TREŚĆ I POPRAWNOŚĆ
1.
Zapowiadało
się pięknie, bo wierzył, że już wkrótce przeniesie się z trzypokojowego
apartamentu gdzieś do Soho albo Greenwich Village i wtedy w pełni rozwinie
możliwości, otoczony twórczą atmosferą miejscowej bohemy. – Powtarzasz się. Już wiemy, że to
trzypokojowy apartament, już zieleniejemy z zazdrości. Po prostu z tego
apartamentu. Z perspektywy czasu zauważam również, że konstrukcja wierzył,
że już wkrótce trochę nam spoileruje ciąg dalszy – zazwyczaj na samych
wierzeniach się kończy. Może postaw na pewność: miał w planach, zamierzał
się przenieść. To nie brzmi aż tak clickbaitowo.
Jeszcze
co do powtórzeń: widzę, że bardzo je lubisz, bo szybko dostrzegam ich jeszcze
więcej – choć bohater dopiero przyjechał żółtą taksówką do apartamentu na
środku skrzyżowania, to za chwilę widzimy takie oto zdanie:
Zapowiadało
się pięknie, bo obok niego w żółtej taksówce siedziała Connie.
Tymczasem
mijały
kolejne godziny, a on zadeptywał korytarz kliniki, od personelu słysząc
jedynie, że powinien uzbroić się w cierpliwość. Było dobrze po południu, kiedy
zobaczył w końcu pielęgniarkę, wyraźnie zmierzającą w jego kierunku. Odetchnął
głęboko i spróbował psychicznie przygotować się na wiadomość, że został ojcem
dorodnego chłopca. Albo może dziewczynki…
–
Pan Braddock? – spytała młoda siostra, niska, drobna, o nieco skośnych
oczach. Z niecierpliwością skinął głową. – Bardzo mi przykro, proszę pana…
Dziecko przyszło na świat martwe. To był chłopiec… – dodała cicho i oddaliła
się, nie spojrzawszy już za siebie. – Pierwszy zaznaczony wyraz od razu bym wyrzuciła,
zaburza dynamikę sceny, rozwleka tekst, mimo że przecież bohaterem targają
emocje. Tych emocji w rzeczywistości w treści nie ma. Piszesz, że bohater
chodzi w tę i z powrotem, że dopytuje personel o stan rodzącej żony i ich
dziecka, a po chwili – że odetchnął (zapewne z ulgą), przygotowywał się
psychicznie na dobre wiadomości, ale… kurczę, to wszystko nie tak. Nie czuję
emocji, bo ich nie pokazujesz w drobnych gestach czy odbieraniu rzeczywistości.
Widzę zachowanie postaci, które nie klei mi się z emocjonalnością sceny. A w
końcu parskam śmiechem przy określeniu dziecka dorodnym. Niczym
pomidor.
Ten fragment to co najwyżej passata.
Wreszcie:
błędy merytoryczne. Na oddziale położniczym pielęgniarki (nie siostry –
te masz w zakonie albo rodzinie) stanowią zdecydowaną mniejszość wśród
personelu, o ile w ogóle są na nim zatrudnione – w większości pracują tam
położne. I to zwykle nie one informują kogokolwiek o stanie podopiecznych,
przynajmniej w teorii jest to zadaniem lekarzy. O sposobie przekazania
przykrych informacji nawet się nie wypowiem, mam szczerą nadzieję, że nie
wynikają z osobistych doświadczeń. Jako personel medyczny nie zrzucasz bomby i
nie uciekasz w popłochu, szczególnie że trudne sytuacje z czasem naprawdę
hartują, nabierasz ogłady i uczysz się prawidłowej komunikacji. Żeby wyglądało
to tak fatalnie, musiałaby to być bardzo niedoświadczona osóbka, tylko znów –
dlaczego takowa miałaby przekazywać tak istotne informacje. To po prostu nie
działa w ten sposób.
Od
początku.
Jego
podekscytowanie i nerwowość sięgnęły zenitu, gdy pewnego majowego ranka wiózł
Connie do kliniki, gdzie miał przyjść na świat ich syn. – Ten fragment brzmi, jakby chcieli
odebrać jakąś paczkę z superturbozawartością i złotymi biletami do lunaparku, a
Connie miała zatwierdzić odbiór specjalnym podpisem, dlatego małżonek ją
dzielnie wiózł do paczkomatu… yyy… kliniki. Szpitala?
Pozwoliłam
sobie poprawić i rozbudować fragment twojego tekstu. Spójrz i oceń, jak ci się
podoba w tej formie.
Nerwowość sięgnęła zenitu, gdy pewnego majowego poranka wiózł Connie do szpitala. Sądzili, że są na to przygotowani, wyczekiwali tej chwili. Pierwsze skurcze przyniosły niespodziewaną panikę mieszającą się z ekscytacją. Już niedługo zobaczą swoje dziecko. Wyczekiwane, kochane. Drżące dłonie zaciskał na kierownicy samochodu. Próbował skupić się na drodze. Zerkał we wsteczne lusterko, na wpół świadomie instruując żonę, żeby liczyła czas między skurczami, jak uczyli ich w szkole rodzenia. Jego niepokój rósł, gdy widział, jak Connie cierpi.Czas jednocześnie wlókł się nieznośnie i pędził niemiłosiernie. Jakby to wszystko działo się obok; szum w uszach zagłuszał wszystko inne. Nim Braddock się zorientował, dotarli na miejsce i został sam na szpitalnym korytarzu. Personel oddziału położniczego przejął jego żonę, zostawiwszy mu dokumentację do podpisania. Nie zwrócił na nią uwagi, niedbale składając koślawe parafki w kilku zaznaczonych miejscach. Cisnął kartki na pobliski stolik. Przemierzał korytarz oddziału położniczego tam i z powrotem. Nie zatrzymywał się ani na chwilę. Czuł, że jeśli tylko się zatrzyma, na pewno ugną się pod nim kolana. „Dlaczego to tak długo trwa?”. Wydawało mu się, że jego syn powinien przyjść na świat łatwo i szybko. Mijały kolejne godziny. Zadeptywał korytarz kliniki, od personelu słysząc jedynie, że powinien uzbroić się w cierpliwość. Cierpliwość… Potarł nerwowo podbródek, odbijając kolejne kroki echem w pustce szpitalnego korytarza.Było dobrze po południu, kiedy w końcu zobaczył wyraźnie zmierzającą w jego kierunku kobietę w szpitalnym uniformie. Odetchnął głęboko, z ulgą, przygotowując się na wiadomość, że został ojcem, chcąc od razu zapytać, kiedy może zobaczyć swoją rodzinę. Miał syna? Córkę? I co z Connie?– Pan Braddock? – spytała młoda kobieta, według identyfikatora była to rezydentka ginekologii. Z niecierpliwością skinął głową. – Bardzo mi przykro, proszę pana… Dziecko przyszło na świat martwe. To był chłopiec… – dodała cicho i oddaliła się, nie spojrzawszy już za siebie.
Rezydentura
kobiety przynajmniej tłumaczyłaby tak niewprawną komunikację i tę ucieczkę bez
wyjaśnienia czegokolwiek więcej. W przeciwnym razie – coś takiego nie ma racji
bytu. Jako autorka w ogóle nie tłumaczysz ustami postaci, co się właściwie
stało. Nie wiemy, co dzieje się z matką dziecka, a żoną bohatera. Nie wiemy, co
dalej ma z tym wszystkim zrobić główny bohater, nikt nie oferuje mu wsparcia
ani nawet nie sprawdza, w jakim jest stanie po tak szokujących wieściach. Nie
ma po tym nawet śladu w tekście, choćby mglistej wzmianki, czyli brak tych
detali nie wynika z tego, co dzieje się z protagonistą, a z twojego
zaniedbania.
Dalej
wcale nie jest lepiej. Mamy bohatera, który w ogóle nie zastanawia się, co z
jego żoną, mimo że nikt o niej nie wspomniał ani słowem. Upija się zatem do
nieprzytomności, by następnego ranka wmówić sobie, że wietnamska pielęgniarka
na pewno się pomyliła, bo źle mówi po angielsku. Ignorując więc dotychczasowe
nudności wynikające ze stanu upojenia alkoholowego, pędzi bez mycia zębów, by z
alkoholowym chuchnięciem wytrząsać się na siostrę oddziałową, że zaszła jakaś
pomyłka. Siostra zakonna… przepraszam – oddziałowa, która generalnie nie jest
do tego w żaden sposób upoważniona, z beznamiętnością godną lekarza
patomorfologii sądowej czyta mu wyciągniętą z szuflady dokumentację opisującą
martwego noworodka.
I
wciąż nie padło ani słowo o małżonce bohatera, na którą – jak wkrótce mamy się
dowiedzieć – spadnie cała złość i żal pana Braddocka.
