[214] ocena tekstu: Kroniki siedmiu kondygnacji





Autorka: Arashi
Tematyka: wojenna, LGBT, romans, dramat, średniowiecze, fantasy


Cześć, Arashi! Pozwól, że zaczniemy od przypomnienia, jak piszemy grupówki. Otóż całość przeczytamy wspólnie, ale skomentujemy w liczbie pojedynczej, natomiast w podsumowaniu wrócimy do mnogiej. Mamy nadzieję, że nasza praca pomoże ci rozwiać wątpliwości, o których wspominałaś w zgłoszeniu. Przejdźmy zatem do krótkiego komentarza na temat bloga.

Jeśli chodzi o wygląd, nie ma co się długo rozwodzić – przejrzystość i czytelność zostały zachowane; chociaż szablon nie należy do najnowocześniejszych, ma swój urok i podkreśla klimat opowiadania. Na twoim miejscu zastanowiłabym się jednak nad powiększeniem interlinii oraz choćby niewielkimi odstępami między akapitami. To sprawiłoby, że tekst nie wyglądałby jak zbita ściana. Do tego widok nieregularnych wcięć akapitowych, które robisz ze spacji, też nie porywa. Skorzystaj z kodu na wcięcia, znajdziesz go w tym wpisie: [Bez czego ani rusz? Podstawy podstaw]. Tam również dowiesz się, jaka jest różnica między myślnikiem a dywizem, bo zapis dialogów także co widać już na pierwszy rzut oka, najwyraźniej nie jest twoją mocną stroną.  


PODSTRONY

Mimo stosunkowo luźnego charakteru zakładek, pozwoliłam sobie także je przejrzeć pod względem poprawności, a zrobisz z tym, co zechcesz (jak i z całą resztą ;)). 

Autorka

Kocham wymyślać historię (...). – Zapewne chodziło ci o wiele historii, zatem: historie. 

Swoimi historiami pragnę przekazać fakty, o których zwykle staramy się nie myśleć na co dzień. – Sugeruję: przedstawić fakty lub przekazać informacje. W tak krótkim fragmencie dobrze byłoby też uniknąć powtórzenia słowa historia, tym bardziej że dość łatwo je czymś zastąpić (np. opowieścią).

Czy moje historie można nazwać dramatami? Myślę, że tak. Bardzo lubię ten gatunek, więc mogą równie dobrze do niego należeć. – Nie bardzo wiem, co masz na myśli. To zdanie brzmi trochę tak, jakby gatunek dzieła określały nie tyle cechy charakterystyczne dla tegoż gatunku, ale stosunek autora do niego. Gdyby to zdanie odwrócić, wyszłoby na to, że tekst można przyporządkować do dramatów tylko dlatego, że lubisz dramaty, a nie ponieważ, cóż, przedstawia historię o podłożu dramatycznym i zawiera w sobie cechy dramatu. Wydaje mi się, że zastosowałaś tutaj jakiś skrót myślowy, który może sprawiać, że czytelnik odbierze cię jakoś opacznie. 

Podstrona: Kroniki siedmiu kondygnacji

Nieestetycznie wygląda tu nagromadzenie bodajże trzech różnych krojów czcionek. 

We [W] wyniku zawartej pomiędzy Floressą, [przecinek zbędny] a Ligną przysięgi, świat zżerany jest przez płomienie wojny. Jak w tym już i tak brutalnym świecie poradzi sobie następca tronu Ligny, posiadający niebezpieczny dar? Czy doczeka się on kiedykolwiek ramion, które będą w stanie go objąć? Czy zdoła on zaprowadzić pokój we własnej ojczyźnie i ocalić przy tym miliony istnień? – Drugie on bym usunęła.

Podstrona: Myśli

Zbiór krótkich one--shotów zawierających moje przemyślenia na pewne zagadnienia. – One-shotów. 

Spis piosenek

Każda moja historia powstała z powodu jakiejś melodii, bądź piosenki. – Przed bądź nie stawiamy przecinka.
Przy okazji polecam ci gadżet pozwalający na stronie głównej w kolumnie lub w innym dowolnym miejscu na blogu umieścić playlistę Youtube. Instrukcję znajdziesz na przykład tutaj: [KLIK]. Efekt końcowy podejrzeć możesz na przykład na moim blogu [TUTAJ]. Na początku tak jak ty planowałam osobną zakładkę ze spisem podlinkowanych utworów, ale stwierdziłam, że dla potencjalnego słuchacza klikanie w każdą nutę osobno jest po prostu uciążliwe i może zredukować liczbę samych zainteresowanych. Tymczasem gadżet YT można włączać do czytania, wyłączać, jest pod ręką i nie trzeba (acz można) ręcznie uruchamiać żadnych linków. Jedyne, czego potrzebujesz, to playlisty stworzonej z panelu swojego konta na YT. 

Polecani autorzy

Poniżej zamieszczam listę autorów, którzy w jakiś szczególny sposób za pomocą swoich historii sprawili, że jestem tu[,] gdzie jestem.
Do tego na twoim miejscu przeniosłabym kropkę przed kończący wpis emotikon i między nimi postawiła spację. Chociaż wersja z kropką za emotką również jest poprawna, czasem może być myląca i wyglądać, jakby kropka należała do uśmiechu, a nie – pełniła funkcję kończącą zdanie. 

Kontakt

W razie jakikolwiek pytań proszę o pisanie na maila (...). – Jakichkolwiek. 

Spam

Nie wczytuje się ostatnia grafika, poza tym wszystko działa.
Chętnie przeczytam coś ciekawego we wolnym czasie ^_^ – w. O różnicy między w a we przeczytasz [TUTAJ]. Pamiętaj też o kropce zamykającej zdanie.


TREŚĆ

Prolog

Od lat krainy Ligna i Floresa żyły ze sobą w niezgodzie. // Do dziś nie wiadomo, czy spór dotyczył żyzności ziem, czy też wielkości wojska sąsiedniego królestwa. Krążyły plotki, że powodem było postawienie wielkiego muru, mającego oddzielić od siebie żyjące do tej pory w zgodzie krainy. – No to żyły ze sobą w zgodzie czy od lat żyły w niezgodzie? Do tego początek już wzbudza pewne wątpliwości – to dość naiwne, żeby o konflikcie zbrojnym mówić, że poszło o ziemię lub wojsko. Zwłaszcza jeśli mniejsza kraina miałaby burzyć się o wielkość wojska tej silniejszej. Przecież, będąc biedniejszą i słabszą krainą, to jak wsadzanie palca między drzwi i proszenie się o kuku.
Garść błędów interpunkcyjnych i powtórzeń:

Mieszkańcy[,] nie doczekawszy się odpowiedzi[,] zaczęli snuć na ten temat własne przypuszczenia.

Niektórzy myśleli, że królowie próbują w ten sposób owiać tajemnicą ich wzajemne ziemie, by żaden chłop żyjący na terenie jednej krainy [przecinek zbędny] nigdy nie dowiedział się, jak wygląda sytuacja tej drugiej. 

Ponoć pokrywały je niesamowite odmiany licznych gatunków kwiatów, [przecinek zbędny] czy różanych krzewów, a liczne łąki przecinały przeraźliwie długie strumyki, wyglądające jak delikatne, atłasowe wstęgi.

Mówiło się, że król Ligny[,] wyrażając zgodę na budowę muru, nie chciał pokazać swoim mieszkańcom piękna krainy kwiatów i przyznać tym samym, że jest ona znacznie urodziwsza niż Ligna, o której krążyły straszne plotki. 

Według chłopskich opowiastek król Flores zgodził się na budowę muru z powodu strachu, który ogarniał go za każdym razem, gdy spoglądał w mroczne korony drzew, będące tak blisko jego spokojnych, usianych kwiatami ziem. 

Sprawa zapewne nie stałaby się tak poważna, gdyby jej głównym poszkodowanym nie byłoby dziecko. Było.

Pech jednak chciał, że mały szkrab zamieszkujący ziemie Floresy, wszedł do lasu oddzielającego jego krainę z wrogą dla niego Ligną. – Jeżeli koniecznie chcesz użyć wtrącenia, przecinek powinien znaleźć się także przed zamieszkujący, ale równie dobrze zdanie może obejść się bez żadnego.

Zapytacie zapewne[,] jaki związek to wydarzenie miało z pogorszeniem się relacji obywateli królestw? – Jedynie przytaczasz pytanie, więc na końcu zdania oznajmującego powinna znaleźć się kropka, a nie znak zapytania.

Władcy królestw z początku starali się jej zapobiec, lecz widząc nastawienie swoich poddanych, szybko zrezygnowali z tego pomysłu. Rozpoczęli przygotowania do największej wojny w dziejach. Szybkie zbieranie zapasów, wykłuwanie zbroi i broni (...). – Wykuwanie. 

Bitwa zebrałaby zapewne bardzo duże żniwa, gdyby nie przedziwny fakt. Obie królowe niemal równocześnie zaszły w ciążę w trakcie tych przerażających wydarzeń... – Drugie zdanie urwałabym na: w ciążę, wzmocniłoby to napięcie. Piszesz wcześniej, że bitwa zebrałaby żniwa, gdyby nie pewien fakt, logiczne więc, że królowe zaszły ledwo przed starciem. Podkreślenie nic już nie wnosi, a sam przyimek przerażający to ekspozycja, którą lepiej byłoby pokazać faktycznymi przerażającymi obrazami (nie wiem, dajmy na to szczęk mieczy, łomotanina w czasie walki, rozlew krwi). Tego mi trochę tu brakuje – emocji związanych ze starciem. Sam przyimek ich nie wywoła, to tylko suche zapewnienie, że: tak, czytelniku, ta bitwa była bardzo, bardzo straszna.  

By ich powstrzymać[,] królowie Flores i Ligny zawarli pakt.

Prolog jest krótki, ale bogaty w treść. Doskonale spełnia się jako zapowiedź przyszłych wydarzeń, gdyż nie zdradza za wiele, jednocześnie odpowiednio ukierunkowując. Udało ci się stworzyć wręcz baśniowy klimat, a przyjęta konwencja usprawiedliwia ogólną ekspozycję czy mocno naciągany (można powiedzieć, że symboliczny) powód rozpoczęcia wojny między królestwami. Jednak samo wspomnienie bitwy emocji nie wywołuje; mogłoby być inaczej, gdybyś przytoczyła choć szczątkowo to, co działo się na placu boju. Ze dwa – trzy zdania zastępujące słowo przerażający jakimś konkretnym, brutalnym obrazem zrobiłyby swoją robotę.
Technicznie za to jest w porządku. Kilka zjedzonych przecinków czy drobne powtórzenia nie wpływają mocno niekorzystnie na odbiór tekstu. Dobrze byłoby, gdybyś zapoznała się z tym artykułem, zwłaszcza z drugim podpunktem, bo widzę, że interpunkcja związana z imiesłowami to na razie dla ciebie czarna magia. Poza tym zdarza ci się mnożyć zaimki dzierżawcze, niepotrzebnie dopowiadając oczywistości – kwestia wprawy, więc na spokojnie można to ogarnąć. Pomaga chociażby czytanie tekstu na głos – łatwiej wyłapuje się wtedy powtórzenia, a także sprawdza, czy zdanie po pozbyciu się zaimka zachowuje sens.

Rozdział 1

Niestety rozpoczynasz od kolejnego streszczenia – im ich więcej, tym gorzej dla tekstu, gdyż nie dajesz scenom mówić za siebie, a osobie czytającej tekst narzucasz, jak ma go odbierać. Zabierasz tym samym przestrzeń i ograniczasz pole do interpretacji, co studzi początkowy zapał. Prolog wywiązał się ze swojej funkcji – wprowadził w klimat oraz przedstawił początki konfliktu, który prawdopodobnie wiąże się z zapowiadaną akcją. Dlaczego więc dalej brniesz w tłumaczenia i wciąż rozwodzisz się nad tym, co było wcześniej? Zastanów się, czy osoba czytająca rzeczywiście musi to wszystko wiedzieć tu i teraz, czy może lepiej dawkować informacje, subtelnie przemycać je w tekście, np. w dialogach lub retrospekcjami, które pojawią się w sprytnie wybranych momentach linii czasowej fabuły. Niekiedy lepiej wszystkiego nie zdradzać, tylko stopniowo odkrywać zasady rządzące światem przedstawionym. Mieszkańcom królestwa doskwiera głód? Pomyśl, jaka scena mogłaby przykuwać uwagę, skłaniać do rozważań. W końcu nie tak trudno powiązać sytuację biedoty z panującą wojną. Odkrywanie zależności sprawia więcej frajdy niż czytanie o nich, tym bardziej że nadmiar sucho podanych informacji bywa przytłaczający. Nie chodzi przecież o zamęczenie osoby czytającej. To nie wyścigi. 
Wrażenie psuje też fakt, że używasz bardzo podobnych sformułowań, które pojawiły się już w prologu. Tam pisałaś: Jeśli dzieci nie będą różnych płci, nie dojdzie do ślubu, a ich krainy na zawsze pogrążą się w chaosie. Tymczasem tutaj, już na samym początku notki czytam, że: Niektórych nieszczęśników nie było stać nawet na żywność, której i tak nie było zbyt wiele w pogrążonych chaosem państwach. Tak naprawdę między zakończeniem prologu a otwarciem pierwszego rozdziału minęła, nie wiem, może minuta. Za dobrze pamiętam, co czytam, by takich niuansów nie zauważyć. Pomyśl nad urozmaiceniami w postaci mniej sztampowych wyrażeń, których każdy z nas nie słyszał po tysiąc razy.

Od osiemnastu lat nie było ani jednego dnia, w ciągu którego z jej powodu nie odeszłoby choć jedno niewinne istnienie. – Nie wygląda mi to na celowe powtórzenie. Takie głupotki z łatwością wyłapałabyś, czytając rozdział na głos, o czym już wspominałam, lub chociażby dając tekstowi odleżeć przed uważnym sprawdzeniem i publikacją.

Nie bardzo rozumiem, jakim cudem doszło do tej wojny. Bo na razie wygląda, że bo tak. O ile prolog sprawiał wrażenie może czegoś troszkę naiwnego, ale zamierzonego, o tyle im dalej to się ciągnie, tym więcej problemów, żeby tę historię wziąć na serio. No bo spójrz: mieszkańcy żyli w zgodzie, ale nagle stwierdzili, że zaczną się wybijać, bo w sumie czemu nie...? A nawet jeśli, to czemu królowie nie reagowali? Abstrahując już od pomysłu politycznego mariażu, po prostu przyglądali się wojenkom na granicach, które przeradzały się w całkowity chaos i niech się tam wyżynają, na zdrowie? Co to za władcy, którzy pozwalają swoim poddanym na robienie, co się im żywnie podoba, a w tym wypadku wywoływanie wojny między dwoma państwami...
Mam jeszcze jedno pytanie, które od razu nasunęło mi się na myśl: czemu tak właściwie królowie nie mogli spłodzić drugich potomków z nadzieją, że któremuś królestwu trafi się dziewczynka? Poza tym królewskie mariaże niekoniecznie polegały na ożenku z kimś o tym samym statusie społecznym. Czasem książę brał za żonę szlachciankę, niekoniecznie księżniczkę. Zdarzali się również bękarci, którym, gdy król nie miał innych potomków, często przyznawano prawa szlacheckie i należne tytuły. Wszystko to, oczywiście, będzie zależeć od polityki prowadzonej w TwojejWymyślonejKrainie™, dlatego warto tę politykę odpowiednio nakreślić. Świetnie sprawdziłaby się do tego scena – retrospekcja jakiegoś posiedzenia rady krainy lub coś w tym stylu. Bo nie chodzi mi też o to, abyś kolejne informacje tylko streszczała lub eksponowała fakty.

Mieszkańcy umierali nie tylko na skutek bratobójczej walki, ale i niewystarczających zasobów, nieprzygotowanej na taką sytuacje Ligny. – Ostatni przecinek jest zbędny. Czytając powyższe zdanie, zrobiłabyś w tym miejscu pauzę? W [tym] artykule znajdziesz, kiedy warto zadbać o oddech osoby czytającej, a kiedy przez nadmiar przecinków tylko zabija się dynamikę. Wróćmy jednak do fabuły.
Może to brutalne, ale… szkoda, że nie widzę, jak ktoś faktycznie umiera z głodu, wycieńczenia czy też na polu bitwy. Obecnie czytam, lecz nic nie czuję. Nie przejmuję się wojną, nie umiem jej sobie nawet wyobrazić, tak jak i nie wyobrażam sobie miejsca, w którym pozornie dzieje się akcja. Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, jak trudne byłoby rozpoczęcie historii konkretną sceną, jednak jestem pewna, że byłoby to na tyle mocne, że przyciągnęłoby uwagę lepiej niż ogólnikowe zarysowanie tła trwające kilka akapitów. Obecnie nie czuję, że czytam coś innego niż prolog. Właściwie te akapity mogłabyś do niego włączyć i nie byłoby różnicy. 
Edit: Ach, okej, nieco dalej zręcznie przechodzisz do narracji pierwszoosobowej. Okazuje się, że te wstępne akapity to wspomnienie. Z jednej strony zaskoczyłaś mnie takim obrotem spraw, z drugiej – nadal wolałabym czuć emocje, gdy piszesz o strasznej wojnie i jej konsekwencjach. Nie lepiej byłoby więc oddać oczami bohatera sytuację dookoła niego, to, z czym się mierzy? Przy tym dozować informacje o głodzie i innych efektach wojny, zamiast je streszczać? W narracji pierwszoosobowej też dałoby się to ugrać. Uważam, że świetnym zabiegiem byłoby pokazanie, jak książę żyje w swojej bańce do czasu, aż zobaczy ten głód i nędzę na własne oczy, a wraz z nim zobaczy to czytelnik. I w tym momencie jeden i drugi zorientują się, jak poważna jest sprawa.

To państwo skazywało ich na śmierć. Wszyscy o tym wiedzieli. Jedynym faktem, który pomijano podczas oskarżania władz, był pech, jaki ogarnął królestwo podczas narodzin ich syna. – Faktem był pech, a nie pomijanie argumentu o nieszczęśliwym wypadku? To znaczy… no dziwnie to brzmi, biorąc pod uwagę, że fakt to pojęcie odnoszące się do jakiegoś zaistniałego stanu rzeczy, do zdarzenia, które miało miejsce i swoje przyczyny, natomiast pech to pojęcie oznaczające zdarzenie tej przyczyny pozbawione. A to się poniekąd wyklucza. 
Znów brzmi to tak, jakbyś zastosowała jakiś skrót myślowy. Coś w stylu: Podczas oskarżania władz jedynym faktem było pomijanie argumentu o pechowym przyjściu na świat królewskiego syna. Choć i to w narracji pierwszoosobowej młodego księcia wydaje się dość pokrętne. 

Wszyscy na to liczyli. Kiedy jednak dowiedziano się, że Floresa doczekała się męskiego potomka[,] ich światopogląd diametralnie uległ zmianie. – Raz zapisujesz tę nazwę przez jedno s, a czasem dublujesz literkę.
Nie rozumiem, dlaczego w pierwszej części drugiego zdania zrezygnowałaś z osobowej formy czasownika. Śmiało możesz kontynuować pisanie o nich (dowiedzieli się). Od razu będzie zgrabniej. Poza tym nie jestem pewna, co miałaś na myśli, kończąc to zdanie. Ich światopogląd diametralnie uległ zmianie? To znaczy jaki światopogląd? Pragnięto potomkini króla, aby uniknąć wojny dzięki małżeństwu dzieci zwaśnionych królestw, ale urodził się chłopiec, który pokrzyżował te plany. Nie wspominasz nawet nic o tym, że na przykład poddani cieszyli się na wieść o ciąży królowej, mieli duże nadzieje w związku z rozejmem czy coś w stylu, że dziewięć miesięcy żyli nadzieją. Jedynie że liczyli na dziewczynkę, co przy danym ultimatum jest oczywiste. Gdzie w tym światopogląd?

Sami mieszkańcy nie byli na początku źliWręcz przeciwnie – pragnęli wojny. Liczyli, że wygrywanie walk przez ich królestwo zapewni im większe korzyści majątkowe oraz zapewni stały byt ich potomkom. – Po pierwsze, wybrałaś raczej kiepskie określenie. Przynajmniej ja na początku zrozumiałam je jako antonim od dobrzy – a potem rozpętali wojnę. Biorąc pod uwagę inny kontekst, lepiej sprawdziłoby się chociażby przeciwni. Albo wzburzeni. Po drugie, kolejne zdanie rodzi kolejną sprzeczność. Spójrz na zdanie wyżej: ich światopogląd diametralnie uległ zmianie (na dodatek podkreślasz, że ich = wszystkich). Mówi ono samo za siebie, a chwilę później piszesz, że mieszkańcy miasta tak właściwie to na początku cieszyli się z wybuchu wojny, myśląc o możliwych korzyściach dla królestwa. Konsekwentniej.

Mamy pierwsze wypowiedzi postaci i kolejne schody. Nieprawidłowo zapisujesz dialogi, używając do tego dywizów (-), zamiast półpauz (–) bądź ewentualnie pauz (—). Możesz o tym przeczytać w wyżej już linkowanym artykule, ale tu wspomnę o tym raz jeszcze. Dywiz nie pełni tej samej funkcji co myślnik. Mogłabyś go użyć np. w połączeniu wielowyrazowym biało-czerwona flaga (i zobacz, nie używa się wtedy spacji). Jeśli mowa o półpauzach, najprościej zapisywać je za pomocą kombinacji: lewy alt + 0150 (klawiatura numeryczna). Znasz już zasady, więc pozwól, że w dalszej części będę ignorować tę kwestię. Wiedz jednak, że problemy z czymś tak podstawowym jak zapis dialogów zaburzają odbiór tekstu i stawiają cię w złym świetle, co może zniechęcać osobę wstępnie zainteresowaną twoim opowiadaniem. 

(...) wyszeptałem, spacerując po jednej z uboższych części stolicy państwa. Podupadłe budynki, dziurawe drogi oraz puste stragany, na których za czasów pokoju znajdowały się rozmaite owoce, warzywa, mięso i ryby. Teraz można było tu spotkać samych włóczęgów nieposiadających chociażby własnego domu. Nikt z mieszczan czy chłopów nie wiedział, jak wygląda z początku sławiony (a obecnie przeklinany) książęcy syn. Tego powodu mogłem swobodnie poruszać się po państwie, bez obawy o zdemaskowanie, czy też możliwy napad na moją osobę. Ciekawe[,] jak ludzie zareagowaliby na moją obecność? Spróbowaliby mnie najpierw przebić mieczem, [przecinek zbędny] czy spalić na stosie? – Im dalej w las, tym więcej drzew Tłumaczysz jak krowie na rowie coś doskonale widocznego. Zniszczone budynki i opustoszała okolica? Łatwo domyślić się, że nie jest to najbogatsza czy najpopularniejsza dzielnica miasta. O biedzie też już pisałaś… właśnie: pisałaś o niej, a zamiast się zrehabilitować i dla odmiany tę biedę pokazać, znów zrobiłaś to samo, czyli połasiłaś się na ekspozycję. Przed zdaniem rozpoczynającym się od tego masz podwójną spację. Poza tym zjadłaś tam z, bo domyślam się, że chodziło ci o: z tego. 
Czy muszę jeszcze dodawać, że totalne ignorowanie księcia spacerującego sobie ot tak po ulicy jest wystarczająco wymowne i nie trzeba tego objaśniać (a już zwłaszcza po prologu)? Za to dobrym pomysłem było wplecenie pytań retorycznych, które kończą ten akapit. Wypadają naturalnie i obrazują myśli bohatera, którego ogarnia pesymizm i zmęczenie. Idziesz w dobrym kierunku.

- Dobry panie – wyszeptała mała dziewczynka w obdartej sukience, która nagle pojawiła się przede mną. – Nie lepiej: (...) wyszeptała mała dziewczynka, która nagle pojawiła się przede mną w obdartej sukience? Z twojej wersji z ustawienia podmiotów wynika, że przed księciem pojawiła się obdarta sukienka, nie dziewczynka.

Dziecko wyglądało na bardzo przestraszone[,] jakby obawiając się, że zostanie zrugana za słowa, które za chwilę wypowie[.] – Obawiało i zrugane (bo to dziecko, już nie ta dziewczynka). Wyglądało na przestraszone? To znaczy? Dziewczynka się trzęsła, błądziła wzrokiem, uważnie dobierała słowa? Skup się na konkretach, czyli na objawach, w tym wypadku rzekomego strachu. Bo pisanie, że ktoś czuł się tak i siak… to takie nic. Ani się wczuć, ani uwierzyć. Bo czy w końcu nie o to chodzi w czytaniu opowiadań? O przeżywanie historii razem z postaciami? Na razie tego nie umożliwiasz, a szkoda.

(...) zadrżał jej głos, kiedy wycierała łzy napływające do jej oczu (...). – Oto i przykład zbędnego dopowiedzenia. Wiadomo przecież, że oczy były jej, więc spokojnie można pozbyć się powtórzenia i zdanie nic na tym nie straci. Warto dbać o płynność, a nie tak szastać, czym popadnie.

