ich kusić. Marcel, moim zdaniem, nie jest takim bohaterem, a obecnie czuję, że tym snem i podniosłą narracją trochę wmawiasz mi, bym właśnie w to uwierzyła – że on faktycznie ma od czego odpoczywać i nic dziwnego, że pragnie spokoju. 

Zaledwie kilka linijek niżej mamy trzecie podejście do tematu, w którym bohater miałby zdecydować o tym, czy wolałby zostać na świecie, czy sprawić, aby w jednej chwili moja dusza uleciała na zawsze. To się zaczyna robić męczące. Pojawia się również motyw muzyki (co prawda, są to raptem trzy zdania, niemniej pozwalają mi one chociaż na chwilę nacieszyć oczy ich lekkością), a także ponowne wspomnienie Romka. Przeczuwam, że może tutaj chodzić o jakieś skryte poczucie winy bohatera (ten wcześniej ograbił kolegę z żelu do włosów i pokłócili się o to zażarcie tuż przed występem), i dlatego ukazuje mu się on w wizjach/halucynacjach/śnie. Jednak pojawienie się mężczyzny utwierdza mnie w tym, o czym wspomniałam już na początku – czujemy, że nie jest to osoba obojętna Marcelowi, podobno łączyło ich coś w przeszłości. Warto to jakkolwiek zarysować (nawet krótkim wspomnieniem), bo jak dotąd zwyczajnie nie widzę zażyłości między tą dwójką. Wczuć się w tę relację nie pomaga również to, że Marcel czasem w swojej personalizacji językowej określa Romka, ot, kolegą właśnie. Przy czym pod koniec tekstu nazywa go bałwanem i tam wypada to znacznie naturalniej. Czyli że potrafisz dodać nieco charyzmy swojej postaci, a jednocześnie narratorowi… To dobry znak. Proszę częściej.

 

Chwilę później mamy typowy obrazek jak z horroru – opuszczony plac zabaw z (koniecznie!) skrzypiącą huśtawką, niestety, ale nie robi już takiego wrażenia. Być może dlatego, że posłużyłaś się kliszą. A o ile ciekawiej byłoby, gdyby ten plac jednak tętnił życiem, ale gdzieś w tle tego pozornie wesołego obrazka czaiło się zagrożenie  – czaił się ten „ktoś”, którego tak obawia się Marcel. Nie dość, że uniknęłabyś kliszy, to jeszcze mógłby wyjść ładny kontrast toczącego się życia i czekającej na Marcela śmierci.

 

Przebudzenie Marcela w szpitalu, jego rozterki i reakcje matki są całkiem poprawne. Tak jak w niemal każdym z wymienionych powyżej przykładów – można by to było bardziej rozpisać, domyślam się jednak, że limit nie dawał zbyt wielkiego pola do popisu również w tej kwestii.

Bardzo podoba mi się dialog (a w zasadzie monolog) Romka z Marcelem, a także sposób, w jaki Romek traktuje Marcela i okazuje mu czułość. Nie jest zbyt wylewny, ale widać, że naprawdę przeżył tę tragedię (świadczą o tym drobne gesty, jak położenie ręki na udzie przyjaciela czy odgarnięcie mu włosów). Przy okazji mamy tutaj nawiązanie do przywołanego we wstępie cytatu; cieszy mnie, że tak ładnie się wszystko domyka.

Zakończenie opowiadania jest, wydaje mi się, najlepszym, co spotkało mnie w tej historii. Pięknie przywołujesz tutaj muzyczne pojęcia i naprawdę tworzysz tę tytułową symfonię,  żałuję jedynie, że tak późno.

 

PODSUMOWANIE

Przy czytaniu miałam nieodparte wrażenie, że stale gdzieś się spieszysz. I, ponownie, na scenę wkracza tutaj limit, który niejako zmusił cię do spłycenia niektórych wątków. Zaczęłam się więc zastanawiać, czy od początku nie wybrałaś sobie zbyt dynamicznej fabuły, która zwyczajnie nie miała szansy odpowiednio się rozwinąć. Każda strona to praktycznie inna scena, i chociaż dbasz o chronologię oraz odpowiednio informujesz o przeskokach, to momentami brakowało mi czasu, aby oswoić się z tym, co rozgrywa się przed moimi oczami. Sam pomysł „grającego” z muzyką tekstu jest świetny i niewątpliwie ciekawy, osobiście muszę również przyznać, że rzadko zdarza mi się sięgać po literaturę oscylującą wokół tematyki muzycznej, tym bardziej liczyłam na jakieś ciekawe rozwiązania czy obrazy. I rzeczywiście, były momenty, które w jakiś pomniejszy sposób mnie urzekły, albo przynajmniej zwróciły moją uwagę (dialog z Romkiem w szpitalu). Jednak przez dłuższy czas towarzyszyło mi poczucie braku – przede wszystkim brakowało takich wolnych, skupionych wokół czegoś emocji, które dodatkowo odpowiadałyby stanom, w jakich znajdował się Marcel. Mam wrażenie, że przez to pozostaje on niedookreślony, sprzeczny sam ze sobą, jego kreacja nie jest wiarygodna. Zdecydowałaś się na pierwszoosobówkę – słusznie, biorąc pod uwagę fakt, jak silne potrafią być wewnętrzne przeżycia związane z muzyczną pasją, niemniej zabrakło mi u Marcela tego czegoś, co sprawiłoby, że mogłabym w jakiś sposób się z nim identyfikować. Prawdopodobnie tym czymś jest właśnie pierwiastek naturalizmu, który został pogrzebany przez stylistyczną i kreacyjną niejednolitość.

