[197] ocena tekstu: Dziedzictwo Orfanów. Zakon Krwi


Autorka: MoonshadowElve
Tematyka: high fantasy
Oceniają: Deneve i Skoiastel



Już na pierwszy rzut oka widać, że nadesłałaś nam dopracowany pod względem technikaliów tekst – estetycznie sformatowany. Naprawdę dobrze się czyta. Aż zżera ciekawość, czy z kwestiami fabularnymi będzie równie dobrze.

ROZDZIAŁ 1

Jednak ostre szpony wbijały się coraz głębiej w jej płuca, rozprowadzając palący ból po klatce piersiowej. Wszystko paliło ją żywym ogniem. – Tę klatkę piersiową paliło? 

Niezłe zaskoczenie z tym gorsetem. Mam jednak wrażenie, że trochę przesadziłaś z dramatyzmem. Rozumiem, że o to chodziło – by ukazać ból i cierpienie bohaterki, jednak przeżywanie trochę długo trwa. Nawet gdyby nie była to przymiarka gorsetu, a faktycznie dramatyczna scena akcji – napisałabym o niej to samo. Boję się, że jeżeli główna bohaterka aż tak cierpi przy ubieraniu się, to w dalszej części fabuły również inne drobne elementy jej życia będzie roztrząsać do przesady, a przy tym zakładam, że na pewno przygotowałaś dla niej dużo straszliwsze wyzwania niż zakładanie gorsetu. 
Tak więc zamysł zmyślny, ale… koloryzowany o dwa-trzy zdania za długo.

— Dobrze wiesz, że go nie ubiorę! — upierała się nadal, nie odrywając od niej wzroku. – Nie założę. Ubrać można kogoś (siebie) lub coś (choinkę).

Amaya przez dłuższy czas mocowała się z ciasnym materiałem i długimi włosami, które wydostały się z kucyka i[,] niesforne, postanowiły wplątać się w zapięcia gorsetu. 

Mamy cały długi akapit na temat tego, jak to Amayę jakaś magiczna siła obdarzyła darem. Właściwie Darem przez duże „D”, ale jest to dar tak mistyczny, że aż niechciany i w zasadzie nie wiadomo jaki. Ale, drogi czytelniku wiedz, że jest to d a r. Mam nadzieję, że rozumiesz, o co mi chodzi. Wodzenie czytelnika za nos może być dobre w wypadku, gdy nie jest przerysowane i gdy faktycznie ma coś na celu. W przypadku, gdy przez pół strony rozpływasz się nad wielkim darem księżniczki i nie mówisz czytelnikowi, o co tak dokładnie chodzi, ten sam czytelnik zaczyna się irytować. Nadal musi ci wierzyć jedynie na słowo, że ten dar to coś poważnego oraz istotnego dla fabuły. A nawet  że… w ogóle istnieje. Zostawiasz wskazówki dotyczące daru, ale jest to wplecione w tekst tak enigmatycznie, że nie wiem, czy chodzi o te uczucia, czy może to już inny wątek.

To ekspozycja, tylko ubrana w ładne słowa. Przedstawiasz odbiorcy ładne i okrąglutkie zdania, ale w zasadzie nic z tego nie wynika. To też dość dziwne, że Renna myśli o tym akurat w tej chwili – bardzo wygodne dla fabuły, ale mało prawdopodobne, jeśli spojrzeć na to od strony „realności”. Dobrze dać bohaterowi jakiś impuls, coś, co pchnie go do takich rozmyślań, ot, zostawić mu na nie miejsce, a nie na siłę wciskać je do głowy.

Jednak, pomimo wszystko nikt nie mógł zaakceptować tego, że druga córka rodziny królewskiej urodziła się z darem, który był klątwą. – Podkreślenie może zostać potraktowane jak wtrącenie – ale nie musi. Jeśli jednak chcesz, by od reszty zdania oddzielały je pauzy oddechowe, postaw po nim przecinek. Ewentualnie możesz jedynie usunąć ten pierwszy i też będzie dobrze.

Dalej dowiadujemy się, na czym ów dar polegał:

Jakikolwiek kontakt ze skórą innego człowieka sprawiał, że jego uczucia wkradały się do jej umysłu.
Zbudowałaś ogromne napięcie co do tego daru. Czytelnik wyobraża sobie coś strasznego i trudnego, a tu, o. Motyw stary jak świat. Zupełnie nic takiego. W dodatku puszczone tak mimochodem, jakby faktycznie chodziło o zjadanie chleba. A przecież ten dar jeszcze kilka akapitów wcześniej był taką klątwą…

— Idziemy na wyspę sveertów. — Uśmiechnęła się słabo, jakby jej wspomnienia wróciły z tej samej podróży. — Nie patrz tak na mnie. — Przekrzywiła nieco głowę i zmrużyła oczy.
— Jak?
Jakbym miała za chwilę wyjść przez te drzwi i nigdy nie wrócić. — Zaśmiała się krótko i niepewnie dotknęła ramion Renny. — Dobrze wiesz, że tak się nie stanie. Będę przy tobie, w końcu dopiero co się zaręczyliśmy. Pewnie ślub odbędzie się za kilka miesięcy, mamy jeszcze dużo czasu. — Odchyliła się, jakby chciała odpłynąć z marzeniami. – Być może się czepiam, ale podkreślenie wygląda jak ekspozycja dialogowa; specjalnie, aby poinformować czytelnika o niedawnych zaręczynach. Tylko po co, skoro ledwo chwilę temu Renna mówiła już o spotkaniu z narzeczonym? To znaczy, że jest świadoma zaręczyn, nie trzeba jej o tym mówić. Być może też nie rzucałoby się to tak w oczy, gdyby faktycznie inne akapity nie były ekspozycjami, jednak obecnie mam ich przesyt, a dopiero co zaczęłam czytać. 

Czarny wodospad włosów rozpłynął się na ziemi, tworząc małą sadzawkę. Wodospad włosów to dość znana, typowa metafora, ale gdy rozwijasz ją i piszesz za chwilę o sadzawce, mam wrażenie, że znów przesadzasz i robi się dziwnie.  

— Wiem. — Jej brwi zmarszczyły się gwałtownie, a oczy zaszkliły się w jednej chwili. – Czy brwi aby na pewno mogą się zmarszczyć gwałtownie? Drugie się niepotrzebne. Podkreślenie natomiast jest zbędne. Skoro korzystasz ze spójnika a i stawiasz go tuż obok przysłówka: gwałtownie, czytelnik domyśli się, że to wszystko dzieje się dość szybko, naraz. 
Masz straszną tendencję do wydłużania zdań, ogromnie się pieścisz – nawet wtedy, gdy przytaczasz mało istotne informacje (czasem nawet je powtarzasz, ujmujesz na różne sposoby). Spróbuj nadać akapitom lekkości, tnąc nadmiar słów. Generalnie nie masz problemu z klimatem – opisy są bogate, czytelnik nie ma większych kłopotów z wyobrażeniem sobie postaci i tła, w którym się poruszają. Wręcz odwrotnie – mam wrażenie, że tonę w nadmiarze, a przecież czasem mniej znaczy więcej.

Zielone oczy otworzyły się szeroko w zdumieniu, a usta zacisnęły się w napiętym oczekiwaniu. – Jak wyżej, drugie się niepotrzebne. To też brzmi trochę tak, jakby tylko usta oczekiwały na efekt.

Dla wszystkich, których kochasz, i którzy cię kochają. – Bez drugiego przecinka.

Zastanawia mnie, jak to wygląda ze służbą. Oczywiście to nic złego, by służba była wykształcona i inteligentna. Po prostu zaskoczył mnie fakt rozmowy Amayi z Renną, która w zasadzie robi jej wykłady na temat historii wojen z Księżycowymi Elfami.

W tekście często stosujesz pauzę (—) zamiast półpauzy (–). W dialogach można stosować pauzę, natomiast w wydzielaniu elementów w tekście powinna zostać zastosowana półpauza. Robisz to dość często, łatwo to znaleźć (alt+F), więc nie będę wynotowywać tego za każdym razem.

Na samą myśl czuła[,] jak frustracja i rozpacz wypełniają jej ciało i zagłuszają zdrowy rozsądek. – Myślę, że frustracja sama w sobie jest wystarczająco silną emocją, pasującą do przedstawionej (swoją drogą – znów – za pomocą ekspozycji) sytuacji, w której znalazła się Amaya. Kiedy dodasz do tego rozpacz – emocję bardzo silną, nacechowaną – uczucia bohaterki znów mogą wydać się czytelnikowi przesadzone. 
Dodatkowo piszesz o tym, że Amayi frustracja i rozpacz zagłuszają zdrowy rozsądek, a zaraz po tym zdaniu pojawia się kilkanaście zdań o tym, jak to wypadałoby postąpić należycie. Piszesz chociażby: Bez żadnych sojuszników bardzo szybko zostaną zmieceni z mapy i z powierzchni Altoris. Dobrze zdawała sobie sprawę, że nie może do tego dopuścić (...). Gdzie więc to zagłuszanie zdrowego rozsądku, bo nie widzę? Brakuje dowodów; Amaya jest aż zadziwiająco roztropna i spokojna. 
Rozumiem, że chciałaś dodać emocji i idziesz w przesadę, bo chodzi tym razem o poważną sprawę (nie – gorset), ale sposób, w jaki o tym opowiadasz, jest dla mnie rozwleczony, a co za tym idzie – męczący. Postaw na spójność emocjonalną, przedstawiaj stanowisko Amayi spójnymi uczuciami. Może być wkurzona i okazywać to wkurzenie ciężkim krokiem, zmarszczonymi brwiami, przekleństwami na ustach czy zaciśniętymi pięściami. Może być sfrustrowana i wzdychać, przewracać oczami, mamrotać pod nosem o swoim niezadowoleniu. Ale rozpacz? To już płacz i zgrzytanie zębów, a nie widzę, by Amaya była w faktycznej rozpaczy. Więc po co mi ta emocja nad wyraz? 
Tak naprawdę wolałabym dostać kilka zdań przedstawiających, co Amaya myśli o spędzeniu urodzin z dala od domu, przeplecionych z jej zachowaniem niż czystą jak łza ekspozycję wypełnioną wieloma szczegółami po brzegi. Dlaczego? Bo i tak za chwilę nie będę ich pamiętać. Nie są obrazowe, to po prostu ściana tekstu pozbawiona interakcji, w której Amaya nie wydaje się zrozpaczona czy sfrustrowana, ale… nieżywa.

Rzucasz bardzo wieloma nazwami: Orfanie, Latha, Altoris, Yaala – w takim zagęszczeniu trudno zrozumieć co jest rasą/narodowością, co miejscowością, co krajem, co kontynentem. Bombardujesz czytelnika informacjami, z których trudno cokolwiek wynotować. Cały akapit dotyczący zawiłych sojuszy i konotacji. Zgubiłam się już na samym początku tego akapitu. A przecież to, podobno, ważne. I niby Amaya myśli o Adrielu, a jednak mamy streszczenie wszystkiego, jak leci.

Nie mogła przestać myśleć o spotkaniu z Adrielem. Od ostatniej rozmowy jej ojca z królem Słonecznych Elfów nie mogła odpędzić wizji siebie na tronie w odległym, gorącym Królestwie Pustyni. 

Myślała, że była jeszcze bezpieczna, w końcu nie była nawet pełnoletnia. 

Po chwili znalazła odpowiedni pokój. // — Czekałem na ciebie, Amayo. Już myślałem, że nie przyjdziesz na dzisiejsze zajęcia. — Uśmiechnął się lekko, spoglądając na nią, zrelaksowany. – Rozumiem, że chciałaś wprowadzić tajemnicę i dopiero po chwili określić, co to za bohater, ale w tej chwili wychodzi na to, że to pokój uśmiechał się, spoglądał i był zrelaksowany.
Ostatni przecinek wygląda na zbędny.

Czarne włosy do ramion, wygięły się w ładne loki, gdy pochylał się, by wstać. – Bez pierwszego przecinka.

Ciepłe spojrzenie, jasno-brązowych oczu zaprosiło ją do środka, więc weszła. – Jasnobrązowych.

Był prawie jedynym mężczyzną w Lathie, który strzygł je na taką długość. – Jednym z nielicznych. Nie można być prawie jedynym; albo się jedynym jest, albo nie. Tak samo nie można być prawie w ciąży.

Wszyscy przywiązywali do nich [włosów, dop. Den] wielką wagę — starali się, by były w jak najlepszej kondycji, korzystali z wielu biżuterii, które wczepiali w kosmyki. – Jeśli chodzi o kondycję, to chyba powinni dbać o nie szamponami, ziołami i tak dalej, biżuteria raczej ma na celu zdobienie, nie pomoc w utrzymaniu dobrej kondycji. Ponadto dość mocno siadła tu gramatyka, powinno być: korzystali z licznej biżuterii, którą wczepiali w kosmyki. Albo po prostu ozdabiali kosmyki liczną biżuterią?

Perełek z podmiotami mamy więcej, spójrz:
Siedział spokojnie na zielonej kanapie, którą przywieziono aż z Gauntany. Czarne włosy do ramion, wygięły się w ładne loki, gdy pochylał się, by wstać. Ciepłe spojrzenie, jasno-brązowych oczu zaprosiło do środka, więc weszła. – Ostatni czasownik do rzeczownika żeńskiego dotyczył przywożenia kanapy. Następnie jakaś ona zostaje zaproszona, więc wchodzi do pokoju. To mówi samo przez się. 