W tych akapitach pełnych zdań złożonych brakuje mi różnorodności. Większość zdań jest złożona wielokrotnie; widać, że lubisz zaimek który. Czyta się dość monotonnie, tak spokojnie, trochę sztywno. Spójrz chociażby na ten fragment: 
Tylu ludzi zginęło w bitwach, by obronić swój kraj, pozostawiając w ręce państwa swoje rodziny. które tak bardzo chcieli chronić. To państwo powinno się nimi opiekować. Nie mieliśmy jednak wystarczających środków, by im pomóc. Pomimo wszelkich starań ze strony rządu, czy nawet samego króla nie mogliśmy czegokolwiek osiągnąć na tym polu. Jedynym znaczącym postępem w tej dziedzinie było otwarcie domu dziecka na obrzeżach stolicy. – Wspominasz rzeczy straszne, w dodatku teraz już wiem, że prowadzisz narrację pierwszoosobową. Te wszystkie myśli, które rodzą się w głowie bohatera, są bardzo zrównoważone, jakby bohater był okropnie obiektywnym gościem mówiącym formalistycznie o tym, jak jest, ale to wszystko. Brakuje mi reakcji księcia. Jakichkolwiek. To zbrodnia w narracji pierwszoosobowej, która otwiera tyle perspektyw – aż żal nie skorzystać! Próbujesz oddać istotę opisywanego wydarzenia, ale trudno to zrobić za pomocą beznamiętnej relacji głównego uczestnika. Bohater chodzi po mieście, coś tam niby obserwuje i porównuje współczesne miasto z tym sprzed konfliktu (którego przecież nie mógł widzieć, skoro sam jako noworodek był pośrednią przyczyną wybuchu wojny). Niby pojawiają się jakieś tam przemyślenia, widać pewną wrażliwość społeczną księcia oraz zainteresowanie losami ludu, ale przy takiej porcji ekspozycji jest to mało zjadliwe. Wciąż porażającą część tekstu stanowią streszczenia i suche tłumaczenie, co spłyca główny wątek dramatyczny i nie pozwala wczuć się w klimat opowiadania. 
Z jednej strony trudno mówić o tym, że to wszystko ekspozycja, bo mamy jedno głodne, biedne dziecko, które zaczepia księcia, z drugiej – to nadal za mało, by było mi smutno, a co dopiero by poraziła mnie tragiczna rzeczywistość krainy. Jeszcze żeby to spotkanie trwało i było płynne w całości, a nie w połowie przerwane sporym akapitem opisu sytuacji politycznej… 
Wróćmy jeszcze do poprzedniego cytatu, bo mamy tam babol techniczny:

Tylu ludzi zginęło w bitwach, by obronić swój kraj, pozostawiając w ręce państwa swoje rodziny. które tak bardzo chcieli chronić. To państwo powinno się nimi opiekować. – Pozostawiając (w czym?) w rękach. W miejsce przecinka przed które wkradła ci się kropka.

Zauważ też, jak myśli księcia są mocno zdystansowane. Piszesz w jego imieniu tak: Jedynym faktem, który pomijano podczas oskarżania władz (...). Liczyli, że wygrywanie walk przez ich królestwo zapewni im większe korzyści (...). Pomimo wszelkich starań ze strony rządu, czy nawet samego króla nie mogliśmy czegokolwiek osiągnąć (...). 
A przecież jakby nie było, to książę – należy do rodziny królewskiej. Czy więc ich królestwo nie jest też przypadkiem… jego własnym królestwem? I dalej: to państwo? Rząd? Sam król? A nie przypadkiem ojciec czy chociażby przedstawiciele rządowi, których bohater zna z imienia, nazwiska, odpowiedzialni za konkretne instytucje gospodarcze? Na pewno nieraz pojawiali się na dworze, bohater na pewno ich zna, wie, jak działa rząd, o którym tyle mówi. A jednocześnie czuję się tak, jakbym czytała relację kogoś, kto dopiero przyjechał do krainy, przeszedł się ze trzy razy jej ulicami i określił, że no, w sumie jest słabo, ktoś tam za to odpowiada. To dość bezpieczne i jednocześnie wygodne dla ciebie – autorki – lanie wody. Jakbyś nie musiała za bardzo wnikać w zbudowaną historię. Ale przecież bohaterem jest książę, a nie pierwszy lepszy mieszczanin czy turysta. 

Nie mieliśmy jednak wystarczających środków, by im pomóc. Pomimo wszelkich starań ze strony rządu, [przecinek zbędny] czy nawet samego króla nie mogliśmy czegokolwiek osiągnąć na tym polu. Jedynym znaczącym postępem w tej dziedzinie było otwarcie domu dziecka na obrzeżach stolicy. Niestety liczba sierot pojawiających się u bram ośrodka okazała się miażdżąca. Z tego powodu zaczęliśmy pomagać innym[,] jak tylko potrafiliśmy. Szkoda, że jesteśmy zbyt niekompetentni, by uchronić wszystkich od śmierci. – Nie mów, pokazuj. Dlaczego ekspozycja jest taka zła? Myślę, że ten artykuł pozwoli ci to zrozumieć. Znajdziesz w nim także więcej przykładów oraz wskazówek, które pomogą ci unikać tego błędu narracyjnego. Zobacz, opowiadanie od samego początku krąży wokół istotnych kwestii, a także zawiera mnóstwo szczegółów, jednak nie sposób tego poczuć oraz zrozumieć. Kroniki siedmiu kondygnacji na wielu płaszczyznach przypominają sprawozdanie. Nie sądzę, że marzyłaś akurat o takim efekcie. Poza tym w ostatnim zdaniu zapomniałaś o jedności czasu. Skoro zdecydowałaś się na czas przeszły, to się go trzymaj. To absolutna podstawa, jeżeli celowo nie eksperymentujesz w tym zakresie.
Książę na pewno jest odpowiednio wykształcony, by opisywać rzeczywistość ładnymi słowami, okrągłymi zdaniami. Ale czy na pewno robiłby to aż tak ą-ę? Jedyny postęp w tej dziedzinie brzmi naprawdę sztywno. Jednocześnie łączysz ze sobą myśli bohatera zdanie po zdaniu dość łopatologicznie, nie piszesz, na przykład: Nie mieliśmy środków, by im pomóc. Ale za to otworzyliśmy dom dziecka na obrzeżach *tu nazwa własna miasta, w którym mieszka bohater*. Nie, bohater składa myśli ładne i składne, jakby właśnie stał na wiecu wyborczym i czytał z kartki, a nie jakby siedział w swojej głowie.  

Po krótkiej chwili wpatrywania się w blondynkę, wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni, swojego długiego aż do ziemi płaszcza, sakiewkę pełną liginów. – Określanie postaci za pomocą koloru włosów rzadko jest dobrym pomysłem. Tym bardziej taki synonim wypada nienaturalnie, wręcz groteskowo, w narracji pierwszoosobowej, gdy bohater wskazuje na… wybiedzone dziecko. Mogłabyś także przystopować z nadużywaniem wtrąceń. Ciężko to się czyta. Powyższe zdanie obeszłoby się bez żadnego przecinka. Spróbuj zapisać je w takiej formie i przeczytać. Od razu lżej, co?
Mam wrażenie, że piszesz w stylu: byle naraz, byle więcej informacji przepchnąć do fabuły. Dwa różne określenia dwóch różnych postaci w jednym zdaniu, gdy do tego dochodzą jeszcze dwie czynności to dużo, robi się niezgrabnie. Można to też podzielić; o kolorze włosów bohaterki napisać wcześniej, o płaszczu tu lub też gdzieś wcześniej, na przykład już w czasie spaceru – że książę zamiatał nim brudną ziemię… czy coś tam. 
Ewentualnie wytnij zaimek swój i kilka innych zapychaczy. Sklej coś w stylu: Chwilę wpatrywałem się w lichą blondyneczkę, aż wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni długiego do ziemi płaszcza sakiewkę pełną liginów. – Nawet ta blondyneczka by wtedy przeszła; książę podkreśliłby tym zwrotem chociażby to, że faktycznie była mała i jest jej go żal z powodu ubóstwa, jej chudości czy co tam sobie wymyślisz. Blondynka niewątpliwie kojarzy się z nastolatką albo i jeszcze starszą dziewczyną. 
Widzisz, jak wiele jest możliwości, by upłynnić tekst?

Zastanawia mnie teraz ten płaszcz księcia. Piszesz o wojnie, ubóstwie i głodzie oraz tym, że nikt nie wie, że bohater jest synem króla. Ale jednocześnie paraduje on wśród nędzników po ulicy, i to w długim płaszczu i w rękawiczkach, a przecież materiały są drogie. Chłopak rzuca się w oczy; mieszkańcy na pewno zapamiętali, że ktoś bardziej majętny przebywa w mieście, ale jednocześnie nie pracuje w nim, nie ma swojego zakładu ani nie jest znanym arystokratą, dalej też piszesz, że bohater regularnie para się rozdawnictwem. Na dobrą sprawę raz czy dwa wystarczyłoby go śledzić, by zobaczyć, że wychodzi do miasta lub wraca z niego do królewskiego zamku. A to mogłoby już rodzić pewne plotki. Tym bardziej, że dawniej miasta były zdecydowanie mniejsze niż obecnie, więc wieść szybko się rozchodziła. Poza tym w czasach napiętych nastrojów biedota chętniej obrzuca kamieniami bogatszych ludzi, zazdroszcząc im zamożności, oskarżając o kradzieże czy dorobienie się majątku w jakiś szemrany sposób. W tym przypadku mieszkańcy miasta mogliby przecież pomyśleć, że może nawet to nie książę, ale może jednak ktoś bliski królowi, który na tę wyniszczającą wojnę pozwolił?

Zawsze, kiedy wychodziłem z zamku[,] zabierałem co najmniej trzy takie torebeczki, by choć w ten sposób wspomóc swych poddanych. – Jeżeli zgłębiłaś już zagadnienie ekspozycji, zapewne domyślasz się, że zamiast rzucać na prawo i lewo wszelkimi zawsze, powinnaś daną powtarzalność ukazywać, by osoba czytająca sama dodała dwa do dwóch. Niby książę okazuje dobre serce, ale trudno nawiązać z tym bohaterem więź, kiedy czuje się niedobór pełnoprawnych scen. Powinno się po prostu dziać, a nie być relacjonowane, co działo się wcześniej, teraz i dlaczego. To raz.
Dwa: czy to nie jest przesadą, by regularnie rozdawać sakiewki srebra ubogim (jak się dalej dowiaduję) na chleb? Rozumiem monetę, dwie, trzy. Ale w sakiewce na pewno mieści się tych monet znacznie więcej. Na dobrą sprawę biednym ludziom inni biedni ludzie na straganach nawet nie będą mieli jak wydać reszty.  
Trzy: jeżeli bohater robi tak regularnie od dłuższego czasu, i to w swoim nietypowym dla biednej ludności stroju, pewnie już jest znany na ulicy. Nikt go nie oblega, nie wypatruje z daleka? Nie rozpoznaje w nim pana z sakiewką?
Cztery: mam też nadzieję, że książę w dalszej części fabuły przekona się, że rozdawnictwo zamkowego srebra nie jest ani trochę efektywne, do tego naraża państwo na straty, zmniejszając środki, które mogłyby być przeznaczone na przykład na dofinansowanie artykułów spożywczych czy ogólnie rolnictwa. To jak dawać społeczeństwu rybę, zamiast wędki, ot, nazwijmy to takim ówczesnym 500+ dla szczęściarzy, którzy akurat przechodzą obok. Jednostki może i będą zadowolone, ale cały pozostały lud może jeszcze bardziej przez księcia cierpieć, bo co niektórzy szczęśliwcy nauczą się wygodnictwa, tymczasem stan skarbca na inne wydatki nie jest z gumy.
I wreszcie po piąte: skoro w kraju panowała taka bieda, to nawet jeśli jeśli ludzie dostaną od księcia pieniądze, co z tego, jeśli nie będzie towaru, który mogliby za nie kupić? Jeśli rolnik z pobliskiej wsi też będzie biedny, to nie będzie go stać na zakup ziarna do obsiania pola. Nie będzie więc zboża, z którego nie zrobi się mąki. Nawet jakby było zboże, być może młyn nie miałby pieniędzy na jej kupno. A gdy nie będzie mąki, to nie dostanie jej też piekarz. A nawet jeśli mąka jakimś cudem by była, to nadal piekarz nie będzie miał środków na jej zakup, więc i tak nie upiecze chleba, który mógłby sprzedać w mieście. Lub upiecze go mniej i sprzeda za większą sumę. Albo upiecze go dla siebie i rodziny, dopiero potem pomyśli o dorobku. Kiedy zaczyna brakować żywności, to wcale nie pieniądz jest najlepszą walutą. To jest system naczyń połączonych i w przypadku konstrukcji własnego świata jako autorka musisz myśleć nie tylko o tym, co jest tu i teraz, ale również o tym, co dzieje się za kulisami.


Proszę się nie obrażać – to je mem. Paździoch podobnie mówi w oryginale. Ale serio, warto się pochylić nad inflacją i może zamiast wypychać księciu kabzy srebrem, to jednak bułkami z masłem.
Albo chlebem.

W dalszej części tekstu dowiaduję się, że służba pracująca na zamku wróciła do swoich rodzin, do miasta, więc też nie bardzo ma jak zarabiać pieniądze, bo straciła pracę. Dodatkowo ci wszyscy służący znający księcia mogą rozpowiadać o nim różne rzeczy – wcale by mnie to nie zdziwiło. Jednak u ciebie cała fabuła cudownie trzyma się planu – książę robi wszystko, by być rozpoznanym, ale nikt go nie rozpoznaje. Znając już dalszą treść tego rozdziału, wiem, że to nie jedyny imperatyw narracyjny, z którym się tu mierzę. 

Masz[,] kochanie (...). – Przed wołaczem stawiamy przecinki. Łatwo to zapamiętać, znalazłszy różnicę między jedźcie dzieci a jedźcie, dzieci.

(...) powiedziałem, wręczając jej torebkę dłonią przyobleczoną w długą aż do łokcia, skórzaną rękawicę (...). – I znów nadmiarem zbędnych szczegółów jedynie wprowadzasz zamieszanie.

Wcześniej myślałam, że kilka brakujących kropek to efekt nieuwagi, ale nadmiar podobnych błędów skłania mnie do zasugerowania ci zapoznania się z zasadami interpunkcji dialogowej. Znajdziesz je [tutaj]

Wokół jest bardzo dużo osób, których chciałoby zdobyć te pieniądze. Które chciałyby.

Dziewczynka spojrzała na mnie zszokowana. Najwyraźniej nie spodziewała się, że otrzyma środki na chleb, a tymczasem trafiła jej się cała sakiewka srebrnych monet. Szybko padła na kolana, dziękując przez łzy. Pogłaskawszy małą po włosach, ruszyłem dalej. – Emocje jak na grzybobraniu. Ograniczasz się do mechanicznego wymieniania kolejnych czynności. Próbujesz oddać wrażliwość księcia, ale nie sposób w nią uwierzyć, gdy w narracji z perspektywy akurat tej postaci brakuje chociażby szczątkowych emocji. Poza tym zdarza ci się gubić podmioty. Padła odruchowo łączymy z ostatnim rzeczownikiem w zgodnym rodzaju (tu: sakiewka). Można domyśleć się, że chodzi o dziewczynkę, ale zdanie pozostaje źle skonstruowane.

Nie lubiłem długo zostawać przy osobach, którym pomagałem. Odczuwały one zbyt dużą wdzięczność, tymczasem danie im pieniędzy było moim obowiązkiem jako pechowego księcia Ligny. – Na księciu ciąży duża odpowiedzialność, a on sam ma poczucie winy, co mogłoby być ciekawie rozwinięte, szkoda więc, że piszesz o tym wprost, czym zabijasz potencjał wątku dramatycznego. Wspominałaś na podstronie, że lubisz pisać dramaty, więc dobrze by było, gdyby ten dramat faktycznie w tym opowiadaniu był pokazany, a nie tylko przytoczony opisem lub sugestią. 

Skręciwszy w kierunku otaczającego muru bramy, szybkim krokiem ruszyłem do zamku, gdzie miałem porozmawiać ze swoim ojcem na temat taktyki, jaką zamierzała obrać Ligna w nadchodzących latach. Muru otaczającego bramę? Bramy otaczającego muru? Jeżeli koniecznie chcesz w tym momencie zdradzić temat przyszłej rozmowy, lepiej skup się na luźnych myślach księcia. Niech zastanawia się, co powiedzieć, niech się stresuje albo ekscytuje i tym podobne. Czasami mam wrażenie, że zapominasz o tym, że zdecydowałaś się na narrację pierwszoosobową. Nie mówiąc już o tym, że nie wiem, skąd ten wybór, skoro i tak nie korzystasz z tego, co oferuje. Może jednak za kilka notek zaskoczysz.

Kolejne zdania to, niestety, następne streszczenia. Sprawiają, że zaczynam się nudzić, mimo że już dawno powinnaś przejść do akcji właściwej i dać osobie czytającej więcej przestrzeni. Wciąż tylko rzucasz wiele okrągłych słówek, do tego używasz też strony biernej i czasowników bezosobowych, które bardziej szkodzą, niż jest z nich jakiś pożytek, na przykład: Nie sądzono, że spór zakończy się zbyt szybko. Liczono raczej, że uda się skończyć walki (...).  W gruncie rzeczy niewiele z tego wynika.
Pisałam ci już, że opowiadanie wygląda jak napisane przez kogoś, kto właśnie przedstawia analizę działań obecnej partii rządzącej? No właśnie. Strona bierna kojarzy się z suchym zrzucaniem odpowiedzialności; nic dziwnego, bo przecież: używa się jej wtedy, kiedy chce się podkreślić, że dana czynność jest wykonywana na podmiocie, który zachowuje się biernie [źródło]. Często używają jej w wypowiedziach właśnie politycy, ot, coś zostało zrobione, a coś nie zostało. Ale czyja to zasługa lub wina, kto za to odpowiada? Bohater to wie, bo przez lata uczestniczy w tym życiu, nawet teraz idzie właśnie porozmawiać o tej sytuacji z ojcem. Ale jednocześnie rzuca samymi ogólnikami. Mówi, że: Miałem nadzieję, że choćby ten cel uda się osiągnąć. Tak bardzo pragnąłem ujrzeć na własne oczy, jak wygląda pokój. – To za mało. Kto osiąga pokój? Jak miałby to zrobić? Piszesz tak, że mam wrażenie, że niby coś wiem, ale w sumie to nie wiem nic. Bardzo bezpiecznie, bo obiektywnie, z daleka, nieangażująco. 

Liczono raczej, że uda się skończyć walki[,] nim zdążę odejść z tego świata. – A tam nie powinno być przypadkiem: nie uda?

Nagle poczułem czyjś wzrok na swoich plecach. – Przez podobne dopowiedzenia jedynie gubisz płynność. Wiadomo, czyje były te plecy, więc nie ma co się tak rozwodzić. 

Mocny wiatr, który otoczył moje ciało[,] spowodował u mnie silne, nieprzyjemne uczucie.

- Książę Aleksandrze[.]ukłonił się przede mną strażnik, kiedy dotarłem na zamkowy dziedziniec. Ukłonił się nie dotyczy bezpośrednio wypowiedzi, więc powinna się ona zakończyć kropką, a dopowiedzenie rozpocząć wielką literą. O tej zasadzie także przeczytasz we wspomnianym wcześniej artykule o prawidłowym zapisie dialogów.

Wielka szkoda, że nie skupiłaś się bardziej na wyglądzie dziedzińca zamkowego, skoro miałaś pole do popisu. Właściwie od początku wyjątkowo szczędzisz szczegółów dotyczących otoczenia. Wiedz, że takie szczątkowe i pozbawione subiektywizmu opisy nie stymulują wyobraźni, a także nie są w stanie podbudowywać klimatu, w którym potencjalnie chciałabyś utrzymywać Kroniki siedmiu kondygnacji. Bohater przebywa w jakimś miejscu, ale albo referuje o swoim stanie emocjonalnym, albo o pogodzie, albo sucho przytacza, jak wygląda miejsce akcji, jednak w żaden sposób nie wchodzi z nim w interakcję, nie odnosi się do tego, co widzi. Nie zrozum mnie źle: nie potrzebuję większej ilości akapitów przedstawiających tło, bo to nie o to chodzi, szczególnie w narracji pierwszoosobowej. Nie chcę, żebyś pisała, że zamek składał się z dziedzińca, wejście stanowiła zdobiona brama, całość otaczał gruby mur warowny, a z kilku miejsc baszty pięły się do nieba, bo to wszystko truizmy przypominające narratora wszystkowiedzącego. Wiem, jak wygląda przeciętny zamek, ale zupełnie nie wiem, jak wygląda on oczami Aleksandra i co bohater czuje, przechadzając się po nim. Zdecydowanie wolałabym poczuć, że ma do miejsc akcji pewien stosunek. Że, dajmy na to, gdy wchodzi do zamku, a wielka brama zamyka się za nim, znów czuje się, jakby zamknięto go w złotej klatce pełnej zdobień czy czegoś tam jeszcze… Opis miejsca akcji w opowiadaniu pisanym narracją pierwszoosobową powinien wychodzić wraz z intencjami czy skojarzeniami bohatera, który w danym miejscu przebywa. Inaczej opis nie ma sensu, pozostaje wypraną ze wszystkiego ekspozycją. U ciebie właśnie takie dominują, chociaż w przypadku zamku nawet ich poskąpiłaś. Jedyne, co o nim napisałaś, to:
Skręciwszy w kierunku otaczającego muru bramy, szybkim krokiem ruszyłem do zamku. (...). Przemierzając kolejne komnaty i korytarze, dotarłem do sali (...). – Oto cały opis bramy warownej, dziedzińca i wnętrza. Mało!

Witaj[,] Conorze (...). – Mam wrażenie, że do interpunkcji podchodzisz bardzo intuicyjnie. Na przykład przez wołaczem raz znajduje się przecinek, a raz nie. Na to też nie będę już zwracać uwagi, by się nie powtarzać, ale zdecydowanie warto przejrzeć tekst pod wskazanym kątem.

Jest zadziwiająco spokojnie, [przecinek zbędny] jak na tak burzliwy dzień – zażartował Conor, obserwując ciężkie od deszczowych chmur, [przecinek zbędny] niebo. – Przy fragmentach takich jak ten doskonale widać, co tracisz, nie poświęcając należytej uwagi opisowi otoczenia. Deszczowa pogoda to absolutny klasyk podbijający klimat. Nie twierdzę, że bez powinnaś z niego skorzystać bez mrugnięcia – pokazuję tylko jedną z opcji. Mogłabyś też pójść inną drogą, np. Aleksander mógłby nerwowo spoglądać na burzowe chmury, martwiąc się, czy zdąży wrócić do zamku, nim zacznie lać jak z cebra. Natomiast zdecydowałaś się na… nic, więc osoba czytająca pewnie wyobraziłaby sobie słoneczny dzień. Sama wiesz najlepiej, jak bardzo ci to obojętne.

- Dobrze[,] panie – powiedział z powagą strażnik, oddalając się ode mnie, zapewne po to[,] by ostrzec pozostałych wartowników.

Mam nadzieję, że wróg nie postanowi dzisiaj zaatakować, pomyślałem[,] wchodząc do pałacu, Ojciec nie czuje się dobrze. Oby nie zechciał zbyt wcześnie dołączyć do matki i zostawić mnie samego w tym przytłaczającym świecie. – Myśli głównego bohatera są bardzo naiwne. Szkoda też, że od razu wykładasz na stół wszystkie karty. Ot tak informujesz o ciężkim stanie ojca, równie niepokojącym stanie psychicznym głównego bohatera i lecisz dalej. 
Błędem jest również zastosowanie kursywy i słowa pomyślałem. Masz narrację pierwszoosobową i wspominasz o bieżących myślach bohatera, nie – dawnych wspomnieniach, każde jej zdanie to poniekąd myśl księcia. Cytowanie myśli za pomocą kursywy czy cudzysłowu wykorzystuje się w pozostałych typach narracji. 

Przemierzając kolejne komnaty i korytarze, dotarłem do sali, w której od lat omawiano taktykę Ligny. Była ona bardzo dobrze strzeżona oraz ukryta w centrum budynku, dzięki czemu żaden szpieg nie był w stanie się do niej dostać, bez uprzednio dokładnego zaznajomienia się z trasą. – Podmioty. Ostatni przecinek zbędny. 
Chyba się zgubiłam w twoich zeznaniach. Pomieszczenie było strzeżone; rozumiem to w ten sposób, że stały przed nim straże pilnujące obradujących w czasie spotkania. Jednocześnie było ukryte, więc czy straże stojące przed wejściem są konieczne i nie zwracają czyjejś uwagi? No i jeszcze znajdowało się w centralnej części budynku. Nie gdzieś w podziemiach, na uboczu czy na wieży, ale… w centrum, co brzmi tak, jakby dało się przez to pomieszczenie przejść, bo łączyłoby ze sobą inne korytarze i komnaty. Jakoś nie umiem sobie tego wyobrazić. 


Obok niego stał dowódca wojskowy oraz doradca taktyczny. – Stali, bo było ich dwóch. Chyba że jeden mężczyzna pełnił dwie funkcje, jednak w dalszej scenie przytaczasz te postaci osobno.