Connie
pojawiła się w domu tuż po weekendzie. Była załamana i wyglądała na bardzo
zmęczoną. Nawet nie spojrzał w jej stronę. – Piszesz z perspektywy Braddocka. Jeśli więc
decydujesz, że nawet nie spojrzał w jej [Connie] stronę, to nie
mógł zobaczyć jej stanu i wywnioskować z niego, że była załamana.
Zdanie
dalej nawet raz jeszcze podkreślasz, że przecież nie spojrzał, no skądże:
Drgnął
lekko, kiedy podeszła i usiadła obok niego, ale nie odwrócił głowy w jej
stronę, nie spojrzał.
Zrozumieliśmy
za pierwszym razem, serio.
Zziębnięty
i skacowany siedział na parkowej ławce, bezmyślnie gapiąc się na jezioro. Koło
południa przepił ostatnie drobne, jakie miał w kieszeni[,] i wrócił na ławkę. – A w
którym momencie opuścił ławkę? W jednym zdaniu na niej siedział, w drugim na
nią wrócił. Coś zgubiłaś pomiędzy.
W
miarę jak zbliżał się wieczór, zaczął uświadamiać sobie, co zrobił. – Wybrałaś sobie bardzo wolno
myślącą postać na protagonistę.
Składniowo
mamy tu natomiast pomieszane podmioty. I chociaż nie wszyscy redaktorzy
zwracają na nie uwagę, to jednak w dobie audiobooków czy odsłuchów, z których
korzystają na przykład osoby niesłyszące, dobrze jest o tę kwestię się
zatroszczyć. Proponuję:
Wraz
z nadejściem wieczoru zaczął uświadamiać sobie, co zrobił.
Potem
zaczął pozbywać się własnych ubrań. Oddawał je praktycznie za bezcen – marne
kwoty, za które musiał się najeść i napić. – Może po prostu przeżyć? Z jednej strony, napicie
się stojące bezpośrednio obok najedzenia się sugeruje po prostu
nawodnienie. Z drugiej: może oznaczać problemy alkoholowe. Taka dwuznaczność
sprawia, że przekaz, o który ci chodzi, się rozmydli i czytelnik na niego nie
wpadnie.
Gdzieś
tam
podświadomie wiedział, że pieniądze za ostatnie książki starczą do końca
miesiąca, a potem nie będzie już niczego, co jeszcze mógłby sprzedać, żeby
zapewnić sobie dalszy byt. – Pierwsza pogrubiona część spokojnie może zostać
usunięta, szczególnie że wskazuje raczej miejsce, a nie stan (pod)świadomości.
Drugie pogrubienie też do wyrzucenia: dalszy byt to właściwie pleonazm,
dokładnie jak dalsze trwanie czy trwanie nadal; poza tym sformułowanie
użyte zostało w zdaniu, w którym już kontekst daje do zrozumienia, iż chodzi o
jakość tego bytu za miesiąc, gdy nie będzie już niczego na sprzedaż.
(...)
przysiadł się do jakiegoś człowieka, którego nie znał, ale który wydał mu się
mniej więcej sympatyczny i nieszkodliwy. (...). W ten sposób poznał
Vincenta Starka. (...). Jego nowy znajomy okazał się sympatycznym i
energicznym człowiekiem (...). – Znów wypływa twoja skłonność do powtórzeń. Nie
wiemy zbyt wiele o Vincencie, dlatego tym bardziej rzuca się w oczy jego
sympatyczność. Do tego dochodzi powtórzona konstrukcja zdaniowa: zestawiasz ze
sobą dwie cechy połączone spójnikiem /i/, wprowadzone czasownikami zwrotnymi: okazać
się / wydawać się. To nie tak, że powtórzeniami określa się tylko
pojedyncze słowa – takie podobieństwa składniowe też rzucają się w oczy.
–
Niech pan będzie rozsądny, panie Braddock. Jeśli kocha pan żonę, tak jak pan
ciągle powtarza, niech pan nie staje na drodze do jej szczęścia. Tak będzie
lepiej dla was obojga. Niech mi pan wierzy, ona panu z pewnością nigdy nie
wybaczy. –
Wiem, że miało to być nawiązanie do słów byłej teściowej protagonisty, które
padły, gdy ten szukał małżonki, jednak trudno mi wyobrazić sobie prawnika,
który takie zapewnienia przekazuje jednym tchem, tuż obok zawodowego chłodu –
nie jest przez to dla mnie przesadnie wiarygodny. Może mógłby na chwilę
zawiesić głos, westchnąć, spojrzeć na swojego rozmówcę nieco bardziej po ludzku
i rzucić (znad okularów) Panie Braddock… proszę mi wierzyć, ona panu z
pewnością nigdy nie wybaczy. Żadna kobieta by tego nie wybaczyła.
Luźna
sugestia.
Dowiedział
się przy okazji, że Connie nie przyjedzie po swoje rzeczy, ani nie przyśle po
nie nikogo. – Ani nikogo po nie nie przyśle. Przecinek przed /ani/ zbędny.
„(...).
Zaledwie kilka minut, a potem będzie już dobrze. Potem nie będę czuł już nic.” – Najpierw zamykamy cudzysłów,
następnie stawiamy kropkę.
Nie
wracał aż do tego popołudnia w Midnight Sun, kiedy zobaczył ją znowu. – Kiedy znowu ją zobaczył.
Po
zakończeniu pierwszego rozdziału nie mogę pozbyć się wrażenia, że jego
początkowa część, ta dotycząca przeszłości z Connie, powinna być mimo wszystko
oddzielona od późniejszego życia portowego – albo jako prolog, albo osobny
rozdział. Niewątpliwie jest to odrębny etap życia bohatera, podział byłby
dobrym tego zobrazowaniem.
Muszę
jednak przyznać, że – mimo początkowych potknięć – z dalszą częścią rozdziału
poszło ci już całkiem gładko. Z łatwością przychodzi mi wyobrażenie sobie
zmian, które nastąpiły w życiu Braddocka, dobrze opisałaś, jak te zmiany mogły
przebiegać. Tym, co mi się nie zgadza z kreacją bohatera, jest wzmianka o
kobietach na jedną noc. Cały ten czas kreujesz go jako niemal pustelnika,
samotnego w towarzystwie, milczącego, nierozumianego, spędzającego noce na
patrzeniu w jeden punkt. Opisujesz jego topniejące fundusze, potrzebę
wyprzedania kolejnych elementów zgromadzonego majątku, by jakoś przeżyć, aż
nagle – ni z tego, ni z owego – dostajemy wzmiankę o panienkach. To się nie
klei. Ale to właściwie tyle. Kontynuujemy?
2.
Sama
Jenny nie czuła się z nim szczególnie bardzo związana emocjonalnie. – Szczególnie związana
wystarczy. Bardzo można bez oporów usunąć.
Poderwę
tam jakiegoś kundelka, który mógłby w twoich ślepych oczach uchodzić za
studenta trzeciego roku medycyny, a który w oczach każdego innego rozsądnego
człowieka nie wyglądałby nawet na zwykłego sanitariusza,[.] Pprzywiozę go
do tego wspaniałego domu, który odziedziczyłam po tobie tylko dlatego, że nie
było nikogo innego, kto mógłby go odziedziczyć, i pójdę z nim [z tym
domem?] pod prysznic, a kto wie, może nawet do łóżka? – Osobiście lubię
produkować przydługie zdania, ale pamiętaj, że większość czytelników szybko się
nimi męczy. Podzieliłabym je w ten sposób.
Samo
podzielenie może jednak nie wystarczyć – w zdaniu pojawia się też okrutna
dwuznaczność składniowa. Chcąc nie chcąc, wtrącenie: który odziedziczyłam po
tobie tylko dlatego, że nie było nikogo innego, kto mógłby go odziedziczyć –
wyprowadza do zaimka /go/ dom, a nie kundelka. I potem, gdy znów używasz zaimka
/go/, trudno przypisać go z powrotem kundelkowi. Szczególnie wyraźnie słychać
to na odsłuchu. Może więc jednak: (...) i to z tym kundelkiem pójdę pod
prysznic, a kto wie, może nawet do łóżka…?
Zwyczajne
ludzkie uczucia, bo przecież zanim stała się nastoletnią, wyrachowaną
cwaniarą, była przecież bezradną, złaknioną uczuć dziewczynką. – Powtórzenie.
Coś
musiało w tym być, skoro zawsze mogła liczyć na Vince’a, mogła
liczyć na Wayne’a, a potem na Seana. – Bardzo lubisz się powtarzać i o ile niektóre z
twoich powtórzeń wyraźnie są celowe, o tyle ich większe nagromadzenie w jednym
akapicie zaczyna zgrzytać. Tego tutaj bym się pozbyła.