Sama dzięki temu w końcu nieco się uspokoiła i spojrzała pytająco na mężczyznę. – I spojrzała na niego pytająco. Wprowadzenie „na mężczyznę” brzmi tak, jakby znajdował się tam ktoś jeszcze.
Nie czuję, by Amaya musiała się faktycznie uspokajać, ponieważ do tej pory nie ukazywałaś jej zdenerwowania, frustracji czy rozpaczy. Wyżej już o tym wspominałam i aż do teraz nic się pod tym względem w tekście nie zmieniło.

Zwykłe pytanie od twojego narzeczonego, przecież zawsze możesz powiedzieć "nie". – W języku polskim używamy cudzysłowów drukarskich, czyli: „(...)”.

Uśmiechnął się do niej ciepło i powstrzymał się, by poklepać ją po ramieniu. Co prawda księżniczka już się przebrała w swoje codzienne szaty i jej całe ciało zostało przykryte materiałem, jednak Amaya nie lubiła, gdy ktoś ją dotykał. Nawet przez materiał. – Wiemy to. Zasugerowałaś to już przy spotkaniu z Renną. Nie musisz tego tak nachalnie i otwarcie powtarzać. Sam gest powstrzymania się pokaże nam więcej niż łopatologiczne przekazanie tej informacji.
Z drugiej strony to trochę dziwne, że nauczyciel, który uczy Amayę pewnie od lat i ma z nią dobry kontakt, nie wypracował sobie przez ten cały czas nawyku, by księżniczki nie dotykać. Okej, tutaj ostatecznie jej nie dotknął, ale musiał się nad tym zastanowić i przed tym powstrzymywać, czyli wciąż się uczył zachowań w stosunku do niej. To nie świadczy najlepiej o jego profesjonalizmie. 

Właściwie to też brzmi dziwnie, że księżniczka spoufala się ze swoimi służącymi. To, że nie ma między nimi jakiegoś dystansu. To jednak córka królewskiej pary, a myślą o przytulaniu jej i poklepywaniu jak dobrej koleżanki. Dla mnie to trochę naciągane. Przypomina wiele mało poważnych, a cukierkowych tekstów (utrzymanych pod wszystkimi innymi względami w konwencji monarchii średniowiecznej), w których królowie – ojcowie – to tak naprawdę sympatyczni wujaszkowie, a ich dzieci robią sobie, co chcą i nie znają etykiety, ponieważ rodzina głównej postaci ma być bardziej miła niż poważna i realistyczna. Po co? Aby bardziej bolało czytelnika przy nadchodzącej tragedii, oczywiście. A szkoda, bo gdyby pójść w realizm i ukazać nieco więcej dystansu między służbą a członkami rodu królewskiego, mogłabyś ukazywać tekst znacznie bardziej realistyczny, o wielu odcieniach szarości, nie – biało-czarny.

Orfanie posiadali dość specyficzną urodę, którą zawdzięczali swoim ustom. Mężczyźni posiadali czarne dolne wargi, a kobiety górne. To pomagało wszystkim rozpoznać płeć pozostałych, gdy ich włosy nie mogły im w tym pomóc. – Brzmi to tak, jakby Orfanie poza wargami nie przedstawiali żadnego innego dymorfizmu płciowego. 

Amaya przytaknęła jedynie. – Amaya jedynie przytaknęła. Partykuła wzmacnia wyraz, przed którym stoi. Możesz też w ogóle z niej zrezygnować; nie widać, by Amaya zrobiła coś jeszcze. Rozumiem, że czasem chcesz wzmocnić niektóre informacje, ale – jak już pisałam – cały ten tekst jest pod tym względem mocno upiększony. Jak zredukujesz ilość takich dopowiedzeń to tu, to tam – zyskasz na lekkości. 

Zrobiła ich odpowiednią ilość, jednak chciała kilka poprawić, by zrobić jak najlepsze wrażenie. – Liczbę. Zakładam, że te rysunki są jednak policzalne.

Twarda, czarna okładka nie była jeszcze ozdobiona żadnymi wzorami, ani sentencjami. – Bez przecinka przed „ani”. Znalazłby się tam, gdyby była to konstrukcja typu: „ani jedno, ani drugie”, po powtórzonym „ani”.

Dziewczyna pragnęła, by notes był wyjątkowy i chciała to wszystko solidnie przygotować. – Pokaż nam to, zamiast pisać o tym wprost. Możesz przecież pokazać, jak bohaterka rozmyśla o tym, że planowała narysować tam jakiś wzór, ale nie miała czasu; smutek, że okładka jest nadal czysta, że nie przelała na nią części siebie...

Lekcje, których nie powinna mieć, na które nie powinna tracić czasu[,] były ich rytuałem, odkąd Theron dowiedział się, że Amaya lubi rysować.

Dalej przedstawiasz nam kolejne streszczenie umiejętności i backstory Therona w jednym akapicie. Pozwól nam poznawać swoich bohaterów w trakcie czytania, nie z krótkiej noty biograficznej odklepanej na kolanie i wciśniętej w środek tekstu.

Potrafił rozpoznać dobry i zły rysunek, znał wszystkie rodzaje kompozycji, wiedział[,] co to złoty podział, przy obrazach zwracał uwagę na barwy, tematykę, emocje oraz wykonanie.

Dlatego właśnie dziewczyna uwielbiała z nim lekcje rysunku. – Dlatego właśnie uwielbiała lekcje rysunku z nim. Albo „które prowadził”. Bo teraz wychodzi na to, że razem uwielbiali, a nie to, że był nauczycielem, a zapewne o to chodziło.

Lecz jako księżniczka los artystki spłonął w czeluściach Pustki w momencie jej narodzin. – Lecz jako księżniczce…

Theron znalazł pierwszy szkic, którego jeszcze nie widział[,] i zmrużył nieco oczy. – Nieco zmrużył oczy.

Amaya pamiętała, jak zaledwie kilka dni temu siedziała przed lustrem[,] oglądając swoje odbicie[,] i zastanawiała się nad swoją przyszłością.

Wróciła właśnie do pokoju, po tym, jak podsłuchała rozmowę ojca z królem Słonecznych Elfów. Nie była pewna[,] jak to wszystko będzie wyglądać i zaczęła sobie wyobrażać przyszłość. – Bez pierwszego przecinka.

Tło było zamaszyste, zaakcentowane czernią. – Czy aby na pewno chodziło ci o to słowo? [Zamaszysty] na PWN.

Oczy były prawie identyczne jak te Amayi — dziewczyna miała wąskie kąciki, sam kształt był nieco spłaszczony, jednak wciąż solidnie zaokrąglony. – Mam wrażenie, że nie mogłaś się zdecydować, jak mają wyglądać oczy Amayi. Zupełnie tych oczu nie widzę. Niby kształt spłaszczony, ale jednak nie (w myśl: „był kwadratowy, ale jednak okrągły”?). I jak wyglądają… wąskie kąciki?

Nos miała długi, czubek okrągły, a skrzydełka współgrały z wielkością całości. Usta były tuż pod nimi. – Trudno, żeby usta były nad nosem.

Już po przeczytaniu opisu rysunku Amayi mogę powiedzieć, że na myśl przychodzi mi głównie jedno słowo: przesada. W absolutnie wszystkim. Tworzysz ogromne potoki słów na nic nieznaczące tematy, takie jak superszczegółowe opisanie wyglądu sukienki w najdrobniejszych detalach. Wygląd bohaterów, nie będę oryginalna, odklepujesz z listy. I to w najgorszy możliwy sposób: wszystko naraz w jednym akapicie. I wszystko do przesady szczegółowo. Nie wiemy, kim właściwie są bohaterowie, co motywuje ich do działania, jaki mają charakter. Za to doskonale wiemy, ile falbanek i koronek miała sukienka, którą bohaterka miała na sobie. I jak bardzo dusił ją gorset. Czy sądzisz, że idziesz z tym w dobrym kierunku?


Księżniczka była dumna z tego rysunku. Co prawda nie porzuciła delikatnego wydźwięku i postarała się, by wszystko miało subtelny gradient, żeby uzyskać ładne i delikatnie przejścia, co pomogło jej stworzyć lepszy realizm. – Mam wrażenie, że nie rozumiesz słów, których używasz. Chyba miało mieć bardzo inteligentny wydźwięk, ale w rzeczywistości piszesz o zupełnie różnych rzeczach. Przede wszystkim gradient stosuje się w grafice komputerowej. Tutaj mamy po prostu cieniowanie.

Cieszyła się, że Theron pokazał jej nową metodę. – Skoro Theron w ogóle nie umiał rysować, a miał jedynie wiedzę teoretyczną, to mógł jej co najwyżej o tej metodzie opowiedzieć. Umiejętność rysowania to również umiejętność wykorzystania tej teoretycznej wiedzy w praktyce.

Eksperymentowanie z rysowaniem pozwalało jej skupić się na innym problemie, dzięki czemu na chwilę zapominała o tych większych i bardziej przerażających. Jak na przykład wyprowadzenie się do Shonary. Do swojego przyszłego męża. Nie mogła przestać o tym myśleć. – To w końcu pozwalało zapomnieć czy nie mogła przestać o tym myśleć?

Kreski nadal nie są do końca spójnością, co spłaszcza rysunek. Widać, że w niektórych momentach nie zapanowałaś nad naciskiem dłoni, co spowodowało niechciane wybijające się linie. Ale bardzo ładnie oddałaś to, jak wyglądasz i jak na pierwszy raz wyszło bardzo dobrze. Musisz pamiętać, że sama metoda jest nieco dynamiczna — wszędzie jest pełno kresek — dlatego takie szalenie z tłem nieco się gryzie. – No dobrze, ale co czytelnika obchodzi tak naprawdę tak dalekie rozwodzenie się nad rysunkiem? Czy te rysunki będą w jakikolwiek sposób istotne dla fabuły, że poświęcasz im tyle miejsca? W zasadzie całe spotkanie z Theronem to szybkie naszkicowanie jego przeszłości, a potem… rysunki.
Poza tym metoda może być po prostu dynamiczna lub nie. Albo bardziej dynamiczna niż inne, ale nie „nieco dynamiczna”.
Przyznam się, że po takich wielkich akapitach bardzo szybko tracę morale do czytania. Nie wiem, dlaczego zdecydowałaś się tak szczegółowo przytoczyć dość prosty proces, ale czuję, że nie dotyczy on fabuły, a więc marnuję w tym momencie czas. Czas, który mogłabym poświęcić na bardziej zajmującą scenę, gdzie jednak działoby się coś, co dotyczyłoby któregokolwiek wątku. Naukę rysunku mogłaś przedstawić nieco krócej lub w czasie jej trwania wsadzić w usta bohaterów dotyczące czegoś ważnego słowa, które zainteresowałyby czytelnika i zatrzymałyby go przy tej scenie. Inaczej nie ma on punktu zaczepienia; przyznam, że – choć  tego nie zrobiłam – miałam ochotę przescrollować scenę praktycznie do jej samego końca, czyli pochwały nauczyciela o tym, jak bohaterka świetnie coś narysowała i wyszło jej to za pierwszym razem.

Wydukała jedynie, czując, jak jej serce nieco rośnie. – Rosło. Staraj się dbać o spójność czasu.

Zbliżał się czas na spotkanie z Adrielem. Amaya czuła, jak serce łomocze jej w piersi i obija się o żebra w zgranym rytmie. – O! Niedawno poruszano ten temat na shoutboxie, wspominałam też o tym w którejś z poprzednich ocen. Serce nie może obijać się o żebra – brzmi to dosłownie, a przy tym nieporadnie (wyobrażam sobie takie biedne, poobijane i posiniaczone serce u człowieka pozbawionego mostka), poza tym w Korpusie SJP wyrażenie to nie występuje w takiej wersji. Czasem pisze się o sercu łomoczącym czy tłuczącym się w piersi, zresztą masz to w pierwszej części swojego zdania. Wystarczy. Po co sięgasz po następne – przy czym śmieszne – wyrażenia, które podają praktycznie to samo? 

Przez jakiś czas zastanawiała się, czy by nie ściągnąć długich, satynowych rękawiczek, jednak doszła do wniosku, że to byłoby obraźliwe, gdyby ubrała je na widok narzeczonego. – Podmioty. Z fragmentu wynika, że rękawiczki zdjęła sukienka. Ponadto: założyła. Ubrać możesz siebie, dziecko lub choinkę. To czasownik zwrotny.