Cała trójka pochylała się nad jakimś miejscem w północnych górach, gdzie Ligna i kraina kwiatów miała jedyny punkt graniczny niekontrolowany w pełni przez wojsko.
- Musimy tu uderzyć. Jeśli to zrobimy[,] wojska Floressy będą zmuszone opuścić miasto zaopatrujące nas w stal. – Kto wypowiedział te słowa?
I dlaczego ta cała taktyka zbytnio nie trzyma się kupy? Przecież jeśli nie kontrolowali jakiegoś przejścia, ktoś mógł się tamtędy dostać. Niech twoje postaci będą mądre, inteligentne. Niech król będzie królem z prawdziwego zdarzenia i jeśli sam nie potrafi opracować dobrej taktyki, niechże chociaż ma dobrych doradców, którzy rozsądnie podpowiedzą mu, jakie ma wydać rozkazy. Bo teraz wygląda na to, że prowadzenia wojny zaczęli uczyć się wczoraj i na wiele pomysłów wpadają przypadkiem. Skoro prowadzona przez nich wojna trwa tyle lat, nic dziwnego, że mieszczaństwo bieduje.

Jeśli to zrobimy[,] nasze stosunki jeszcze bardziej się zaostrzą – sprzeciwił się król.
Czemu, ach, czemu król w czasie regularnej wojny przejmuje się tym, że stosunki z wrogiem się zaostrzą? Przecież tyle lat walczą po to, żeby jedna strona wygrała, co ich nagle obchodzą uczucia przeciwników?

Ryszardzie[,] brakuje nam broni. Jak tak dalej pójdzie[,] wszyscy ludzie walczący o swoją ojczyznę zginą.

Ryszard de Fracoisus zacisnął usta w wąską kreskę. Nie chciał dopuścić do pogorszenia stosunków pomiędzy zwaśnionymi krainami. Zdawał sobie sprawę, że jego poddani nie przeżyją jeszcze większego nacisku ze strony Floressy. – Skąd tak pewne wnioski? Aleksander przecież nie siedzi w głowie swojego współrozmówcy. Może się jedynie tego i owego domyślać. Przy narratorze wszechwiedzącym mogłabyś pozwalać sobie na podobne fragmenty, ale w pierwszoosobówce? Widać, że ta narracja bardzo ci nie służy. Mam wrażenie, że wcześniej pisałaś coś w trzecioosobówce albo bardzo dużo tekstów czytałaś właśnie w tym typie narracji i pewne brzydkie naleciałości mocno ci się utrwaliły. A sio, babole, a sio!

Klękając na jedno kolano przed swym ojcem, pochyliłem lekko głowę, by oddać mu należyty szacunek, po czym spojrzałem prosto na jego postarzałą twarz.

- Aleksandrze[,] nareszcie jesteś – ucieszył się mężczyzna z mętnymi, szarymi oczami, pomarszczoną skórą oraz łysiejącą głową. – Ten mężczyzna to król czy jeden z dwóch jego przybocznych? Wybacz, zgubiłam się. Przede wszystkim dlatego, że wcześniej, nadal siedząc w głowie głównego bohatera, przytoczyłaś jakiegoś Ryszarda z imienia i nazwiska. Książę nie nazwał go ojcem, a określił po imieniu, sądziłam więc, że to jeden z wyżej wspomnianych dowódców. Tutaj następnego bohatera Aleksander też nazywa obiektywnie mężczyzną. O kim czytam? Czy ten mężczyzna i Ryszard to te same postaci?

Ciemne plamy widniejący na wpół przezroczystej skórze nieuniknienie przypominały o czekającej na starca śmierci. – Kolejny mocno nienaturalny synonim, ale przynajmniej z kontekstu wreszcie mogę się domyślić, że jednak mowa o schorowanym królu. Lepiej późno niż wcale. Czy jednak Aleksander nie powinien określać go jako swojego ojca z należytym szacunkiem? A poza tym starzy ludzie po prostu mają plamy wątrobowe. Nie są estetyczne, ale są zupełnie normalne. No i ile lat ma Aleksander, że Ryszard okopuje się już jedną nogą na cmentarzu? Jeśli jest starszy, nie pasuje to do jego naiwności i wrażliwości, jeśli sporo lat spędził w krainie dotkniętej wojną, a jego najbliższa rodzina, czyli król ojciec, stara się dowodzić armią. Jakoś zupełnie nie klei się to z faktem, że książę chodzi po ulicach, smuci się, jakby widział je od wczoraj, i rozdaje pieniądze, zamiast… no, brać czynny udział w prowadzeniu polityki krainy i twardo stąpać po ziemi.

Znowu się izoluję... Widocznie taka jest moja natura. Nie chcę[,] by stała się im krzywda., pomyślałem, spoglądając smutnym spojrzeniem na mapę. – Kiedy w ten sposób cytujesz myśli postaci, przed dopowiedzeniem nie stawiasz już kropki – podobnie jak przy interpunkcji dialogowej. To doprawdy osobliwe, że bohater nagle myśli o takich rzeczach, jakby nie znał siebie od zawsze i teraz nagle odkrywa, jaka jest jego natura. Czy nie lepiej, żeby na przykład Ryszard wspomniał, że Aleksander znowu się izolował?

Większość terenów Floresy zostało już dawno przejęte przez Lignę. Czemu się dziwić? Państwo to od lat miało świetnie wyposażoną i wyszkoloną armię. Cała sytuacja uległa jednak zmianie parę miesięcy temu, kiedy to do wrogiej Floresy przyłączyły się wojska Dermose. Od tamtej chwili kraj ten poniósł druzgocące porażki, które owocowały utratą coraz większej ilości ziem. – Mocno mieszasz i nietrudno się w tym wszystkim pogubić. Rzucasz wszelkimi ten, to, a i tak trzeba domyślać się, o które w końcu królestwo ci chodzi. Np. piszesz o przyłączeniu się nowych wojsk do Floresy, a chwilę później o tym kraju ponoszącym porażkę. Po podobnych fragmentach osoba czytająca ma tylko mętlik w głowie.
Z ciekawości wkleiłam wszystko, co przeczytałam do tej pory, do Worda, by zobaczyć mniej-więcej, ile stron tekstu za mną. Wiesz, ile mi wyszło? Pięć stron A4 standardowym formatowaniem. Ocena obecnie liczy szesnaście, usuwając początek o zakładkach. Czytając opowiadanie, mam wrażenie, że mozolnie przeprawiam się przez wertepy i jestem tym zmęczona. W dalszej części, aby trochę przyspieszyć, postaram się coraz rzadziej wspominać o interpunkcji, chyba że błąd pojawi się w zdaniu cytowanym z innych względów.

- Nie możemy – zaoponował dowódca – Niech książę pomyśli o tych wszystkich ludziach, którzy zginęli w walce. W imię czego? Wywieszenia białej flagi na maszcie? – Rozsądny dowódca wie, kiedy się wycofać, żeby nie posyłać niepotrzebnie swoich ludzi na rzeź.

Jak oni mogą pozwalać na jeszcze większą rzeź?! Gotując się z emocji, spojrzałem na tatę z niedowierzaniem. Dlaczego nie mogłem w żaden sposób pomóc tym ludziom?! – Zobacz. Jak chcesz, potrafisz naturalnie przytaczać myśli narratora i oddawać w ten sposób targające nim emocje. Od razu bohater staje się żywszy, a także nie trzeba wierzyć okrągłym słówkom, tylko samemu widzi się zaangażowanie emocjonalne księcia. 
Jedyne, co mi nie pasuje, to określenie króla tatą. Wcześniej Aleksander nazywał go ojcem, okazywał mu należyty szacunek, klękał, ewentualnie myślał o nim po imieniu lub per starszy mężczyzna (to akurat uznajmy za potknięcie w narracji pierwszoosobowej). Nie wiem jeszcze, jakie bohaterowie mają relacje, ale określenie tata jest cokolwiek niewłaściwe nie tylko historycznie, ale również biorąc pod uwagę, że życie na dworze nieco różni się od życia przeciętnego zjadacza chleba. Królowie rzadko wychowują własne dzieci, bo mają na głowie władanie państwem. Od bąbelków mają mamki i nauczycieli. Trudno więc, żeby Aleksander nagle wykazywał takie przywiązanie do ojca.

Tylko ja mogłem pomóc tym wszystkim przerażonym mieszkańcom, którzy z powinności zaciągnęli się w szeregi wojska. – Dlaczego tak właściwie, wiedząc, że zostaną użyci jako mięso armatnie, mieszkańcy Ligny nadal zaciągali się do wojska? Czy po długiej i wyniszczającej wojnie nikt tam nie wpadł na zorganizowanie się i powiedzenie dość?

Mój dar mógł im pomóc. Król Ligny wiedział o tym. Dlaczego jego strach jest aż tak wielki? Czemu on nie rozumie jak ważne są życia innych ludzi? Wysyłamy ich na pewną śmierć. Możemy im jej oszczędzić. – Prowadzisz opowiadanie pisane narracją pierwszoosobową w czasie przeszłym i tego powinnaś trzymać się przez cały tekst. Nie musisz w takich wypadkach jak te zmieniać czasu na teraźniejszy. Rozumiem, że chcesz podkreślić, że myśli bohatera są jak najbardziej bieżące, ale… te poprzednie również takie robiły wrażenie, na przykład: Dlaczego nie mogłem w żaden sposób pomóc tym ludziom?! 
Podoba mi się, że stopniowo odkrywasz dar głównego bohatera, zamiast rzucać nim w twarz, jak niestety wieloma innymi informacjami. Obyś później się nie pospieszyła z rozwinięciem tego wątku i nie zepsuła obiecującego początku.

Pokażę ci teraz kolejny absurd fabularny:
Skręciwszy w kierunku otaczającego muru bramy, szybkim krokiem ruszyłem do zamku, gdzie miałem porozmawiać ze swoim ojcem na temat taktyki, jaką zamierzała obrać Ligna w nadchodzących latach. (...) Tak bardzo pragnąłem ujrzeć na własne oczy, jak wygląda pokój. (...) W komnacie zastałem swojego ojca (...).
- Zawsze możemy się poddać – powiedziałem, siadając przy jednym ze stołków. (...)
- Nie możemy – zaoponował dowódca – Niech książę pomyśli o tych wszystkich ludziach, którzy zginęli w walce. W imię czego? Wywieszenia białej flagi na maszcie?
- Zgadzam się z Rolandem – westchnął ciężko Ryszard – Nie możemy się poddać.
- W takim razie pozwól mi walczyć ojcze! – wrzasnąłem, podnosząc się szybko, przewracając przy okazji krzesło, na którym do tej pory siedziałem.
- Dobrze wiesz, że nie mogę. Jesteś jedynym następcą tronu. (...)
- Przepraszam zatem, że przeszkodziłem w naradzie, panie – zakpiłem, kłaniając się lekko i wychodząc z komnaty.
W miejscach wielokropków pojawiają się opisy przemyśleń i ekspozycje o sytuacji politycznej krainy. Czy widzisz już ten absurd? Bohater zarzekał się, że tak wiele chce zrobić, by zobaczyć pokój, że będzie rozmawiał z ojcem o działaniach taktycznych obejmujących całe kolejne LATA, tymczasem… wymienił z nim, daj mi policzyć, dwa zdania? Po czym wyszedł obrażony. Naprawdę przerwał spacer tylko po to, aby nie zrobić w kolejnej scenie zupełnie nic, poza jednorazowym podniesieniem głosu? Rozczarował mnie. 


Dziwi mnie to tym bardziej że bohater nie wydaje się być dzieciakiem. Na pewno wiedział, że ojciec nie zgodziłby się na wysłanie syna na front, ponieważ ojczyzna potrzebuje przyszłego władcy. Śmiem nawet podejrzewać, że bohaterowie odbywali już tę rozmowę gdzieś wcześniej; to było logiczne, że król nie wyśle syna na wojnę, by stanął w szeregach, nie zgodzi się też na poddanie, szczególnie jeśli książę rzuci tę propozycję w taki sposób, jakby mówił o tym, co można jutro zrobić na śniadanie. W scenie nie ma żadnych emocji, zawziętości, dyskusji, są tylko ekspozycje i ze dwie wypowiedziane przez Aleksandra kwestie. Jestem też szczerze zdziwiona, że on jest wkurzony, jakby reakcja ojca spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Naprawdę spodziewał się czegokolwiek innego? Ile on ma lat, przypomnij mi, proszę.
Edit: Dalej w tekście dowiaduję się, że książę nie potrafi walczyć. Nie potrafi się bronić, boi się używać swojego daru i nawet przestrzega przed nim wrogów (!). Więc… na jakiej zasadzie on chciał w tej scenie uzyskać zgodę ojca na udział w bitwie? Wie, że nic nie potrafi, więc znów zachowuje się okropnie nierozważnie, impulsywnie i robi głupca z siebie i, przy okazji, ze swojego ojca, mając nadzieję, że ten zgodzi się na taki absurdalny pomysł. Wydaje mi się, że chciałaś, by Aleksander ukazał się jako bohaterski, który śmiało zginie za ojczyznę, ale bohaterszczyzna to nie to samo co zupełny brak rozwagi. Co innego, gdyby chłopak był całe życie przygotowywany do bronienia krainy. Wtedy dałoby się go potraktować tu poważnie.

Nie ciąży nad nim widmo śmierci, zbierające[j] żniwa wśród bliskich mu osób. Ma środki do życia, może pracować na rzecz państwa i brać udział w rozmaitych festiwalach. – Podmioty. W pierwszym zdaniu jest nim widmo śmierci (jego dotyczy orzeczenie: ciążyć), w drugiem zmienia się w bohatera, tu jednak brzmi to tak, jakby środki do życia miało właśnie widmo, nie on. 

Jedynej rzeczy[,] jakiej pragnąłem w tamtym momencie, było zaprowadzenie pokoju. Jedyną rzeczą. Poza tym takie stwierdzenie w ogóle nie jest potrzebne. Książę wygłasza swoją opinię… ba, ma odwagę przeciwstawić się ojcu chcącemu kontynuowania wojny. To wszystko mówi samo za siebie. Napisałaś z pewnością nie bezbłędną scenę, ale można z niej wyciągnąć wiele wniosków na temat postaci czy sytuacji w królestwie. Warto więc pozwalać czytającym korzystać z takich okazji.

Często brakuje przecinków w zdaniach wielokrotnie złożonych, i to niekiedy w bardzo oczywistych miejscach, dlatego też nie zamierzam wypisywać wszystkich błędów interpunkcyjnych. Grunt, byś zrozumiała, na czym one polegają i nie popełniała ich w przyszłości. Kolejne cytaty będę poprawiać wybiórczo.

Chciałbym[,] by nareszcie mogli poczuć się wolni.

Z tego[,] co wyczytałem z różnorakich powieści[,] wiązała się ona przede wszystkim z radością i dostatkiem.

Jedyną rzeczą[,] o jaką zamartwiałby się taki człowiek[,] to znalezienie swojego życiowego partnera oraz założenie rodziny. Byłoby. Czy życiowy partner nie jest dość współczesnym określeniem jak na krainę fantasy osadzoną w czasach monarchii, srebra i żelaza?

Co to są w ogóle za książki, które czyta Aleksander? Kto w tamtych czasach marnował papier na takie głupoty jak opisywanie życia w dostatku czy jakieś powieści? Dawniej słowo pisane było zarezerwowane dla najbardziej uczonych. Pozyskanie papieru nie było łatwe, pisało się jedynie ręcznie, tworzenie książek lub przepisywanie ich zajmowało lata, czasem nawet dekady. To zupełnie nie ma sensu, że Aleksander tak po prostu czytał sobie powieści. Bardziej pasowałoby słuchanie bardów lub jakichś bajarzy, którzy od czasu do czasu witali na dworze (w końcu król nie plebs, na rozrywki może sobie pozwolić). I skąd znajdowało się w tych książkach ni to kołczowskie, ni to psychologiczne rozwlekanie się nad tym, jak czuje się człowiek żyjący w państwie pokoju i dostatku?

Nadal rozjeżdżają ci się czasy narracyjne:
Musieliśmy pozwolić służbie [na] powrót do własnych rodzin, więc cały zamek świecił pustkami. Jak dobrze, że mieliśmy chociażby strażników, którzy bronią naszych królewskich własności. 

Niebo na dobre już pociemniało, a jedyną jego ozdobą był przejmujący księżyc, wyglądający jak rogalik. – Po pełnym melancholii i, cóż, dramatyzmu wywodzie księcia ten rogalik mocno wybija z rytmu. Nagle, nie wiadomo czemu, robi się zabawnie.

Postanowiłem, że najlepszym wyborem, jaki mogę podjąć[,] to pójście spać. Było.
Masz problem z tymi z konstrukcjami, obie ci się mieszają. Zapamiętaj:
Najlepszym wyborem było pójście spać. 
Ale:
Najlepszy wybór to pójście spać. 

Będę musiał przeprosić ojca, więc przydadzą mi się chociażby minimalne siły na pokazanie mu, że nie jestem już małym dzieckiem, lecz prawowitym następcą Ligny - księciem, który zamierza walczyć o swój kraj całym sobą. – Generalnie mam taki problem, że nie potrafię określić, ile lat ma bohater. Mentalnie, że się tak delikatnie wyrażę, wydaje się dość naiwny i nieodpowiedzialny, co nie przystoi księciu, który miałby kiedyś objąć tron (i nie jest do tego w żaden sposób przygotowywany; że aż baja sobie o tym, jak to można się poddać i oddać królestwo w wasalstwo innemu władcy. Czy on nie uczęszcza na jakieś lekcje z dowodzenia? Taktyk zbrojeniowych? Polityki? Baletu? To by również nauczyło go wagi każdego starcia). Nie ma w nim żadnej rozwagi ani kręgosłupa moralnego godnego księcia (regularne rozdawnictwo złota czy bieganie po mieście bez obstawy, gdy może mu się stać krzywda; mógłby go ktoś nieżyczliwy na przykład napaść za te sakiewki i, ot, byłoby po księciu). W dodatku Aleksander robi dokładnie to, co większość głównych bohaterów z najbardziej kliszowych historii o księżniczkach i książętach, czyli… po prostu się obraża. Na moje, to jednak ma z osiem lat jak nic.
Jednocześnie ten sam bohater wyraża się i kreuje narrację w taki sposób, jakby dawno był pełnoletni. Ba!, jakby był chłodnym, pozbawionym wnętrza, obiektywnym i doświadczonym na każdym szczeblu wykładowcą historii krainy. A przez to, że czuję aż taki dysonans, nie potrafię określić realnego wieku tej postaci. 

Nim jednak zdążyłem zrozumieć, co tak naprawdę się dzieje, przed łożem, na którym do tej pory spałem w samych bokserkach, stanęło czworo, wrogo nastawionych do mnie wojowników. – Bokserki w realiach średniowiecznych? Ostatni przecinek zbędny.
Nie wyglądali na rycerzy z prawdziwego zdarzenia. Zapewne brak zbroi miał im umożliwić łatwiejsze dostanie się do zamku. Dlatego też wszyscy ubrani byli w grube, skórzane ubrania, które choć w małym stopniu miały ich bronić przed wrogimi atakami. – Długie i mało wnoszące przemyślenia. Gdzie strach księcia? Albo zaskoczenie? W końcu obudziła go nieznajoma banda w skórzanych wdziankach… No i przecież w zamku, choć nie było służby, była straż. Czy wpuściła tak podejrzanie ubranych obcych typów? A jeśli nie, to jakim cudem takie odzienie ułatwiało im wejście do zamku? Przecież w trakcie oblężenia znacznie lepiej sprawdzi się zbroja, którą trudniej przebić niż jakieś skórzane ciuchy. Czy na murach fartownie tym razem nie stali łucznicy? Bram nie strzegli uzbrojeni rycerze?
Wprawdzie jest możliwe, że wszyscy strażnicy zostali po cichu zabici przez asasynów, ale, no właśnie, książę nawet się nad tym nie zastanawia. Gdzie się podziała rzekoma wrażliwość i przywiązanie? Aleksander ma czas opisywać sytuację długim zdaniem złożonym, ale brakuje w tym napięcia i realizmu. Czegoś w stylu: O psia jucha, kim oni byli i co zamierzali zrobić? Straż! Gdzie straż? Jasne, że trochę przerysowuję, ale tylko dlatego, aby pokazać ci, jak bardzo twoja wersja jest nawet nie dorysowana. 

(...) zapytałem wrogo, okrywając się pościelą, pod którą do tej pory leżałem. – Logiczne, że skoro leży w łóżku i ma pościel, to właśnie tę do okrycia się akurat tej nocy, a nie, nie wiem, jakąś inną, wyciągniętą ledwo sekundę temu z kufra.

Nie zrobiłem tego z powodu wstydu wynikającego, z mojej nagości. Skóra przyoblekająca me ciało, mogła ich zranić, a ja nie chciałem do tego dopuścić. Śmierć jeszcze większej ilości [liczby] ludzi mogła przynieść tylko więcej problemów. – Na początku powściągliwie podchodziłaś do sugerowania, że Aleksander ma istotny dar, ale teraz nie masz już żadnych hamulców… czyli nici z budowania napięcia, pobudzania wyobraźni czy poznania wielkiej mocy księcia za pomocą sceny? Poza tym sam narrator stwierdza, że czworo wojowników było do niego wrogo nastawionych, a pierwsze, co robi, to zapobiega nieumyślnemu skrzywdzeniu choćby jednego z nich. Nie dość, że takie zachowanie jest mało zrozumiałe, to na dodatek trudno uwierzyć w chłodne, oparte na logice rozumowanie w przypadku napadu. Nie wspominając już, że pierwszoosobowy narrator czuje stałą potrzebę tłumaczenia swojego zachowania nie wiadomo przed kim i po co. Wypada to mocno nienaturalnie.

- Pójdziesz z nami - powiedział pewien wysoki blondyn, który niespodziewanie wszedł do mojej sypialni. – Wystarczy sam wysoki blondyn, skoro już masz zamiar określać go po kolorze włosów. Dodawanie pewien buduje wrażenie, że chodzi o kogoś innego albo kogoś z tłumu.

- Kim jesteście? - ponowiłem pytanie, wpatrując się w przybysza złowrogim wzrokiem. Mężczyzna nie wyglądał na bardzo wyćwiczonego. Gdybym spotkał go w innych okolicznościach, mógłbym sądzić, że jest synem jakiegoś wysoko postanowionego urzędnika, a nie wojownikiem[,] za jakiego próbował uchodzić. – Przed chwilą pisałaś, że Aleksander doszedł do wniosku, że obcy nie wyglądali jak rycerze z prawdziwego zdarzenia. Skąd więc teraz podejrzenie, że mężczyzna próbował uchodzić za wojownika? No i jak poznać, że był wyćwiczony? Ledwo wszedł do komnaty, w której na pewno było dość ciemno, na dodatek gość nosił długi płaszcz, w którym nie miał okazji wykonać żadnej akrobacji, po prostu wszedł do pokoju. Skąd więc takie wnioski?

Kolejne przemyślenia Aleksandra wypadają jeszcze bardziej absurdalnie, gdy osoba czytająca przypomni sobie – bo zdecydowanie łatwo zapomnieć – o napadzie. Wybrałaś kiepski moment na rozpływanie się nad urodą nowego bohatera. Trudno poważnie traktować takiego narratora. Idziesz po linii najmniejszego oporu: wydatne kości policzkowe, hipnotyzujące oczy i blada skóra… ech. 


A gdzie strach? Opór? Jakieś impulsywne działanie, reakcja na niebezpieczeństwo? Co tam schorowany ojciec, który być może już nie żyje, jeśli ten tu stojący blondyn ma takie ładne oczy…! Zbyt łopatologicznie pokazujesz, że to za chwilę będzie ukochany naszego bohatera.
Przepraszam, że ocena wchodzi na takie tony, ale mam nadzieję, że sama złapiesz się za głowę i zobaczysz, jak wiele rzeczy nie pasuje ani do czasów akcji, ani do charakteru opowiadania, które miało być zapewne i dramatyczne, i pełne napięcia, tymczasem wszystko łatwo przewidzieć, a historia prezentuje się jako zdecydowanie mniej poważna. 

Zadziwiły mnie jej rysy. Bardzo wystające kości policzkowe równocześnie zaskakująco się na niej odznaczały, jak i dodawały uroku.

- Oddział wojskowy króla Floressy - powiedział przybysz, na którego wygląd zwróciłem uwagę - Więcej nie musisz wiedzieć. Z kim mamy przyjemność? – Czy Aleksander dorabia w call center? To nielogiczne, żeby się przedstawiać w takiej sytuacji. Przecież książę, wiedząc, że oto właśnie mają go pojmać wrogowie, może chętniej trzymać język za zębami.

Wtargnęliście do czyjegoś domu i nie znacie jego domowników? – Chwilowo nikt tam nie grzeszy rozumem. Aleksander zachowuje się, jakby codziennie budzili go wrodzy wojownicy i aż się prosi, by mu coś zrobić. 

- O! Czyżby to sam książę? - zapytał zdziwiony blondyn, a na jego ciekawej twarzy rozciągnął się szeroki uśmiech - Nasze zadanie zostanie zakończone szybciej niż myślałem… – Sami wojownicy też wydają się nie do końca wiedzieć, kogo znaleźli. Ale w zamku byli tylko strażnicy, król i Aleksander, więc chyba dość łatwo byłoby dodać dwa do dwóch. Tym bardziej że podejrzewam, że komnaty królewskie przypisane rodzinie na pewno różnią się od izb służby czy straży. Nie trzeba być geniuszem, by domyślić się, kto mieszka akurat w tej.