Żeby
pokazać ci wspomniane nagromadzenie powtórzeń, pozwolę sobie na wrzucenie
większego fragmentu tekstu:
Nie,
to nawet nie była nienawiść w ścisłym tego słowa znaczeniu. Jenny
Abelard nie myślała o ojcu z nienawiścią. Raczej z politowaniem i całym
ogromnym ładunkiem zawiedzionych nadziei. Ojciec był obecny w jej życiu w
postaci zupełnie obcego faceta, z którym mieszkała pod tym samym dachem. Gdyby
choć raz okazał jej jakieś ludzkie uczucia… Zwyczajne ludzkie
uczucia, bo przecież zanim stała się nastoletnią, wyrachowaną cwaniarą, była
przecież bezradną, złaknioną uczuć dziewczynką. Gdyby ożenił się
powtórnie, kiedy była malutka, gdyby znalazł sobie wtedy dobrą
kobietę, która zastąpiłaby jej matkę… Gdyby. (...).
Miała
do niego żal. Ogromny żal za niespełnione marzenia o prawdziwym
domu, o cieple rodzinnym z prawdziwego zdarzenia. Nigdy tego nie
doświadczyła. Nigdy nie zaznała poczucia bezpieczeństwa. Tego prawdziwego
poczucia bezpieczeństwa, jakie daje autentyczna, kochająca się rodzina.
Dlatego szukała tego wszystkiego gdzie indziej. Szukała pomiędzy
ludźmi, którzy nie mogli jej tego dać. Szukała wśród portowych
pijaczków, drobnych przestępców, szczerych i prostolinijnych, nierzadko o
złotych sercach, na których po prostu nikt się nie poznał, nikt inny
poza nią. Ale coś w tym było. Coś musiało w tym być, skoro zawsze
mogła liczyć na Vince’a, mogła liczyć na Wayne’a, a potem na
Seana. „To było takie cholernie amerykańskie. – Jenny wrzuciła wyższy bieg.
Jeszcze jedna zaleta dobrego samochodu ze starego kontynentu, ze
starego kraju z tradycjami: ręczna skrzynia biegów, coś nie do pojęcia dla
starego Abelarda. Jenny z rozkoszą i mściwą satysfakcją wrzucała biegi,
wsłuchując się w pomruk silnika, doskonale zsynchronizowany z jej kolejnymi
ruchami. –
Widzę, że część z tych powtórzeń stanowi celowy zabieg, który ma skupić uwagę
czytelnika na bardzo konkretnych punktach, natomiast kiedy już uciekasz się do
takiej formy, powinnaś zadbać o wyeliminowanie niepotrzebnych, niespełniających
tej funkcji powtórzeń z sąsiadującego materiału. A nawet ograniczyć część
celowych w myśl, że mniej znaczy więcej.
Inna
rzecz to przysłówki, przymiotniki i partykuły. Kiedy jest ich dużo – albo mało,
ale sąsiadują ze środkami stylistycznymi odpowiadającymi za takie samo
podbijanie znaczenia – wówczas obciążają tekst i potęgują wrażenie, że stoi się
w miejscu. Do tego część z nich sztucznie ten tekst – a co za tym stoi: jego
atmosferę – pompuje, podnosząc dramatyzm. Jeśli już korzystasz z powtórzeń
(słów czy całych fraz, konstrukcji zdaniowych o wspólnym spójniku) i/albo z
wyliczeń jako środków stylistycznych, nie musisz jeszcze mocniej podkreślać
kontekstu za pomocą wspomnianych już partykuł, przysłówków, przymiotników i tak
dalej, jak: CAŁY ogromny ładunek, ZUPEŁNIE obcy facet, ZWYCZAJNE ludzkie
uczucia (a przecież ludzkie oznacza właśnie: zwyczajne) czy
AUTENTYCZNA kochająca się rodzina (tu ewidentnie czuć, że nie chciałaś znów
pisać: prawdziwa rodzina; ale czy naprawdę słowo rodzina samo w
sobie nie ma żadnej wartości?). Słowa mają znaczenie, swoją wagę, i nie, nie
musisz ich dociążać, by wydobyć z nich sens. Owszem, czasem dobrze to zrobić –
te przysłówki, przymiotniki i partykuły też od czegoś w języku polskim są. Ale
bez przesadyzmu.
American
dream w wersji pełnometrażowej, kiedy [w której] bogaty książę zabrał
Kopciuszka z rynsztoka.
Książę
Abelard kochał przecież włoską kuchnię i włoskie kobiety, które zanim
się przedwcześnie zestarzały, były przecież najbardziej ogniste na
świecie. –
O zamiłowaniu do włoskiej kuchni i włoskich kobiet również już pisałaś – na
początku tej sceny, w której świecisz srebrnym lambo bohaterki.
Jakieś
niejasne
wspomnienie zamajaczyło jej niewyraźnie w głowie. – Jeśli już mamy to niejasne
wspomnienie, które majaczy w głowie, no to po co dookreślać jeszcze, że jest
niewyraźne? Samo majaczenie oznacza:
PWN:
1. «zarysowywać się niewyraźnie w oddali lub w tle»
Ale
znów spójrzmy na większą część:
Jakieś
niejasne
wspomnienie zamajaczyło jej niewyraźnie w głowie. Jakieś skojarzenie z
tym zmatowiałym ze starości i bardzo zaniedbanym lincolnem. Ten samochód kogoś
jej przypominał. Kogoś, kogo kiedyś widziała, ale nie mogła
skojarzyć teraz ani jego twarzy, ani okoliczności, jakie towarzyszyły
temu zapewne przelotnemu i przypadkowemu spotkaniu. – Od tego momentu przestaję
wspominać o podobnych manierach w tekście, jest ich naprawdę dużo, ale ocena to
nie beta. Przejrzyj materiał pod tym kątem.
Miał
tłuste, posklejane w strąki włosy, [zbędny przecinek] sięgające ramion, mocno
posiwiałe, ale raczej srebrne niż białe.
Na
walizce widniało ogromne, wypisane koślawymi kulfonami imię: CAMMI. – Pleonazm. Kulfony to po
prostu koślawe litery, czyli w zdaniu masz dosłownie Na walizce
widniało ogromne, wypisane koślawymi koślawymi literami imię: CAMMI.
Wyjaśnienie [TUTAJ].
„Homary
będą tanieć…” – przemknęło mu przez myśl, bezwiednie, jak utarte hasło,
które pojawia się automatycznie na widok tego, czy innego przedmiotu. – Bezwiednie i automatycznie
to to samo. Jeśli wspominasz, że myśl przemknęła bezwiednie jak hasło, to
już nie musisz dodawać, że to hasło pojawia się automatycznie – przecież
właśnie o tym masz to całe porównanie.
Poza
tym interpunkcja:
„Homary
będą tanieć…” – przemknęło mu przez myśl bezwiednie jak utarte hasło, które
pojawia się na widok tej czy innej rzeczy. – /bezwiednie/ to przysłówek określający czynność
przemykania, więc pierwszy przecinek jest zbędny. Drugi natomiast niepotrzebnie
oddziela elementy porównawcze (coś przemknęło jak coś). W rzeczywistości
składniowo twoje zdanie nie różni się od: siedział cicho jak mysz pod miotłą.
A co do trzeciego przecinka: gdybyś napisała: takiego, a nie innego
przedmiotu – przecinek byłby uzasadniony. Ty natomiast zestawiasz ze sobą
elementy równorzędne: taki czy inny, taki czy siaki, taki czy owaki. Takie
zestawienia również piszemy bez przecinka.
Być
może zauważyłaś, że w podanym przeze mnie przykładzie zamieniłam przedmioty na
rzeczy. Wypadają naturalniej w narracji, która imituje strumień
świadomości. Dziś, gdy myślimy o przedmiotach, prędzej mamy na myśli przedmioty
szkolne. Ale otaczamy się rzeczami, sprzątamy rzeczy z biurka czy kupujemy
rzeczy po tym, gdy już usłyszymy jakieś chwytliwe hasło reklamowe.
Przez
chwilę zastanawiał się nawet, kim może być ta śliczna, młodziutka
dziewczyna i czy to niesamowite lamborghini naprawdę należy do niej. Przez
chwilę próbował to odgadnąć, ale zaraz potem uświadomił sobie, że nawet nie
zna jej imienia, więc cała reszta nie miała najmniejszego znaczenia. – Bzdura. Rozumiem sentymentalność
i ckliwość bohatera, który upadł na dno i być może właśnie się od niego odbija,
jednak to stwierdzenie tak bardzo nie ma sensu, że wybija z rytmu czytania i
nie da się go uzasadnić charakterem postaci.