W końcu Adriel przyszedł, a Amaya poczuła, jak cała krew odpływa jej z twarzy. Została tam jedynie zimna, blada skóra, więc obróciła się na chwilę, by narzeczony niczego nie zobaczył. – I znów – śmieszna sytuacja – obróciła się skóra czy krew? Zwróć uwagę na orzeczenia. Jeżeli ostatnie dotyczące żeńskiego podmiotu to została i odnosi się do skóry, a wcześniejsze orzeczenie: odpływa – do krwi, kolejny żeński podmiot domyślny (obróciła się) będzie dotyczył właśnie któregoś z tych podmiotów.
W następnej części oceny będę przytaczać takich przykładów coraz mniej. Jeżeli chcesz wykluczyć z tekstu wszystkie podobne sytuacje, czytaj tekst powoli i – koniecznie – na głos. Wtedy od razu w uszy rzucają się takie kwiatki. 
Ach, i jeszcze coś, ad:  Amaya poczuła, jak cała krew odpływa jej z twarzy.  Cztery zdania temu czytałam, że Amaya czuła, jak łomocze jej serce. Gdy piszesz o jej emocjach, dość często używasz podobnych konstrukcji – tej albo z jakby. Ogólnie w tekście dużo też masz powtórzeń; następnym razem przyjrzyj mu się również pod tym kątem. 

Zrzucasz cegłę:
Nie kochała Adriela. Nic do niego nie czuła, ponieważ ledwie się znali. Zaręczyli się kilka tygodni temu, a ich znajomość zaczęła się parę miesięcy wcześniej. Była pewna, że Leven i jej ojciec planowali to od momentu zawarcia pokoju. Jednak nie mogła się im dziwić. Już teraz pojęła, jak ważny jest ten sojusz dla ich krajów. Bez tego było zbyt wielkie prawdopodobieństwo, że jedno z nich zostanie zaatakowane przez Księżycowe Elfy — największych zabójców w całym Altoris. – Och, dlaczego po prostu mi tego nie pokażesz? To okropnie demotywujące; przepuszczasz w kilku zdaniach coś, co mogłoby być końcowym wnioskiem wyciągniętym przez czytelnika po skończeniu sceny ukazującej rozmowę Amayi z Adrielem. Jest oschła? Skołowana? Oczywiście, że go nie kocha. Rozmawiają o ślubie i wspominają zaręczyny? Dałoby się to więc te informacje przemycić w dialogu. Amaya podejrzewa ojca? Czemu po prostu o tym nie pomyśli, nie wpleciesz  tego w mowę pozornie zależną? Nie. To wszystko, co mogłoby wynikać z zapowiedzianej sceny (Adriel dopiero co wszedł), przepuszczasz w… daj mi policzyć… w sześciu zdaniach oznajmujących, pozbawionych emocji i działających na czytelnika w tylko jeden sposób. Wywołując irytację. 

Oglądałaś może Króla na Netfliksie? Jeżeli nie, sprawdź końcową scenę. 



Henryk V poznaje Katarzynę praktycznie tuż przed ich ślubem, a żaden narrator czy lektor nie mówi nam wtedy: Nie kochali się. Nic do siebie nie czuli, ponieważ ledwie się znali. Zaręczyli się przed chwilą. Bzdura; widzimy to po ich niepewnych gestach, wystraszonych spojrzeniach, cedzonych słowach w scenie, w której muszą porozmawiać o swojej przyszłości. Czemu nie dasz mi tego w podobnej, rekreacyjnej formie, tylko odbierasz większość zabawy? W takim razie nie muszę już poznawać Adriela i brać udziału w scenie z nim, skoro znam już cały zarys tej relacji.

Czekał tam na nich jeden ze służących, który został zmuszony, by dopłynąć z nimi na wysepkę. – Oczywiście, służącemu wydano rozkaz, ale to brzmi co najmniej tak, jakby przypalali go gorącym żelazem, żeby tam z nimi popłynął.

Nie mogła zaprzeczyć, że Adriel jej się podobał — marzyła o tym, by go narysować. Jednak nic do niego nie czuła. – Skoro marzyła, by go narysować, bo jej się podobał, to znaczy, że żywiła jakieś uczucie – choćby wstępne zainteresowanie. Wiadomo, że nie mogłaby czuć od razu miłości, skoro dopiero co się poznali, czytelnik głupi nie jest i potrafi dodać dwa do dwóch. Nie bądź tak bardzo łopatologiczna, błagam.
Strasznie brakuje mi w tym tekście mowy pozornie zależnej – tego całego tajemniczego POV, o którym tak trąbimy. Adriel podoba się Amayi? Oddaj to naturalną myślą wyrażającą marzenie o rysunku wprost, narracją. Czemu nie napiszesz: Jak świetnie byłoby narysować tę twarz i powiesić nad łożem… albo cokolwiek, co oddawałoby stylizację językową Amayi, bym mogła lepiej poznać i wczuć się w twoją bohaterkę? Tymczasem cały tekst jest męcząco monotonny w narracji, poprawny, ale brakuje mu charakteru, jakiejś ikry. Tego… czegoś. Na razie głównie odklepujesz fakty i przytaczasz wszystko ekspozycją, a przez to coś, co może być naprawdę niezłym materiałem na powieść, przypomina ładnie, wręcz poetycko, rozpisany… first draft. 

Jej dar sprawiał, że nauczyła się dystansu do ludzi. Od najmłodszych lat, odkąd postanowiła podzielić się z innymi, że obudziła w sobie dar, wszyscy zaczęli ją traktować, jakby nie powinna istnieć. Skalanie rodu, klątwa, czarna owca — każdy kogo znała, patrzył na nią, jakby była najgorszym, co mogło im się przytrafić. Jednak, czy to właśnie dar powinien definiować każdego Orfana? – Czemu tak właściwie? Ciągle krążymy wokół tego daru, wokół tego, jaki jest niechciany i niepotrzebny. Skąd to przekonanie o skalaniu? 

— Wszystko w porządku? — Adriel położył delikatnie rękę na ramieniu dziewczyny, na co Amaya przerwała gonitwę myśli i spojrzała na niego. – Didaskalia brzmią tak, jakby Adriel położył dłoń na ramieniu jakiejś dziewczyny, która była tam poza nimi, na co Amaya przerwała gonitwę myśli. Czy nie lepiej: Adriel delikatnie położył rękę na ramieniu Amayi, na co przerwała gonitwę myśli? I prościej, i jaśniej.

— Przytaknęła, nadal uśmiechnięta[,] i zerknęła na niego poważnie. 

Już stamtąd widziała dokładnie bujną roślinność wyspy. Wszędzie gęsto rosły wysokie drzewa, a krzaki sięgały przynajmniej do jej kolan. – Podmioty. Wychodzi na to, że krzaki sięgały do kolan wyspy.

W momencie, gdy poznała tę wyspę, pierwsze[,] o czym pomyślała, to Adriel. – Z jednej strony piszesz, że Amaya nie czuła niczego do Adriela, z drugiej jej zachowania temu przeczą. Amaya myśli o tym, że chce go narysować, zaprasza go na lubianą wyspę. Właściwie, widząc ją, pierwsze, co przychodzi jej na myśl, to chęć zabrania tu Adriela. No nie wiem, to brzmi zupełnie jakby… była zakochana? 

Słyszała, że na tej wyspie rośli ostatni przedstawiciele sveertów — kwiatów, które potrzebowały osobliwego klimatu, by rozkwitnąć. Widocznie ta atmosfera była dla nich idealna. – Tak, wiemy. Napisałaś, że potrzebowały osobliwego klimatu, by rozkwitnąć, więc to oczywiste, że atmosfera/mikroklimat/warunki musiały być dla nich co najmniej dobre, żeby tam wyrosły. Masz tendencję do wodolejstwa w taki sposób, że na siłę dookreślasz rzeczy, które są zrozumiałe już od początku.

Gdy dotarli do brzegu, Adriel wyskoczył energicznie, przeszedł przez długość łódki i pomógł Amayi wyjść. – Nie bardzo rozumiem, co się tu zadziało. Wychodzi na to, że Adriel wyskoczył z łódki. Ale potem przeszedł przez jej długość i pomógł Amayi…?

Podniosła palec do góry i pokiwała nim, patrząc dosadnie na Elfa. – Nie można podnieść palca w dół. :)

On jedynie uśmiechnął się nieco, domyślając się[,] o czym mówiła.

— Kolacja z rodziną — skwitował tylko i odchylił głowę do tyłu, po czym uśmiechnął się szeroko, wyobrażając sobie swoją narzeczoną, kłócącą się z rodzeństwem. – Wystarczy samo „odchylił głowę”. Gdyby przechylał na bok… no to przechylałby. A pochylałby do przodu. Ostatni przecinek niepotrzebny.
Nie jestem pewna, z jaką narracją mam do czynienia, szczerze mówiąc. Czasem wydaje mi się, że piszesz z perspektywy Amayi, wnikając głównie w jej psychikę (ale jednocześnie w żaden sposób nie stylizując narracji), a innym razem – że to narracja trzecioosobowa narratora wszystkowiedzącego. (Przy czym pierwszy wybór uważam za dużo lepszy niż drugi). Jeżeli jednak chcesz korzystać z perspektyw, tutaj wisi ci soczysty przykład head-hoppingu: oto nagle czytelnik przenosi się do głowy Adriela, zresztą zupełnie niepotrzebnie. 

On jedynie uśmiechnął się nieco, domyślając się[,] o czym mówiła.

Amaya chciała zaprotestować, w końcu to był sveert, możliwe, że właśnie wyrwał ostatni okaz! – Przed chwilą rozpływałaś się w narracji, jak to na wyspie są świetne warunki dla tych kwiatów, sama wyspa ma ich nazwę, a tu nagle ostatni okaz? W dodatku zupełnie przypadkowo znajdujący się obok nich? Dokładnie w miejscu, w którym wysiedli?

Mogła dokładnie policzyć wszystkie bicia serca, które odbijały się echem o jej żebra. –  O, i znowu te żebra. Nie musisz tak kombinować; tym bardziej robi się śmiesznie, gdy jeszcze dochodzi do tego echo. To… naprawdę dziwne. Poza tym bicia, które odbijały się… Brzmi to dość karkołomnie.

Podał jej kwiatek i uklęknął, nie zważając na to, że brudzi spodnie w błocie. Uśmiechnął się słodko, jak miał w zwyczaju[,] i spojrzał z nadzieją w oczy Amayi. Czuła[,] jak jego wzrok przewierca się przez gruby mur, który postawiła wokół siebie na przestrzeni lat. – Warto dbać o jedność czasu.
Skąd Amaya wie, że uśmiechał się tak, jak miał w zwyczaju, skoro poznała go całkiem niedawno? 

— Przykro mi, ale nie mogę tego zrobić. — Wraz z wypowiedzeniem tych słów, poczuła[,] jak ciepło, które ogarnęło jej ciało, zamienia się w chłód, który czuła od zawsze. – Bardzo mocno trąci patosem, poza tym trąci też specjalnym płatkiem śniegu, super wyjątkową Mary Sue, która wiecznie była przez wszystkich niezrozumiana i cichutko emowała sobie w kąciku. Tym bardziej jest to dziwne, kiedy widzi się, że wszystkie poznane do tej pory postaci obchodzą się z bohaterką jak z jajkiem, a dziewczyna jest przez wszystkich kochana i ma się całkiem dobrze. 

Chwyciła kwiatek i[,] z bólem w sercu, odeszła.

Na tym etapie mam wrażenie, że przeczytałam już bardzo, bardzo dużo, a jednocześnie dociera do mnie smutny fakt, że w powieści nie wydarzyło się zupełnie nic, co by mnie zainteresowało. Mam za sobą dwanaście stron tekstu, a szesnaście oceny i… to nie jest dobre. 


Ewentualnie tę ostatnią scenę spotkania jeszcze da się uznać jako istotną fabularnie, jednak wciąż jest w niej coś takiego, co mnie mocno odpycha. Czym jest to coś? Trudno nazwać to jednym słowem, dlatego użyję takiego o wielu aspektach: to straszny lazy writing – stylistyczny, jak i fabularny. Potrafisz dywagować na mało istotne tematy za pomocą wielosłowia, przez co w ładnych zdaniach ginie istota tego, po co w ogóle opisujesz różne rzeczy. Aktualnie nie widzę fabuły, ale ładną ekspozycję przeplecioną z dialogami, w dodatku z tekstu przebija się błoga stagnacja (żeby nie mówić brutalniej: nuda). A przecież dwanaście stron tekstu to już, wydawałoby się, porządna dawka tekściwa, żeby czytelnika zainteresować. Sądzę, że gdybym nie była oceniającą, nie doczytałabym już tego rozdziału do końca. 

Długi stół w królewskiej jadalni po dłuższym czasie zaczął uginać się pod ciężarem potraw, które przygotowano na obiad. W pomieszczeniu pływały najróżniejsze zapachy, które delikatnie mieszały się ze sobą, tworząc symfonię smaków. – Jak zapachy mogą tworzyć smaki? Aby uniknąć powtórzenia, sugeruję po prostu wyciąć całe podkreślenie. Logiczne, że na stole lądują potrawy, które ktoś przygotował do zjedzenia, jejku. Nie musisz się tak rozwodzić, naprawdę. 
Poza tym w poprzednim rozdziale pisałaś o wystawnej kolacji, nie obiedzie. 

Całość jest przesadnie egzaltowana, do wszystkiego starasz się dopisać epitetów: byle dużo, byle gęsto, byle z wielką pompą. Mamy więc takie śmieszne konstrukcje jak symfonia smaków, która, choć ma pokazać bogactwo uczty, zwyczajnie czytelnika bawi. Brzmi, jak hasło ściągnięte z reklamy jakiejś kostki rosołowej czy innego Knorra. 