- W jakim celu tu jesteście? - zapytałem, wstając z łóżka, co spowodowało nagłe poruszenie rycerzy. – Pomyślmy, oddział wrogiego państwa wpada w środku nocy do komnaty księcia niczym policja do domu Stonogi z samego rana. Czego może chcieć? 

- Nie dotykaj mnie, chyba że chcesz umrzeć! - krzyknąłem przerażony. 
- Nie zachowuj się jak panienka! - warknął ominięty przeze mnie strażnik, po czym pochwycił mocno moje ramię. Chwilę po tym upadł na ziemię. Martwy. – Teraz pomyśl, ile pożądanych emocji, takich jak zaskoczenie czy zaciekawienie, mogłabyś wzbudzić tą sceną, gdybyś nie zdradziła wcześniej istoty daru księcia. A tak cała akcja była do przewidzenia od samego początku, przez co osłabł jej potencjał dramatyczny i nie ma czym się ekscytować. 
Ponadto ten fragment jest jednocześnie i za długi, i za krótki. Tak, wiem, to brzmi absurdalnie, ale takie właśnie mam wrażenie. Ta część sceny jest za krótka, ponieważ brakuje emocji – jeszcze nie zdążyła wzbudzić napięcia, a gość już padł trupem. Z drugiej strony fragment się mocno wlecze, bo wypychasz zdania zbędnymi dopowiedzeniami, co zabija dynamikę. Nie musisz na przykład wspominać, że warknął akurat ten ominięty przeze mnie strażnik, ponieważ zdanie przed wypowiedzią księcia piszesz wprost o tym, że to on próbuje złapać go za rękę. Wiem więc domyślnie, z kim bohater prowadzi rozmowę. Do tego frazy takie jak po czym czy chwilę po tym również nie służą scenie akcji. W takich momentach czytelnik z góry sam dobrze wie, że rzeczy dzieją się chronologicznie, jedna po drugiej. Podkreślając to raz jeszcze, idziesz w logiczności. 
Nie ma więc ani dynamiki, ani napięcia. 

Nie chciałem, by moi przeciwnicy zauważyli wykrzywiający usta grymas bólu, jaki jawił się n mojej twarzy. Na. 

Przybysze spojrzeli na mnie z wściekłością. Tylko twarz rozmawiającego wcześniej ze mną blondyna ukazywała inne uczucia. (...) Patrzył na mnie jak na potwora. Zupełnie tak samo jak wychowujące mnie niańki i pilnujący za młodu strażnicy.
Ku mojemu zdziwieniu chłopak podszedł do mnie i nim zdążyłem cokolwiek zrobić, obwinął mnie szczelnie kocem, leżącym do tej pory na moim łóżku. – Kolejna bolączka narracji pierwszoosobowej: nadmiar zaimków. Teraz na spokojnie zastanów się, czy w swoich myślach, w swojej głowie również w ten sposób opisujesz to, co dzieje się wokół ciebie? No nie. Na pewno nie myślisz, że za chwilę pójdziesz zrobić sobie kawę w swoim kubku, w swojej kuchni, a twoi współlokatorzy coś tam coś tam… To nienaturalne, poza tym generuje masę powtórzeń. Spójrz: 
Przybysze spojrzeli na mnie z wściekłością, tylko twarz blondyna ukazywała inne uczucia. Był wystraszony. Patrzył jak na potwora. Zupełnie tak samo, jak wychowujące mnie niańki i pilnujący za młodu strażnicy.
Chłopak podszedł do mnie i, nim zdążyłem cokolwiek zrobić, obwinął szczelnie kocem. 
A i ta wersja tak naprawdę nie oddaje wcale tego, co dzieje się w bohatera głowie. Jest zbyt grzeczna, zbyt poukładana. Piszesz: ku mojemu zdziwieniu (co postanowiłam wyciąć, bo już zupełnie odpada przez elegancję, estetykę wypowiedzi), ale żadnego zdziwienia tam nie ma. Już lepsze byłoby jakieś wyrywanie się, próba ucieczki, szamotanie przed okryciem kocem, myśli w stylu: nawet nie podchodź, odejdź, zabieraj to! 
Zresztą gdyby zagłębiać się w to dalej, to cały fragment jest dość naiwny. Oprawca nie powinien się wcześniej upewnić, czy jedynie kontakt z nagą skórą Aleksandra skutkuje śmiercią? Albo chociaż próbować dowiedzieć się więcej, biorąc przy tym pod uwagę, że nie powinien ufać księciu z wrogiego królestwa? A tak chłopcy gawędzą sobie jak przy herbatce… Sam Aleksander stoi i czeka, aż ktoś go łaskawie w ten koc zawinie, a przecież to nie jest łatwe. Książę ma dar, którego mógłby użyć albo po prostu nim straszyć, zrobić w sumie cokolwiek, poruszać się i tak dalej. Pewien Blondyn też musi obwijać go ostrożnie (chwilę temu był przerażony), nie rzuci tego koca byle jak. Ergo: to naprawdę wygląda tak, jakby Aleksander chciał dać się pojmać. Niepokojąca tendencja.

Uczucie to towarzyszyło mi od samego początku mojego istnienia. W momentach, kiedy stawałem się świadomy własnych czynów. – Sam początek istnienia i samoświadomość nie idą w parze.

Reszta mężczyzn[,] jakby godząc się z decyzją swojego lidera, wyciągnęła dwie długie liny z noszonych przez siebie plecaków, po czym przystąpiła do związywania mnie, uważając przy tym by nie dotknąć mojej nagiej skóry. – I on sobie tak grzecznie stał i czekał, aż go zwiążą, mimo że był ledwie okryty kocem i po prostu mógł spod niego wyjść? No chyba że ten wcześniejszy napastnik zawinął go w jakieś burrito.

Pierwszy raz w życiu poczułem się aż tak bezbronny. Bez możliwości użycia mojej zdolności, czułem się niemalże nagi. – Wcześniej książę nie tyle biernie, co niemal z ulgą wykonywał polecenia, bardziej bojąc się własnego daru niż napadających. Sprzeczności, sprzeczności...

Wykonałem posłusznie rozkaz, chcąc w ten sposób jak najszybciej doprowadzić do mojego spotkania z ojcem. Martwiłem się o niego i o fakt, że z powodu choroby, może nie przeżyć napaści. – Ale przecież Aleksander ani razu w czasie tej sceny nie pomyślał o ojcu, więc wcale się o niego nie martwił. Jego zmartwienie oddałabyś na przykład myślami w stylu: Gdzie był ojciec? Co z nim zrobili? Przełknąłem gorzką ślinę. Oby tylko… 
Właśnie. Brakuje mi tego, co jest kwintesencją pisania w narracji pierwszoosobowej – małych gestów wśród aktualnych przemyśleń. Drżenie dłoni, suchość w ustach, niepewny krok, przyspieszony oddech, rozbiegane spojrzenie, pot spływający z czoła, marszczenie brwi, zamykanie oczu, nerwowe zaciskanie palców… takie małe rzeczy wiele zdradzają czytelnikowi o stanie emocjonalnym bohatera. Znacznie więcej niż zdania w stylu: Martwiłem się (...) ogarnęło mnie przytłaczające uczucie niepokoju. Czy: czułem się bezbronny. Jednocześnie pojawiają się w opowiadaniu fragmenty typu: 
Niepewnie przemierzałem sprany, czerwony dywan, poruszając nogami niczym niewidomy, podpierający się przypadkowo znalezionym patykiem. (...) Co się stało ze strażą, ojcem i ministrami? Choć rozglądałem się we wszystkich kierunkach, moim oczom nie ukazała się ani jedna żywa dusza. – I te fragmenty są naprawdę dobre, jednak zbyt rzadkie, by docenić całość.

I choć zazwyczaj przeklinałem moją moc, dopiero teraz poczułam[,] jak dużą część mnie stanowi. Poczułem. Rzeczywiście podobne uczucia w danej sytuacji miałyby sens, gdyby tylko były jakoś pokazywane. Ty natomiast bez żadnego stopniowania czy wyważenia dosłownie ze zdania na zdanie zmieniasz podejście Aleksandra. Ledwo chwilę wcześniej pisałaś: Trawiące mnie cierpienie nie dotyczyło jednak ciała a duszy. Uczucie to towarzyszyło mi od samego początku mojego istnienia. – Wtedy wyszłam z założenia, że bohater, całe życie cierpiąc przez swój dar, zna jego wagę. Teraz nagle okazuje się, że tak nie jest. Że to wielkie cierpienie nie miało znaczenia i nie było przez całe życie brane na poważnie, bo dopiero teraz do Aleksandra dotarło, że dar to jego prawdziwe przekleństwo i odpowiedzialność. Wypada to co najmniej mało wiarygodnie.

Nigdy nie uczyłem się walczyć, żyjąc w przekonaniu, że umiejętność ta nie jest mi najzwyczajniej w świecie potrzebna. – Mocno zastanawiające. Co to za dziwne królestwo? Przeklęty książę, przyszły następca tronu nie potrafi walczyć? Stwierdził, że mu to niepotrzebne – mimo trwającej od jego narodzin wojny! – więc ojciec-władca i cała reszta po prostu przyjęli to do wiadomości? Chłopak może robić, co mu się żywnie podoba? Dlaczego w ogóle książę uznał umiejętność walczenia za mało istotną? Ze względu na swój dar? Ale przecież unieszkodliwiało go zwykłe ubranie czy rękawiczki – które chociażby w poprzedniej scenie wkłada bez cienia protestu i to przy ludziach mających mordercze zamiary – więc takie podejście aż razi naiwnością. Nazwijmy to po imieniu: imperatyw narracyjny [KLIK].

Gęsty las, który ochraniał zamek przed najeźdźcami, otaczał ścieżkę mającą niecałe dwa metry szerokości. – No tak chyba słabo spełniał swoją rolę ten las.

Zapowiadało się na poważną burzę. W takich momentach mieszkańcy wiosek krzątali się[,] zabezpieczając swoje jedyne majątki, objawiające się w postaci hodowlanych zwierząt oraz ubogich chat, w jakich przystało im żyć. Tym razem nie słychać jednak było, żadnych głośniejszych rozkazów poszczególnych członków rodziny, nakazujących zaprowadzenie bydła w bezpieczne miejsce, czy też zgromadzenie drewna, które miałoby zostać wykorzystane jako opał, zapewniający ciepło członkom rodzin. – Przed chwilą pisałaś o tym, że idą przez las. Ta wioska to w lesie, na drzewach?

Już od tylu lat poddanych Ligny męczyła ta niemająca żadnego celu potyczka z Floressą. Może to czas by odpuścić... Tylko dlaczego motyl trzepiący szaleńczo skrzydłami w moim sercu, tak bardzo chciał walczyć o niepodległość tej kruchej ojczyzny? – Halo, pół dnia temu Aleksander proponował ojcu wywieszenie białej flagi.

(...) czy też zgromadzenie drewna, które miałoby zostać wykorzystane jako opał, zapewniający ciepło członkom rodzin. (...) Kiedy tylko przekroczyliśmy granice wioski, moim oczom objawił się brutalny widok martwych ciał strażników, których zadaniem była ochrona osady. – Zapewniam, że osoba czytająca nie chce być traktowana jak niespełna rozumu. Zabawa w Kapitankę Oczywistą nie wychodzi ci na dobre. 
Dlaczego widok był brutalny? Ciała były powykrzywiane, rozerwane, zakrwawione? Leżały na kupie jak niepotrzebny nikomu gruz? Określasz widok brutalnym, ale sam opis brutalny nie jest, a bohater też nie reaguje tak, jakby się przejął. Nie odwraca głowy, nie krzywi się, nie wyraża ani trwogi, ani obrzydzenia. Ot, patrzy sobie na flaki i nazywa widok strasznym. 


Brak tych dźwięków wprowadził mnie w jeszcze większy smutek. Ta dziwna cisza oznaczała bowiem, że wrogie wojska musiały przejąć kontrolę nad większością osad w okolicy. – Nie za szybkie te wnioski? Gdyby na moją wioskę napadła wroga armia, to z pewnością próbowałabym być cicho, by nie zwracać na siebie uwagi. 
Poza tym to brzmi tak, jakby Aleksander mógł nasłuchiwać na ogromne odległości. Ja wiem, że nocą dźwięk się niesie, ale no, na bora zielonego, nie dajmy się zwariować. Jak mógłby słyszeć takie dźwięki, jeśli znajdowali się gdzieś w lesie? Jakimś wytłumaczeniem byłoby to, że wioska znajdowała się tuż obok skraju lasu, który przemierzali, ale ty piszesz o większości osad w okolicy. A jeśli ten las jest nieduży, to w zasadzie po co wspominasz, że służył jako obrona zamku? Bo jeśli jest gęsty, to raczej nie przeszli tak hop-siup do jakiejś wioski. Zupełnie nie potrafię wyobrazić sobie miejsca, w którym aktualnie się znajdujemy. 
Nie czuć także wspomnianego smutku. Książę nie jawi się więc jako dbający o swój lud, a rzekoma wrażliwość Aleksandra staje się coraz bardziej papierowa. Nie przedstawiasz jej za pomocą scen, więc jedynie wymieniona cecha nie ma szans zaistnieć. Jasne, możesz powiedzieć: Ale przecież książę rozdawał pieniądze, więc jest dobry, więc gdy dzieją się złe rzeczy, to jest smutny. Logiczne? Tak, ale jak bardzo mocno spłycone, uproszczone? Aby pokazać charakter postaci, potrzebujesz znacznie więcej scen z nią, znacznie więcej interakcji, znacznie więcej zachowań, które świadczyłyby o Aleksandrze. Jeśli więc teraz chcesz oddać jego obecny stan emocjonalny, to ten smutek powinien pojawiać się w scenie jako reakcje bohatera, na przykład spuszczenie wzroku, ciężki oddech, nieznośna gula w przełyku, łzy zbierające się w oczach, drżenie ust, a w tym czasie smutne tony muszą mieć także jego myśli… Tego wszystkiego nie odda zdanie w stylu: byłem smutny. W tej chwili zamiast pokazać całą gamę reakcji, jakie wiążą się z różnymi emocjami, ty masz przed sobą trzy guziki, które na zmianę wciskasz. Buźka uśmiechnięta, neutralna i smutna. Teraz klikasz tę smutną z zapałem godnym lepszej sprawy.
Edit: W tym momencie możesz powiedzieć: ale przecież w kolejnym zdaniu pokazuję, że Aleksander jest smutny! No tak, ale robisz to w taki sposób:
Po moim policzku spłynęła samotna łza będąca jedynym świadkiem żalu spowodowanego śmiercią tylu młodych ludzi. – A to jest potwornie przerysowana klisza. Przynajmniej tyle dobrze, że nie dopisałaś: kryształowa.

Nie mogłem pokazać po sobie[,] jak bardzo żałowałem decyzji podejmowanych przez mojego ojca. Czułem się za nie odpowiedzialny. W końcu gdybym urodził się kimś innym, cała ta sytuacja, [przecinek zbędny] nie miałaby nigdy miejsca. – Aleksander wpada w mocno depresyjne tony. Rozumiem go: jeśli nie uczył się walczyć, a poza tym ma przeklęty dar i całe życie słucha, że powinien być dziewczynką, to nie dziwne, że teraz jest załamany swoją bezradnością. Problem w tym, że dość ciężko mi przeżywać to wszystko razem z nim. W tym fragmencie akurat tego nie czuć, ale w innych Aleksander naprawdę nie brzmi przejmująco ani przekonująco. O wszystkim mnie zapewnia, bo wypada, by to robił teraz, na szybko, na moment przed ważnymi wydarzeniami, ponieważ odpowiednio wcześniej nie zbudowałaś żadnego zaplecza, by takie przemyślenia wypłynęły naturalnie. Dlatego teraz, gdy Aleksander prowadzony jest jak cielę na rzeź, nie panikuje, nie boi się, nie reaguje instynktownie, scena nie jest napięta ani dynamiczna, tylko maksymalnie przegadana. Bo ty wiesz, że musisz go wytłumaczyć i obronić, musisz przekazać mi w jakiś sposób informację chociażby o tym, że bohater nie potrafi walczyć albo o tym, że motyl trzepoczący w jego sercu chciałby walczyć w obronie ojczyzny. Tymczasem książę powinien aktualnie myśleć o bieżących rzeczach, a swoje umiłowanie do ojczyzny oddawać wcześniejszymi scenami, powoli, byśmy mogli go poznać. Moment, w której Aleksander rozmawiałby z dowódcą straży, gdy w jakichś okolicznościach ten wypomniałby mu, że przez jego niefrasobliwość i brak nauk może być narażony na śmierć sprawiłaby, że znacznie wcześniej wiedziałabym o braku pewnych umiejętności u Aleksandra. A że tak nie jest, teraz oddajesz mi te i podobne informacje byle jak, uzupełniasz luki i wszystko mieszasz jak w zupie: raz bohater chce iść walczyć, a innym razem uświadamia sobie, że w sumie to niewiele potrafi. To dopiero pierwszy rozdział, a opowiadanie już wygląda jak w plamach po korektorze; doklepujesz budulca, zamiast pozwolić fabule dziać się, a mnie samodzielnie wyciągać z niej wnioski.

- Jesteśmy na miejscu - powiedział cicho, prowadzący naszą małą grupą, zielonooki. Nie wyglądał zbyt dobrze. Po jego przezroczystej niemal skórze spływały pojedyncze stróżki potu, sygnalizujące niezbyt dobrą kondycję ich właściciela. – Strużki. Stróżka to taka pani, która stróżuje. Ale ja nie o tym. Przeczytaj ostatnie zdanie jeszcze raz. Na głos. Właściciel strużek potu. Nie rób takiej gimnastyki w nazewnictwie, proszę.

W tamtym momencie miałem zupełną pewność, że Ligna przegrała. Świadczył o tym wygląd obdartego ze swoich drogocennych szat króla, który był teraz tylko kulącym się z bólu człowiekiem. Zwyczajną istotą bez żadnej władzy i wpływów. – Bohater patrzy na swojego ojca. Naprawdę mu na nim nie zależy, żeby jakkolwiek przejąć się takim widokiem? Gdzie jakiekolwiek emocje? Czemu Aleksander nazywa go ozięble istotą pozbawioną władzy, jakby patrzył bez wzruszenia na króla opozycji? Nie wiem, nie umiem nawet poznać, czy nie jest mu go żal, bo ciągle pamięta frustrację, którą czuł po wyjściu z obrad, czy dlatego, że on po prostu w ogóle nie lubi ojca…?

- Nie musisz tego robić - powiedziałem szybko, podchodząc do niego. Nim jednak zrobiłem chociażby pół kroku, zostałem zatrzymany przez straż chłopaka. – To jak oni go związali i pilnowali, że sobie szedł? Niby podchodząc, ale nawet nie podszedł pół kroku. Lepiej brzmiałoby „chcąc podejść do niego”.

Chcieli przeżyć. Rozumiałem to. Mimo wszystko nie mogłem pojąć pustki, towarzyszącej mi w czasie całego tego precedensu – precedensem nazywa porwanie, przegranie wojny i śmierć ojca? [PWN]. W mowie potocznej za to: precedens oznacza postępowanie (zdarzenie), które wydarzyło się pierwszy raz, dotyczy zdarzenia nietypowego. [źródło]. To nie jest tragedia, dramat, koszmar czy nieszczęście, ale, ot, takie tam pojedyncze zdarzenie losowe...? W stylu: no trudno, zdarzyło się. *wzruszenie ramion*
Bardzo często używasz nietrafionych słów, przez które Aleksander albo uchodzi za ironicznego niewrażliwca, albo podejrzanie grzecznego chłopca, jakby bał się używać ostrzejszych słów i nazywać rzeczy po imieniu. Na przykład tutaj: 
Jak możliwe, że od tego momentu wydarzyło się aż tyle przykrych rzeczy? – No nie wiem, ja bym przewidywanej śmierci ojca, porwania i upadku państwa nie nazwała przykrą rzeczą
Edit: W rozdziale drugim to samo:
Dlaczego moje narodziny spowodowały serie[ę] tak przykrych wydarzeń? Śmierć matki, wojna, śmierć ojca. Słowo przykry raczej nie oddaje w pełni wymiaru tragedii, więc Aleksander wcale nie brzmi jak wielce przejęty. Przykre to może być to, że deszcz pada w wolny weekend, a nie, że stałeś się sierotą w rękach okupanta.

(...) wrzasnąłem, chcąc ochronić pędzącą w moją stronę małolatę przed wrogimi żołnierzami. – Wybrany przez ciebie synonim jest negatywnie nacechowany, więc zupełnie nie pasuje do sytuacji. Równie mocno w oczy rzucają się wszelcy zielonoocy. 
I czy to nie jest dziwne, że bohater znacznie bardziej reaguje na śmierć dziewczynki, którą zna z jednego spotkania, niż na widok śmierci własnego ojca? Nawet jeśli był schorowany, czy to dobry powód, by się nim nie przejąć? Bo dla mnie brzmi jak tania wymówka, abyś mogła uniknąć opisywania prawdziwych emocji.

Z jednej strony mamy niedopasowane do stylizacji, dość potoczne: małolatę czy precedens, życiowy partner; z drugiej urzędowe: wystarczające środki, niekompetentne państwo; mamy też dramatyczne, górnolotne frazy typu: obezwładniająca pustka, motyl w sercu, cierpienie duszy, śmierć grająca przyjaciółkę. Pojawia się bowiem stosowane głównie przez trzecioosobowych narratorów wszystkowiedzących w baśniach czy legendach lub w ustach raczej wiekowej postaci... Przez to narracja nie jest płynna dla bohatera, charakterystyczna w ten jeden sposób. Bardzo w niej mieszasz.

Denerwuje mnie zakończenie tej notki. Mianowicie fakt, że Aleksander jako bohater, który na ogół postępuje impulsywnie, nagle w sposób szalenie chłodny i rozważny usprawiedliwia morderstwo niewinnego dziecka. Nie wini za to, nie jest zły, właściwie dociera do niego, że przeciwnik tylko wykonuje rozkazy… Raz, że to jak wstęp do wątku romantycznej relacji z rozgrzeszonym blondynem (nadal jesteśmy w pierwszym rozdziale!), a dwa – Aleksander wcześniej mimo że nie potrafił walczyć, sugerował, że bohatersko ruszyłby na front. Kogoś takiego raczej nie przekonałyby tanie wymówki drugiej strony, ale realne czyny. Niestety twój Aleksander to chorągiewka na narracyjnym wietrze i raz jest taki, raz siaki, raz jeszcze inny, bo tańczy pod fabułę. 
Inna sprawa, że łzy w oczach zielonookiego JużOdPoczątkuWiemKogo to też mocna przesada. On przecież również wychował się w czasie wojny, na pewno nie pierwszy raz wykonywał takie rozkazy, a nawet jeśli – dlaczego miałby mieć opory, skoro jego królestwo wygrało? Palić wrogie wioski i miasteczka, skazując tłumy biednych ludzi na śmierć – dobrze, ale powiesić jedno dziecko – źle? Dziwny mają w tej Floressie system wartości. 

Nadmiar przesadnie dramatycznych rozważań księcia oraz wyniosłych pytań retorycznych odbiera scenom realności. Nie ma nic złego w zadawaniu sobie pytań, w narracji pierwszoosobowej to bardzo dobry sposób na jej prowadzenie, zresztą tutaj: Dlaczego nie mogłem w żaden sposób pomóc tym ludziom?! – wyszło przekonująco, czuć w końcu realne emocje. Jednak wśród tych mocno górnolotnych fraz, które wymieniłam wcześniej, małe plusy znikają w gąszczu tekstu, który męczy. Rozumiem twoje intencje, by podkreślać dramatyzm wszystkimi dopowiedzeniami i by po brzegi wypełniać zdania biadoleniem, ale przy tak dużym zaangażowaniu w to łatwo o… karykaturę. 
Po pierwszym rozdziale z ciekawości raz jeszcze sprawdzę, ile tekstu za mną. Obecnie przeczytałam siedem stron, gdy ocena liczy trzydzieści jeden (bez wstępu). Jeśli taka tendencja do rozwodzenia się nad prawie każdym zdaniem się utrzyma, skończę ocenę wcześniej. Teraz powinno być już z górki; postanowiłam, że raczej nie będę się więcej powtarzać, więc o ekspozycji czy niektórych błędach narracji pierwszoosobowej poczytasz pewnie dopiero w podsumowaniu.

Rozdział 2

Rozdzierający krzyk małego dziecka rozkruszył bezlitośnie niebo. To z tego dźwięku powstały błyskawice, a zaraz po nich pioruny. – To powstawanie błyskawic i zaraz potem piorunów z krzyku dziecka nie działa za dobrze, no bo jak dźwięk może generować światło? Chyba po prostu przesadziłaś, nawet jeśli ma to być poetycka metafora. Można ją ująć zgrabniej, na przykład coś stylu, że krzyk dziecka rozciął ciszę niczym błyskawica niebo, jednak i do takiej wersji miałabym pewne zastrzeżenia; w końcu piszesz ten tekst narracją pierwszoosobową. Bo czy Aleksander na co dzień para się poezją? Został porwany, jego kraj przegrał, zaraz zabiją mu ojca, a on składa zdania niczym Werter czy tam inny Gustaw Konrad. I to też samo w sobie nie jest w jakikolwiek sposób niepoprawne, bo Aleksander ma prawo być wrażliwy i posiadać romantyczną duszę, tylko czy to konsekwentne? Jego stylizacja ani trochę nie wygląda na taką – pisałam już o tym. 