Zestaw
to z dowolną inną sytuacją: ktoś cię napada, ale nie znasz imienia bandyty,
więc cała reszta (jego motyw, czego chce i jak najszybciej od niego uciec) nie
ma znaczenia; ekspedientka sprzedaje ci bułki w piekarni, ale nie znasz jej
imienia, więc cała reszta (fakt, że są z żurawiną, a prosiłaś ze słonecznikiem
lub na rachunek została nabita wyższa cena niż pokazana w witrynie) nie
ma znaczenia. Czepiam się drobiazgu, ale drobiazgi czasem tak biją po oczach,
że – mimo przyzwoitej jakości reszty materiału – parskam śmiechem. Myślę, że
nie taki efekt chciałabyś uzyskać.
Gratis:
powtórzenia.
Głos
tej dziewczyny, której nie znał nawet z imienia, przyjemny, dźwięczny głos. – Tak, już wiemy, że nie zna jej
imienia.
Albo
doświadczyła tego samego, co Connie[,] i teraz brała odwet na każdym napotkanym na
swej drodze facecie? Tak, to by do niej pasowało. – Skąd może o tym
wiedzieć, skoro jej nie zna (nawet z imienia, a co dopiero czegokolwiek
innego…), co wielokrotnie podkreślił? Za wcześnie na taki wniosek, ale już
akapit dalej zbierasz do kupy spostrzeżenia Ernesta na temat Jenny, powyższy
wniosek byłby więc dobrym ich podsumowaniem. Posprzątaj w tekście – najpierw
zamieść w nim obserwacje, a następnie płynące z nich wnioski (że zemsta
pasowałaby do tej postaci), nie odwrotnie. Choć wciąż jest to nieco nad wyrost,
w ten sposób będzie się lepiej kleiło.
Ladę
oświetlały trzy punktowe lampy halogenowe, a od strony salonu można było
usiąść na wysokich barowych krzesłach. – Łącznie.
Obserwował
jej drobne plecy, kiedy sięgała po butelki. – Darowałabym sobie przymiotnik,
brzmi nieco dziwnie. W jaki sposób plecy mogą być drobne?
–
Powstrzymaj się więc od takiego wnioskowania, bo brniesz zupełnie na oślep, nie
tam[,]
gdzie trzeba. – Zabrakło przecinka.
–
Właściciel tych rzeczy po raz kolejny obraca się teraz w
grobie – odparła pogodnie. – Przewracanie się w grobie jest związkiem
frazeologicznym, nie modyfikujemy go na potrzeby ironicznego wyolbrzymienia, by
co jakiś czas wspomnieć o wirowaniu przodków w zaświatach. Błąd powtarza się w
tekście, choć w kilku miejscach stosujesz ten frazeologizm poprawnie.
A
jednak tamtego pierwszego dnia nie poszliśmy do łóżka. – Braddock obojętnie
obserwował ludzi podążających całkiem mokrym chodnikiem (...). Czy na to wtedy
liczyłem? Chyba po trosze tak. – Okropny spoiler i jakoś mnie to zawiodło. Liczyłam
na oryginalną relację, a tu znowu wiruje wątek seksu. Odrobinę odebrało mi to
chęci do czytania, bo zapowiada się na kolejne seksy i biznesy.
Braddock
doskonale wiedział, że nie nastąpi żadna cudowna odmiana, że nie weźmie się w
garść, nie poczyni sobie szeregu postanowień i nie wyrwie się z marazmu
portowego, nijakiego życia staczającego się pijaczka. Zbyt dobrze znał siebie, żeby
nie mieć co do tego złudzeń. – Dobra, jakąś już chwilę rozkładam to na czynniki
pierwsze i jestem prawie pewna, że chodziło o to, że Braddock zbyt dobrze znał
siebie, żeby się tak łudzić, a nie – żeby nie mieć co do tego złudzeń.
Poza
tym trudno mi przejść obojętnie obok tego fragmentu: (...) [bohater] nie
wyrwie się z marazmu portowego, nijakiego życia staczającego się pijaczka.
– Jakbyś chciała za dużo upchać w jednym zdaniu: i że życie Braddocka to
marazm, że bohater mieszka w porcie, i że się stacza jako pijaczek, że to życie
go nie zadowala, jest nijakie… Poza tym obowiązkowy z przyczyn technicznych
przecinek po /portowy/ tworzy teraz połączenie: marazm portowy. A to
upierdliwie mylące. Gdybym miała ci coś polecić, ta część zdania brzmiałaby
tak: (...) nie wyrwie się z marazmu, by przestać wieść nijakie życie
portowego pijaczka.
Nie
chciał sprawiać zawodu umierającej matce. Ale i nie chciał jej zostawić.
–
Trzymałabym się formy: sprawiać – zostawiać albo sprawić – zostawić.
Taka różnorodność aspektów mocno rzuca się w oczy, a fakt, że występuje w
osobnych zdaniach, wcale tego nie tuszuje, szczególnie gdy drugie zaczynasz od
/ale/ – a więc składniowo nadal tworzysz element podrzędny.
Mimo
słońca prażącego prosto w oczy i mimo kaptura, który skrywał twarz tamtego w
głębokim – zbyt głębokim – cieniu, Ernest Braddock zdołał jednak dostrzec
niewyraźny zarys jego ust. – Jednak jest tutaj zbędne.
A
one nie drgnęły nawet, kiedy dobiegł do niego ten głos. – Przecinek przed nawet w
moim odczuciu byłby lepszym wyborem – i od razu dodaję, że poprawnym
technicznie. Spójrz na to tak: usta nie drgnęły, nawet gdy/kiedy/jeśli już
stało się coś, co powinno to drgnięcie wywołać. Akcentować w tym miejscu
powinnyśmy samo drgnięcie – czy właściwie nie-drgnięcie – bo to ono jest
najistotniejsze dla części nadrzędnej, to na tym braku drgnięcia powinien
skupić się czytelnik. I to ten brak drgnięcia oddzielamy od części
podrzędnej.
Na
początku chciałam ci zaproponować, byś potraktowała przecinek przed /nawet/
jako pauzę oddechową i sama oceniła, która wersja brzmi lepiej, ale prawda jest
taka, że literacki język polski jest językiem przepoetyzowanym, pełnym niczym
nieumotywowanych inwersji i manier, które wynikają często z osłuchania i
opatrzenia się zdań z błędami interpunkcyjnymi, później przekazywanymi dalej.
Więc taka rada to dziś żadna rada.
Niespiesznym
krokiem podążył w stronę asfaltowej alejki. Starał się odprężyć i zapomnieć o
niedawnej dziwnej przygodzie. – Chwilę temu postać była wściekła, zdezorientowana,
nieco przestraszona. A teraz jak gdyby nigdy nic, niespiesznym krokiem tupta
przez park, starając się odprężyć. Za duży przeskok, za mało szczegółów.
Brakuje mi czegoś pomiędzy pierwszym a drugim stanem, brakuje mi procesu. W
jaki sposób starał się odprężyć? Czy od razu po stresującej chwili – gdy nie
wiedział, czy to, co dostrzegł, to objawy szaleństwa czy delirium – odszedłby
niespiesznym krokiem?
Chodźcie
do świra Erniego, pogadamy jak starzy [przyjaciele]! – Taka sugestia. Bez tego
dopełnienia zdanie wygląda na urwane.
Może
uznał go za jednak za świra spacerującego po parku w
koszuli i dżinsach niedługo po wschodzie słońca, w dodatku bez jakiegokolwiek
psa na cholernej smyczy. – O, a tu mamy jakieś zapomniane resztki konstrukcyjne. Aż kusi, by bawić
się dalej i przestawić /jednak/ na drugą pozycję w zdaniu: może jednak
uznał Erniego za świra. Twoja wersja miałaby więcej sensu, gdyby
kontynuacja zdania przekazywała inny kontekst: może ktoś uznał go jednak za
świra, a nie za kogoś innego.
Takie
potknięcia to wbrew pozorom chwila oddechu. Odskocznia od morza powtórzeń. Tak,
ja znowu o tym.
W
końcu poczuł, że dalsze zwlekanie nie ma sensu, że jeśli podjął decyzję o
pójściu tam, [to] musi to zrobić. – Tu z kolei chyba chciałaś uniknąć
powtórzenia, ale bez wstawki całość znów zgrzyta. Moją propozycję można jednak
zastąpić półpauzą, jeśli wolisz taki zapis.
Kościół
episkopalny na rogu Wschodniej Trzydziestej Piątej, Witryny sklepów,
niewyróżniające się niczym szczególnym. – Od małej litery.
"Więc
odpieprzcie się, skurwysyny, od cierpiącego Erniego! (...)" – Błędny cudzysłów (angielski).
Obstawiam, że to drobne potknięcie, bo prawidłowych w tekście masz całą masę,
więc raczej o nich wiesz.