Służące wciąż chodziły do blatu, by dodać przygotowane potrawy[,] i wracały do kuchni. Obiad miał się odbyć za kilka minut, więc w pokoju zrobiło się wielkie zamieszanie. Nie wszystkie potrawy były gotowe, a nikt nie chciał narazić się na rozczarowanie króla. Praca na zamku była najlepszą, na jaką mogli sobie pozwolić mieszkańcy Yaali. Wytwarzanie i zaklinanie tkanin było najlepiej płatnym zawodem w Lathie, w końcu Orfanie zasłynęli ze swoich pięknych materiałów. Jednak na to mogli sobie pozwolić ci bardziej zamożni, dlatego dla każdego praca na zamku była niesłychanie ważna i nikt nie chciał podpaść królowi za nieprzygotowanie obiadu do końca. A Erin lubił dużo zjeść. – Czy Erin to król? To wynika z kontekstu. Jednak pamiętam, że w poprzedniej scenie Amaya wspominała go po imieniu, gdy wymieniała osoby, które zasiądą do kolacji. Więc to chyba raczej jednak nie jej ojciec…? 
Tak naprawdę nie czuję ani nie słyszę gwaru, o którym piszesz. Ładnie go opisałaś, ale… to wszystko to znów tylko ekspozycja, zresztą niepotrzebnie przepleciona z informacją o opłacalnych w krainie zawodach.

Skąd plotki o surowości króla, skoro jest on – jak udało mi się przewidzieć – pogodnym wujaszkiem? Takie nieprawdziwe dane musiał więc rozpowiadać ktoś ze służby. Dlaczego? Zauważ, że zaciekawił mnie ten wątek, ponieważ wydaje się miłą odskocznią o wszędobylskiej egzaltacji, która pojawia się niemal w każdym akapicie. 

Co prawda król nie był groźny. Należał do najbardziej pogodnych i żartobliwych władców na całej Vaedii. – No niestety, okazuje się, że król jest jednak dobrym wujaszkiem, co to i szturchnie zaczepnie, i żartem spod wąsa zarzuci.
Tak, miałam rację: Erin i Zemira to król i królowa. Tym bardziej zastanawiam się, czemu Amaya w dialogu z narzeczonym nazywała ich po imieniu. Z jednej strony pokazujesz w scenie przy stole jej przywiązanie do tradycji, z drugiej – odbierasz należytą etykietę. Dziwne. 

W pomieszczeniu została jedynie dziewczyna, która miała czekać na ewentualne prośby lub uwagi w stosunku do jedzenia. Drobna nastolatka stała już przy siedzeniu króla, odsuwając mu krzesło i pokłoniła się nisko. – Dlaczego tylko królowi odsunięto krzesło? Czy to nie pewnego rodzaju potwarz dla jego gości?

— Prawda. — Przewróciła oczami i oparła głowę na dłoni, pochylając się nad stołem. [akapit] Ich krzesła [krzesła tych oczu?], z racji tego, że każdy Orfan miał bardzo długie włosy, nie posiadały oparcia, by ułatwić im siadanie. Normalnie poprawianie ciężkich włosów byłoby problematyczne z dodatkową ścianą, jednak siedząc jedynie na stołkach, mogli łatwo usiąść tak, by włosy rozlewały się po podłodze, nikomu nie przeszkadzając. Jednak takie rozwiązanie było męczące dla ich pleców, dlatego zmęczenie jeszcze bardziej dopadło Amayę. – W podkreśleniu niepoprawnie użyłaś imiesłowu współczesnego; wychodzi na to, że bohaterowie mogli siadać, siedząc. W drugim podkreśleniu też nie bardzo: brzmi to trochę tak, jakby Amaya była zmęczona, bo wszystkich męczył ból pleców (błędny skrót myślowy). Do tego stylizacja: normalnie poprawianie? Kolokwializacja nie pasuje do ogólnie ciężkiego, emfatycznego charakteru powieści. 

Mam wrażenie, że gdzieś już to opowiadanie czytałam. Pewnie dlatego, że pełno tu klisz: zbuntowana księżniczka mająca całkiem spoko rodzinkę nie chce wyjść za mąż z przymusu (jednocześnie narzeczony jej się podoba, ale bez przesady, przecież go nie zna) i robi z siebie ofiarę systemu, choć właściwie jest już dorosła i świadoma świata, w którym przyszło jej dorastać. Jakby tego było mało, bohaterka jawi się jako zupełnie apatyczna: trudno czuć do niej coś więcej niż irytację, co tu mówić o jakiejkolwiek sympatii. Amaya wiecznie narzeka na to, jak to nikt jej nie kocha i jak jej źle, podczas gdy wszyscy traktują ją dobrze: służąca, narzeczony, nauczyciel, mag. Król to też żartobliwy dobry wujaszek. A jednak Amaya strzela fochy, bo tak.

Po tej scenie wiem już, że nie personalizujesz narracji, a rozpisujesz wszystko narratorem wszystkowiedzącym. Szkoda. Naprawdę szkoda, uważam, że to głównie dlatego tekst jest tak bardzo sztucznie pompowany i nieemocjonujący. Jasne, być może powstało w tym typie narracji kilka dzieł, jednak współcześnie odchodzi się od takiego pisania, ponieważ dla czytelnika więcej z tego męki niż pożytku. Jakieś to to takie ciężkostrawne, a przecież wcale nie musi takie być. Brakuje lekkości i możliwości wczucia się w postaci, które daje POV; wciąż skaczesz z jednej postaci na drugą, w jednym zdaniu zaglądam do głowy królowej, by zaraz dostać na jedno zdanie perspektywę króla. Dostaję wszystkich bohaterów naraz, a ta najważniejsza – Amaya – wciąż jest mi obca, mimo że znam ją przecież od tylu stron. 

Amaya posłała jej mordercze spojrzenie, po czym otworzyła usta, by wszystko opowiedzieć. – No domyślam się, że nie dlatego, by ziewnąć. 

— Wiem[,] jakie konsekwencje może przynieść ta decyzja. 

— Zamilcz, kobieto! — Podniósł na nią rękę, nawet nie patrząc na żonę[,] i zmrużył gniewnie oczy. – Podniósł rękę na kogo? Na żonę? Bo brzmi, jakby chodziło o kogoś innego.

Po kilku minutach dotarła do wysokiej wieży, która stała nieopodal zamku. Wielkie wapienne kamienie stały jeden na drugim, by stworzyć dom dla jedynego maga na latającej wyspie Yaali. – Dlaczego magowie zawsze, ale to zawsze muszą mieszać w wieżach? I dlaczego to zawsze muszą być wieże umieszczone w jakichś zupełnie głupich miejscach, które nie pomagały w obronności?

Na parterze, jeszcze przed schodami, był pokój, w którym Renon przyjmował gości. W rogu znajdowała się mała kuchnia, przy której stał kwadratowy stół. Jego mieszkanie było małepokoje na parterze były tam jedynie, by zapewnić mu miejsce do spania. Większość swojego czasu spędzał w pracowni, na szczycie. Mag od dłuższego czasu pracował nad pewnym zaklęciem, które nie pozwalało mu spać. Wciąż siedział na górze, sfrustrowany, pochłonięty pracą. – Kolejny raz zdanie po zdaniu robisz niepotrzebną łopatologię. Wystarczyło, jak napisałaś, że zaklęcie nie pozwalało mu spać. Zrozumieliśmy. Nie musisz traktować czytelnika jak głuptasa i powtarzać, że ciągle nad nim pracował.

Amaya bez słowa podeszła do niego i poklepała starca delikatnie po plecach, by się nieco wyprostował. – Masz tendencję do inwersji. Powinno być: delikatnie poklepała starca po plecach. Poza tym masz też tendencję do niepotrzebnego generowania podmiotów. Tutaj mamy „niego” oraz „starca”. I choć to ta sama osoba, można odnieść wrażenie, że Amaya podeszła do kogoś, a poklepała po plecach jakiegoś innego starca.

Poszła do niego od razu po opuszczeniu jadalni, więc nie zdążyła się przebrać w odpowiednie ciuchy. – Czy aby na pewno do tej narracji pasują bardzo kolokwialne ciuchy?

Miała na sobie przewiewną sukienkę, która nie dawała jej wystarczającej ochrony. Renon zrozumiał, co miała na myśli[,] i skrzywił się tylko, współczując dziewczynie. – Współczując jej. 

— Nie powinnaś być teraz na zajęciach z łucznictwa? — Spojrzał na nią podejrzliwie i zaczął krzątać się po drugiej stronie pomieszczenia. – Coś mi tu nie pasuje. Księżniczka jest przeznaczona na zamążpójście, nic innego, sam król mówi, że do niczego innego się nie przyda. I ten sam król zabrania jej uczyć się rysunku, ale każe uczyć się łucznictwa? Po co, tak właściwie?

Dziewczyna uśmiechnęła się słabo, dziękując w duchu Kha, że miała kogoś takiego. Kogoś, kto ją po prostu wysłucha i nie będzie jej oceniać. – To brzmi tak, jakby Renon był jedyną taką osobą. A przecież Renna też była gotowa jej wysłuchać. Podobnie Theron. Swoją drogą: Renon, Renna. Nie brzmi ci to trochę zbyt podobnie?

Skoro już przy imionach jesteśmy. Ja tych postaci nie pamiętam, trudno mi skojarzyć je po imionach. A przecież każdy miał swoje pięć minut. I to całkiem długie, biorąc pod uwagę to, jak szeroko rozpisywałaś konkretne sceny. I owszem, w tych scenach było dużo słów, ale jednocześnie niewiele… treści. Przez nadmiar kolejnych kwiecistych epitetów pamiętałam, że był jakiś gość, co to uczył Amayę rysunku. Nie pamiętam już, jak wyglądał lub jak miał na imię (musiałam wrócić do tekstu, żeby sobie przypomnieć). Rennę pamiętam tylko dlatego, że brzmi bardzo podobnie do Renona. A to chyba nie wróży nic dobrego.

— Dobrze wiesz, że nie musisz się przy mnie popisywać. — Przedrzeźniała go. — Takie sztuczki działają na Finna, ja się już przyzwyczaiłam. — Wzruszyła ramionami i usiadła na starej sofie pod oknem. – Sofa ma dość konkretne korzenie oraz umiejscowienie w historii. Piszesz, zdaje się, opko, które dzieje się w czymś na kształt średniowiecza: są księżniczki, magowie, polityczne mariaże, elfy… i nagle pojawia się sofa. Która do takiej Europy na przykład zawitała dopiero pod koniec XVII wieku. I okej, sofa jest jeszcze do wytłumaczenia, nie mnie oceniać, jaki kształt miał mebel. Ale to sprawia, że zaczynam się martwić, czy dalej nie wciśniesz do tekstu więcej „współczesnych” wynalazków, których istnienie będzie trudniej wyjaśnić.

— To zależy[,] czego mu odmówiłaś. Jeśli ślubu [półpauza] czyś ty zgłupiała?! Jeśli czegoś mniej ważnego, to — wzruszył ramionami i jęknął — nic takiego nie powinno się stać.

— Nawet jeśli? To nie ma znaczenia.[spacja]— Pokręciła głową i upiła łyk herbaty.

— A ty jesteś całkiem wyrozumiała jak na smarkulę. – Tak zupełnie szczerze: męczy mnie to, że Amaya ciągle stęka, jak kto nikt jej nie lubi i nie kocha, a jednocześnie absolutnie każdy, kogo do tej pory spotkała na swojej drodze, zachowuje się niczym dobry wujaszek, a do tego jeszcze przesadnie się spoufala. Lub nazywa w taki sposób księżniczkę. Mam wrażenie, że nawet jeśli Renon naplułby Amayi w twarz, nie poniósłby z tego powodu żadnych konsekwencji.

Na tym etapie to, że każda postać odnosi się do księżniczki dokładnie w taki sam sposób, jest zwyczajnie męczące. A przecież nie dotarłyśmy jeszcze do końca rozdziału, prawda? W zasadzie to sam początek powieści, a już można odczuć zmęczenie materiałem oraz powtarzalnością.

Napój był gorący i nieco gorzki, jednak[,] na szczęście, nie przypominał smakiem tego, którym ostatnio została poczęstowana.

Amaya zmrużyła oczy i otworzyła usta, chcąc mu wypomnieć, że rozmawia z księżniczką, jednak zamknęła je po chwili, po czym powiedziała:
— Tak, wiem. — Spojrzała na niego triumfalnie. — Jestem. – Czy napar prawdy nie powinien zadziałać tak, by Amaya bez zastanowienia mówiła to, co myśli i co przynosi jej na język ślina? Tymczasem tu jednak zastanawia się nad słowami i wypiera je. Czy eliksir już przestał działać? 

Wiedziała, że nikt nie miał wstępu, by tak po prostu wejść na górę, więc często pozwalała sobie na spacery nocą, czy siedzenie u Renona do późna. – Bez przecinka przed „czy”.

Dzisiejszy dzień, pomimo tego, że był dla niej bardzo męczący i pełen stresu, chciała wykorzystać do cna. – Mimo że lub pomimo tego. Nigdy połączenie obu naraz.

— Spokojnie, to pewnie chodzi o stokrotkę. — Próbował ją przekonać. — Może chcesz trochę azarfisu, by odgonić te natarczywe myśli? — Sięgnął po amulet i uśmiechnął się zachęcająco. – Wyrzuciłabym „to”. A poza tym to brzmi tak, jakby mag chciał ją naćpać.