Nie chciałem oglądać[,] jak mała dziewczynka zostaje brutalnie pochwycona przez strażników i siłą zaciągana na drewnianą konstrukcję. – To się nazywa: szafot. 

Zostałem zmuszony do oglądania bezlitosnej sceny - własne sumienie i odpowiedzialność za kraj wymagały tego ode mnie. Zostałem zmuszony? Jednak mocno sugeruje to zewnętrzny, a nie rzeczywisty – wewnętrzny – nacisk. Pomyśl lepiej nad czymś pokroju nie mogłem oderwać wzroku.

W momencie, w którym z nieba zaczęły spadać, [przecinek zbędny] w zastraszającym tempie krople zimnego deszczu, zrozumiałem[,] jaką bestią trzeba być, by pozwolić na torturowanie dziecka. Strażnicy[,] zakładając dziewczynce na szyję linę oraz stawiając ją na niezbyt wysokim stołku, chcieli ukazać swoją siłę oraz oddanie królowi, któremu byli bezwzględnie posłuszni. – Raz: Sama konstrukcja pierwszego zdania wskazuje na to, że gdyby deszcz nie spadł, to bohater nie zrozumiałby, że trzeba być bestią, żeby torturować dziecko.
Dwa: dziewczynka idzie na śmierć, nie na tortury, tutaj brzmi to natomiast tak, jakby dziecko było torturowane jakkolwiek inaczej niż powieszeniem.
Trzy: czemu mówisz mi, co oznacza zachowanie oprawców? Łatwo sama mogłabym sobie dopowiedzieć, dlaczego zachowują się w ten sposób. Wiem, że dziewczynka zawiśnie, bo im się sprzeciwiła oraz bo ma być symbolem dla każdego jeńca, któremu przeszedłby przez myśl bunt. To są bardzo proste wnioski, natomiast Aleksander, podsuwając mi je w ten sposób, nie tylko odbiera możliwość myślenia nad tekstem, ale przede wszystkim w ostatnim zdaniu znów brzmi strasznie obiektywnie, sucho. Jak reporter zdarzenia niepowiązany z żadną stroną konfliktu. A przecież starasz się nam wmówić, że jest zupełnie odwrotnie.

Nie powstrzymał ich przed tym nawet rozdzierający krzyk sieroty. – Aleksander nie wie, czy dziewczynka rzeczywiście jest sierotą. W poprzednim rozdziale mówiła ona jedynie o umierającym z głodu rodzeństwie. Pojawia się o wiele więcej tajemniczych pewników – związanych chociażby z motywacją wojowników, które nie powinny znaleźć się w narracji pierwszoosobowej. Książę może coś podejrzewać, domyślać się, wczuwać w czyjąś sytuację, ale nic poza tym. 

Jego egzekucji nie przeżywałem już tak bardzo, jak sieroty, której dałem rano monety na przeżycie. – Przecież wiem, która dziewczynka umarła, nie musisz mi tego wkładać raz jeszcze do ust. 
Inna sprawa jest taka, że bohater śmierci dziewczynki w sumie to nie przeżywał w ogóle. Pisałaś, że na jego twarzy łzy mieszały się z deszczem i… tyle, jeśli chodzi o jakieś przeżycia wewnętrzne. W zasadzie wygląda to trochę tak, jakbyś tego rodzaju zabiegi podpatrzyła w filmie. Bo to tak po amerykańsku, niemalże malowniczo (ale zarazem kliszowo) wygląda, jak łzy mieszają się z deszczem. Okej, taki zabieg sprawdzi się na ekranie. W książce – niekoniecznie, bo dla czytelnika bardziej liczy się to, co czuje bohater. Zwłaszcza w narracji pierwszoosobowej. 
Napisałaś też, że: Wisiała za to bezwładnie z liną przewieszoną przez szyję, niczym kukiełka, która w najbliższej przyszłości miałaby odegrać pasjonujące przedstawienie. Śmierć ta wypruła ze mnie wszelkie emocje. – Więc skoro wtedy bohater nie miał w sobie żadnych emocji, dlaczego dwa zdania dalej zaklinasz, że jednak przeżywał tę śmierć bardzo, a następnej już nie? Sama sobie zaprzeczasz, i to na niewielkiej przestrzeni tekstu. 
Kilka zdań dalej czytam za to, że: Z oczu leciały mi łzy, nogi plątały się o siebie, a usta wydawały przeciągły odgłos straty. Nie chciałem się z nim rozstawać. – I to znów daje mi do zrozumienia, że bohater jednak przejął się stratą ojca. Jak to się ma więc do zdania jego egzekucji nie przeżywałem tak bardzo? Jeśli do bohatera strata ojca dotarła po czasie, gdy było już za późno, dałoby się to oddać zgrabniej. Przemyśleniami, które się rozwijają, coraz bardziej buzują emocjami. Pisząc natomiast, że bohater nie przeżywał egzekucji, ale w kolejnym zdaniu już rzuca się w stronę martwego, nie budujesz spójnego obrazu, który w czasie trwania sceny ulega zmianie. Dajesz sprzeczne sygnały, między którymi nic nie ma. 

Kiedy król wchodził na drewniany podest, podniosło się głośniejsze zawodzenie jego publiczności. – Spójrz, jak groteskowo to brzmi. Co najmniej tak, jakby król był kiepskim stand-uperem, który zaraz miał opowiedzieć nieśmieszny dowcip, więc widownia postanowiła wyśmiać go zawczasu. Znacznie lepiej i poważniej, odpowiednio dla charakteru tej sceny, brzmiałoby „jego poddanych”.

W gardła starca wydał się przeciągły jęk. Z gardła starca wydostał się (np.) przeciągły jęk lub starzec wydał przeciągły jęk. Chociaż nadal nie jestem przekonana co do tego, że książę określa tak swojego ojca.

Ignorując otaczających mnie ludzi oraz gotową mnie unicestwić w każdym momencie straż, pobiegłem w kierunku mojego ojca. – On był w końcu związany? Nikt go nie pilnował, mimo że był następcą tronu? Bo w tej chwili biega sobie tam, jak mu się żywnie podoba.

Z oczu leciały mi łzy, nogi plątały się o siebie, a usta wydawały przeciągły odgłos straty. – To brzmi strasznie karkołomnie. Lepiej nazywać rzeczy po imieniu, zamiast tworzyć takie dziwne konstrukcje.

Od chwili egzekucji grupa, przez którą zostałem uprowadzony, maszerowała nieprzerwanie przez dwa dni i jedną noc. Dopiero wczoraj, w chwili, w której zaczęły mdleć mi nogi z powodu zbyt długiej wędrówki oraz niskich racji żywnościowych, zlitowano się nade mną. – Szkoda, że to nie jest scena, tylko streszczenie. I tak zdecydowanie za wiele po prostu przytaczasz (stany emocjonalne, wydarzenia, tło historyczne i tak dalej), więc relacja z podróży zamiast podróży samej w sobie wydaje się naprawdę kiepskim, bo nużącym pomysłem. Poza tym nie wyobrażam sobie, żeby nawet zdrowy człowiek mógł tak po prostu iść dwa dni i jedną noc bez przerwy choćby na sen.

Zbytnio rozpraszały mnie jednak niespokojne dźwięki, dochodzące z lasu, bym mógł spełnić swój plan. – Jednak niespokojne (uważane wcześniej przez Aleksandra za spokojne?) czy jednak zbyt rozpraszały...? Pilnuj szyku zdań, bo z niektórych można wyciągać mylne wnioski. O ile jednak często stawia się na drugim miejscu w zdaniu i jest to całkowicie wytłumaczalne akcentowo, o tyle umieszczanie go w dalszej części zdania sprawia, że słowo jakby podpina się nie pod te części zdania, pod które trzeba. Spójrz, co na ten temat jest napisane w PWN: Bardziej szczegółowa odpowiedź wymagałaby analizy akcentów logicznych w zdaniu. W twojej wersji na logikę można wyciągnąć różne wnioski. Dalej:
Najgorszym w całym zajściu była jednak świadomość (...). – Tutaj jednak dotyczy słowa najgorszym, więc sugerowałabym szyk: Jednak najgorszym w całym zajściu… albo: Najgorszym jednak w całym zajściu… Za to jednak świadomość w tym połączeniu brzmi dziwnie.
Nienaturalnie brzmi również zdanie: [r. 3]: W stolicy Ligny także doszło parę razy do wybuchu niekontrolowanego ognia, szybko zawsze jednak był gaszony. Moja sugestia: (...) jednak zawsze szybko. 

Nie wyobrażam sobie nawet[,] jak mógłby wyglądać przysłowiowy pokój. Ten ukazany w książkach jest niezwykle absurdalny: posiadający same zalety, ciężko pracujący ludzie oraz żyzne plony rodzące przez nieskażoną ludzką krwią ziemię. – Bardzo podobne zdanie pojawiło się ledwo rozdział temu. Poza tym chyba lepiej brzmiałoby: rodzące się w ziemi nieskażonej ludzką krwią. W takiej wersji kładziesz nacisk na słowo krew, a ono jako że ma mocniejszy wydźwięk, budzi znacznie większe emocje.

Zimny wiatr nieuchronnie przybliżał do nas śnieżną burzę, tak popularną wśród ziem, na których przyszło mi przyjść na świat. Od kiedy tylko pamiętam[,] kochałem zimę. Teraz jednak, przyobleczony jedynie w przykrótkie spodnie, postrzępiony koc oraz długie, skórzane rękawice zacząłem jej szczerze nienawidzić. – Gdybyś dała sobie więcej czasu antenowego na pokazywanie realiów tej historii, mogłabym w tle zobaczyć bohaterów, którzy czekają na koniec zimy, martwią się nadchodzącą burzą śnieżną, a Aleksander bagatelizuje to wszystko, ponieważ lubi takie klimaty. Tymczasem to się nie dzieje i znów tak o, bez pardonu, dowiaduję się w połowie rozdziału nie tylko o tym, że w sumie to jest chłodno, ale i o tym, że bohater zwykle lubił taką pogodę. 
Wciąż mam wrażenie, że w kilku zdaniach złożonych przepuszczasz to, o czym tak właściwie mogło być to opowiadanie. Przepuszczasz informacje o świecie przedstawionym, podając mi je jak na ostatnią chwilę na tacy, jednocześnie pędząc w przód jak na złamanie karku. Na dodatek rzucasz co chwilę jakimiś truizmami w stylu:
Zmieniał nie tylko kolor moich kończyn na bardziej siny, ale i powodował moje złe samopoczucie. – Skoro już wspominasz, że bohater jest siny, trzęsie się z zimna i nienawidzi zimy – tak, używa słów: szczera nienawiść – to już dawno domyśliłam się, że… nie jest szczęśliwy. Czyli ma złe samopoczucie. Kiedy doklepujesz mi tę informację za chwilę raz jeszcze i to myślą Aleksandra, nie wiem, czy bohater ironizuje i jest cyniczny, bo używa eufemizmu, czy nie miałaś tego na celu i po prostu to efekt nieumiejętnego prowadzenia narracji pierwszoosobowej. 
Zwróć też uwagę na to, że z jakiegoś powodu pozostawili Aleksandra żywego. Tymczasem wygląda na to, że Florianie robią wszystko, żeby w trakcie podróży padł im z wycieńczenia albo zimna.

Zapewne za jakieś siedem zachodów słońca. – Po co tak kombinować? Czemu nie po prostu: za siedem dni albo za tydzień? Dbaj o realizm. Nie ma nic złego w tworzeniu bohaterom w uniwersum innego systemu; można na przykład cykle słoneczne lub miesiące, dni tygodnia nazywać inaczej albo wymyślać nazwy dla okresów takich jak kwartał czy nawet rok, czemu nie. Tylko że Aleksander używał już wcześniej słowa dzień (a nawet tydzień – w prologu), więc tutaj po prostu znów go poniosło, a przecież jest w tak fatalnym stanie i położeniu, że takie komentarze brzmią jak mocno odklejone od rzeczywistości.
I czy oni mieli tam w ogóle jakieś konie? Czy tak sobie radośnie szli pieszo?

Ten facio z wczoraj musiał być nieźle stuknięty, że chciał rządzić czymś takim. – Musisz pamiętać o odpowiedniej stylizacji językowej. Akcję swojego opowiadania umieściłaś w realiach średniowiecznych, jak więc ma się do nich taki facio? Totalnie zabija klimat.

- Ty[,] kicek[,] nie podskakuj tak, bo zaraz utnę ci co nieco - odpowiedział zezłoszczony strażnik, podnosząc wysoko swój topór. – Wypowiedziane słowa oraz wykonany gest same w sobie już wystarczająco świadczą o zezłoszczeniu. Aleksander nie musi tego stwierdzać w tak oczywisty sposób. Wystarczy, że oboje to widzimy i słyszymy. 

Zmierzyłem ostro wzrokiem, stojącego przede mną goryla, jakby oceniając moje szanse w walce z nim. Na oko miał z dwa metry w szerokości i jeden i trzy czwarte w długości. Powalę go jednym dotknięciem (...). – Co. To. Za. Stylizacja? Przed chwilą Aleksander poetyzował, wcześniej brzmiał jak prawnik lub wykładowca, a teraz rzuca kolokwializmami na prawo i lewo. Nawet nie wiem, czy wśród faciów i kicków to odniesienie do ochroniarza – najemnika jako współczesne odniesienie do goryli na bramkach, czy tylko przyrównanie do zwierzęcia, bo mężczyzna przypomina goryla z budowy ciała. Tylko skąd Aleksander zna goryle, skoro urodził się w kraju, który charakteryzuje się burzami śnieżnymi? O zwierzętach egzotycznych też czytał w książkach? Który właściwie mamy wiek? 
Poza tym jakby w takim kontekście w narracji pierwszoosobowej też nie pasuje. Aleksander zna myśli wszystkich dookoła, ale jeśli chodzi o jego własne czyny i motywacje, to bazuje na przypuszczeniach?

Wątpię, że chciałby on zasięgnąć mojej opinii odnośnie [do] toczącej się między naszymi państwami wojny. – Tak, narrator w takich fragmentach sprawia, że wątpię w wiele rzeczy… Jaki sens miałoby zabijanie króla, robienie sceny w miasteczku i porywanie księcia, by ten miał okazję wypowiedzieć się na temat wojny?

- Jeśli go choćby dotkniecie, będziecie mieli do czynienia z wyrokiem samego króla. – Przede wszystkim jeśli go dotkną, to sami umrą. Nie pamiętają już o jego mocy? 
No i co, jeśli bohater umrze z wychłodzenia? Podobno jest już siny, a to nie świadczy o jego zdrowiu, być może niedługo im zejdzie... 
Oczywiście można tłumaczyć to tym, że taka forma tortur jak wychładzanie i głoszenie jeńca to dość częsta praktyka, szczególnie gdy chodzi o ważną osobistość, której nie powinno się bić. Aleksander do Floressy ma dojść żywy, niekoniecznie zdrowy. W chorobie łatwiej się złamie i poczuje słabszy w obliczu wrogiego króla. Jednak jak to wytłumaczyć, jeśli bierze się pod uwagę, że Aleksander jako książę kraju zupełnie podbitego, w dodatku nierozpoznawalny, nie ma nic do zaoferowania królowi? 

- Od kiedy kicek jest aż tak ważny dla naszego władcy? - zdziwił się nieco tępy wojownik, na zawsze już nadając mi imię niespełnionego zająca. – No dobrze, ale mamy narrację pierwszoosobową wydarzeń bieżących, więc skąd bohater wie, że tak już będzie zawsze? Może to przypuszczać, więc może mogłoby pojawić się tam jakieś raczej albo pewnie lub zapewne
Na tym etapie oceny możesz mieć wrażenie, że wiele naszych przykładów to już skrajne czepialstwo, walka o słówko czy dwa, ale ja, widząc dość chaotycznie prowadzoną narrację, nie mam pojęcia, co jest świadomym posunięciem z twojej strony, celowym pominięciem, a co nieścisłością wynikającą z niewiedzy. Nie potrafię tego wyczuć, dlatego nie dziw się, że wypisuję dość sporo. Chcę mieć pewność, że po ocenie sama będziesz mogła wywnioskować, na co zwrócić uwagę, a na co machnąć ręką. 

Czy to oznacza, że Ligna na zawsze zniknie z map? Wszystko na to wskazywało. Największym tego znakiem było jarzące się na twarzach, mieszkańców mojej ziemi, cierpienie. – Ja powiedziałabym, że największym tego przykładem była śmierć króla, no ale mogę się mylić.


Wyryło w nich obrzydliwe maski, których za pewne nie będą w stanie ściągnąć przez pare następnych lat. – Łącznie: zapewne. Rozdzielnie piszemy na pewno. Parę.

Godność i poczucie świadomości narodowej[,] jakie utracili[,] długo będzie stanowiło ich największą ozdobę. Które. Ozdoba kojarzy się pozytywnie, więc z pewnością nie współgra z obrzydliwymi maskami.

I choć w tamtej chwili byłem świadomy, że nie powinienem czuć ulgi, od wewnątrz okryło mnie przyjemne wyciszenie. – Nie mogło go okryć od wewnątrz, gdyż jest to sprzeczne z definicją tego czasownika. 

Mieszkańcy nie wyglądali na wychudzonych. Wręcz przeciwnie - tryskali zdrowiem i wigorem, który w wypadku dzieci objawiał się głównie podczas rozmaitych, toczonych między sobą zabaw. Czy tak wyglądała radość towarzysząca wolnym od nieszczęść państwom? – Tak wyglądali ludzie, których państwem rządził mądry król umiejący zapewnić im dobrobyt. Mam wrażenie, że ludność Ligny głodowała tylko dlatego, że Aleksander rozdał pół królewskiego skarbca na ulicy. Floressa przecież uczestniczyła w tej samej wojnie, więc skoro jej mieszkańcy żyli szczęśliwie i byli zdrowi, to widocznie się dało. Mam wrażenie, że śmierć ojca Aleksandra to najlepsze, co mogło wszystkich spotkać, bo był królem niemądrym i słabym.

Co chwilę rozglądałem się na boki z szeroko otwartymi oczami, nie mogąc się napatrzyć na spokój towarzyszący mieszkającym tu ludziom. Rozmaite stragany, piękne kreacje niektórych z dam oraz pierwsze kwiaty, jakie zakwitły tej wiosny, skutecznie absorbowały moją uwagę. W tamtej chwili byłem zauroczony Floressą i jej pięknem. – Jakoś ciężko mi uwierzyć w zachwyt Aleksandra sąsiednią krainą. Bohater stracił ojca, najemnicy Floressy zabili przy nim niewinne dziecko, spalili wioski, doprowadzili do głodu w ojczyźnie księcia, skazali go na wygnanie. Czy to nie powinno choć trochę przeszkadzać mu w tak pozytywnym myśleniu o wrogich terenach? No dobrze, Aleksander nie musi o wszystkie tragedie obwiniać mieszkańców sąsiedniej krainy, ale no, na bora, jest królewskim jeńcem wojennym! A zachowuje się jak na szkolnej wycieczce. Po raz kolejny zaczynam się zastanawiać, ile on ma lat.

W jakich porach roku tak właściwie dzieje się ten tekst? W pierwszym rozdziale nie wiadomo, na początku tego jest zimna, teraz w połowie już wiosna… Piszesz o podróży, a każdy wie, że wraz z przemierzaniem trasy, zmienia się zarówno otoczenie, jak i pogoda. Na to jednak potrzeba znaczących odległości, ponieważ zmiany zachodzić będą stopniowo, powoli. W twojej historii takie zmiany także następują, ale mocno niekonsekwentnie; brakuje w tym logiki. Z obecnej wersji wynika, że wystarczy przebyć pieszo (!) zaledwie kilka dni (!!), by z kraju utrzymującego się w klimacie zimowym bez problemu znaleźć się w innej strefie klimatycznej (!!!). Zauważ, że idąc z Warszawy do Krakowa po około 30 km dziennie, dotarłabyś tak w jakieś dwa tygodnie, a strefa klimatyczna by się nie zmieniła (i nie mówimy o mikroklimacie rządzącym się swoimi prawami). Ba, idąc z Gdańska do Pragi w Czechach nadal byłabyś w tej samej strefie. Naprawdę długo musiała trwać cała podróż, by klimat zmienił się tak bardzo. Oczywiście są miejsca astrefowe jak choćby góry, ale to tak nie działa, że idziemy sobie tydzień i już zamiast śniegu natrafiamy na kwitnące kwiaty i rwące strumyki. Chyba że tak naprawdę Twoi bohaterowie nie żyją na świecie podobnym do Ziemi. Ale nawet jeśli, weźmy za przykład Martinowskie Westeros – nawet tam mroźne zimy były na samej północy kontynentu, a na południu występowały pustynie i susze, a droga z jednego miejsca do drugiego trwała miesiące. Świat nie działa tak, że wystarczy pstryk i śnieżyca ustępuje – komponenty przyrody oddziałują na siebie nieustannie i od wielu czynników zależy to, jak kształtuje się klimat/roślinność/rzeźba terenu or whatever, a zmiana jednego elementu wywołuje falę innych zmian w funkcjonowaniu świata (tzw. sprzężenia zwrotne). Tworząc swój świat, musisz mieć na uwadze to, że przyroda działa w określony sposób i nie możesz kształtować wszystkiego tak, jak chcesz, tylko tak, jak pozwalają na to prawa natury, nawet jeśli to twoje fantastyczne opowiadanie – twój świat, twoje kredki. Tylko że ten twój świat musiałby być zupełnie inaczej skonstruowany niż Ziemia, a skutkiem tego pory roku musiałyby trwać znacznie krócej i zmieniać się częściej, być może ludzie nawet stworzyliby inny system odmierzania czasu? Trudno przewidzieć tego konsekwencje, ale jakichś ram powinnaś się trzymać, jakiekolwiek powinnaś wyznaczyć, żeby ta opowieść miała ręce i nogi.

Moja reakcja bardzo śmieszyła strażników, którzy towarzyszyli mi na każdym kroku, odgradzając ode mnie zaciekawione spojrzenia przechodzący koło nas przechodniom. – Spojrzenia (czyje?) przechodzących przechodniów.

- Boicie się, że wybiję niewinnych mieszkańców? - zapytałem ze zdziwieniem. // - Takie dano nam rozkazy - odpowiedzieli po raz kolejny, podczas naszej podróży. // - Tak, tak... Czy to nie nudne być czyimiś marionetkami? Nie myśleliście o wakacjach? – Cóż za wysmakowana próba manipulacji.

Na ich miejscu też nie chciałbym rozmawiać z człowiekiem, który potrafi zabijać tylko palcem (a zwłaszcza samym jego koniuszkiem). 
- Książę, podejdź proszę - usłyszałem cichy głos blondyna, stojącego przy jednym z kolorowych straganów.
- Nazywam się Aleksander - powiedziałem z uporem, podchodząc do mojego oprawcy. 
Może to śmieszne, ale za wszelką cenę chciałem odpowiednio się prezentować we wiszącym na mnie kocu i skórzanych rękawicach. W istocie nie były to królewskie odzienia, lecz wiedziałem, że to nie szaty zdobią człowieka, a jego postawa i godność. – Bardzo niefortunny szyk zdania wyrażającego obawę księcia. Brzmi to tak, jakby cały problem polegał na tym, że Aleksander potrafi zabijać tylko palcem, a czymś innym już nie. 
Poza tym brniesz w coraz większy absurd. Książę w ogóle nie ma instynktu przetrwania, co trudno usprawiedliwiać jego zmęczeniem życiem czy żałobą. Idziesz też w bardzo sztampowym kierunku. Aleksander został porwany i wisi nad nim groźba śmierci, a chłopak ma wielki problem z tym, jak wrogi wojownik go nazywa, i myśli o totalnych bzdurach. Masz nietypowy pomysł na tę postać – okej. Tylko zdaj sobie sprawę, że to na razie mocno antypatyczny bohater, któremu nie sposób kibicować. Także nici z potencjalnego zaskoczenia, bo tożsamość tajemniczego blondyna staje się coraz bardziej oczywista.