Przekonał
się o tym, kiedy sięgnął wzrokiem ponad głowami przechodniów, kiedy przyglądnął
się tamtej wyglądającej na znajomą twarzy. – Podkreśloną część zdania
potraktowałabym jako wtrącenie. A co do przyglądnięcia się, to jest to
traktowane jako mowa potoczna. Osobiście bardzo jej nie lubię i jeśli nie
występuje jako część wypowiedzi bohatera i stylizacja, sugerowałabym pozbycie
się jej.
Wreszcie
oznajmiła, że tam poznała Richarda. – To mój mąż – odezwała się cicho, gdy już
siedzieli przy stoliku (...). – To jest właśnie Dick. – Podała mu fotografię. – Tak, już sprawdziłam, że
zdrobnieniem imienia Richard jest Dick. Nawet dogrzebałam się do pochodzenia
tego pomysłu. Jednak wciąż na przestrzeni tak niewielkiej objętości tekstu
zmiana z pełnego imienia na zdrobnienie (w dodatku tak odległe) jest dezorientująca.
Nie
chciał jałmużny od byłej żony, która urodziła dziecko innemu facetowi. – Zastanawiam się, czy celowo
sprawiłaś, żeby scena spotkania Ernesta z Connie była tak dojmująco… smutna. Z
jednej strony mamy dwoje ludzi, których kiedyś łączyło wiele, a teraz nie łączy
niemal nic – poza traumami. Z drugiej jednak… scena pokazuje nam, że choć życie
Erniego wygląda teraz zupełnie inaczej – ostatnie lata spędził jako portowy
pijaczyna, uginający się pod ciężarem poczucia winy – a przez dotychczasowe
strony opowieści przewinęła się tona dowodów jego cierpienia… to wszystko jest
wydmuszką.
W
moim odczuciu scena obnaża, że Ernie nie zmienił się ani o jotę. Wcale nie
zrozumiał swoich błędów, nie wyzbył się obwiniania byłej już żony o urodzenie
martwego syna, nie przestał oceniać jej z góry – nawet jeśli to ona jest górą,
bo zaczęła swoje życie na nowo i ułożyła je lepiej, niż jej były mąż mógłby w
ogóle przypuszczać. A Ernest utknął w swoim przeświadczeniu o wyrządzonych mu
krzywdach, poczuciu zdrady i skrzywdzenia. Nie czułam w nim w tej scenie ani
odrobiny skruchy za to, jak przed laty potraktował kobietę swojego życia. I
właśnie to jest niesamowicie smutne.
Trudno
mi na tym etapie jakkolwiek sympatyzować z twoim bohaterem. Nie postrzegam go
jako człowieka złamanego przez los, raczej jako dupkowatego egocentryka, który
stoczył się na dno w swoim nihilistycznym narcyzmie. Nie jestem pewna, czy taki
był twój cel.
Dopóki
wchodząc do bramy w kamienicy, w której mieszkałem, czułbym zapach szczyny i
przetrawionego alkoholu. – Szczyn, bo szczyny, nie szczyna. Albo uryny – uryna, ale to już co
innego.
Co
z tego, że zrobił jej dziecko, skoro sama mu na to pozwoliła! To nie ma
żadnego znaczenia. – W tym zestawieniu to brzmi tak, jakby zrobienie dziecka miało znaczenie
tylko wtedy, gdyby kobieta na to nie pozwoliła. Raczej nie to miałaś na myśli?
Podkreśloną część bym wyrzuciła dla spokoju sumienia…
Tym
miłym akcentem kończymy rozdział drugi.
Nie
będę czarować: jak na razie nie jestem zachwycona opowiadaniem, a jako
potencjalny czytelnik prawdopodobnie już bym się poddała i nie kontynuowała
czytania. Jako ja – dam ci jeszcze szansę.
Nie
lubię głównego bohatera – nie cieszę się z jego sukcesów, bo czuję, że są one
zbyt suche, tekturowe, bez większych emocji; nie współczuję mu, kiedy
przechodzi trudne dla niego chwile, bo nie wydają się dla niego tak naprawdę
trudne, nie dotykają go – jak w scenie, w której jego żona poroniła. Tam
opisałam ci swoje odczucia i wskazałam, jak w mojej opinii mogłabyś nad tym
fragmentem popracować, jeśli chcesz go ulepszyć. Protagonista wydaje mi się na
tym etapie narcystycznym dupkiem, który pozornie na nowo wynajduje koło po
kolejnych życiowych upadkach, by za chwilę okazało się, że właściwie to nie
wynalazł dokładnie niczego i wciąż jest na linii startu – wciąż jako
narcystyczny dupek.
Męczy
mnie również postać Jenny. Jakie to typowe – dziewczyna z bogatego domu, której
niczego w życiu nie brakowało poza ciepłem rodzicielskiej miłości. Zatem w imię
dokopania nieżyjącemu ojcu robi z jego majątkiem rzeczy, przez które on tak
bardzo obraca się w grobie, że aż wiruje (żart powtarzany wielokrotnie
przestaje bawić – co też już wskazałam w ocenie powyżej). Grzeczna dziewczynka
z krainy mlekiem i miodem płynącej szlaja się więc po portowych knajpach
(knajpie), wyciągając z niej podejrzanych typów, żeby zaprządz ich do pracy w
swoim szemranym biznesie, działając incognito i z tego względu wożąc się
błyszczącą z kilometra bryką. Tak żeby się bardziej wtopić w tłum.
Wciąż
nie jestem też fanką mieszanej linii czasowej. Tu serwujesz nam fragment z
retrospekcją, tam fragment z aktualnego czasu fabularnego, by za chwilę bohater
cofnął się do innego momentu ze swojego parszywego życia i wyjaśnił
czytelnikowi kolejną złotą myśl. Dobra, stop, jestem teraz trochę sarkastyczna,
ale naprawdę – o ile raz na jakiś czas taki zabieg faktycznie coś wnosi i
urozmaica czytanie, odpowiadając na nasuwające się pytania, o tyle w moim
odczuciu, jeśli tak wyglądają całe pierwsze dwa rozdziały (ponad czterdzieści
stron, co daje nam prawie jedną czwartą całego materiału), to mamy pewien
problem.
Przeszkadza
mi także osadzenie fabuły w Nowym Jorku, w ogóle w USA. Może to po prostu ja w
okolicy trzydziestki robię się wybredna, ale jeśli nie masz naprawdę mocnego
powodu, by pisać tę historię właśnie z wykorzystaniem Stanów Zjednoczonych jako
twoim miejscem akcji, to dlaczego – do jasnej anielki – nie możesz użyć czegoś
bardziej lokalnego? Dlaczego ma mnie przyciągać Central Park i żółte taksówki w
tle? Jeśli pochodzisz z Pcimia Dolnego, to pokaż nam jego ciemne i jasne
strony. Pokaż nam, gdzie bohater mógł wylądować, kiedy się stoczył. Zafascynuj
nas pięknem jakiegoś zakątka, w którym skończy uchlany w jeden z tych dni, w
które stać go na tani, kiepskiej jakości alkohol.
Być
może z czasem dowiem się, że masz jakiś powód, by wysłać naszą wyobraźnię
akurat do USA, ale jak na razie w treści nie pojawiło się nic, co by mogło
czytelnika przywiązać właśnie do tej lokalizacji, a według mnie jest na rynku
wystarczająco wielu autorów pochodzenia amerykańskiego piszących po
amerykańsku, o Ameryce. A gdyby tak odważyć się na coś oryginalnego?
A
może naczytałam się zbyt wielu lokalnie osadzonych książek. Kryminałów
przeważnie.
3.
A
ostatnio to już w o oloe rzadko można się z nim napić. – Taki chochlik na początek.
Po
krótkim fragmencie ze sceną z przeszłości dostajemy myśli Jenny wypchane po
brzegi ekspozycją zdradzająca nam, z kim Jen była, kogo kochała, że nie wierzy
w miłość, że cierpiała… Tylko dlaczego nie pozwolisz nam na samodzielne
wyciąganie wniosków? Dlaczego dostaję wyjaśnienia uczuć i emocji bohaterki,
zamiast pełnoprawnych scen, które mi to wszystko pokażą?
Jej
dobrej klasy samochód wzbudzał ogólne i bardzo niezdrowe zainteresowanie, ale
postanowiła to zignorować. – No dobra, czyli pojechała swoim metalicznym lambo do biednej dzielnicy i
dziwi się, że jej dobrej klasy samochód wzbudza zainteresowanie?
Przypuszczam, że wzbudzałby je też w dzielnicy ludzi z klasy średniej i u
niektórych, tych mniej szpanerskich, z wyższej półki społecznej, choć tu już z
innych powodów.