W tekście pojawia się bardzo dużo nazw: miast, państw, kwiatków. Okej, tworzysz własny świat. Ale co z tego, jeśli ten świat jest… po nic? Mam tu na myśli, że te nazwy to tylko właśnie puste nazwy. Nie poznajemy nowych rzeczy, zwyczajów, rytuałów, czegokolwiek. Po prostu upychasz kolejne dziwne nazewnictwo dla samego nazewnictwa. I nic za tym nie idzie.

Mrok leniwie rozlewał się po komnacie Amayi, przykrywając wszystko płaszczem ciemności. Zza okna gwiazdy słabo nawoływały, migocząc jasno, a Księżyc ogarniał wszystko swoim delikatnym blaskiem. Ostry sierp był obietnicą dobrego snu i niemym ostrzeżeniem przed koszmarami. – W końcu było ciemno czy jasno? Niby jest ten płaszcz ciemności, niby gwiazdy słabo nawołują, ale jednak migoczą jasno i do tego księżyc błyszczy. I jak to jest z tym snem? Będzie dobry czy może jednak pełen koszmarów? Czemu nie możesz się zdecydować? Mam wrażenie, że tak bardzo starasz się nadać poetyckości tekstowi, że gubisz się w zeznaniach i wychodzi po prostu śmiesznie, bo piszesz dwie zupełnie wykluczające się rzeczy. Dwa razy. Obok siebie.

Zanim zamknęła drzwi, wypuściła z klatki filiżankowego smoka, który posłusznie przeleciał nad wszystkimi świecami i zapalił je swoim ognistym oddechem. Po chwili pokój został oblany ciepłym blaskiem, a Amaya mogła w spokoju odpocząć. // Kiedy smok ponownie siedział w małej, wiszącej przy suficie klatce, dziewczyna usiadła na łóżku i postawiła kwiat na parapecie okna. – Wypuściła smoka. Z klatki pod sufitem. Pod sufitem. Jak ona się tam dostała? Czy ten sufit był tak nisko? Jeśli tak, to czemu księżniczka w zamku miała tak mierny pokoik?

Bez dotyku drugiej osoby, jakiegokolwiek fizycznego kontaktu czuła, że oddala się od niego coraz bardziej. Nauczona żyć w samotności, nie wiedziała[,] co to miłość. – Trudno to kupić, bo od początku opka absolutnie każdy okazuje Amayi miłość i zrozumienie. Ale Amaya popada w histeryczne tony i mówi, że nie zna miłości. Wiem, że ma brzmieć dramatycznie, jednak w tej chwili brzmi jak histeria dwunastolatki. Nie dziewczyny wchodzącej w dorosłość.

Nie sądziła, że kiedykolwiek będzie w stanie pokochać drugiego człowieka. Że ktokolwiek zaakceptuje ją z Darem, który nie pozwalał jej zbliżać się do innych. – Adrielowi zdaje się ten dar nie przeszkadzać. Stara się do Amayi zbliżyć. To Amaya ciągle narzeka, jak to dar we wszystkim przeszkadza, jak to jest beznadziejny i okropny. No i może ojciec Amayi. Ale nadal nie wiemy, dlaczego tak właściwie ten dar jest tak okropny, tylko w kółko czytamy, jaka to Amaya jest przeklęta i nieszczęśliwa. Trudno w to uwierzyć. Pokaż nam, dlaczego ten dar jest uważany za takie fatum.

Znała jedynie Adriela, który pewnie udawał swoją miłość do niej, by łatwiej mu było przeżyć całą nową sytuację. – Przecież wcześniej, na wyspie sveertów Amaya mogła poczuć, co faktycznie Adriel do niej czuje, tak silne były jego intencje. I wydawały się szczere. Teraz nagle udawał?

— Nie musisz zwracać uwagi na to, co robisz, czy mówisz. Nikt cię nie ocenia. Jedynie rośniesz i pachniesz. Nie ważne[,] co zrobisz, każdy będzie cię podziwiał. – Bez przecinka przed „czy”. „Nieważne” piszemy łącznie.

Oparła się ciężko o dłoń i zmrużyła nieco oczy, gdy zmęczenie osiadło na jej powiekach. // Zmusiła się, by wyprostować się nieco. (...) Amaya rozmasowała nieco skórę głowy, próbując pozbyć się bólu. Skrzywiła się nieco, jednak po chwili odrobinę bardziej rozluźniona, podeszła do małej komody przy ścianie i wzięła stamtąd ołówek oraz swój szkicownik. – Czy aby na pewno w tamtych czasach miał prawo istnieć ołówek? Czy posiadali tak dokładną technologię, która pozwalałby go wytworzyć? Nie lepiej, żeby Amaya rysowała na przykład węglem zawiniętym w szmatkę lub czymś podobnym?
Jak widać, generujesz bardzo dużo powtórzeń. Zwłaszcza w przypadku słów takich jak „nieco”.

Chwyciła pewniej węgiel w ołówku i otworzyła szkicownik na pustej stronie. – Jak mogła chwycić węgiel, który był w ołówku?

Odwołując wszystkie służące, które miały jej pomóc z zaczesaniem włosów[,] nie pomyślała, że wróci do sypialni tak wykończona.

Przebrana w wygodną piżamę, zanurkowała pod kołdrę i opadła z jękiem na poduszki. – Księżniczka w quasi średniowiecznym tekście to raczej w elegancką koszulę nocną, nie w piżamę.

Trudno mi uwierzyć, że wielkim i bogatym w szczegóły akapitem opisałaś pracę nad całym rysunkiem – od tego, że Amaya skupiła się, by przypomnieć sobie kwiat, aż po moment końcowego cieniowania. Po co? Jedno już rysowanie w tym rozdziale dostałam, dlaczego męczysz mnie drugim? Przecież to tylko proces prostego szkicu, nie sądzę, byś opierała na tym motywie główny wątek fabularny. Albo dalszoplanowy. 
Jakikolwiek, szczerze mówiąc. 
Nie potrzebujesz wielu scen bogatych w szczegóły, by pokazać tylko pasję bohaterki, jeden z wielu elementów uzupełniających postać. Pasja to dodatek, nic więcej. Oczywiście, dobrze zawrzeć ją w tekście, przytaczać raz, drugi i trzeci, ale nie musisz jednocześnie wstrzymywać wszystkiego innego i rysowania kwiatka wysuwać na pierwszy plan. Do tej pory przeczytałam bardzo dużo zdań złożonych, a fabuły tu jak na lekarstwo, wszystkie sceny to sceny pasywne, ukazujące rozmowy między bohaterami, w których Amaya apatycznie poprzeżywa swoje smutki. Szczerze mówiąc, nie zaczynasz wcale z grubej rury, aby mnie zainteresować i przyciągnąć – zaczynasz dość niebezpiecznie, bo od znudzenia mnie i teraz obawiam się, czy coś gdzieś wkrótce wybuchnie, bym mogła wreszcie przestać ziewać.

— Dobrze zrobiłam. — Próbowała zapewniać sama siebie. Wiedziała, że przekona się dopiero w momencie, gdy usłyszy reakcję Levena na jej odmowę. Bała się, że król Promienistych okaże się równie niewyrozumiały, jak jej ojciec. Poczuła, jak strach przesuwa się powoli na dnie jej żołądka, niczym śliski wąż. Próbowała to zignorować, więc obróciła się na drugi bok i zamknęła mocno oczy. // — Dobrze zrobiłam. — Blada dłoń schowana w atłasie, ścisnęła równie białego kruka. – W końcu jakieś emocje i cień charakteru. W końcu faktycznie pokazujesz, jak Amaya próbuje przezwyciężyć swój lęk zamiast pisać sucho oraz informacyjnie, że po prostu „próbowała się uspokoić”. To dobry znak, tylko szkoda, że widzę go tak późno. 


ROZDZIAŁ 2

Czuł, jak piasek wkrada się do jego ust natarczywie i gwałtownie. Ziarenka drażniły jego oczy i skórę, odczuwał ich nagłe poruszenie na całym ciele. Słońce świeciło wysoko i mocno, nie dając mu chwili wytchnienia. Sprawiało, że jego skóra była sucha, a ubrania coraz bardziej mokre od potu. Ślina kompletnie wyparowała mu z ust i czuł, jakby razem z nią uchodziła z niego energia. Z początku, próbując złapać oddech, nie mógł zorientować się, gdzie właściwie był. Przed jego twarzą widniała jedynie ściana piasku. – Część zaimków można skutecznie usunąć, żeby uniknąć ich nagromadzenia.

Spomiędzy fałd materiału wyłaniały się spiczaste, szare uszy. – Jestem szczerze zdziwiona, że nie uderzał w nie piach, nie sprawiał żadnego bólu. Przecież uszy są bardzo delikatne.

Ciemne oczy wpatrywały się we wszystko przenikliwie. – Nie jest to najlepszy pomysł, by wpatrywać się tak we wszystko. Samo wpatrywanie się przenikliwie oznacza, że bohater mógł przystawać, badać wszystko uważnie, długo, deliberując też nad tym, co widzi, a przecież przed chwilą opisywałaś burzę piaskową i pisałaś, że piasek wpada bohaterowi do oczu. Gryzie mi się to. Tym bardziej że za chwilę piszesz:
Piasek pochłaniał go coraz bardziej, a on mógł jedynie myśleć o ucieczce z tej wielkiej, gorącej piaskownicy. – No to tym bardziej nie widzę w sensu we wnikliwym przyglądaniu się wszystkiemu dookoła, skoro burza szalała porządnie, zasłaniając dalsze widoki.  

Próbował przywołać ostatnie wspomnienia. Cokolwiek, co powiedziałoby mu, jak właściwie znalazł się na Shonarskich piaskach, byłoby niezmiernie pomocne. Wiedział, że jeden z głównych portali do Zakonu był umiejscowiony właśnie na tej pustyni, dlatego rozglądał się pieczołowicie. – Nie jestem pewna, czy słowo „pieczołowicie” to dobre słowo w odniesieniu do rozglądania się. Poza tym kilka zdań temu pisałaś, że bohater mógł myśleć tylko o ucieczce. To jednak nagle okazuje się, że bez problemu zmienia temat? W takim razie niepotrzebnie budujesz atmosferę dramy, skoro skupienie się na czymś innym wcale nie okazało się wybitnie trudne. 

Pogoda w pojedynkę pokonała go po kilkudziesięciu minutach marszu, a co dopiero kogoś, kto musiał udźwignąć jego ciężar. – Pogoda? A nie pustynia sama w sobie? Poza tym mimo wszystko nadal szedł. Pokonanie kojarzy się jednak z tym, że leżałby i przymierał.

Burza była łagodna — na tyle spokojna, by mógł się przemieszczać bez większych ograniczeń, jednak nie mógł nic dojrzeć. – Jak to ma do dramatycznego wstępu, w którym Naos rzekomo się dusił? I, znów, po co w takim razie we wszystko wpatrywał się dokładnie i pieczołowicie, skoro nawet nie było na co patrzeć? Rozumiem, że szukał kształtów podpowiadających, gdzie może znajdować się jakieś wyjście, ale skoro jest to trudne, bohater raczej powinien skupić się na tym, by iść po prostu przed siebie, nie zatrzymywać się, nie zostać zasypanym. Nie zginąć.
Mam problem ze wczuciem się, ponieważ czasem dajesz sygnały, jakby faktycznie walczył o życie, a innym razem umniejszasz problematykę, pisząc, jak to Naos po prostu chodzi i się rozgląda, i rozmyśla o różnych rzeczach, zamiast skupić się na przeżyciu.

Znak palił go coraz bardziej. Naos starał się ignorować ból, jednak on wciąż przypominał mu, jak mało czasu zostało mu do zniknięcia Dotyku. Miał coraz mniej czasu, a burza nie chciała odpuszczać. – Kolejny raz to samo. Byle więcej słów. Nie musisz dwukrotnie powtarzać czytelnikowi, że bohater miał mało czasu. Chcesz budować napięcie, a jedyne, co robisz, to rozwlekasz tekst.
Nie do końca jestem przekonana, czy wiesz, jak działają burze piaskowe i jak potrafią być niebezpieczne. Może poczytaj na ten temat trochę więcej, zrób research, jak zachowują się ludzie, gdy na pustyni nagle spotyka ich to zjawisko i jaki ból potrafi wywołać wbijający się w skórę piach. Najniebezpieczniejszym i najbardziej nieodpowiedzialnym rozwiązaniem jest samotny spacer – jeden krok i możesz spaść z jakiejś górki, przewrócić się o coś, stracić kurs i zaraz okaże się, że zaczniesz się cofać, zamiast iść po wcześniej wyznaczonej drodze. Burzę piaskową najczęściej się przeczekuje, szukając skał, za którymi można się schować. Jeżeli takich nie ma, gdy widzi się burzę z daleka, już wtedy szuka się wzgórz i staje na nich, bo piach bije najmocniej przy ziemi, potrafi ranić jak papier ścierny. Jeśli i wzgórz nie ma, a piach nie kryje mocno, ostatecznie surwiwalowcy polecają po prostu się położyć i przykryć czymkolwiek i modlić się, że przejdzie szybko i jakoś się odkopiesz. Poczytaj trochę dzienników na ten temat. Ja, po kilku minutach mocno ogólnego (anglojęzycznego, niewiele jest polskich źródeł) researchu dowiedziałam się, by szmaty, którymi przykrywasz nos, usta i uszy koniecznie były od ich strony nieco zwilżone; widząc burzę z daleka, przygotowujesz się do niej już wcześniej i myślisz głównie o tym, by sobie z nią poradzić, tu natomiast mam bohatera, który myśli o wszystkim innym – swoich mocach, zemście; czas ma nawet na ironizowanie – tylko nie o tym, że robi się niebezpiecznie. A przez to nie mogę się wczuć w jego położenie, bo, choć zaczęłaś scenę od tego, że Naos się dusi, to potem już żadnego ciężaru przeprawy i jej niebezpieczeństwa de facto nie widać.