Bardzo trudno mi zrozumieć też, na jakiej podstawie jeńcowi wojennemu kupuje się ubranie. Po co? Zabito mu ojca, wykpiono w jego krainie, potraktowano niemal jak śmiecia, ale teraz nagle wszystko spoko. I jeszcze Aleksander, który myśli, że: (...) czułem się w tym stroju cudownie. Naprawdę…? Już wiem, co fabularnego czeka na mnie za rogiem. Podejrzewam, że będzie brzmiało w stylu: ooo, zielonooki blondyn był smutny, gdy zabijał dziewczynkę, a teraz kupuje mi ubranie, bo jest taaaaki miły… Tak to, niestety, wygląda i wcale nie jest dobre. 
Edit: jednak dzieje się szybciej, niż podejrzewałam:
- I co myślisz? - zapytałem, odpowiednio mu się prezentując. – Co to jest, Top Model? Kolesie właśnie zabili mu ojca, a jego samego prowadzą nie wiadomo dokąd i po co… to świetna okazja, by zachowywać się jak na randce. Stosunek Aleksandra do jego, bądź co bądź, porywaczy jest mocno niepokojący. Budowanie romansu na takich podstawach może skończyć się romantyzowaniem syndromu sztokholmskiego i promowaniem szkodliwych postaw, a tego zapewne nie chcesz. Pomyśl więc, co książę sobą reprezentuje i czy o taki efekt ci chodziło. Chłopak musi być w szoku, więc nieracjonalne decyzje i niemalże flirtowanie z wrogiem można jakoś usprawiedliwić, ale wymaga to zdecydowanie większej subtelności z twojej strony. Potencjał ma chociażby późniejszy wybuch płaczem z prozaicznego powodu. Ludzie różnie reagują w sytuacjach stresowych i po przeżytej tragedii – to zrozumiałe. Ale w tekście występują też wojownicy zachowujący się niekiedy jak na spacerze z kumplem. Trudno uparcie szukać celowości w nielogicznym postępowaniu dosłownie wszystkich bohaterów w twoim opowiadaniu. Absurdów jest po prostu zbyt wiele.

- Nic ci przecież nie zrobię! - krzyknąłem, cofając się o trzy kroki do tyłu. [akapit] Nie musiałem długo czekać, [przecinek zbędny] na pieczenie oczu, a zaraz po nim, [przecinek zbędny] na wypływające z nich potoki łez. – Wystarczyłby jeden potok. I nie można cofać się do przodu.

On by nic mi nie zrobił. – Skąd ten wniosek? W twoim opowiadaniu totalnie wszyscy proszą się o skrzywdzenie. Jeżeli lepiej czujesz się w obyczajówkach i romansach, po co na siłę dobudowywać do tego wojenne tło i mnożyć tragedie, skoro i tak zupełnie ignorujesz ich wpływ na fabułę czy postaci? Obecną mieszankę trudno przełknąć. 

Nie raz słyszałem historię, jak któryś z moich przyjaciół oberwał od nich mieczem zza pleców. Nieraz w znaczeniu: wielokrotnie. Nie raz w znaczeniu: ze dwa razy. Tutaj zdecydowanie bardziej pasuje pierwsza wersja.

Czułem się okropnie, kiedy dotarły do mnie słowa rycerza. Nie wiedziałem, że moja ojczyzna jest tak postrzegana za granicą. Naród, z którego od zawsze byłem tak dumny, teraz okazał się być okrutnym potworem, czyhającym na cudzą śmierć. – Te dwa królestwa toczą ze sobą wojnę, czego więc nasz drogi bohater się spodziewał? Ci z Ligny, których regularnie wybijamy, są tacy super, aż wypiłbym z nimi piwo? Królestwo straciło suwerenność, król został zamordowany, narratora porwano, ale, o mój borze szumjoncy, reputacja! Aleksander ma większe problemy niż to, co sądzą o nim i Lignie żołnierze Floressy.
W ogóle zastanawiające jest to, że Aleksander od razu uwierzył w słowa jakiegoś pierwszego-lepszego rycerza. Gdyby ten mu powiedział, że jego ojciec to kobieta z brodą, też by mu uwierzył z marszu? Aleksandrowi nawet przez myśl nie przeszło, że po prostu na wrogim terenie mieszkają kłamcy i tacy sami, jak nie lepsi, mordercy.
Niby Aleksander zna jedynie wojenne realia, nigdy nie zaznał pokoju, ale jednocześnie można odnieść wrażenie, że niczym dziecko we mgle dopiero odkrywa to, jak działa wojna i co się z tym wiąże. Źle mówią i, o zgrozo, na tej wojnie to się nawet zabijają. Kto by pomyślał!

Pachołki postąpiły zgodnie z rozkazem dowódcy. – Jakim cudem Aleksander nie domyśla się tożsamości chłopaka, który jest mniej więcej w jego wieku i którego wszyscy słuchają bez mrugnięcia okiem? Dodatkowo ogłupiasz tym bohatera. Wiem już, że książę brał średnio aktywny udział w życiu politycznym królestwa, ale powinien umieć dodać dwa do dwóch. Zamiast tego woli nazywać pachołkami żołnierzy, jakby nie wiedział, jaki typ organizacji charakteryzuje formacje zbrojne i na czym polega rola dowódcy. I czy Aleksander nie odebrał absolutnie żadnego wykształcenia na dworze? Nie uczył się walki, poniekąd to zrozumiałe, biorąc pod uwagę jego dar, ale czy nie uczył się też niczego o polityce? Niczym ta księżniczka zamknięta w wieży siedział i z nudów czytał powieści, od czasu do czasu dla urozmaicenia rzucając monetami w tańczący plebs? Przecież czegoś musiał się nauczyć. I czemu żołnierze nie zwracają się do swojego dowódcy odpowiednią tytulaturą? Cały czas mówią bezosobowo?

Nocleg nie zapowiadał się na zbyt wygodny. Moim pięciogwiazdkowym hotelem okazała się być dziurawa stajnia, a luksusowym pokojem - niewysprzątanym boksem przeznaczonym dla koni.  – On tak na poważnie? Tak tylko przypominam, że towarzyszący mu ludzie to ci sami, którzy włamali się do niego nocą, porwali, zabili mu ojca i prawdopodobnie skrzywdzili wielu mieszkańców Ligny (na której króla, zakładając dziedziczność tronu, Aleksander zapewne byłby koronowany). Książę cały czas obwinia się o wybuch wojny, na który nie miał przecież faktycznego wpływu, ale nie zmienia tego, co może, nie podejmuje działania, nie próbuje drogi dyplomatycznej. Zamiast tego zupełnie bezmyślnie pyskuje oprawcom. Brawo dla niego.
Poza tym najpierw wakacje, teraz hotel. Nie gospoda, zajazd, austeria czy co tam jeszcze to by mogło być, tylko najzwyklejszy hotel. I to jeszcze z kategoryzacją gwiazdek, którą przecież wymyślono znacznie później niż w średniowieczu.
Już pomijając to, że w pierwszej lepszej wiosce raczej trudno o luksusową gospodę.

Czy Aleksander był zamknięty w tym boksie sam? Czy nikt go nie pilnował? Dlaczego nie spróbował uciec?

Nie były one spowodowane wyłącznie fetorem łajna, ale i mojego samopoczucia. – Fetorem samopoczucia? Chyba nie. Raczej: moim samopoczuciem.

Czy zasługiwałem w ogóle na coś tak trywialnego? Nie powinienem zginąć? Tak[,] ułatwiłoby to innym życie. – W jaki sposób? Już po ptakach, wojna wybuchła i toczy się nieprzerwanie od lat. Z tego, co wiemy, jedynym rozwiązaniem, by wojna nie miała miejsca, były narodziny dziewczynki. Jakiekolwiek inne opcje, nawet śmierć księcia, niczego by nie ułatwiły i Aleksander to wie, bo już o tym wspominał. Zresztą po jego śmierci kto zostałby królem? Wrogie królestwo nie zechciałoby wtedy zagarnąć nowych ziem? Gdzie plusy takiego scenariusza? 

Blondyn w nikłym świetle wyglądał bardzo zjawiskowo. – Przy takich okolicznościach podobne stwierdzenia są wręcz niesmaczne. 

- Jak się nazywasz? 
- Samuel. 
- Dzięki, że mi zaufałeś[,] Sami (...). – Co to za spoufalanie się? Szczególnie biorąc pod uwagę okoliczności spotkania dwóch głównych bohaterów, ich relacja rozwija się zdecydowanie zbyt szybko. Nie zdążyli się poznać, by móc spojrzeć na wojnę z punktu widzenia drugiej strony i zobaczyć bezsens tego rozlewu krwi, co potencjalnie mogłoby doprowadzić do nawiązania więzi. Za to chłopcy zachowują się tak, jakby już zapomnieli o tym, co stało się w poprzednim rozdziale… bo trzeba romansować. Pomyśl nad wiarygodnością psychologiczną swoich bohaterów – zastanów się, jakie mają priorytety i motywacje oraz jak to pokazać w opowiadaniu, by poruszyć osobę czytającą. Obecnie to zdrobnienie oraz otoczka romantyzmu i zjawiskowości nasunęły mi na myśl, że może wcale nie piszesz tego opowiadania aż tak na poważnie. 


Rozdział 3

Ostre promienie słońca napierały na głowy sześciu podróżników, powodując tym samym ich jeszcze większe zmęczenie. Wysoka temperatura i bezchmurne niebo wcale nie ułatwiały im zadania pokonania kolejnych pięćdziesięciu kilometrów przed zachodem słońca. – To jakim tempem oni idą, zważywszy, że muszą robić postoje? Biorę także pod uwagę, że Aleksander niejednokrotnie zwraca uwagę na brak profesjonalizmu żołnierzy i ich kiepskie umiejętności – chociaż nie wiem, na jakiej podstawie wyciągnięto takie wnioski. Brakuje ci konsekwencji. 
Inna wątpliwa kwestia: to jeszcze narracja pierwszoosobowa czy już trzecioosobowa? Aleksander tak opisuje rzeczywistość dookoła niego, jakby go nie dotyczyła, był ponad to. Jego sformułowania bardziej przypominają obiektywnego reportera, który wraz z operatorem kamery śledzi podróżników. 

- Daleko jeszcze? - zapytał jeden z żołnierzy, zerkając na swojego dowódcę spojrzeniem zbitego psa. – Dlaczego wyszkolony żołnierz zachowuje się jak dzieciak na biwaku z rodzicami? I dlaczego nie zna drogi, skoro prowadzi ona do jego własnego królestwa? Dopiero co pokonywał ją w drugą stronę i zapewne nie pierwszy raz, biorąc pod uwagę wojnę toczącą się między Floressą a Ligną. 

Król sam gadał, że pragnie widzieć syna swojego największego wroga, nim przystąpi do podbijania innych ziem. Król sam gadał? Przeczytaj ten fragment na głos i sprawdź, jak on brzmi. Wręcz śmiesznie, prawda? Brak przemyślenia stylizacji językowej zdecydowanie zaburza odbiór twojego tekstu i dodaje mu zapewne niepożądanych cech komizmu.

- Dosyć!  - krzyknął blondyn, patrząc surowo na wychodzącego przed szereg żołnierza - Jeszcze raz zwątpisz w moje przywództwo, a skończysz na szubienicy w przeciągu najbliższych godzin. – Samo to, że musi ich upominać jak dzieci i straszyć karą, świadczy o tym, że słaby z niego przywódca.

Spojrzałem zmęczony na przywódcę oddziału. Zdziwił mnie jego nagły wybuch złości. Czyżby był w sytuacji podbramkowej? Ja często reagowałem podobnie, gdy nie udawało sprostać mi się oczekiwaniom ojca. – Nie sądzę, żeby w tamtych czasach używano sformułowań typu „sytuacja podbramkowa”. Musisz pamiętać o stylizacji. Do tego zupełnie dziwią mnie takie przemyślenia. Ledwo chwilę temu Aleksander opisywał, jak to wszyscy są znużeni, spoceni i zniechęceni podróżą, więc gdy przywódca reaguje krzykiem na głupie gadanie podwładnego, pierwszą tego przyczyną, która przychodzi mi do głowy, jest właśnie zmęczenie. Myśli Aleksandra poszły tutaj w jakimś wydumanym kierunku.

Podróż trwająca dziesięć dni stanowiła duże wyzwanie dla kupców, a my byliśmy tylko garstkę średnio wyszkolonych wojowników. Garstką. Aleksander znów wróży z fusów albo wszystkie interesujące rozmowy są przeprowadzane gdzieś poza kadrem. I jakie my? Czemu książę utożsamia się z grupą porywających go ludzi? To mocno niepokojące, zwłaszcza że nie wygląda na celowy zabieg służący ukazaniu niezdrowego radzenia sobie z problemami. W dodatku nazywa się wojownikiem, a przecież dobrze wie, że nie potrafi walczyć, nigdy nie był na froncie. 
No właśnie, podróżuje z obcymi wojownikami i ani się nie stresuje, ani nie obawia, wydaje się odnajdywać w co najmniej niepokojącej sytuacji. Bardzo dziwne. 

Jestem tylko ciekaw[,] jakim przydupasem króla musi być, skoro otrzymał rozkaz zamordowania władcy Ligny. – To żołnierze także nie wiedzą, kim jest Samuel? Gdzie oni wszyscy żyją, że nie rozpoznają księcia? Pomysł ukrywania tożsamości dziedzica zarówno w Lignie, jak i Floressie, jest mocno naciągany. Dlaczego zdecydowałaś się na podobne rozwiązanie fabularne? Nie wierzę, że nie miałaś innego pomysłu i nie chciałabyś trochę podkręcić fabuły. Nie byłoby ciekawiej, gdyby obaj królowie mieli inne podejście do swoich synów, a, w konsekwencji, książęta inne doświadczenia? Liczę, że później wyjaśni się jeszcze, dlaczego poddani nie znają Samuela. Tym bardziej że Samuel musiał urodzić się pierwszy, skoro w Lignie według umowy liczono na dziewczynkę. O ile ukrywanie Aleksandra przez rozzłoszczonym tłumem mieszczan jeszcze da się logicznie obronić, o tyle nie za bardzo widzę powód, by ukrywać tożsamość przyszłego władcy Floressy.

Nie spodziewałem się, iż chłopak, który jeszcze wczoraj wyglądał w moich oczach na najbardziej niewinne stworzenie na świecie, mógłby babrać się w jakiś ciemnych interesach. Jaki miałby w tym cel?


Naiwność Aleksandra aż razi po oczach. Jak on się uchował w trakcie wojny? Nie zapominajmy, że myśli w taki sposób o kimś, kto zabił niewinną dziewczynkę, ba!, zabił mu ojca. Wiem, że wciąż to wypominam, ale to wręcz niemożliwe, że Aleksander wcale nie bierze tego pod uwagę!!
A król nie wpadł chociażby na pomysł, by inny młodzieniec w podobnym wieku udawał księcia i zaczął działać? Jakby coś mu się stało, to… trudno. Chowanie się po kątach zupełnie niczemu nie przysłużyło. Odnośnie do ostatniego pytania: cała rozmowa jest o tym, dlaczego jakiś dzieciak ma względy u króla, więc…

Nowa pozytywna energia otoczyła nasz mały oddział i tchnęła w nas nową nadzieję. Przebyliśmy las w rekordowym tempie, a następnie otrzymaliśmy nagrodę w postaci suchego schronienia, ciepłego jedzenia i czystej wody. W tamtym momencie nie byłbym w stanie być bardziej wdzięczny i zaspokojony. Nasz mały oddział? Nadzieja? Wdzięczny i zaspokojony? Czy ktoś mógłby przypomnieć Aleksandrowi, co się właśnie dzieje? Żołnierze równie dobrze mogą prowadzić go na publiczne ścięcie albo do króla, który dopiero wyda taki rozkaz. Bo w sumie po co władcy byłby potrzebny dziedzic kraju, który już został wcielony do Floressy? Strasznie dziwne jest to całe przedstawienie. Tyle lat Floressa toczyła wojnę z Ligną, a gdy wygrała, nagle ma mieć szacunek do kogoś, kto nie udzielał się w żaden sposób, nie uczestniczył w wojnie, w polityce, w niczym? Kogo w Lignie nawet nie znano...? Z całą pewnością wyprawa nie ma celów turystycznych, a mieszkańcy Floressy zapewne nie upieką tortu odnalezionemu po latach księciu, który w pewnym sensie doprowadził do wybuchu straszliwej (podobno) wojny, bo nie urodził się dziewczynką. 

Aleksander zwraca uwagę na niewielką okazałość miasteczka, a przecież w swoim królestwie na co dzień mierzył się z biedotą ludu, więc nie powinien mieć, cóż, niewielkich oczekiwań? Ma to związek z tym, że wcześniej wspominałaś o bogactwach Floressy? Ewidentnie brakuje czegoś, co pozwoliłoby mi zrozumieć, jak to wszystko funkcjonuje. Ile można sobie dopowiadać, opierając się o inne utwory utrzymane w podobnym klimacie? Po drugie, książę powinien jakoś reagować na nieznane – zwłaszcza że jest narratorem. Wcześniej ironicznie komentował posłanie w stodole, a teraz jest nagle apatyczny i widok miasteczka we Floressie nie wzbudza w nim większych emocji. Przez to osoba czytająca też nie ma się co ekscytować, bać czy dziwić. Floressa czy Ligna – jedno i samo.

Jedyny bar znajdujący się w jego centrum stanowił jedyną atrakcję poza niewielkim targiem, znajdującym się na jego obrzeżach. – Bar? Rozumiem karczma, oberża, ale bar? Poza tym no litości, kiedyś miasta wyglądały inaczej. Nie każda miejscowość mogła sobie pozwolić na karczmę. Jakoś nie umiem wyczuć, czy te powtórzenia są celowe.

Tutejsza ludność nie była zbyt zadowolona, kiedy dowiedziała się, że nasz poczet wraca z Ligny wraz z więźniem, w postaci mojej osoby. – A to ci niespodzianka. Poza tym oni tak idą i krzyczą, że oto są i prowadzą księcia Ligny? W jakim celu? Nie zamierzają, przynajmniej na razie, zabijać Aleksandra, tylko prowadzą go do króla, więc domyślam się, że powinni być ostrożni? W końcu np. mieszkaniec wsi – chociażby żądny zemsty, bo w trakcie wojny żołnierze Ligny zamordowali bliską mu osobę – mógłby próbować odbić albo zamordować księcia. Co wtedy? Dlaczego żołnierze nie przewidują podobnych sytuacji i nie próbują im zapobiec? Naprawdę nie widzę plusów informowania poddanych o tożsamości więźnia. A jeśli nie krzyczeli, to skąd mieszkańcy mieliby wiedzieć? Przecież nie puścili wcześniej gońca.

W końcu kto cieszyłby się na wieść, że w jego wiosce znajduje się na tyle ważna (tudzież jak inni myśleli, niebezpieczna) persona?


Już nawet nie wiem, czy jest sens pogrubiać ci to słowo i tłumaczyć, że zupełnie nie oddaje atmosfery średniowiecza. To jest jeden z tych momentów, kiedy zaczynam brać pod uwagę, że być może piszesz tak celowo, z pełną premedytacją, aby… w sumie nawet nie wiem co. Sprowokować odbiorcę?

- Poszczęściło ci się dzisiaj kicek, co? Sam otrzymasz jeden wielki pokój, a ja wraz z pozostałymi chłopakami, będziemy cisnęli się na tak małym metrażu... - mruknął do mnie wściekły strażnik. – Kiedyś oberże/karczmy nie były jak dzisiejsze hotele. Nie miały nie wiadomo ilu pokojów, bardziej kilka posłań (bo nawet nie łóżek) w jednym pokoju. Słowo metraż też nie było aż tak popularne z prostej przyczyny – w ówczesnych czasach nie obowiązywała taka jednostka jak metr. 

- Zapewniam cię, że możesz spać ze mną - powiedziałem, odwracając się do niego znad talerza z ciepłą, słodką breją, mającą udawać owsiankę - Jutro obudzisz się w szczęśliwszym świecie. – Czemu twoje postacie zachowują się tak niemądrze? Aleksander powinien wiedzieć, w jakiej znajduje się sytuacji i że strażnicy są mu raczej nieprzychylni, prawda? Dlaczego więc prowokuje jednego z nich?

Skuliłem się szybko, osłaniają głowę ramionami, by jak najbardziej zminimalizować ewentualne obrażenia. Osłaniając.

Sam Aleksander zachowuje się coraz bardziej beztrosko, pyskując żołnierzom, jak gdyby nigdy nic. Wydaje ci się to wiarygodne psychologicznie? Chorujący ojciec to nie to samo co zamordowany, a i śmiercią dziewczynki z drugiego rozdziału książę podobno się przejął. Właśnie. Podobno. Zapewne nie ilustrują tego ani flirty, ani spacerki. A chwilowa słabość w trakcie rozmowy z Samuelem? To tylko podręcznikowe frazesy, w które trudno uwierzyć. Także labilność emocjonalną należy ukazywać z pomysłem, bo osoba czytająca od razu wyczuwa, co jest celowe, a co, cóż, po prostu nie wyszło tak, jak sobie zaplanowałaś. Wiek głównego bohatera to nadal zagadka, bo w zdecydowanej większości scen przypomina on wyjątkowo dramatycznego dzieciaka, ale resztki logiki mimo wszystko wskazują na co najmniej starszego nastolatka.

- Ja tylko chciałem pokazać naszemu pupilkowi[,] jak powinien się bronić - mruknął wojak, niepewnie na mnie patrząc - Wie dowódca parę prostych i sierpowych... tak dla przykładu! - odparł zakańczając swoją wypowiedź niezręcznym śmiechem. – Generalnie rycerz w średniowieczu to raczej nie taki pierwszy chłop z pola. Rycerze zwykle byli choć trochę wykształceni, nierzadko pochodzili ze szlachetnych rodów. Tymczasem ci w twoim opowiadaniu zachowują się jak barczyste przygłupki. Dlaczego nie tworzysz mądrych i ciekawych bohaterów? Nie tylko główne postacie mogą błyszczeć w tekście.

Dlaczego jesteś miły dla kogoś takiego jak ja? Mógłbym cię w każdej chwili zabić. A ty? Zamiast pokazać mi, gdzie moje miejsce, dajesz mi w zamian prywatną sypialnię. – Myślisz, że to jest najdziwniejsze w relacji wspomnianej dwójki? No i naprawdę nie sądzę, by Aleksander mógł kogokolwiek celowo zabić i myślę, że Sam też dawno już się tego domyślił. Pamiętasz jeszcze scenę w książęcej komnacie? Aleksander nie chciał wcale zabić najemnika, mocno przejął się jego śmiercią, posłusznie przywdział rękawiczki. Sam to widział i, wierzę, że chociaż on potrafi dodać dwa do dwóch.

- Pójdziemy na spacer? // - Tak bez straży?  Naprawdę na tyle mi ufasz? // - A może specjalnie chcę zostać z tobą sam na sam, gdyż liczę na to, że mnie zabijesz i nie będę musiał wracać do domu? - odpowiedział pytaniem, po czym wstał od stołu. // -Twoje życie nie może być aż tak tragiczne. // - Zdziwiłbyś się. – Czy Samuel właśnie zaprasza swojego więźnia na spacer? Nie widzisz, jakie to absurdalne? Poza tym czy naprawdę musimy przechodzić przez licytowanie się, kto ma gorzej? To dopiero trzeci rozdział. Dwa w tył książę jeszcze miał swój dom, swoje miasteczko, znajomą rutynę, w miarę spokojne życie; półtorej – został porwany. Ledwo jedną notkę temu zabito mu ojca, by teraz zachowywał się w ten sposób… Widzę, ile rozdziałów przede mną i zastanawiam się, co się w nich znajduje, skoro już tutaj bohaterowie z wrogich sobie obozów stają się sobie dość bliscy. Wyobrażam sobie, że w następnych już tylko schodzą się i rozchodzą jak w operze mydlanej. 

I dlaczego Aleksander po otrzymaniu świeżych ubrań nie poszedł się umyć? Przecież po maszerowaniu przez długi czas w tych samych łachmanach, spaniu na ziemi i niezbyt miłemu traktowaniu musiał być brudny i nie pachnieć zbyt przyjemnie.

Las, w którego stronę zmierzaliśmy, wydawał się być wycięty z baśni czytanych mi za młodu przez niańki. Historie często posiadały motywy magicznych stworzeń. Pamiętam, że w tamtym okresie specjalnie zapadła mi w pamięci historia o wróżkach, ratujących rycerza, spadającego w bezdenną otchłań. Choć były małe i słabe z pomocą ich całej rodziny, były w stanie uratować wojaka, który w zamian obiecał im ochronę.  Do dziś nie wierzyłem, iż miejsca przedstawione w baśniach naprawdę istnieją. – Ale przecież bohater nie spotkał w tym lesie żadnych wróżek. To po prostu las. Poza tym Aleksander wychował się w Lignie, a ta przecież miała naprawdę sporo terenów zalesionych, właściwie ją całą otaczały lasy. Naprawdę akurat teraz, akurat tutaj na spacerze Aleksander dostrzegł wyjątkową aurę otoczenia, które właściwie nie różniło się od tego, które miał całe życie pod domem? (Chyba że pod względem pogody). Jeśli jedna kraina znajdowała się w strefie klimatycznej ze śnieżycami, to pewnie była tam tajga, a jeśli w drugiej jest ciepło – obstawiam grądy, może olsy, łęgi nad rzeką czy jeziorem; roślinność liściastą charakterystyczną dla lasów mieszanych klimatu umiarkowanego. Ale to też warto byłoby opisać. Nie napisałaś, czym różnił się akurat ten las od innych lasów. Może rosły w nim inne drzewa – może w ogóle był to las mieszany, pewnie z przewagą liściastego, patrząc na klimat, a wokół Ligny rosły tylko iglaste? Chodzisz po linii najmniejszego oporu, bo mówisz A, nie dopowiadając B; wmawiasz mi, że coś jest wyjątkowe, ale czym się charakteryzuje – to dopowiedzieć muszę sobie sama. 