Choć
nie miała przy sobie broni, to miała niezwykle cięty język i niechby tylko ktoś
ośmielił się ją zaczepić! – Wiesz, tak sobie gdybam, ale prawdopodobnie gdyby ktoś chciał ją naprawdę
napaść w nieciekawej dzielnicy, to cięty język raczej by jej w niczym nie
pomógł. Przypuszczam, że niejedna ofiara napaści była wyszczekana i niewiele z
tego wynikło. Co zresztą potwierdza się kilka akapitów później. Trudno
uwierzyć, że bohaterka, którą opisujesz jako doświadczoną w kontaktach z
szemranym towarzystwem, może być aż tak naiwna. Mogłoby to wyjść wiarygodnie na
początku jej drogi w tym środowisku, gdy jej wyobrażenie o sobie jako macho w
spódnicy zderza się z ponurą rzeczywistością, ale tu… popełnia błędy
nowicjuszki, czyli bezzasadnie czuje się zbyt pewnie w sytuacjach, w których
czuć się tak nie powinna.
Nie
mówiąc już o tym, jak bardzo cliché jest tak wykreowana postać kobieca:
wyszczekana, ale jednak damsel in distress. Nie da się zliczyć powieści,
w których podobny motyw już się przewinął. Jeszcze inna rzecz, która wpływa na
to, że trudno tę bohaterkę traktować w tym momencie poważnie: wspomniany niezwykle
cięty język. Mogłabym uwierzyć, że Jenny tak właśnie ma, gdyby jej POV
(stylizacja językowa, wypowiedzi dialogowe, ogólne przemyślenia) były w ten
sposób kreowane oraz gdyby bohaterka po prostu wykazywała się taką charyzmą w
scenach, nie ekspozycjami. Wówczas nie musiałabyś podsuwać mi pod nos zdania o
tym, jak to bardzo niewyparzoną ma ona gębę.
Prof.
Bralczyk w jednym ze swoich wykładów powiedział:
Mamy zobowiązania wobec tego, o czym mówimy – bo powinniśmy być wiarygodni. Wiarygodność powinna być cechą osoby mówiącej, ale to Państwo mi ją przypisują. Ja nie mogę przyznać sobie wiarygodności; to Państwo muszą postrzegać mnie – ha! nie muszą wcale właśnie! – jako wiarygodnego lub nie. Wiele rzeczy możemy osiągnąć mówieniem, ale nie możemy powiedzieć: „ja jestem uczciwy”. Bo ktoś, kto usłyszy, że ja mówię o sobie, że jestem uczciwy, może zadać sobie pytanie: „A dlaczego on mówi, że jest uczciwy? A czy mógłbym podejrzewać, że posądzanie go o nieuczciwość może mieć pewne uzasadnienie?”.
I
tak samo jest w przypadku twojej postaci. Jeśli poinformujesz mnie wprost, że
Jenny ma niezwykle cięty język, w najlepszym wypadku przejdę obok tego,
wzruszając ramionami i traktując ją z przymrużeniem oka: „okej, niech se tak
ma, skoro tak uważa…”. Nie sprawia tym, że ją lubię, ani nie imponuje mi taką
oceną samej siebie (twoja narracja bywa personalna, więc tak: to o ciętym
języku to wnioski Jenny). Jednak w najgorszym wypadku (do którego mi bliżej)
czytelnik pomyśli, że Jenny jest postacią niewiarygodną przez takie ekspozycje,
a ty jako autorka nie zaangażowałaś się w wykreowanie tej postaci, dlatego
musisz zapewniać o jej cechach, by czytelnicy w nie uwierzyli. Oliwy do ognia
dodaje ten nieszczęsny przysłówek: NIEZWYKLE cięty język. Na myśl od
razu przychodzi bohaterka, która wszystko musi mieć niezwykłe… „Ale dlaczego
ona mówi, że jej język jest niezwykle cięty? A czy mogłabym podejrzewać,
że posądzanie ją o bycie Mary Sue mroczną może mieć swoje
uzasadnienie…?”.
Te,
które pozostały[,] były obite i ledwo czytelne. – Drobiazg, przecinka
zabrakło.
Prawie
wszyscy przechodnie odwracali głowy, ale przez przyciemnione szyby lamborghini
nie mogli dostrzec, że za kierownicą siedzi bardzo młoda dziewczyna. A
przynajmniej wyglądająca bardzo, bardzo młodo. – To również jest kwestia, którą
powtarzasz któryś już raz. Wiemy, że Jenny ocenia się na młodszą, niż jest w
rzeczywistości. Zastanawiają mnie podobne potknięcia, bo myślę, że wyłapałabyś
je bez problemu sama, gdybyś na spokojnie, płynnie przeczytała tekst, bez
rozbijania go po drodze na atomy.
No
i znów: czemu Jenny o sobie tak twierdzi? Czy to wynika z jakichś jej, nie
wiem, kompleksów, czy raczej jest powodem jej dumy?
Mężczyzna
obejrzał się za siebie ciekawie. – A nie z zaciekawieniem? Kto był ciekaw –
mężczyzna, który się obejrzał za siebie, czy ten, do którego się odwrócił? W
pierwszym przypadku proponuję moje rozwiązanie, w drugim – niech zostanie, jak
jest, ale wynik będzie nieco dziwaczny. Mniej dziwaczne byłoby: Mężczyzna
obejrzał się za siebie. Ciekawe…
Ernest
patrzył mu prosto w oczy z zaciętym, nieprzejednanym wyrazem twarzy i
drugi mężczyzna uznał najwidoczniej, że nie ma sensu wdawać się w dalszą dyskusje.
Wyglądało na to, że ten tutaj jest znacznie bardziej cięty, jeśli idzie
o swoją samicę[,] niż ten ochlej z góry, Ralfie. – Dyskusję. Podkreślam też
powtórzenie, które wprawdzie nie jest tak do końca klasycznym powtórzeniem, ale
wciąż na tyle blisko, że niepotrzebnie zgrzyta podczas czytania.
Wiem,
że styl ma być w pewnej mierze potoczny, lekki i naturalny, ale tu jednak
postawiłabym na: jeśli chodzi o swoją pamięć. To samo w sobie
jest już wystarczająco potoczne.
„Wayne’a”
– pomyślała, a wrzący asfalt zalał jej płuca. – Pewnie chodziło o żar, który przy wdechu zalał jej
płuca, potęgowany nagrzanym asfaltem, co? Chyba że faktycznie Jenny się
wyłożyła na ulicę i ktoś ją tam asfaltem zalewał, to przepraszam.
– Zrobiłam błąd. To
wszystko! – powiedziała rozdrażniona. – Popełniłam brzmiałoby lepiej. Zrobienie
błędu bardziej pasuje do pomyłki w rachunkach.
Cieszę
się, że trochę zburzyłaś obraz idealnej, niezniszczalnej dziewczynki ze stali,
szkła i lodu, bo tak nam do tej pory prezentowałaś Jenny. Miło widzieć, że jest
nieco bardziej ludzka, popełnia błędy i reaguje na nie emocjonalnie. Wciąż
jednak nie do końca kupuję pewność, z jaką weszła do nieznanej sobie dzielnicy,
obronę osobistą opierając na ciętym języku. To z natury nie jest chyba naiwna
dzierlatka, przez co takie podejście wypada mało wiarygodnie. Pokusiłabym się o
uzbrojenie jej w coś podstawowego. Ostrze? Niewielkich rozmiarów broń palna,
którą łatwo ukryć w torebce? Wciąż mogłaby się przeliczyć ze swoimi
umiejętnościami samoobrony, ale przynajmniej nie wypadłoby to tak
bezmyślnie.
4.
–
Co się stało?
–
Nic. Nie piłem, bo zabrakło mi forsy, to wszystko.
– Ja
nie o to pytam. – Drobiazg, ale to bym usunęła. Jest zbędne.
Uśmiechnęła
się i bezceremonialnie sięgnęła po butelkę, żeby nalać sobie trunku. Ale
przecież mogła czuć się tu jak u siebie i nie istniał żaden powód, dla którego
miałaby się krępować. – Znów to robisz. Wcześniej zdążyłaś napisać wprost, że Jenny właściwie
jest u siebie, bo mieszkanie należy do niej. Podkreśliłaś to również w kilku
momentach, na przykłady wtedy, gdy wskazała Erniemu, gdzie w zajmowanym przez
niego lokum znajdują się kieliszki lub w momencie, w którym opisywałaś, jak
wygodnie ulokowała się na kanapie. Nie musisz kolejny raz wbijać nam tego
łopatą do głów.
Ja
nie mam w zwyczaju oceniać ludzi po grubości portfela albo pozycji społecznej.