Niżej powtarzasz te same zdania:
Znak palił go coraz bardziej. Naos starał się ignorować ból, jednak on wciąż przypominał mu, jak mało czasu zostało mu do zniknięcia Dotyku. Miał coraz mniej czasu, a burza nie chciała odpuszczać.

Przed sobą bez przerwy widział jedynie piasek, który zasypywał coraz bardziej jego stopy, by wspinać się po jego nogach. Czuł, jak nadzieja opuszcza jego ciało. Sprawia, że jego każdy mięsień wiotczeje, poddaje się. – Wiemy, że po jego nogach, bo po czyich innych? Wiemy, że jego ciało i jego każdy mięsień. Nikogo innego tam nie ma.
O, a tu znowu wracamy do punktu wyjścia – burza szaleje, nie odpuszcza, rani. Ale przed chwilą pisałaś, że jest lekka, a Naos wciąż idzie, zamiast się zatrzymać i zachowywać tak, jak zachowują się ludzie w burzy bez karawany, wielbłąda, niczego. 

Oczy szczypały go przy każdym mrugnięciu, piasek zebrał się pod powiekami. – To już jest bardzo, bardzo niebezpieczne. Piasek w czasie burzy potrafi trwale uszkodzić wzrok, jeśli nie zabezpieczy się oczu. Słowem: nie osłoni się ich i nie zamknie wystarczająco wcześnie. 

Zmrużył oczy i kaszlnął ciężko, gdy kolejna fala piasku rzuciła się w jego stronę. Naciągnął wyżej szmatkę (...). – Mam rozumieć, że on kaszlnął, otwierając usta nieokryte niczym, bo zsunęła mu się szmatka? Przecież to jest niepoważne. Dlaczego nie kaszlnął w szmatkę po tym, jak ją podciągnął? Piasek wdzierający się do ust, cóż, nie jest przyjemny, ale w kolejnych zdaniach już nie poruszyłaś tego tematu, jakby w sumie to nic się nie stało.

Nagle, coś jakby wyrosło na jego drodze. – Ten przecinek sprawia, że nagle to na pewno nie jest.

Krzyk zatrzymał się w jego gardle, gdy nagle piasek zaczął się osuwać i spadać, a on razem z nim. Wpadł z łoskotem do dziury, do której strużką spływał złoty wodospad. Naos odsunął się na bok, nieco poobijany i rozejrzał się wokół. – To brzmi jak eufemizm. Przed chwilą ramiona paliły go żywym ogniem, oczy piekły od piasku, uszy pewnie zresztą też, typ się dusił, zresztą dostałam też dość patetyczny fragment, cytuję: Dotyk Śmierci przypomniał o sobie dosadnie i robił się coraz bardziej natarczywy. Pulsował bólem, rozprowadzając ciepło po jego przedramieniu (...). Czuł, jak wszystko pali go przy najmniejszym ruchu, jak gardło woła o wodę, kiedy tylko spróbuje przełknąć nieistniejącą ślinę. – Ale nie. Teraz jest po prostu trochę poobijany. I tyle.

Ciemne, wilgotne ściany były oprószone wodą. Migotały jasno. – Oprószyć można czymś sypkim. I te ciemne ściany migotały jasno? Ciemne. Jasno. No nie widzę tego.

Doskonale wiedział co to za miejsce. Domyślał się, że wpadł do podziemnych przejść dla akolitów. Kamień, który wcześniej pojawił się na jego drodze, był znakiem ostrzegawczym. – To trochę głupie. Na pustyniach wbrew pozorom skał jest całkiem sporo, a silne burze piaskowe (niekoniecznie akurat ta, ale choćby jakieś wcześniejsze) potrafią przenosić ciężkie rzeczy, nawet kamienie. Jeżeli Naos nie miał żadnego problemu, by strzepnąć z niego piasek, podnieść ten kamień i podkopać sobie nim drogę do podziemi (zdanie: Ścisnął mocniej kamień i zaczął kopać), to znaczy, że ten kamień z łatwością mógł zostać gdzieś porwany przez podmuch powietrza lub zakopany przez burzę (nie mógł być też duży i bardzo ciężki, skoro Naos potrafił go ścisnąć). Mało tego, wcale nie trzeba burzy, by kamień się przesuwał, bo przecież wydmy pustynne i piasek cały czas są ruchome. Czy ci akolici pilnujący przejścia regularnie robią sobie wycieczki pod kamień i dbają, by zawsze był na swoim miejscu, widoczny? Może lepszym sposobem byłoby umieścić bardziej stabilny i pewny znak. Nie mówię: drogowskaz, ale nie jakiś kamyk, na bora. Monolit może. A co by było, jakby Naos akurat zrobił większy krok i się o niego nie potknął albo gdy kamień zostałby zasypany przez burzę bardziej? To chyba znak, że… znak nie działa.  
Poza tym czy wówczas na pustyni padało? Nie bardzo wiem, jak Naos przekopywał się przez zupełnie suchy piasek. Przecież ten jest tak sypki, że zaraz powinien wracać na swoje miejsce, zasypując dziurę z powrotem. Śmiało, spróbuj wykopać dziurę na pustyni, jeszcze w czasie burzy, która nie dość, że ograniczy widoczność, to jeszcze szybciej zakopie ci to, co zdążysz wykopać. Powodzenia. 

Rozciągnął się z jękiem i wyprostował ogon. (...) Wziął głęboki wdech, napawając się świeżym powietrzem. Obszedł wielką górę piasku, która wciąż się powiększała, po czym zaczął iść przed siebie, w głąb korytarza. – Dopiero co szedł przez pustynię. Dopiero co usychał z pragnienia. I zleciał do bór jeden wie jak głębokiej dziury. I nic mu nie jest, nie myśli nawet o tym, by zwilżyć język, liżąc te wilgotne ściany. Tylko po prostu sobie idzie i zachwyca się runami.

Zakon był strzeżony, a jego położenie wielką tajemnicą. – I właśnie dlatego znaczyli położenie super tajnych tuneli kamieniami, żeby łatwiej było je znaleźć. Logiczne.
Tym bardziej że w czasie niespodziewanej burzy każdy przechodzień będzie szukał takich pierwszych-lepszych wystających pomocy, by się ich chociaż złapać i by traktować je jako punkt odniesienia. Więc jak taki ktoś przez przypadek go wykopie i zobaczy pod nim zielone światło, to… no właśnie, panowie akolici. Chyba ktoś u was nie przemyślał tego dobrze. 

Puścił się biegiem, lawirując wokół zawiłych korytarzy. – Przed chwilą mięśnie odmawiały mu posłuszeństwa, ręce wiotczały, nie miał jak przełknąć śliny, bo usychał, a teraz po prostu biegnie?

Znajdował się przy samym końcu, przy jego stopach rozciągała się głęboka przepaść, której dno było przysłonięte przez ciemność. – Systemy korytarzy i bezdennych przepaści pod pustynią. To ma sens. Tyle że nie.

Widocznie przez gwałtowną burzę sufit nie wytrzymał i duża część z niego po prostu się osunęła i spadła. Ktoś pewnie nie sprawdził, gdzie dokładnie budował portal, a najwidoczniej został wybudowany na cienkim moście, który miał łączyć ze sobą dwie jaskinie. Ciężkie kamienie okazały się zbyt gwałtowne, impet, z którym trafiły w powierzchnię, sprawił, że most urwał się i spadł na dół. – Urwał się i spadł. Po prostu. Nie można spadać w górę. Jakoś nie kupuję istnienia wielkich jaskini pod pustynią. Ani tym bardziej tego, że wygodnie można się do nich dostać z poziomu tej pustyni, gdzie otwiera się akurat dziura wielkości przejścia dla bohatera, a nie osypuje się ileś kilometrów kwadratowych powierzchni…
Totalnie teraz widzę taki obraz, w którym Naos, spadłszy, dostaje przy lądowaniu tym kamieniem, który wykopał, w głowę.

Na całe szczęście każdy portal był budowany na specjalnych, lewitujących kamieniach, dzięki czemu w takich przypadkach nie osunie się wraz z resztą podłoża. – Na szczęście każdy portal był budowany na lewitujących kamieniach. Kropka. Wystarczy. Czytelnik zrozumie, że było to swego rodzaju zabezpieczenie. Nie traktuj go, jakby nie był inteligentny.
Robisz dokładnie to, czego w powieściach bardzo, ale to bardzo nie lubię. Tłumaczysz wszystkie wątpliwości, które zdążyły czytelnika dopaść, po fakcie. Przed chwilą jeszcze miałam spory mindfuck, czytając scenę upadku, lejącego się wodospadu piasków i znaczenia drogi kamieniem, a tu nagle: ej, czytelniku, ale easy, będzie dobrze, bo to jest, wiesz, magiczne


Jeżeli takie jest, czemu nie zapowiesz tych specjalnych lewitujących kamieni i portalu wcześniej? Cokolwiek, co byłoby wskazówką (tzw. hintem) – zapowiedzią do tego, że obecność kamienia uwarunkowana była magicznie. Bo teraz to wygląda tak, jakbyś usprawiedliwiała głupi pomysł po fakcie. 
Poza tym dość jednak dziwne, że akolici magicznie potrafią zabezpieczyć portal, ale most jednak zrywa się przy pierwszym lepszym upadku kamieni, które lecą, bo ktoś wykopał kamień na powierzchni. Nie bardzo już rozumiem, co tu się w ogóle dzieje. 

Naos zdusił jęk, gdy kolejna fala intensywnego bólu rozprowadziła się po jego ramieniu. – Rozprowadzać można lukier po cieście. Fala może się rozejść.

Jego droga ucieczki była kilka metrów od niego i nie było żadnego prostego sposobu, by się do niej dostać. (...) Portal był prawie kilkanaście metrów od niego, z tamtej odległości nie mógł rozpoznać run wyrytych na pierścieniu. – No to kilka czy kilkanaście?

Będzie leżał, cały połamany, na dnie klifu, wpatrując się w sufit, marząc o tym, by dostać się na powierzchnię. – To jest jedno zdanie i jest tak błędne na tylu poziomach… Klif to urwisty brzeg morza. Można leżeć na dnie dziury lub wąwozu. Nie klifu. Dalej. Skoro Naos nie widział dna, istniała duża szansa, że było… głęboko. Czyli nie, że po prostu połamie się, jeśli tam spadnie, ale zginie na miejscu. Z grawitacją jeszcze nikt nie wygrał. I dalej: jaskinie nie mają sufitów. Mają strop i dno.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie potrafił panować nad swoją Nocną formą. Nie opanował wykorzystywania mocy Księżyca w ciągu dnia. – Wiemy to, dość szeroko rozpisałaś się na ten temat już wcześniej, a teraz ponownie powtarzasz to samo w dwóch następujących po sobie zdaniach. Nie lej wody. I dlaczego tylko przymiotnik zapisałaś wielką literą? To niezbyt subtelne. Jeżeli to nazwa własna, powinna objąć też rzeczownik: Nocna Forma. 
Prawie jak Nocna Furia. 

Pierścień powoli znikał mu z oczu, a Naos miał wrażenie, że to bardzo zły pomysł. Pod wpływem impulsu, nie chcąc pesymistycznym myślom dostać się do jego umysłu, ruszył, gwałtownie przyspieszając. – Niby pod wpływem impulsu, ale jednak mając wrażenie o złym pomyśle i odsuwając pesymistyczne myśli… Nie, to tak nie działa. Jeżeli Naos o czymś myślał, to nie był to żaden impuls, tylko świadomy wybór mniejszego zła. Poza tym nawet jak do długiego zdania dowalisz jeszcze przysłówek: gwałtownie, wcale nie sprawisz, że czytelnik faktycznie poczuje nagłość i tempo wydarzeń. Tnij. Dynamizm oddaje się za pomocą krótkich zdań, konkretów. Nie zrobisz tego wtrąceniem i kolejnymi epitetami.

Serce łomotało głośno w jego piersi, obijało się o żebra w nierównym rytmie, a przyspieszony puls grał mu melodię w uszach. – Domyślam się, że to ty pytałaś nas anonimowo o poprawność serca obijającego się o żebra: abstrahując tutaj od poprawności, używasz tego tak często i jest to tak charakterystyczne sformułowanie, że to po prostu źle wygląda i niezbyt dobrze świadczy o twoim zasobie słownictwa oraz warsztacie.