- Jutro wieczorem dojedziemy do stolicy. Proszę cię[,] byś nie myślał o żadnych podejrzanych ruchach… // - Jakich podejrzanych ruchach?! - oburzyłem się, patrząc na niego. – Dlaczego Aleksander się dziwi? Przed chwilą prowokował żołnierza, więc Samuel tak naprawdę udzielił mu bardzo dobrej rady.

(...) krzyknąłem[,] czując absurdalny strach o ludzi zamieszkujących te tereny. Dlaczego się o nich martwiłem? W końcu to byli moi wrogowie, ja nie powinienem… – To teoretycznie dynamiczna scena, więc dlaczego Aleksander nie działa instynktownie, tylko pogrąża się w myślach? Krótkie, urywane myśli obrazujące chaos w głowie uczyniłyby scenę żywszą i wiarygodniejszą. Niestety wciąż nie wykorzystujesz potencjału narracji pierwszoosobowej. Może to kwestia wprawy, a może to po prostu nie twoja bajka i przy kolejnej okazji spróbujesz swoich sił w teoretycznie przyjaźniejszej trzecioosobówce.

Karczma, w której mieliśmy nocować[,] paliła się niczym polane benzyną drewno. – Skąd tam benzyna? Przecież Aleksander nie ma prawa znać czegoś takiego, bo to zupełnie nie te czasy.

Książę ma prawo nie popierać wojny i pragnąć jej zakończenia, ale zabieganie o zakumplowanie się z wrogiem (kilka dni po tragicznych wydarzeniach w Lignie) wypada absurdalnie. Jeżeli chcesz ukazać wrażliwość Aleksandra i jego chęć zmian, to czy nie powinien on rozmawiać o pokoju, proponować nowych rozwiązań? W końcu gdy opuszczał Lignę, wspominał o pozostałych tam ludziach, którzy obserwowali razem z nim śmierć króla. Co się z nimi stało? Jeśli wszyscy zostali zabici, nie mogę pojąć, dlaczego nie zabito księcia. Jeśli przeżyli, czy książę nie powinien o nich pamiętać? Rozdawał im pieniądze, współczuł im ubóstwa, głodu i wszystkich nieszczęść. Tak mocno zarzekał się, że chce dla nich lepszego jutra, ale pragnienie to uleciało jak ten wspomniany już motyl, gdy tylko na horyzoncie pojawiło się coś bardziej kolorowego. Samym nicnierobieniem Aleksander nie zbawi świata. To bardzo bierna postać, która widzi problemy tam, gdzie ich nie ma, a nie dostrzega oczywistości.

Choć studnia nie była daleko[,] ciężko było ugasić wciąż nowo to powstające płomienie. Ich siła była pewnie spowodowana przez alkohol, będący w karczmie. Tak dużo ludzi przez nań zginie. – Żeby alkohol wzmagał płomienie, musiałby być naprawdę wysokoprocentowy. Ani piwo, ani wino takie nie są. Edit: ach, dalej jest informacja o wódce, ale na litość, oni nie znali wtedy wódki ani technologii do jej wytwarzania… Faktycznie do obiegu wódka weszła może gdzieś w XVI wieku. Benzyna – w XIX. 

(...) wyszeptał, kładąc mi rękę na ramieniu. – Zgubiłaś podmiot. Osoba czytająca nie ma się domyślać, że pewnie powiedział to Samuel.

Dlaczego urodziłem się jako książę? Nie nadawałem się na niego. – Owszem, nie nadaje się. Gdzie jego wykształcenie? Ogłada? Maniery?

Żeby ogień pokonał wyszkolonych wojowników... Nie mogę tego pojąć (...). – A co mieli zrobić? Samuel to kolejny książę, który nie ma pojęcia o niczym, tylko narzeka? On i Aleksander robią się do siebie coraz bardziej podobni, ale jednocześnie żaden z nich nie ma konkretnego charakteru. Dlatego też trudno im chociażby współczuć, mimo że teoretycznie obaj znajdują się w ciężkiej sytuacji i na owo współczucie zasługują. 

- Jak dobrze, że przynajmniej ty ocalałeś... Żeby ogień pokonał wyszkolonych wojowników... Nie mogę tego pojąć - powiedział rozdrażniony - Przygotuj konie i prowiant na drogę. Natychmiast wyruszamy do stolicy. – Ach, więc jednak mają konie? Wcześniej odniosłam wrażenie, że szli na piechotę. No i, litości, jeśli jechali bez przerwy kilka dni i nocy, zanim się zatrzymali, te konie powinny dawno paść.

Czy oni tak po prostu sobie z tej wioski pójdą? Czy królewski syn nie powinien jakoś zapłacić za straty? Wypną się na tych ludzi, mimo że oficjalnie łkają, jak to jest im ich szkoda? I, na bora, proszę, zaprzestań nazywania Samuela blondynem. Znam jego imię, Aleksander również je już poznał. Prowadzisz tekst w narracji pierwszoosobowej, więc to tak, jakby książę określał w ten sposób Sama w swojej głowie. Też tak robisz? Widząc się z koleżanką, nazywasz ją szatynką czy rudowłosą, zamiast po imieniu lub ksywką...? 

Potrafiłem tylko cierpieć razem z innymi ofiarami, choć sam w tamtym momencie nikogo nie straciłem. – W obliczu tego, że opowiadanie gna na łeb na szyję, Aleksandrze, nie martw się, za moment ci przejdzie. 

Niestety nawet ci, którzy nie ulegli całkowitemu spaleniu, nie przeżyli pożaru. Zabił ich dym. – Próżno szukać tego, jak Aleksander odbiera otoczenie, a nawet i opisów tego, co się wokół chłopaka znajduje, za to oczywistości podobne do powyższej mnożą się jak grzyby po deszczu. Nie musisz tak dopowiadać, naprawdę. Osoba czytająca będzie wdzięczna za więcej zaufania. 

Co teraz działo się z ludźmi tam mieszkającymi? Czy wojska Floressy unicestwiły tych, którzy postanowili się sprzeciwić nowej władzy? Czy skończyli jak ta niewinna dziewczynka? – Nareszcie widać, że Aleksander coś tam jeszcze myśli o swoim królestwie. Stanowczo brakuje podobnych fragmentów, bo robią dobrą robotę. Nie można ich zastępować pustymi wnioskami, których nic nie potwierdza. Mam nadzieję, że już widzisz różnicę między tymi dwoma podejściami i sama potrafisz dostrzegać błędy narracyjne.

- Panie[,] oto konie - mruknął strażnik, podchodząc do nas z dwoma zwierzętami załadowanymi kocami i pożywieniem.
- Dlaczego tylko dwa? - zapytał bez emocji Samuel.
- Panie, nie chciałeś chyba dać więźniowi osobnego konia!
- Chciałem - mruknął[.] - Mniejsza z tym. Nie mamy na to czasu - mruknął, podnosząc się z ziemi - Jedziesz ze mną książę.
- Ależ! - krzyknął przerażony Frank. – Ależ to jest okropny imperatyw! Przed chwilą czytałam, że: (...) niedługo będzie się ściemniać. (...) Pojedziemy w nocy. – Więc de facto było jeszcze trochę czasu, żeby spokojnie przygotować trzeciego konia. To nie trwa nie wiadomo jak długo. Widać, jak bardzo na siłę dążysz do tego, by bohaterowie przebywali ze sobą blisko i coraz dłużej. Nie odstępują siebie o krok od dwóch notek i to jest mocno podejrzane, bo ich koleżeństwo nie miało czasu, by się realistycznie rozwinąć. Mam wrażenie, że chłopaki lubią się już od pierwszego spojrzenia, odkąd tylko PewienBlondyn wszedł do książęcej komnaty. Poza tym wspólnie uczestniczą we wszystkim, Aleksander odkąd został porwany praktycznie nie ma sekundy dla siebie, Sam przeszkadza mu w odpoczynku po podróży, wbijając mu do boksu, czy obserwując, jak je owsiankę. Po co? Czy dowódca rycerzy naprawdę nie ma zupełnie nic do roboty?

Po raz pierwszy od chwili porwania czułem się gotów na spotkanie króla Floressy. Osoby obarczonej odpowiedzialnością za wszystko[,] co w ciągu ostatnich lat spotkało moją ojczyznę. – Gdzie emocje z tym związane? Dlaczego ich tak szczędzisz? Na plus, że w głowie Aleksandra pojawia się (wreszcie!) logiczna myśl. Oby się rozwinęła, bo kończąc tak rozdział, dajesz nadzieję na przełom w kolejnym poście. Niestety po trzech notkach nie widać progresu – błędy są powtarzalne, a fabuła niby się rozwija, ale w oczy rzucają się przede wszystkim nagromadzone w niej nieścisłości, które utrudniają i odbiór tekstu, i rozpędzony w stronę zachodzącego słońca wątek romantyczny. Mogło być nieźle – opowieści o wielkim przeznaczeniu potrafią dawać nieoczekiwaną ilość frajdy – jednak jeszcze dużo pracy przed tobą. Oby ta ocena dobrze cię ukierunkowała.


Rozdział 4

- Mamo... - wyszeptałem, a po mojej twarzy zaczynały spływać potokiem strużki łez. Czułem, że śniąca mi się kobieta, urodziła mnie i zapłaciła za to najwyższą cenę. – Lepiej: zapłaciła najwyższą cenę za urodzenie mnie. W twojej wersji brzmi, jakby Aleksander podejrzewał, że własna matka go urodziła… wow.

Koszmary związane z rodzicielką księcia dobrze obrazują jego tęsknotę, a także nieustanne poczucie winy. Nie musisz więc wprost informować o wyrzutach sumienia dręczących Aleksandra. Pomyśl też, jak scena ze snem sprawdziłaby się wcześniej, a dokładniej przed wyjawieniem daru księcia. Nie byłoby ciekawiej? Widzieć więdnące kwiaty, przerażenie matki Aleksandra i zastanawiać, co się właśnie dzieje... To tylko sugerowane rozwiązanie, które ma ci pokazać, że często nie opłaca się od razu odkrywać wszystkich kart. Dodatkowo dokładniejsze zaplanowanie historii dałoby ci większą kontrolę nad nią. Mogłabyś chociażby pochylić się na chwilę nad sceną snu i pomyśleć, czy nie wywołałaby lepszego efektu wcześniej… albo właśnie później i w innych okolicznościach, np. jako przerywnik służący spowolnieniu fabuły.

W domu, w którym zostałem wychowany[,] ojciec nie było żadnych jej zdjęć. – Po pierwsze, nie wiem, co ten ojciec tam robi, a po drugie, to nie umieściłaś czasem akcji opowiadania w średniowieczu czy podobnych realiach? Skąd więc te zdjęcia?

Nawet podczas przygotowań do Pierwszej Wojny Między Kondygnacyjnej stanowiła oazę spokoju i często pomagała mojemu ojcu w chłodnym rozróżnianiu faktów, które mogły zaszkodzić lub pomóc Lignie. Międzykondygnacyjnej. Dlaczego tak istotna nazwa pada dopiero w czwartym rozdziale?

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nadal jedziemy w kierunku Flory, stolicy państwa do niedawna toczącego z Ligną walkę. – Zaprzestano regularnych walk? Nie uznałaś za stosowne wspomnieć o tym wcześniej? Zamordowano króla, prawdopodobnie napadnięto najbliżej mieszkających poddanych – to wiemy. Ale nie wspomniałaś o dalszych konsekwencjach. A tu znowu Aleksander jak od niechcenia rzuca bardzo istotną informacją, wcześniej ani nie zastanawiając się nad obecnym stanem wojny, ani tym bardziej nie martwiąc o swój lud. I skąd tu nagle Flora? To w końcu Flora, Floressa czy Floresa?

Czy, jadąc za plecami Samuela, śpiący Aleksander nie powinien obawiać się o to, że opadnie na niego twarzą i przypadkiem go dotknie? A przez to zabije?

- Nie wyglądasz zbyt dobrze... - mruknął, z powrotem kierując wzrok przed siebie. – Jakim cudem Samuel odwrócił się na tyle, by zobaczyć Aleksandra, skoro obaj siedzieli na koniu? Przecież nie miał szyi jak sowa, która może obracać głowę o 180 stopni. I, jak wyżej, nie bał się, że może przez przypadek dotknąć księcia? Przecież w jego komnacie, gdy Aleksander przypadkowo zabił najemnika-włamywacza, Samuel stał realnie przerażony. Już o tym zapomniał? 

Ludzie kiedy tylko mogli weselili się, a otaczający ich krajobraz niezwykle oddziaływał na zmysł wzroku. – To co to za wojna, skoro tak właściwie mało kogo dotyka bezpośrednio? Trudno uwierzyć w jej straszliwość, nad którą tak się rozwodziłaś w prologu. W pierwszych dwóch rozdziałach poruszyłaś problem biedy w miasteczku, po czym dałaś sobie spokój z odwzorowywaniem realiów wojny. W tej chwili wygląda to tak, jakby jej skutki dotykały jedynie Ligny. Przecież Flora/Floresa/Floressa nie ma skarbca bez dna i nieskończonych zasobów ludzkich.

Moja twarz została naznaczona lekkim uśmiechem. Cieszyłem się, że trafiłem na młodego przywódcę, który potrafił mi zaufać. – Jako doświadczony książę Aleksander powinien to zachowanie określić jako głupie. Wszak książę ma niebezpieczny dar, którego w każdej chwili może użyć. Niestety Aleksander nie jest w żaden sposób taktycznie przygotowany do prowadzenia wojny (w realiach której przyszło mu przecież żyć, w końcu nie zna nic innego). Jedyne, co robił, to czytał książki (i to nie takie, które pomogłyby mu nauczyć się polityki czy historii).

Nie byłbym w stanie tak długiej drogi pokonać za pomocą własnych nóg. – Oczywiście, że nie. Ale podobno jego oprawcom zależało na tym, by dotarł do króla Flory/Floresy/Floressy w jednym kawałku. Tymczasem wyglądało na to, że robią wszystko, by jednak umarł z wycieńczenia/głodu/zimna/na jakąś chorobę.

Może to zagranie blondyna było tylko próbą zmienienia postrzegania przeze mnie jego ojczyzny? – Tylko po co? Floressa niemalże wygrała wojnę, czyli sojusz jej się nie opłaca, a więc w jakim celu przekonywać do czegokolwiek nieznanego nikomu księcia Ligny? Samuel może i ma zapędy pacyfistyczne, ale nie zwalnia go to z logicznego myślenia. Tym bardziej że jest przywódcą… który ciągle nawala. Król Floressy także podejmuje mało racjonalne decyzje, skoro kieruje się uczuciami względem syna, zamiast zwracać uwagę na faktyczne umiejętności Samuela-żołnierza.
Naprawdę byłabym w stanie choć szczątkowo zrozumieć prowadzenie księcia Ligny do króla Floressy, łamanie Aleksandra (wychłodzenie, głodzenie i tak dalej), by potem nakarmić go i dać szaty (budowanie syndromu sztokholmskiego?), gdyby książę… no, był księciem. Gdyby w Lignie go znali, gdyby bohater mógł faktycznie spełnić jakąkolwiek rolę w tej historii, przekonać swój ród, pertraktować, zaoferować cokolwiek. Obecnie jednak wart jest tyle, ile warta była powieszona dziewczynka. Nawet zamek mu zabrali, jest więc księciem bez popleczników i ziemi, z krainy, w której odkąd się urodził, ludzie czują do niego niechęć. Bo przecież król Floressy też nie wie, że Aleksander rozdawał przy okazji pieniądze biednym i to właśnie wśród nich ewentualnie mógłby mieć jakichkolwiek sprzymierzeńców. Biorąc jednak pod uwagę wysoką jakość życia we Floressie – kilku wieśniaków z wrogiego kraju nie powinno mieć większego znaczenia. 

Udało mu się. Zapominałem powoli o tym[,] jak zginął mój ojciec, dlaczego ucierpieli niewinni. – Problem polega na tym, że Aleksander nie pamiętał o tym już w momencie wyjazdu z wioski, w której zginął król. To Aleksander wyszedł do Samuela z flirtowaniem, prezentując się w nowych fatałaszkach. Zamiast zamordowanemu ojcu i jeńcach wojennych, których wcześniej niejednokrotnie mijał na ulicach, Aleksander poświęca myśli kwiatuszkom dookoła, Samuelowi i innym głupotom. I tak cały czas.

Odsunąłem się z obrzydzeniem od ciepłego ciała chłopaka. Nie chciałem mieć z nim nic wspólnego. Miał na swoich rękach krew moich ludzi. Tępo utkwiłem wzrok na gęstej kępie żółtych fiołków. Zemszczę się. Nie dopuszczę, by ci ludzie zginęli na darmo. Ale nie teraz... w królestwie... tam jest przyczyna całego zła. – Okej, Aleksandra nagle olśniło i bohater zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Halo, jeszcze przed chwilą mówił, że ma dość wojny, wcześniej nawet chciał kapitulować. Teraz nagle chce się mścić?
To mogłoby być ciekawe, gdyby Samuel rzeczywiście w określonym celu manipulował Aleksandrem, ale sama na pewno nie wyciągnęłabym takich wniosków. Chłopcy niby sporo ze sobą rozmawiali, tyle że żadne głębsze wyznania nie padały. Samuel był miły, ale bez przesady (i miał, och, piękne oczy), więc nie kupuję teorii Aleksandra.

Czasu ze spokojem wystarczyło mi na obmyślenie planu, mającego pomóc mi pomszczenie ojca. Pomścić. Książę wcześniej w ogóle nie myślał o zemście, a teraz się nawet nie waha? Nie zastanawia, nie analizuje? Zdajesz się ignorować wszystko, co działo się przez ostatnie dwa rozdziały, byle dodać trochę dramatyzmu (i pikanterii relacji Aleksander-Samuel).

- Frank przestań natychmiast. To rozkaz! - warknął siedzący przede mną chłopak. Spojrzałem na niego z zaskoczeniem. Widocznie potrafił pokazać pazurki. To tylko upewniło mnie w fałszywych słowach przez niego wypowiadanych. – Nie rozumiem, dlaczego Aleksander się dziwi. Przecież Samuel już wcześniej groził swoim żołnierzom, że jeśli nie będą posłuszni, to skaże ich na tortury czy śmierć. A teraz proste to rozkaz wprawia Aleksandra w takie osłupienie...? Przecież to zupełnie nic takiego w porównaniu z tym, co padło z ust Samuela wcześniej!

Samuel de Germanii, książę Floressy - powiedział dumnie, pokazując strażnikowi dziwny symbol wytatuowany na jego prawym przedramieniu. Zapatrzyłem się zdumiony na ten tatuaż. Przedstawiał on oplatające się wokół kupieckiej wagi przepiękne, czerwone róże i fioletowe bodziszki. – Wcześniej symbolem Floressy była koniczyna. Teraz nagle waga kupiecka? Samuel de Germanii, Zbyszko z Bogdańca… No nie, ta Germania zupełnie tu nie pasuje. W podsumowaniu polecę ci artykuł o nazewnictwie, tymczasem pochylmy się nad tatuażem. Owszem, tatuowano nawet w neolicie, ale były to wzory raczej proste. Linie, kropki, jakieś delikatne zawijasy. Tymczasem tutaj na ramieniu Samuela mamy nie dość, że tatuaż szczegółowy, to jeszcze kolorowy. Wcześniej czarny pigment można było pozyskiwać choćby z węgla. Ale kolorowy? I to taki, który byłby nietoksyczny dla skóry?

Zaraz, zaraz... książę?! – Suprajs! 


Wielka szkoda, że po drodze znalazło się tyle wskazówek dotyczących pozycji Samuela, bo mógłby to być ciekawy zwrot akcji. A tak zero zaskoczenia, tylko rosnące zirytowanie wieczną niedomyślnością Aleksandra. Sam tytuł czwartego rozdziału niepotrzebnie zdradza, że zostanie w nim wyjawiona istotna informacja – czyni to scenę ze strażnikiem bardzo przewidywalną. Tylko właściwie nie wiem, dlaczego wszyscy od razu wierzą Samuelowi. Skoro widocznie nie mają zielonego pojęcia, jak wygląda książę, to niemalże każdy mógłby się za niego podać, co nie oznacza, że od razu trzeba takiej osobie padać do stóp. Biorąc pod uwagę negatywny stosunek żołnierzy do ich przywódcy – bo ten się rządzi, mądrzy etc. – to król i radzący mu ludzie nie martwili się, że ktoś wpadnie na pomysł pozbycia się księcia w mniej lub bardziej cywilizowany sposób, by potem sprzedać bajeczkę o napadnięciu przez wroga? Tyle rzeczy mogło pójść nie tak, a żaden z bohaterów zdaje się nie zauważać wad pomysłu ukrywania tożsamości dziedzica. Jedynym wyjaśnieniem mógłby być ten nieszczęsny tatuaż, ale tak naprawdę nie wiemy, dla kogo były one zarezerwowane.

Czyżby wizerunek księcia Florssy była tak samo pilnie strzeżona jak mój? Z drugiej strony czemu nie miałby być. To od jego istnienia zależy przeżycie królestwa kwiatów. Floressy. Strzeżony. Dlaczego więc tak rzekomo istotnego księcia Floressy wysłano na teoretycznie niebezpieczną i ryzykowną misję do Ligny? 

Kobiety chodziły w długich, kolorowych sukniach, a mężczyźni w dobrze skrojonych mundurach bądź zwykłych ubraniach rzemieślniczych. – Wtedy mężczyźni raczej nie nosili mundurów, zwłaszcza cywile. A rycerze raczej nosili zbroje. Z kolei do stanu rycerskiego niełatwo było się dostać i wymagało to konkretnych umiejętności, czasem nawet urodzenia. Mieszczanie może nosili w tamtych czasach (strzelam w XIV-XV wiek) cottehardie, houppelande, ewentualnie jopule. Nie zakładam, że znasz takie określenia, ale już chyba lepiej byłoby powiedzieć, że po prostu nosili spodnie i koszule. Albo wpisać w Google „męski ubiór średniowieczny”. Dlaczego nie robisz żadnego researchu?

Dlaczego w takim razie Floressa zdecydowała się na zaatakowanie mojego kraju. W czym przeszkodził on rozgrywającej się tu sielance i dobrobycie? Skąd ta zachłanność? – Właśnie zignorowałaś własny prolog czy to Aleksander jest wyjątkowo niedoinformowany? Do tej pory sądziłam, że prolog to również jego opowieść.

- Książę zapraszam do środka - powiedział, wskazując mi wejście do romańskiej budowli. – Mój borze, przecież określenie romańska budowla to wymysł współczesny. Aleksander nie powinien znać takiego nazewnictwa. Poza tym sztuka romańska to XI-XIII wiek, tymczasem u ciebie jest wszystko (już pomijając takie kwiatki jak zdjęcia czy benzyna) pomieszane. Coś z XVI (występujący później żupan), coś z XI… Te okresy dzieli duża przepaść technologiczna. Już sam fakt, że średniowiecze dzielimy na wczesne i późne powinien sprawić, żeby zapaliła ci się ostrzegawcza lampka, by tego nie mieszać.

Podniosłem dumnie głowę do góry, po czym ruszyłem w pokazanym przez blondyna kierunku. – Dumnie podniosłem głowę. I tyle. Nie można przecież podnieść głowy w dół.

Zdawał się być jednak mniej odporny na niespodziewane ataki czy oblężenie. Sam fakt, iż znajdował się on niedaleko rozległych, pszenicznych pól[,] sprawiał wrażenie proszącego się o kłopoty. – Kiepski komentarz, biorąc pod uwagę, jak zamek Ligny rzeczywiście poradził sobie z garstką, podobno średnio wyszkolonych, wojowników Floressy. Aleksandra niby olśniło w poprzednim rozdziale, ale zdecydowanie jakaś jego część nadal śpi i zupełnie nie ogarnia, co się dzieje.

Wchodząc do holu witającego gości, widziałem sam przepych. Złote zdobienia ścian i marmurowa podłoga dokładnie pokazywała, jak bogaci są jej właściciele. Dlaczego władze tego państwa tak afiszują się tym[,] co posiadają? Czy taka była kultura Floressy? Stałe pokazywanie piękna, faktycznie przysłużyło się temu państwu. Dzięki temu zyskało wielu sprzymierzeńców, którzy pojmując świat tylko za pomocą wzroku[,] postanowili mu zaufać. Teraz większość z nich podupadła, a ich kochany sprzymierzeniec rośnie w siłę. I pomyśleć, że Ligna miała dołączyć do tego cyrku… – Czy sprzymierzeńcy Floressy mieli choć trochę pomyślunku? Przecież nikt im nie kazał oddawać wszystkiego Floressie. Natomiast czemu Floressa miałaby nie pokazywać tego, że żyje im się dostatnio, skoro… ewidentnie żyło im się dostatnio? Teraz wygląda to tak, jakby Aleksander był ofochany, bo Florianie mieli ładne ubrania i byli szczęśliwi. Olaboga, trwa wojna, jak tak można żyć i się uśmiechać, co?

Blondyn podszedł do nich powoli, po czym uchylił je zdecydowanym ruchem. // - Panie, zadanie zostało wykonane - mówiąc to przepuścił mnie w drzwiach i zamknął je za sobą - Oto książę Ligny, Aleksander de Fracoisus. – Czemu przed drzwiami do królewskiej komnaty nie było strażników?