Gdyby tak było, to większość moich znajomych i przyjaciół nie rekrutowałoby
się z portowych szumowin. – W podkreślonej części zdania podmiotem (wykonawcą
czynności) jest /większość/, która ma rodzaj żeński. Tak jak piszemy: większość
mężczyzn uczestniczyła w zawodach, tak i tu powinnaś napisać: większość rekrutowałaby
się. Inna rzecz to użycie właśnie tego czasownika. Sama rekrutacja
kojarzy się z przyjmowaniem kogoś do jakiegoś grona – i ten kontekst dominuje
znaczeniowo na tyle, że mało kto pamięta jeszcze o innym znaczeniu rekrutowania
się jako wywodzenia się spośród grupy ludzi – na WSJP [KLIK] będącego
synonimem szeregowania się:
szeregować się np. spośród studentów – rekrutować się z danego środowiska lub grupy społecznej.
Aby
nie wprowadzać czytelników w błąd, sugerowałabym jednak wersję: /nie
wywodziłaby się z/. Wtedy zyskasz pewność, że wszyscy Cię zrozumieją, a nie
pomyślą na przykład, że to Jenny chciałaby dopiero co rekrutować znajomych
spośród portowych szumowin. Ona już dawno ich zrekrutowała. ;)
Któremu
facetowi po trzydziestce nie spodobałaby się młodziutka, śliczna dziewczyna,
wyglądająca jak nastolatka? – To ma naprawdę niepokojący wydźwięk. Proponowałabym
usunięcie co najmniej podkreślonej części.
Nie
"działo się" – to Jenny działała za szybko. – Cudzysłów angielski. Znasz
prawidłowy, więc tylko raz jeszcze zasygnalizuję, żebyś przejrzała tekst pod
tym kątem.
Koniec
rozdziału czwartego.
Nie
tylko widzę, ale i czuję, że tekst poprawia się na przestrzeni rozdziałów.
Robisz mniej błędów, produkujesz mniej powtórzeń, nie potykasz się na
pierdołach, a sceny zaczynają mieć ręce i nogi, pojawiają się emocje, gesty,
spojrzenia. Jest lepiej.
Żeby nie było zbyt kolorowo – czy wspominałam już, że czuję się rozczarowana wątkiem romansu między Jenny i Braddockiem? Wspominałam. Choć może romans to za duże słowo. Mimo że znam już bohaterów nieco lepiej – wciąż nie jest to kierunek, w jakim chciałabym widzieć rozwój ich znajomości. To do bólu przewidywalne (i nieco niesmaczne – zajeżdża daddy issues), a liczyłam na coś więcej, coś, co mnie zaskoczy.
5.
Jenny
oderwała dłonie od twarzy, wyprostowała się i opanowała wilgoć, cisnącą się
do oczu. – Drugi przecinek jest niepotrzebny.
Nie
mogła pojąć, jak to możliwe, by odczuwać głód, kiedy całe życie zawaliło się
w gruzy. – Powiedziałabym, że albo legło w gruzach, albo po prostu: kiedy zawaliło
się całe życie. Ewentualnie jeszcze może zawalić się jak domek z kart…
Jednak
leżąc w ciemności, błagała go, żeby przynajmniej dał jej jakiś znak, a
potem wstrzymywała oddech i nasłuchiwała najmniejszego szmeru czy stuknięcia, a
jeśli udało jej się cokolwiek usłyszeć, wmawiała sobie, że to on, że to Wayne[,] i próbowała zasypiać,
uspokojona tym odkłamanym kłamstwem. – Drobnostka, ale rzuciło mi się w
oczy – pierwsze /a/ można śmiało usunąć.
Tkwiła
przed nagrobkiem bez najmniejszego ruchu, jak wykuta z kamienia. – Biorąc pod uwagę, że rzucasz
takie porównanie tuż obok napomknięcia o nagrobku (z kamienia), to może jakby
sama była wykuta z kamienia?
26.
03. 1944 – wyryte na nagrobnej tabliczce. – Hola, hola, a te spacje po kropkach to co tam
robią?
Wyrównała
oddech i drżącą rękąą uniosła filiżankę z kawą. – Kolejny drobiazg.
Gdy
tego dnia wieczorem wróciłam do domu – pomyślała – czułam złość na Wayna.
–
Wayne’a. Potknięcie, dotąd pisałaś prawidłowo.
Nie
zdołała ot tak sobie, z marszu, wejść i zająć miejsce Wayna na
narkotykowym rynku. – Miejsca Wayne’a. Ot tak i z marszu w tym kontekście
właściwie znaczą to samo. Do tego mamy tu niepokojącą składnię: wejść na
rynku. Moja sugestia:
Nie
zdołała ot tak wejść na narkotykowy rynek, by z marszu zająć miejsce
Wayne’a.
Cieszę
się, że dałam szansę kolejnemu rozdziałowi. Bardzo podobało mi się, jak
poprowadziłaś fabułę po wyboistej drodze przeszłości Jenny, jak pokazałaś nam,
dlaczego i w jaki sposób znalazła się w miejscu, w którym jest obecnie. Od
początku do końca po mistrzowsku zadbałaś o emocje naprawdę trudnych scen.
Chciałabym wskazać przykładowy fragment, jeden z tych, które bardziej przypadły
do gustu.
Oprzytomniała w znajdującej się na miejscu zdarzenia karetce, która jechała tu do Wayne’a, a której on już wtedy nie potrzebował. Dlaczego ratownicy ciągle tkwili tutaj, skoro nie byli potrzebni? Jakiś lekarz coś do niej mówił. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami i widziała ruch jego warg. Słyszała słowa, rozmazane, zniekształcone, nic nieznaczące. Zastanawiała się, czy zdąży na ulubiony serial. Jeśli nie, to nie szkodzi. Jutro obejrzy powtórkę. Ale będzie musiała nastawić sobie budzik, bo w przeciwnym razie z pewnością zapomni.
Wstała i zachwiała się, bo obraz przed oczami zawirował. Złapała się czegoś, co znajdowało się z boku. Spojrzała. Stelaż z jakimś monitorem i mnóstwem kabli. Zrobiła krok naprzód i pociemniało jej w oczach. Ktoś na powrót usadowił ją na miejscu. Powoli docierała do niej otaczająca rzeczywistość. Serce zaczęło walić jak oszalałe, zrobiło jej się niedobrze i z trudem przełykała nadmiar śliny napływającej do ust.
Oddałaś
absurdalność niektórych myśli pojawiających się w takich momentach (o odcinku
serialu), surrealizm, nawał odczuć i emocji, a jednocześnie niemożność ich
faktycznego doświadczenia. Widzę reakcję bohaterki i wierzę w nią – jest żywa,
prawdziwa, ludzka, trochę mechaniczna. Tutaj nie ma zbędnych elementów,
niepotrzebnych epitetów, usilnego podkreślania ekspozycji, w którą chcesz,
żebyśmy wierzyli. I właśnie dlatego ta scena działa!
Brawo, tym razem to kawał dobrej roboty. Czy rozdział szósty dorówna swojemu poprzednikowi?
6.
To
byłoby nieco trudne, biorąc pod uwagę, jaki jest króciutki. Mamy w nim jedynie
(i aż) wyraz uczuć Ernesta do Jenny. Chwilowo trudno mi to komentować,
sielankowy przerywnik wydaje się nie pasować do reszty, co zwiastuje, że nie
potrwa on długo – jak na przerywnik przystało.
Do
tego rozdziału (liczącego sobie około strony) mam tylko jedną kosmetyczną
uwagę. No dobrze, może kilka:
Z
jej wszystkimi wadami i niedoskonałościami trudnego charakteru i
skomplikowanej osobowości. A kiedy tylko dopuścił tę niebezpieczną myśl
do świadomości, zauważył, że coraz dotkliwiej odczuwa jej nieobecność. – Dużo tych „ości”, do tego /jej
nieobecność/ technicznie odprowadza do niebezpiecznej myśli. Masz pomysł, jak
to zmienić?
Żyła
w przekonaniu, że traktują ją poważnie, że traktują ją tak, [przecinek zbędny] jak Wayne'a.
Miała prawo tego oczekiwać. Przecież nie była jakąś przypadkową dziewczynką,
która urwała się nie wiedzieć skąd, nieświadomą i nierozgarniętą. – Końcowe
dopowiedzenie brzmiałoby znacznie lepiej, gdyby dotyczyło części podrzędnej: (...)
która urwała się nie wiedzieć skąd, nieświadoma i nierozgarnięta.
Tylko
że… właściwie to jest przypadkowa dziewczynka, która urwała się nie wiedzieć
skąd, nieświadoma i nierozgarnięta. Co miałoby sprawić, że odbieraliby ją
inaczej? Dlaczego miała prawo oczekiwać, by traktowali ją tak, jak w jej
wyobrażeniu traktowali jej byłego kochanka? Nie widzę do tego podstaw, tak jak
nie widzę ich do pyszałkowatej postawy Jenny. Na moje oko to po prostu bogata
smarkula, która robi brzydkie rzeczy na złość nieżyjącemu tatusiowi, a cała jej
psychoanalityczna, butna otoczka to imperatyw, który nam wciskasz.