Z każdą chwilą zbliżał się coraz bardziej do krawędzi, widząc coraz więcej portalu. – Przed chwilą pisałaś, że Naos nieomal wpadł w dziurę, bo stał nad przepaścią. A teraz po prostu biegł. Warto zaznaczyć, że może na przykład cofnął się, by wziąć rozbieg? I rozumiem, że Srebrne Elfy miały jakieś supermoce, ale z drugiej strony… przecież Naos był wycieńczony spacerem po pustyni. Teraz nie dość, że biegł, nie dość, że nic mu nie było, to jeszcze tak po prostu sobie skakał przez kilku(nasto?) metrową przepaść?

W momencie, gdy był już blisko, zamknął oczy, odbijając się od krawędzi[,] i skoczył. – Skoro skoczył, to wiadomo, że się odbił od krawędzi. To jedno słowo potrafi oddać cały proces: odbicie, proces wzbicia się i przynajmniej początek spadku. Ty natomiast rozdmuchujesz tak drobną rzecz do granic możliwości. Wyluzuj czasem.


Przez chwilę leciał w powietrzu. Chłodna bryza owiewała jego ciało i sprawiała, że materiał otulał go jeszcze bardziej. Włosy rozwiały się na wszystkie strony, a chusta odwiązała się i spadła. Z jego ust wyrwał się głośny krzyk. – Zakładam, że to miała być dynamiczna scena. A przez to, jak rozwlekasz się nad rozwiewającymi się włosami, rozwiązującej się chustce i chłodnej bryzie, można odnieść wrażenie, że Naos leciał tam w slow motion. To zabawna wizja, ale chyba nie o to ci chodziło.

Jego ciało leciało i po krótkiej sekundzie zaczęło spadać. Runęło gwałtownie w dół. Naos zbliżał się z wielką prędkością do dna, strach ścisnął jego żołądek gwałtownie i mocno. Trzymał go w ryzach, nie chcąc wypuszczać. – Myślę, że przede wszystkim leciał Naos, nie jego ciało. Wygląda to tak, jakby nagle jego świadomość znalazła się poza tym ciałem. Poza tym: po krótkiej sekundzie…? Tamten akapit sprawiał wrażenie sceny ciągnącej się w nieskończoność. Wszystko działo się gwałtownie i mocno, ale zupełnie tego nie widać. Bo narracja nie jest gwałtowna i mocna, tylko męcząca i rozwlekła.

Skoro Naos po prostu przeskoczył, mimo że jest taki poobijany i wymęczony, to po co tak właściwie ta scena? Żeby pokazać jego wspaniałość i to, jakim jest Gary’m Stu? Szczerze wolałabym, żeby już po prostu wleciał tam i most był sprawny, żeby Naos po nim przeszedł i żebyśmy nie czytali tej niepotrzebnie rozwleczonej sceny, która niczego tu nie wnosi. Zamiast na tym, że Naos jest niemalże umierający, rozwarstwiasz się nad portalami, korytarzami i runami, które i tak przez skomplikowane zdania i zbyt szczegółowe opisy bardzo trudno mi sobie wyobrazić. Nic mi one nie dają.

Pozytywny element: przywitanie się Naosa z nową postacią. W dialogu pojawia się termin naisa i dzięki boru, że od razu go nie tłumaczysz, sama mogę domyślić się znaczenia. I choć dziwi mnie zdrowy stan bohatera, a jego wielkie cierpienie, strach i bóle zniknęły wraz ze strzepaniem piasku z ubrań, cieszę się, że przynajmniej doszło do jakiejś interakcji i już nie wrócę do wątpliwej sceny na pustyni.

Vaia wydaje się całkiem sympatyczna, jej obawy i zdziwienie pokazujesz gestami, można się wczuć w jej troskę. Jednak jak w przypadku serca obijającego się o żebra, tak również w przypadku dotykania bohaterów po ramionach – przesadzasz. Od początku opowiadania gest ten wykonała praktycznie każda ważniejsza postać i bardzo dobrze to pamiętam. Najpierw Amaya dotknęła ramienia Renny, potem Renna kilka zdań dalej odwdzięczyła się tym samym, następnie pod koniec tej samej sceny znów planowała to zrobić, potem omal nie zrobił tego nauczyciel: Theron, ale za to zrobił to Adriel. I choć w obrębie tak wielu stron nie jest to dużo, to jednak mam wrażenie, że w przypadku dialogów wciąż się powtarza. [Szukając dokładnie tych momentów, zauważyłam, że jedynie Renon nie wykonał tego gestu, ale za to w scenie z jego udziałem kilka razy postaci wzruszały ramionami].

Oboje dotknęli z namaszczeniem namalowanego symbolu na ścianie. Na dole wyglądał jak odwrócony krzyż. Na jego szczycie znajdował się półksiężyc, odwrócony wierzchołkami do góry — miał symbolizować ich więzy z Księżycem i oddanie Bogini. Całość była zwieńczona kołem. – A więc mamy odwrócony krzyż. Zwieńczony półksiężycem. Ale jednak kołem?
Może po prostu użyj innego sformułowania: nie zwieńczona kołem, ale, na przykład, zawarta w kole?

Niektórzy mówili, że koło również nawiązuje do Księżyca. Inni twierdzili, że symbolizuje łzę Rhei. Jednak występowały również pogłoski, że ma znaczenie bardziej brutalne i agresywne — nieliczni domyślają się, że może nawiązywać do kropli krwi. – Symbol kropli łzy czy krwi raczej nie kojarzy się z kołem. Kropla ma, no, symbol kropli.

Naos nigdy nie zastanawiał się nad znaczeniem symbolu Rhei. Od zawsze był dla niego czymś świętym i nie widział powodu, by analizować każdy jego kształt. Był dla niego czymś ważnym i wiedział, że niczego nie zmieni zbędna wiedza o symbolice. – I właśnie dlatego dostaliśmy cały akapit na temat wyglądu oraz znaczenia tejże symboliki. Nie widzisz tu sprzeczności?
Skoro nigdy nie analizował, to znaczy, że OD ZAWSZE nie widział powodu, by to robić. 

Być może też zwróciłaś uwagę, że w ocenie pojawia się coraz mniej wyszczególnień błędów technicznych. Nie oznacza to jednak, że nie ma ich w tekście zupełnie. Przykład:
Czerwone oczy, [przecinek zbędny] jakby pociemniały ze zniecierpliwienia.
Po prostu widząc, jak wiele mamy do napisania na tematy dotyczące fabuły, obie stwierdziłyśmy, że nie będziemy zagłębiać się przesadnie w przecinki. Wypiszemy już tylko te, które przewijać się będą w cytatach dotyczących zastrzeżeń fabularnych.

Dlaczego w tym tekście wszyscy robią wszystko nieco, nieznacznie, jedynie? Masz dużo do przepracowania pod względem dokładnie tych powtórzeń. Nie będę ich wszystkich wypisywać, bo to bez sensu, ale to najczęściej powtarzane przez ciebie słowa, zaraz po być. Warto poszerzyć zasób słownictwa, bo teraz jest bardzo ubogi. A tam, gdzie starasz się to rozwinąć, zaprzeczasz sama sobie lub używasz słów o zupełnie innym znaczeniu.
Poza tym takie słownictwo to nie tylko solidna dawka powtórzeń, ale i pod względem fabuły i stylu okropny lazy writing. Twoi bohaterowie, zachowując się w ten sposób, nie są ani trochę konkretni, charakterni – raczej apatyczni, niepewni, męczący. Sama narracja też taka jest. Nad drobnymi kwestiami, które mogły być po prostu rzucone jednym zdaniem prostym, jakby od niechcenia, snujesz nie wiadomo jak okrąglutkie rozważania. A przez to w tekście ginie to, co najważniejsze i za co mogłybyśmy cię docenić. Wszystkie drobne plusy (na przykład tajemniczy znak na ramieniu bohatera, który nas interesuje) znikają w gąszczu tych ładnych zdań o niczym, tego budulca, z którego produkujesz tło. Fabuły tu znacznie mniej niż tego tła; zwykle nazywa się to przerostem formy nad treścią.

Zakon był mroczny i tajemniczy. – Dlatego, że, bo tak. Pokaż nam, dlaczego jest mroczny i tajemniczy, nie każ wierzyć na słowo.

Nie wisiały na nich żadne ozdoby i nikt się nie postarał, by upiększyć to miejsce. Gdzieniegdzie pojawiały się jedynie złote symbole Rhei, jakby mistrzowie chcieli przypomnieć wszystkim akolitom, dla kogo walczą i zabijają. Symbole pomalowane złotą farbą na tak intensywnie ciemnym tle wybijały się i rzucały w oczy, stanowiąc ładną dekorację. – Czemu zaprzeczasz sama sobie?

I dalej:
Niektóre były wypełnione witrażami i sprawiały, że pomieszczenie kąpało się w kolorach. – Czemu najpierw piszesz, że nikt się nie postarał, by upiększyć to miejsce, skoro kawałeczek dalej w tym samym akapicie wspominasz, że okna wypełniono witrażami… a przy witrażach trzeba się naprawdę postarać.

Z korytarza wypadła Vaia, ubrana w obcisły, czarny kombinezon. – Wydaje mi się, że to jest quasi średniowiecze. Oni naprawdę nie mieli warunków do tworzenia czegoś, co wyglądało jak lateksowy kombinezon. I czemu w ogóle chodzą na zebrania w obcisłych kombinezonach…?

Co prawda było już czyste — wytrzepał materiał z kurzu u Tkacza, jednak to nadal były łachmany, które ubierali głównie na wyprawy na pustynię. Specjalnie dostosowane tkaniny aż z Yaali, które chroniły przed słońcem dużo lepiej dzięki kilku zaklęciom. – Gość był na pustyni i materiał wystarczyło po prostu… wytrzepać? Przecież to brzmi absurdalnie. On ten piasek powinien mieć wszędzie: w uszach, ustach (podobno prawie się nim dławił), nawet w gaciach. I w końcu były to łachmany czy specjalne tkaniny z Yaali…? Bo o podejrzanym zniknięciu bólu mięśni i realnych objawach zmęczenia przeprawą już pisałam. Gość powinien po prostu paść na pysk i pójść spać. 

Wokół nich porozstawiano ławki dla akolitów, a na środku widniał stół i a przy nim osiem ciężkich, zdobionych krzeseł.

W pomieszczeniu był gwar i hałas. – Może lepiej panował?
Gwar zwykle jest hałaśliwy. Jedno z tych określeń naprawdę mi wystarczy.

— Mistrzu, o co chodzi? — Zdołał jedynie wydukać, zdumiony. (...)
— Widziałem na mapie, że skorzystałeś z portalu. — Ścisnął go mocno za ramię, a Naos spojrzał na niego osłupiały. – Pogrubiony wyraz od małej litery. 
O, i znów taki gest. Tu wprawdzie użyty w innej wierze, ale jednak – znowu widzimy czyjąś rękę na ramieniu. A przecież to niezbyt naturalne, by ludzie łapali się ciągle za ramiona, naruszali czyjąś prywatną przestrzeń. Rozumiem, raz i drugi – może to być też dla niektórych bohaterów poniekąd charakterystyczne, świadczyć o jakiejś ich cesze charakteru. Ty natomiast nie patrzysz na gesty, które wykonują twoje postaci, pod kątem charakteru właśnie, a pod kątem tego, co w ogóle znaczy dany gest. Dlatego w kółko powtarzasz te same zabiegi, nawet gdy na planie zmieniają się osoby. A przecież każda to indywidualna jednostka, prawda? Będzie zachowywać się różnie, po swojemu.
Nie chodzi mi też o to, by popadać w niezdrową przesadę i za każdym razem wymyślać nowe gesty, silić się na przesadną oryginalność. Ale kiedy trzy gesty na krzyż dominują w całej historii, w której bohaterów zebrało się już od groma, to naprawdę rzuca się w oczy i sprawia, że prędzej czy później oni wszyscy się zleją. 

Teraz nieco dłuższy cytat:
— Widziałem na mapie, że skorzystałeś z portalu. — Ścisnął go mocno za ramię, a Naos spojrzał na niego osłupiały. Serce przyspieszyło jeszcze bardziej. Wiedział, że będzie miał kłopoty. — Ciesz się, że akurat ja to zauważyłem, a nie Mistrz Dubhe. — Spojrzał na niego twardo, puszczając jego ramię.
— Czy — nie wiedział, jak właściwie powinien o to zapytać, zawahał się na chwilę — będę miał kłopoty? — Spojrzał na niego pytająco, nie mogąc zrozumieć całej tej sytuacji. Odkąd Mistrz Alnair był po jego stronie? Mężczyzna wydawał się nieco zdziwiony tym pytaniem.
— Nie. — Praktycznie się zaśmiał, jakby stwierdził, że pytanie Naosa było tylko głupim żartem. 
DLACZEGO TAM WSZYSCY ZACHOWUJĄ SIĘ JAK DOBRZY WUJASZKOWIE? Oczywiście, nic w tym złego, jeśli jedna postać (jedna!) będzie wyłamywać się ze schematu i faktycznie będzie dobrym wujaszkiem: czemu nie, na tle wielu niemiłych lub szorstkich postaci mogłaby być dla czytelnika chwilą wytchnienia. Z tym że twoi bohaterowie wszyscy pisani są na jedno kopyto. I okej, taki król może sobie być dobrym wujaszkiem wobec swojej rodziny, ale przecież w sprawach służby czy spotań z sojusznikami powinien być jednak stanowczy. Kto weźmie na poważnie króla, który będzie zachowywał się jak ostatni błazen?