- Widzisz chłopcze - zaczął z aroganckim uśmiechem - Floressa jest wielkim państwem, sam mogłeś tego doświadczyć w trakcie podróży do stolicy. Ciężko utrzymać tak rozległe ziemie spójnymi oraz jednolitymi pod względem kultury czy gospodarki. Jednak od niedawna pewna informacja wydaje się być zgodna, niezależnie czy pochodzi z w[s]chodu, czy zachodu kraju. Tę informację będę chciał potwierdzić osobiście... Ty! - zwrócił się do żołnierza stojącego po jego prawicy - Dotknij twarz tego chłopca. – I co, król Floressy posłał Samuela do Ligny, wiedząc, jaką moc ma Aleksander, ale nawet nie był łaskaw ostrzec przed tym własnego syna? Przecież Samuel był szczerze zaskoczony, widząc, czego dokonał Aleksander w swojej komnacie. Jasne, że Sam mógłby coś tam wiedzieć, ale i tak przerazić się widokiem śmierci na żywo, jednak… no, to przecież dowódca armii, a my mamy czasy po wieloletniej wojnie. Czy widok śmierci też powinien być dla niego aż tak szokujący, nawet jeśli wywołany tajemniczym darem? Można się tu zagłębiać w charakter i wyjątkową wrażliwość czy brak wiary Samuela, ale nie wiem, czy jest sens, biorąc pod uwagę, że Sam – jak Aleksander – nie ma charakteru, wyprofilowanej sylwetki psychologicznie. To po prostu zlepek randomowych cech.

- Przepraszam - wyszeptałem, a z moich oczu zaczął płynąć rzewny potok łez. Gdy tylko poczułem ciepło drugiego człowieka na swoim policzku, delikatnie objąłem go w pasie i upadłem wraz z nim na podłogę. Nie dlatego, że czułem się wyczerpany, lecz z powodu bezgranicznego smutku związanego ze śmiercią kolejnej osoby. – Określenie potoku łez pojawiło się już wcześniej i nadal mnie nie przekonuje. Przecież to wygląda komicznie. Książę, który ma więcej niż pięć lat, co chwilę płacze, mimo że jego dar nie objawił się wczoraj. Trudno to wyjaśnić nawet wyjątkową wrażliwością, on po prostu płacze w każdej sytuacji gorzej niż małe dziecko. 

Po raz pierwszy w życiu nie wiedziałem[,] co powinienem zrobić. – To nie pierwsze takie stwierdzenie narratora, więc…

Jeśli bym to zrobił[,] zginęłoby zbyt wiele ludzi. – Wielu.

Zróbcie ją swojemu królowi, dla którego ludzkie życie nic nie znaczy, który wyrządził rzeź w mojej ojczyźnie, który dopuścił do morderstwa niewinnych dzieci! - krzyknąłem z bezsilności. Rycerze gromadzący się wokół swojego pana popatrzyli po sobie zdziwieni[.] - A więc nic nie wiecie... - wyszeptałem zaskoczony. – Skoro nikt się nie orientuje, kto w ogóle wykonuje rozkazy króla? Żołnierze z wyprawy średnio ogarnięci, rycerze w zamku zdziwieni oczywistością – to jakaś farsa. Myślałam, że Floressa wygrała wojnę, bo jej przedstawiciele są mądrzejsi niż władca Ligny, ale okazuje się, że tutaj ślepy walczy z kulawym. 
Przejdźmy już może do podsumowania, ponieważ ocena ma już trochę stron, a opowiadanie idzie w tak niedobrą stronę, że raczej ciężko będzie nam czytać dalej. 


PODSUMOWANIE


POPRAWNOŚĆ

Mylenie dywizu z myślnikiem;
niepoprawna interpunkcja dialogowa;
literówki;
mylenie w i we;
niezdecydowanie co do tego, jak nazywa się kraina (Flora, Floresa, Floressa);
gubienie znaków diakrytycznych;
częściowo brak przecinków przy wtrąceniach i dopowiedzeniach (najczęściej tych zawierających imiesłów współczesny);
brak przecinków przy wołaczu (masz kochanie; witaj Conorze; dobrze panie; Ryszardzie brakuje nam broni itd.);
błędy ortograficzne wynikające z mylenia podobnie zapisanych/brzmiących słów (wykuwanie/wykłuwanie; strużka/stróżka; nieraz/nie raz);
błędy fleksyjne (dziecko (...) zostanie zrugana; jedynej rzeczy, jakiej pragnąłem, było...; w ręce państwa zamiast: rękach; odgradzając spojrzenia przechodzący przechodniom zamiast: przechodzących przechodniów itd.);
błędy składniowe, w tym mieszanie szyków (kierunek otaczającego muru bramy; obdarta sukienka, która pojawiła się; rozpraszające jednak niespokojne dźwięki itd.);
mieszanie podmiotów, przez co zdania przekazują błędne informacje (np. widmo śmierci mające środki do życia; taktyka była dobrze strzeżona; sakiewka padła na kolana itd.);
pleonazmy.


STYL I NARRACJA

Powtórzenia;
liczne ekspozycje (więcej o tym: TUTAJ);
liczne streszczenia scen (więcej o tym: TUTAJ);
przytaczanie w narracji pierwszoplanowej informacji, których książę nie powinien być pewien (np. o tym, że dziewczynka, której nie znał, jest sierotą; że jeden z wojowników w przyszłości już zawsze będzie nazywał go kickiem itd.);
brak dynamiki (tzw. stylistyczny lazy writing; więcej o tym: TUTAJ);
nieobarczone sensem mieszanie czasów narracyjnych (przeszły z teraźniejszym);
zbyt częste wykorzystywanie strony biernej, która oddala perspektywę głównego bohatera;
lanie wody (dopisywanie oczywistości np.: bohater okrywa się pościelą, pod którą do tej pory leżał, w wiosce przebywali strażnicy, których zadaniem była ochrona; strażnik, który wypowiada groźby, określony jest złowieszczym itd.);
niejednolita stylizacja językowa Aleksandra (mieszanie głębokich metafor i archaizmów z kolokwializmami lub współczesnym językiem urzędowym);
zapisywanie myśli bohatera kursywą w przypadku narracji pierwszoosobowej, zaczerpnięte z narracji trzecioosobowej;
wykorzystywanie czasownika pomyślałem w partiach narracji dotyczących bieżących wydarzeń;
nadużywania zaimka: mój, mnie, swój itd.;
regularne określanie znajomych postaci kolorem włosów i oczu;
niedopasowane do okoliczności słownictwo oraz infantylne eufemizmy (Aleksander jest sfrustrowany decyzją ojca, ale jednocześnie nazywa księżyc rogalikiem; umiera mu ojciec, więc nazywa to precedensem lub przykrą rzeczą itd.);
współczesne kolokwializmy: małolata, goryl, stuknięty facio, król sam gadający itd.;
opisy miejsc akcji niepowiązane z perspektywą głównego bohatera wymuszoną przez narrację pierwszoosobową;
dziwne nazwy własne, które nie oddają powagi historii;

Przy okazji polecamy ci artykuł Sapkowskiego, do którego naprawdę lubimy wracać. Tekst znajdziesz pod tym adresem. Dotyczy nazewnictwa w tekstach fantasy, ale z powodzeniem można przełożyć go na wszystkie inne rodzaje tekstów, w których krainy czy bohaterowie dostają imiona przez nas wymyślone. Chodzi o to, by nie narazić się na śmieszność. W tym wypadku nazwa Floressa bardziej kojarzy nam się z określeniem esy-floresy, co brzmi raczej zabawnie, a chyba nie do końca o to chodziło. Dalej masz też nazwę Dermosa, która przywodzi na myśl jakiś środek na problemy skórne. Ponadto dziwną rzeczą jest, że wśród takich wymyślnych nazw, bohaterowie nazywają się raczej… współcześnie – mamy Aleksandra, Samuela, Franka czy Conora.

ALEKSANDER

Zupełna niedomyślność głównego bohatera, brak inteligencji;
brak konkretnej wiedzy o świecie, w którym bohater żyje (do znajomych osób podejmujących decyzje w królestwie, do tytulatury, pojęcie inflacji itd.);
brak instynktu samozachowawczego w sytuacjach dynamicznych;
zmienność oraz bierność charakteru (zachowanie księcia i jego stosunek do rzeczywistości ulegają szybkim i krótkotrwałym zmianom; charakter księcia dopasowuje się do sceny, nie – sceny przedstawiające działanie księcia wynikają z podejmowanych przez postać decyzji), na przykład: 
– raz książę to wrażliwy chłopiec, innym razem sarkastyczny manipulant; 
– raz książę jest impulsywny i podejmuje nierozsądne decyzje, innym razem rzeczowo i obiektywnie myśli nad bieżącą sytuacją;
– w tej samej scenie potrafi zastanawiać się nad śmiercią ojca i losami swojego królestwa oraz flirtować z jednostką z wrogiego obozu;
– w wielu scenach to po prostu rozchwiany emocjonalnie chłopiec, który jedynie płacze, by płakać (trudno wyjaśnić to jakąkolwiek wrażliwością, bo po prostu dzieje się cokolwiek, a Aleksander wpada w histerię);
zaskakujące i niewyważone określanie króla ojca zbyt obiektywnie: starszym mężczyzną; lub zbyt infantylnie do czasu akcji: tatą;
wyraźna dominacja cech charakterystycznych dla postaci opowieści, której fabuła dzieje się w czasach współczesnych (wrażliwość, brak doświadczenia, łatwowierność, infantylność wynikające z czego...? Czy bohater był wychowywany w zamkniętej wieży przez mamki i nie uczęszczał na żadne lekcje, które powinny być przeznaczone dla przyszłego władcy, tym bardziej że sam król w przyszłości widziałby go na tronie?);

Odnośnie do tego ostatniego punktu: bardzo męcząca pozostaje kwestia tej zupełnej niespójności i umieszczania bohatera w ramach takich, jakie aktualnie pasują ci fabularnie. To znaczy: z jednej strony Aleksander jest księciem, ma górę hajsu, służbę, no generalnie dostęp do tego, co pospólstwu raczej trudno oglądać nawet przez dziurkę od klucza, a z drugiej – można odnieść wrażenie, że Aleksander żyje niczym ta księżniczka przetrzymywana na zamku w najwyższej wieży. Nigdy niczego nie spróbował, nie wie, co to stabilność (jest księciem, do diaska!), przez co martwi się jak millennials tym, czy nie zwolnią go z korpo i czy wystarczy mu na tosty z awokado. To raczej jego poddani mają kiepskie życie. Nie on. 
Z trzeciej zaś strony Aleksander pragnie dla mieszczaństwa wolności, pokoju i dostatku, choć w sumie całe życie wychowywał się w krainie, w której toczyła się wieloletnia, wycieńczająca wojna. I to w pewien sposób od urodzenia powinno być dla niego naturalne, normalne – świat dla niego powinien działać tak, że dwie krainy się biją i to ta nasza ma wygrać. Ale raz Aleksander chce o nią walczyć na śmierć i życie, innym razem proponuje poddanie, bo nagle zauważa, że mieszczanie są ubodzy, jeszcze kiedy indziej stwierdza, że w sumie to on i tak nie umie walczyć, więc trudno, nadzieja przepadła. I to wszystko – cały ten emocjonalny rollercoaster – trwa w tej historii tylko półtorej notki. W dwójce ojciec bohatera ginie, ale to nie przeszkadza Aleksandrowi pod koniec tego samego rozdziału być oczarowanym Samuelem. Widać, że pisałaś to opowiadanie pod wpływem weny, niczego właściwie nie przemyślawszy. Przez to Aleksander jest postacią zupełnie niespójną, pozbawioną jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego. Bo nic nie stoi na przeszkodzie, by był wyjątkowo jak na średniowieczną wojnę wrażliwy i odbiegający od ówczesnej normy, ale to musi mieć jakieś podłoże – sensowną przyczynę pokazaną w tekście. 

FABUŁA I POZOSTALI BOHATEROWIE

Zbyt szybkie tempo fabularne (brak odpowiedniego backgroundu dla rozwijającej się fabuły);
wykorzystywanie w utworze elementów bliższych współczesnym czasom (pięciogwiazdkowe hotele, wakacje, bokserki, literatura beletrystyczna, wódka, benzyna, zdjęcia);

kliszowe rozwiązania, na przykład:
– książę jako dobroduszny, niedopasowany do swoich czasów buntownik posiadający wyjątkowy dar;
– klasyczne pozbycie się rodziców głównego bohatera oraz utrata przez niego domu w początkowych rozdziałach;
– bardzo szybkie zaufanie, którym książę obdarza swoich przeciwników...
– ...oraz zupełny brak pomyślunku w kwestii tego, że przecież jest więźniem prowadzonym do krainy wroga;
– bardzo szybko (niesubtelnie) rozwijany wątek zainteresowania Aleksandra Samuelem;

imperatyw narracyjny – cudownie sprzyjające fabule okoliczności, na przykład:
– naiwny motyw przeprowadzenia wieloletniej wojny między krainami, które długo żyły we względnym pokoju;
– książę spacerujący po miasteczku w bogatych szatach, rozdający pieniądze, mimo zwolnienia służby nie zostaje rozpoznany na ulicy, wygodnie nikt nigdy nie zwrócił uwagi na nietypową, tajemniczą jednostkę (do tego: zupełnie naiwny motyw nierozpoznawalności książąt wśród ludu w obu krainach!);
– książę nagle rozmawiający z królem o swoim udziale w wojnie lub poddaniu królestwa tak, jakby nie prowadził z ojcem rozmów na ten temat nigdy wcześniej;
– wygodne fabularnie zwolnienie służby z zamku i pozostawienie w nim niewielkiej ilości strażników tak, aby najemnicy wrogiej krainy bez problemu wdarli się praktycznie bez uzbrojenia;
– wspólna jazda na jednym koniu, mimo że do nocy, kiedy to bohaterowie mieli wyruszyć w podróż, zostało jeszcze trochę czasu i dało się przygotować drugiego konia;

motyw rozdawnictwa, które w czasie trwania wojny i w skrajnym ubóstwie nie było efektywne;
motyw biernego oczekiwania na działania porywaczy w komnacie;
motyw poruszania się między krainami pieszo (potem nagle znikąd biorą się konie);
motyw rozwijającego się niezdrowego romansu, którego podłożem jest syndrom sztokholmski;

nielogiczności fabularne, na przykład:
– książę prowadzony przez las był związany, ale w scenie wieszania ojca mógł poruszać się bez więzów;
– jeniec wojenny podróżuje kilka dni odziany jedynie w koc tylko po to, by w mieście przeciwnicy zakupili mu ubranie;
– między sąsiadującymi ze sobą krajami skrajnie zmienia się klimat;
– książęcy dar, który zarówno uznawany jest za bardzo kłopotliwy i niebezpieczny, jak i łatwo go ominąć, zakładając chociażby rękawiczki;

masowe ogłupianie pozostałych bohaterów, np.: 
– król bierze udział w obradach taktyki, z których nic nie wynika, w dodatku po wielu latach prowadzenia wojny nagle martwi się, że jeśli zaostrzy walkę, urazi przeciwników;
– najemnicy Floressy wchodzą do królewskiej komnaty i nie domyślają się czyjej, zadają głupie pytania;
– wojownicy wielokrotnie przebywający na froncie nie znają dróg ani nie korzystają z koni, aby było szybciej/wygodniej;
– rycerze, którzy powinni być dobrze wyszkoleni i prawdopodobnie wywodzić się ze szlachty, okazują się niezbyt rozgarnięci i o mocno kolokwialnej stylizacji językowej, co prowadzi do żenujących elementów pseudokomediowych;
– Samuel, który zabiera jeńca wojennego na spacer, odwiedza go w czasie jego spoczynku, dosiada z nim wspólnego konia, zupełnie zapominając o wyjątkowym darze Aleksandra – zupełny brak rozsądku i instynktu samozachowawczego.

Szczególnie zastanawia nas jeden z tych punktów – ten o wykorzystywaniu elementów zupełnie niepasujących do czasów średniowiecznych. Nawet jednostki miar – metry, a od nich słowo: metraż – zupełnie nie oddają tamtej rzeczywistości, ale na nie można by jeszcze przymknąć oko, gdyby w historii nie pojawiły się bary, hotele czy bokserki, nie wspominając już o benzynie, wódce czy zdjęciach. Nasze pytanie na dzisiaj więc brzmi: jak wiele do tej pory tekstów osadzonych w czasach średniowiecznych przeczytałaś? Jak wiele filmów, których akcja dzieje się w takich czasach, widziałaś? Na jakiej podstawie dokonałaś wyboru o pisaniu historii średniowiecznej? Równie dobrze mogłaś stworzyć świat znacznie bardziej współczesny, w oparciu na przykład o monarchię angielską. Ale… no właśnie, to też wymagałoby zaangażowania, poznania choćby obyczajów, zrobienia porządnego researchu na temat polityki i tego, jak rządzi się krajem lub uczestniczy w życiu politycznym (jeśli, na przykład król i jego rodzina mają współcześnie bardziej symboliczne, reprezentacyjne znaczenie). Tak naprawdę w którąkolwiek stronę byś nie poszła, potrzebujesz researchu, ale czasy bardziej współczesne pozwoliłyby ci odpuścić sobie chociażby stylizację językową, z którą obecnie też zupełnie sobie nie radzisz. Jeśli chcesz pozostać w takich klimatach, czeka cię mnóstwo pracy. Jeśli tego nie przepracujesz, opowiadanie nadal będzie płaskie pod względem średniowiecznej stylistyki. Aktualnie tyle w niej średniowiecza, co kot napłakał. Nie zrobi ci go samo pisanie o krainach, zamkach i książętach. Potrzebujesz znacznie głębszej… głębi.

Czytałaś może na WS oceny nr [187] i [197]? 
Pierwsza to ocena „Mrocznego królestwa”, w którym główna bohaterka to księżniczka mająca dar. W pierwszych rozdziałach obraża się na rodziców za ich decyzje, a następnie, zaraz po tym, jak najemnicy wrogiej armii napadli na zamek i zabili króla, uciekała z rodzinnego domu.
Druga ocena to ocena „Dziedzictwa Orfanów”, którego główna bohaterka to… księżniczka mająca przeklęty dar. Również ucieka z zamku po śmierci swoich rodziców w natarciu wrogiej armii. I też była na króla obrażona, a potem, po jego śmierci, jednak było jej smutno. 
Obie te prace nie otrzymały noty końcowej, ponieważ nie doczytałyśmy tekstów – były zbyt niedopracowane. Pisałyśmy tam zarówno o ekspozycji, jak i naiwności części rozwiązań fabularnych. 
W przypadku obu tytułów pisałyśmy o kwestii stylizacji i narracji personalnej, której część wskazówek śmiało można przenieść również na narrację pierwszoosobową. Za to w przypadku „Dziedzictwa…” szeroko rozpisałyśmy się również o tym, dlaczego teenage fantasy pełne klisz, z przewodnim motywem rebellious tomboy princess są dla dorosłego odbiorcy mocno pretensjonalne. 
Po co o tym wspominamy? Wydaje nam się, że gdybyś wcześniej przeczytała obie te oceny, spokojnie doszłabyś do wniosku, że są one na początek wystarczającym źródłem wiedzy i być może wstrzymałabyś się ze zgłoszeniem swojego tekstu, by go napisać od, kurwa, nowa. Porządnie. chociaż trochę dopieścić. 
Bo oczywiście, da się taki pomysł na fabułę przedstawić tak, aby historia była znacznie bardziej realistyczna i przejmująca. Nie skreślamy pomysłu, ale wykonanie. Nie stworzysz trzymającej w napięciu opowieści o charakternym królewiczu, który jest obdarzony darem, gdy wszystkie karty wyłożysz na stół już w pierwszych notkach i nie stworzysz żadnego backgroundu do fabuły właściwej. 
Nie przekonasz też, wprowadzając wszystkie znajome sobie hollywoodzkie klisze jedna po drugiej, łącznie z tą jedną nieszczęsną samotną łzą. Obecnie w jednej notce mamy: hojne rozdawnictwo, szczątkową rozmowę o taktyce, morze ekspozycji o tym, jak jest źle (a kochany tajemniczy książę chce, żeby było lepiej, ale na jego chęciach się kończy), zdradzenie czytelnikowi tajemnicy o darze, napaść na zamek... A wszystko po to, by w ostatnich akapitach rozdziału otrzymać jak na deser motyw pozbycia się opkowego rodzica – króla. (W końcu z góry wiadomo, że rodzice głównych bohaterów zwykle przeszkadzają im w fabule). Za szybko i byle jak, po łebkach. Spokojnie mogłabyś każdy z tych motywów przedstawić w trzech czy nawet czterech rozdziałach: dobro księcia i jego spacery po mieście (sceny pokazujące ubóstwo, głód i tak dalej), srogość i odpowiedzialność władcy (rozmowy o taktyce i tak dalej, może nawet scenę, w której król ogłasza, by służba wróciła do domu, bo, na przykład, król przeczuwa przegraną). Mogłabym jakkolwiek poznać krainę, klimat, jej lud, tradycje, kulturę, rządy władcy i w końcu samego księcia. Nawet dobrze go nie znam, nie wiem, czym się zajmuje, poza spacerowaniem po mieście, jakie ma obowiązki względem króla i królestwa, jaki ma w sumie do niego stosunek. Mogłabyś przy okazji pokazać postępującą chorobę władcy… W końcu śmierć ojca nie robi na bohaterze wrażenia, tłumaczysz to tym, że książę domyślał się, że ojciec wkrótce umrze – a przecież wystarczyło stworzyć scenę ich interakcji nie tylko przy stole taktycznym. O właśnie, mogłabyś nawet to pokazać przy stole w czasie kolacji. Skoro lud głoduje, co jedzą na królewskim dworze? Kto, skoro nie ma służby, przygotowuje im posiłki? Zobacz, jak wiele mam pytań, jak sporo pominęłaś. A tu już fabuła z kopyta w przód. Po co? Dlaczego? Nie wiem.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałybyśmy wspomnieć prawie na zakończenie. Bardzo podoba nam  się okładka „Kronik…” w zakładce Spis opowiadań, widoczna również na stronie głównej. Nie wiem tylko, czy wzięta bułgarska artystka fotografka, jaką jest Ivanova, która zarabia na swoich pracach, nie miałaby nic przeciwko, że korzystasz z jej grafiki, nawet jeśli podajesz źródło. Na portfolio Ivanovej można wyczytać, że wszystkie zdjęcia publikowane na jej stronie (włącznie z tym, które pobrałaś do okładki) można zakupić w formie... drukowanej odbitki. Ivanova nie oddaje nikomu do nich praw ani nie informuje, że zdjęcia te umieszcza w sieci na wolnej licencji. Nawet jeśli podałaś imię i nazwisko autorki, nie powinnaś wykorzystywać jej prac do tworzenia okładki bez uzyskania do tego prawa. Możesz za to wykorzystać zdjęcia na warunkach licencyjnych Creative Commons. Jeśli chcesz takowe znaleźć, portfolio artystów czy Pinterest, gdzie większość prac nie jest legalna, to naprawdę słaby wybór. Polecamy za to Unsplash.com czy Pexels.com.

Jako że nie przeczytałyśmy opowiadania do końca, dziś nie przyznamy ci noty końcowej. Oceniłyśmy wprawdzie tylko 4 rozdziały, ale ocena zajęła nam 73 strony. Mamy nadzieję, że mimo wszystko nie zniechęci cię to do dalszej pracy, ale wskaże, jak wiele aspektów powinnaś dopracować, aby historia, choć osadzona w świecie fantastycznym, nie była aż tak niemożliwa. Zadbaj teraz o tło, rozwiń wątki, nie spiesz się tak z fabułą i nadaj Aleksandrowi konkretny charakter – przyporządkuj mu cechy, które będą widoczne w tekście. Kilka streszczeń wyrzuć, inne zmień w pełnoprawne sceny. Przemyśl stylizację językową; powinna być jednolita i dopasowana do czasów, które przedstawiasz. Zastanów się również nad narracją. Dlaczego wybrałaś akurat pierwszoosobówkę? Jakie możliwości daje ci ten wybór? Obecnie z żadnych nie skorzystałaś, opowiadanie przypomina pisane w narracji trzecioosobowej, z odmienionymi końcówkami. Gdyby odmienić je z powrotem w trzeciej osobie, być może jedna-czwarta uwag, które się tu pojawiły, nie miałaby racji bytu. Masz więc jakby dwa wyjścia: albo doszkolić się z narracji pierwszoosobowej (najlepszym dowodem, że się da, niech będzie twórczość LegasowK – autorki, która na przestrzeni zaledwie połowy roku ocenę słaby poprawiła na bardzo dobry; zajrzyj do ocen: [188] i [213]). Albo przerobić tekst na trzecioosobówkę (zresztą podobnie postąpiła Leria; zajrzyj do oceny: [170]). W tych trzech ocenach szeroko opisałyśmy bolączki pierwszoosobówek, więc i one mogą być dla ciebie przydatnym źródłem informacji. 
Życzymy ci powodzenia w zdobywaniu tych i kolejnych.




A za betę i wsparcie geograficzne dziękujemy For. <3

0 Comments:

Publikowanie komentarza