Dobra,
może tak siebie chciała postrzegać sama Jenny i jest to część POV-u. Wciąż: na
jakiej podstawie? Tego nam dotąd nie pokazałaś.
Przecież
obaj też spotykali się [z] tymi, którzy przekazywali pieniądze i też się wtedy narażali.
PODSUMOWANIE
Na tym zdecydowałam się zakończyć ocenę. Wzięłam pod lupę blisko połowę tekstu i myślę, że to w zupełności wystarczy, żeby stwierdzić, że materiał…
🗷 Nie ma satysfakcjonującej budowy.
Nie
jestem pewna, czy rozpoczęcie fabuły w tym miejscu jest dobrym rozwiązaniem.
Obserwujemy Ernesta wkraczającego w nową rzeczywistość z nadziejami i planami
pod ramię, ale nie jestem przekonana, czy potrzebujemy dla zrozumienia fabuły
wszystkich detali z tym związanych. Być może lepszą linią fabularną byłoby
poznanie go w jednej z melin lub leżącego na brudnym materacu w zapuszczonym
mieszkaniu i wspominającego szpital czy rozmowę z prawnikiem niczym
flashbacki.
🗷 Nie ma wiarygodnie zbudowanych bohaterów, w tym ani jednego bohatera, z którym mogłabym sympatyzować.
No,
może poza Connie. Tej postaci rzeczywiście szczerze kibicuję. Niech jej się
wiedzie, bo po życiu z takim egocentrykiem zasługuje na wszystko, co najlepsze.
Sęk w tym, że dziewczyna dla całej historii jest jedynie bodźcem do lawiny
wydarzeń, epizodem. Głównymi bohaterami jak na razie są Braddock i Jenny… tylko
że oboje budzą w najlepszym wypadku mieszane uczucia, o czym rozpisywałam się
powyżej.
🗷 Marnuje potencjał skomplikowanej relacji.
Przeszkadza
mi również wątek romansu. Sprawia, że historia jest sztampowa, a fascynacja
alkoholika w średnim wieku nastolatką z problemami z nieżyjącym tatusiem –
niesmaczna. No nie kupuję tego.
🗷 Zaczyna się i rozwija bardzo
słabo, dziurawo i nijako…
…ale
ma potencjał! W kolejnych rozdziałach pokazujesz, że naprawdę umiesz pisać. Po
prostu musisz lepiej przemyśleć i rozplanować akcję oraz kształt twojej
historii, i regularnie sprawdzać, czy twoje sceny działają. Przecież już wiemy,
że potrafisz! Tylko że dowiaduję się o tym za późno i gdybym dostała w swoje
ręce książkę, której pierwsza ćwiartka tak bardzo kuleje, nie doszłabym do
połowy, żeby się przekonać, czy może być lepiej.
🗷 Nie jest wolny od potknięć językowych.
Natomiast
roi się w nim od bardzo prostych błędów, które łatwo samodzielnie wyeliminować
w kolejnych czytaniach. Wielokrotnie w ocenach i artykułach pisałyśmy, że warto
pozwolić tekstowi odleżeć i wrócić do niego ze świeżym okiem. Jestem pewna, że
wtedy wyłapałabyś sporą część powtórzeń, błędne cudzysłowy czy słabe
konstrukcje, ponieważ zwyczajnie rzucają się one w oczy. Jeśli tobie nie chce
się tego zrobić, to komu ma się chcieć to czytać?
🗷 Jest tautologiczny i bywa manieryczny.
Szczególnie
te początkowe rozdziały przeciążyłaś stylistycznie. Jak nie nagromadzenie
powtórzeń, to środki stylistyczne oparte na wyliczeniach albo wzmacnianie
przekazu przysłówkami i partykułami. Zdarza ci się zapominać, że słowa mają
znaczenie i nie trzeba z uporem godnym lepszej sprawy podkreślać tego znaczenia
dodatkami, które przy okazji wpływają negatywnie na lekkość czytania oraz, a
może przede wszystkim, na płynny bieg akcji, jej tempo. Tak samo wstrzymuje tę
akcję pięciokrotne przekazywanie tego samego faktu o postaci, jej planach albo
przemyśleniach. Do tego momentami decydujesz się na pretensjonalne szyki
przestawne (szczególnie w kwestii partykuł jeszcze czy nawet),
przez co treść zaczyna udawać literaturę starawą i nieco poetycką, ale
Twoje postaci to nie Robert Makłowicz, a akcja nie dzieje się w XX-leciu
międzywojennym. Z jeszcze innej strony pomiędzy tymi środkami potrafisz rzucić
aż do przesady potocznym kolokwializmem (jeśli idzie o samicę…), który
oddaje POV bohatera przaśnego. A przecież Braddock, nawet jako portowy
pijaczek, przaśny nie jest.
🗷 Mógłby być bardziej lokalny.
Jak
już pisałam – nie kupuję tego, że akcja toczy się w USA. To bardzo powszechny
pomysł, przez który niczym specjalnym się nie wyróżnisz. Oczywiście jeśli w tym
miejscu akcji czujesz się najlepiej lub jego wybór ma głębszy sens, to pisz
dalej śmiało, ale spróbuj trochę przybliżyć czytelnikowi, dlaczego zdecydowałaś
się właśnie na Nowy Jork. Aktualnie nie widzę niczego, co by ten wybór
uzasadniało. Może pojawia się to w dalszej treści lub po prostu patrzę na tę kwestię inaczej niż ty – chętnie poznam twoje zdanie na ten temat.
W tej chwili jednak trudno nie odnieść wrażenia, że te nieszczęsne taksówki i ten park są dowodem braku bardziej zaawansowanego researchu. Nie pokazujesz Stanów Zjednoczonych w pełni – jakbyś sama tam była. Spójrz: problemem Lalki nie jest osadzenie akcji w Paryżu tylko dlatego, bo Paryż był modny, ani nie chodzi o to, że Prus nie miał prawa umieszczać tam bohaterów, ponieważ sam nigdy tam nie był. Lalka nie ma problemów z Paryżem głównie dlatego, że Prus odrobił pracę domową i ukazał ten Paryż dokładnie tak, jakby sam chodził tamtymi ulicami i przeżył tam pół życia. To było realistyczne, bo Prus studiował Paryż, czytał o Paryżu, posiłkował się widokówkami, oddał też ducha tamtego miejsca z opowieści ludzi, którzy tam byli. Nie na darmo mówi się: pisz o tym, na czym się znasz. Pelczar wydał Tę przeklętą Amerykę, osadzając akcję w różnych zakątkach USA, ale sam przesiedział tam lata i chłonął tę kulturę, tę obcość, by dobrze ją oddać. Jeśli kolejna wtórna powieść próbuje robić to, ograniczając się do tak naprawdę samych ikon takich jak taksówki czy zatłoczony Times Square, no to nic dziwnego, że czytelnikowi może się zbierać na haft. Raz, że (również) w literaturze ta krowa została wydojona do końca, dwa: jej gruby zad zazwyczaj ma przykryć rzeczywisty brak zaangażowania w oddanie miejsca akcji.
To nie tak, że powieść osadzona w USA nie może mnie w ogóle zaintrygować – tylko że to wymagałoby wysiłku, wyjścia poza schemat i sięgnięcia po coś więcej niż żółte taksówki. Rada z treści oceny powyżej, aby pisać choćby o Pcimiu Dolnym odnosi się więc bezpośrednio do pisania o tym, co jest ci znane. Jeśli zdecydujesz się pisać o rodzimym podwórku, większa jest szansa, że unikniesz bzdurek technicznych, a znajome lokalizacje sprawią, że opisywane w opowiadaniu sceny zyskają nowe życie dzięki prostym smaczkom budującym wiarygodność.
Chociaż fakt, że pewnie jeszcze trudniej będzie ukryć srebrne lambo w szemranej dzielnicy… W Polsce prawie na pewno byłby to Kuba Wojewódzki z 2012 roku. Ze względu na lambo, nie dzielnicę.
Tym razem również chciałabym uniknąć wystawiania noty końcowej. Nie wzięłam pod lupę całego tekstu, jestem też prawie pewna, że dalej byłby on już nieco lepszy od tego, z czym zapoznałam się do tej pory. Poza tym era ocenkowych blogasków (i blogasków w ogóle) dawno minęła, dlatego obecnie chciałabym widzieć to bardziej jako feedback, który może nie będzie dla ciebie specjalnie przyjemny (mam bowiem sporo uwag i chwilami nie powstrzymuję się od sarkazmu, co pewnie nie jest zbyt miłe w odbiorze), ale doda skrzydeł (bo pisać potrafisz całkiem nieźle!) i wskaże, nad czym w mojej opinii musiałabyś jeszcze popracować (trochę tego jest, ale i potencjału nie brakuje).



0 Comments:
Prześlij komentarz