Zauważ, że momentu wypadku – kiedy to resztkami świadomości Marcel doszedł do wniosku, iż jednak chce żyć – napięcie mocno opada. Jako że potem ze dwa razy wracamy do tej kwestii, każdy kolejny raz nie robi już takiego wrażenia. Jestem w stanie zrozumieć, że chciałaś przez to pokazać, iż Marcel nie potrafi podjąć takiej decyzji aż do momentu, w którym Romek odwiedza go w szpitalu. Wcześniej Marcel nie docenia jego obecności, może nawet ignoruje ją, nie cieszy się wspólną pracą, koncertami i tak dalej. Musi coś stracić, aby to docenić. Tylko dlaczego zaraz po wypadku bohater zauważa, że przy życiu będzie trzymać go masochistyczne pragnienie życia właśnie? To wyklucza motywację, którą był dla niego Romek. Ostatecznie więc motywacje te są dla mnie mgliste, tak samo niezrozumiałe pozostają zachwyt Marcela pięknem latarni za oknem czy leśnej polany (kontrastujące ze znudzonym życiem i ogólnym malkontenctwem), a nawet te szeptane modlitwy do Boga o tym, by zabrał on bohatera, aby ten mógł śpiewać u Jego boku, zupełnie wykluczające się z prośbami o to, by Marcel mógł jeszcze pożyć, aby pogodzić się z Romkiem, zamiast umierać w gniewie… To wszystko koniec końców wydaje mi się dość mocno przesadzone i przypadkowe. Jakbyś, pisząc, ciągnęła za jakieś sznurki, często zresztą kliszowe, ale nie do końca wiedziała, w jakim celu po nie sięgasz; jakbyś chciała emocje w czytelniku wywoływać ogólnie podniosłymi opisami czy tragedią albo modlitwą, a nie zachowaniem i myśleniem, decyzjami dopasowanymi do konkretnego bohatera, jakim jest Marcel. I to chyba dlatego tak trudno jest mi coś więcej o nim teraz powiedzieć. Z różnych elementów tej historii mogę wyciągać o nim różne wnioski. A to chyba nie powinno tak działać…

Brakowało mi również nieco więcej samej muzyczności, tej „gry z muzyką”. Co prawda, druga część tekstu (mniej więcej od tego momentu, gdy Marcel znalazł się w szpitalu) prezentuje się pod tym względem dużo lepiej, popracowałabym jeszcze nad tymi fragmentami na początku (a już na pewno nad opisem koncertu!).

Nie mogę jednak nie pochwalić twojej ogólnej poprawności; gramatycznie prawie nie miałam do czego się przyczepić, może do jednej czy dwóch rzeczy, reszta to raczej sugestie i rady, aby opowieść czytało się jeszcze lepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że Symfonia… w obecnym stanie ma raczej niewielkie szanse na zajęcie wysokiej pozycji. Potrzebuje gruntownej redakcji (nie mylić z korektą!), i to takiej od podstaw. Gdybym natrafiła na tekst z przypadku, to najprawdopodobniej porzuciłabym czytanie już po pierwszym opisie koncertu. A przecież nie powinno tak być. 

Z reguły nie wystawiamy ocen miniaturom (poza kilkoma wyjątkami), więc ja też tego oficjalnie nie zrobię. Nieoficjalnie dodam jednak, że gdybym taką ocenę miała ci wystawić, to na chwilę obecną byłby to słaby. Ale z plusem na zachętę, bo wciąż uważam, że opowiadanie ma potencjał, tylko trzeba raz jeszcze nad nim solidnie popracować. ;)

Trzymam kciuki i mam nadzieję, że ocena rozjaśni ci pewne wątpliwości!

 

0 Comments:

Prześlij komentarz