— Chciałem się dowiedzieć, gdzie byłeś. — Jego ton spoważniał i ucichł do szeptu. — Czy to przez twoją Nocną Stronę? – Ostatnio Naos wspominał w swojej partii narracyjnej, że ma Nocną formę. A teraz jednak jest to Nocna Strona? Może Ciemna Strona Mocy, od razu?
Wybacz, jednak już sama Strona pisana od wielkiej litery jest bardzo mocno nacechowana przez popkulturę i zwyczajnie... się kojarzy. Czytelnikowi może być trudno odeprzeć to skojarzenie.

Bardzo często też korzystasz ze słowa wydawać się. Od początku opowiadania nie czuję, byś pisała narracją personalną, momentami w tekście wisi head-hopping, generalnie czuć, że opisujesz rzeczywistość nudnawym narratorem wszystkowiedzącym, więc też nie musisz silić się na to, aby oddawać zachowanie postaci poprzez przemyślenia głównych bohaterów (tu: Naosa). Jednak ciągle czytam, że patrzył on na kogoś i wydawało mu się, że ta osoba coś tam, coś tam… To też taki trochę lazy writing. Zamiast napisać krótko i konkretnie: Mistrz osłupiał, idziesz naokoło i piszesz: Mistrz wydawał się osłupiały. Albo Vaia wydawała się zdziwiona. Skoro dalej wspominasz o podniesionych brwiach i otwartych ustach, to znaczy, że bohaterka po prostu zdziwiła się/Mistrz osłupiał. Nie trzeba być Sherlockiem, żeby to dostrzec, rozpoznać i być tego pewnym. 

Nie mógł zrozumieć dziwnego zachowania Alnaira, wcześniej Mistrz jedynie miał na niego oko ze względu na brak opanowania Nocnej Natury. – Nocna forma vel Nocna Strona nagle stała się Nocną Naturą. A może to trzy różne stany? Skąd mam wiedzieć, jak odnaleźć się w twoim tekście, skoro nie pomagasz mi chociażby jednolitą terminologią?
Chyba że mogę sobie wybierać spośród różnych synonimów. Nocna Dusza? Żywioł? Wybacz za drobne śmieszki, ale chwytam się już byle czego, byle tylko mieć powód, by czytać dalej. Obecnie, zamiast fabuły, jak widzisz, ciekawi mnie najbardziej, jakiego jeszcze wyrażenia użyjesz w odniesieniu do tej mocy.

Naos usiadł pospiesznie obok Vaii, akurat w momencie, gdy wszystkie osiem osób usiadło na swoich miejscach, jednocześnie rozpoczynając zebranie. Na samym szczycie stołu siedział Pierwszy Mistrz, Kaus. To on zazwyczaj rozpoczynał zebrania krótkim wstępem i zapowiedzią czego dokładnie będzie dotyczyć. Jak zawsze: wstał chwiejnie, podtrzymując się laską i blatem stołu. (...)
— Witajcie wszyscy. — Rozejrzał się wokół i uśmiechnął się nieznacznie. — Zebraliśmy się dzisiaj, by porozmawiać o pewnym zgłoszeniu, które przyszło do nas niedawno. – Laską można się podpierać. A na blacie stołu się wspierać.
Poza tym jeśli konkretnym zachowaniem bohatera i przemową pokazujesz, że Kaus wstaje i rozpoczyna zebranie, cała ta zapowiedź, że robi tak zawsze, opowiadając coś na wstępie i mówiąc o temacie zebrania, może wylądować w koszu. Tylko spoilerujesz, nic innego tym zabiegiem nie wnosisz. 
I tak naprawdę pominęłam w tej ocenie całkiem sporo momentów, w których już w ten sposób zapowiadałaś, co za moment się wydarzy. To kolejny twój sposób na zalewanie opowiadania zdaniemi pozbawionymi wartości. Wiele, wiele zdań z całego materiału można po prostu brutalnie, ale bez żalu, wyciąć i sens opowiadania nie zmieniłby się. Po prostu całość stałaby się bardziej konkretna i w końcu wzbudzająca inne emocje niż zmęczenie. 

— Kha zabiła brata naszej Rhei, co jest dopiero początkiem wspólnej historii, w której próbujemy ze sobą żyć. Są naszymi wrogami. – No to próbują ze sobą żyć czy są wrogami?

„Orfanie są naszymi wrogami, ale i tak kupujemy od nich tkaniny i ubieramy je na wyprawy” — Naos przewrócił w myślach oczami, nie potrafiąc pogodzić się z tym wszystkim. – Pamiętam, że ten sam gest wykonała w myślach wcześniej Amaya i już wtedy wydawał mi się dość dziwny, ale teraz, gdy dochodzi do tego zacytowana myśl, robi się znacznie bardziej absurdalnie. Naprawdę wątpię, że Naos wyobraża sobie siebie, jak przewraca oczami, pomiędzy wypowiadaniem w myśli konkretnych słów. Skoro w tym samym czasie jego myśli zajęte są ironizowaniem, bohater nie będzie dokładnie w tym samym czasie przerywał tych myśli na rzecz wykonywania w nich jakiegoś gestu. To bez sensu. Spróbuj tak zrobić sama, dość nienaturalne zachowanie. 

Czemu na tym zebraniu wprowadzasz naraz tylu bohaterów? Każdy pojawia się tylko po to, żeby wyrzucić jedno zdanie. To odbiera sytuacji powagi. Nie lepiej, żeby we wszystko wtajemniczyła ich jedna osoba zamiast pięć, jednocześnie?

— Cisza! — Caph, nauczyciel walki i mentor dla Piskląt powstał i krzyknął głośno. — Zachowajcie spokój. — Podniósł szare dłonie i opuścił je powoli, chcąc uspokoić nagle wzburzony tłum. – Kiedy tłum się wzburzył? Nie pokazałaś nam nagłego poruszenia, nerwowego szeptania, pomruków, niepewnych ruchów pojedynczych osób. Po prostu nagle ktoś krzyczy i mówi, że ma być spokój.

— Białe zęby błysnęły w świetle świec, gdy uśmiechnął się szeroko. Wyczytani, proszę, powstańcie. – Zabrakło pauzy otwierającej dalszą część dialogu.

Staruszek uśmiechnął się pod nosem, po czym powiedział, [przecinek zbędny] tak długo oczekiwane słowa:
— Idziemy zabić rodzinę królewską Yaali! – Doceniam cliffhanger, jednak wyszedł niezbyt klimatycznie. Odnoszę wrażenie, że podjęli decyzję o wyjściu na piwo, nie decyzję o zabiciu rodziny królewskiej. Mam pewne obawy, że oto za chwilę będziemy świadkami klasycznego pozbycia się opkowych starych.
Tym bardziej że dopiero co Naos wrócił z ciężkiej podróży, która zagrażała jego zdrowiu. Czy wysyłanie go na trudną misję zaraz po tym nie jest zbyt pochopne? Z tego, co zdążyłam o nim wywnioskować, nie jest to bohater wyważony i doświadczony w swojej mocy, na pewno wśród zebranych znalazłoby się kilku bardziej pewnych siebie, zdecydowanych, bogatych w doświadczenia bohaterów, którzy wykazują się odpowiedzialnością. Nie wiem, czym zasłużył sobie akurat Naos, ale po tym, jak przemierzał pustynię w czasie burzy, trudno mi teraz widzieć w nim kogoś rozsądnego, niestrachliwego, kto nie bazuje na ślepym szczęściu, jakim było znalezienie kamienia. Jego ironizowanie na temat zabójczej zemsty na kimś, kto go zesłał na pustynię (w ogóle bezsensowne udanie się na teren wroga) oraz tu – na temat hipokryzji elfów w odniesieniu do noszenia szat od Orfanów też nie świadczą o tym, że to idealny wybór: ktoś rozważny i dojrzały emocjonalnie, posłuszny, oddany ideałom, zgodny z systemem. A przecież skrytobójcy nie mogą być młodzi, narwani, niedoświadczeni i wątpić w system, bo jeszcze gotowi będą zdradzić i zakochać się w księżniczce z wrogiego rodu, hmm…? HMMM?

Jedynym ciekawym elementem tego rozdziału był motyw znaku na ramieniu Naosa, konieczności powrotu do Zakonu. Tylko dlatego, że nie opowiedziałaś nam tego brzydką ekspozycją od A do Z, a zbudowałaś w tej kwestii napięcie oraz tajemnicę. Niestety to wszystko, jak już wspominałyśmy, ginie na tle dziwnych jaskiń pod pustynią, szczęśliwych skoków bohatera, który zupełnie nie przejął się tym, że wcześniej prawie umierał, a teraz po prostu sobie biegnie, by zaraz uczestniczyć jakby nigdy nic w zebraniu. Do tego wszyscy go lubią i wszystko uchodzi mu płazem, i nawet dostaje najważniejszą i najtrudniejszą misję, i już wszystko spoko. Choć tak naprawdę jest młody, nieodpowiedzialny, niedoświadczony i porywczy, bo nawet nie usiedział w spokoju, mimo zakazu, ale ruszył w samotną podróż, z której ocalał tylko cudem.

Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale właśnie przeczytałyśmy dopiero trzydzieści sześć stron  tekstu, kiedy ocena ma jedną więcej. Strach pomyśleć, czy jeśli wysłałaś nam prawie czterysta stron gotowego materiału – końcowa ocena byłaby od niego dłuższa? Już teraz zapowiemy więc, że postanowiłyśmy nie ocenić całości. W początkowym zamierzeniu miałyśmy cztery rozdziały, czyli równe sto stron, jednak w tym momencie, widząc, jak bardzo bohaterowie są bezbarwni, fabuła zawiera wiele niepotrzebnych scen-zapchajdziur, a stylistycznie ciągle próbujesz nas utopić w morzu tautologii… nie mamy siły, by wziąć pod lupę nawet te cztery notki. Postanowiłyśmy ocenić jeszcze jedną, a następnie od razu przejść do podsumowania. Nie ma sensu zagłębiać się w kolejne rozwiązania fabularne, kiedy powieść bardziej przypomina za mocno dopieszczony stylistycznie first draft, w którym jakby sama jeszcze nie zdecydowałaś, na co postawisz nacisk przy pierwszych cięciach i szlifach. 


ROZDZIAŁ 3

Ciepły, przyjemny poranek dodał sił Amayi. Dziewczyna od zawsze dziwiła się, jak duży wpływ na jej samopoczucie miała pogoda. Dzisiaj czuła się dobrze. – Słowo „dziewczyna” można spokojnie wykreślić. Podmiot jest w domyśle, nie musisz go dookreślać. Wydaje mi się, że ogólnie powinnaś popracować nad podmiotami. Zdarza się, że jest ich nadmiar, zdarza się, że brakuje podmiotu zupełnie i nie wiadomo, o kogo chodzi, a czasem są tak pomieszane, że wychodzi na to, że jakiś przedmiot nagle ożył. Drugie zdanie to ponowne powtórzenie tego, co przedstawiłaś we wcześniejszych.

Schowała głęboko w sobie myśli, które dręczyły ją poprzedniego dnia i po prostu cieszyła się słońcem. – Pokaż to, nie opisuj. Daj mi po prostu scenę, w której Amaya robi to – widać, że cieszy się i odpoczywa. Nie zapowiadaj, nie eksponuj, nie psuj zabawy. Daj mi choć jedną pełnowartościową, nieprzegadaną scenę. 
Jedną.

Wybaczyła ojcu, który po raz kolejny powiedział kilka słów za dużo i zdusiła w sobie chęć płaczu. Była sobą, miała przeklęty dar i nic nie mogła z tym zrobić. – Amaya jest już praktycznie dorosłą księżniczką, więc wydaje mi się, że kilka słów od rozczarowanego jej zachowaniem rodziciela, który właściwie nie powiedział nic złego, a jedynie lekko podniósł ton i nic więcej, nie powinien wywoływać w niej takich skrajnych emocji. Nie wiem, skąd to przekonanie, że księżniczki (wychowywane przede wszystkim w przeświadczeniu, że będą pełnić w przyszłości bardzo odpowiedzialne role) to aż tak delikatne płatki śniegu – jest to podejście niemożliwe sztuczne i dziecinne, wzięte z bajek dla dzieci. W dodatku kliszowe; takie teenage fantasy, można by rzec. Amaya nie ma pięciu lat, żeby tak stroszyć piórka i omal nie płakać po kątach przez logiczne decyzje władcy, nawet jeśli prywatnie się jej nie podobają. Wpajany od małego rozsądek w sprawach królewskich by jej raczej nie pozwalał na takie dziecinne zachowania. Oczywiście, że bohaterka ma prawo do własnego zdania i, jak pisałam, decyzje ojca mogą jej się nie podobać, ale sądzę, że u dorosłej kobiety skończyłoby się na przełknięciu gorzko śliny. Tymczasem ty znów popadasz w niezdrowe skrajności: miłościwa, cudowna pannica łaskawie wybaczyła (to naprawdę grube słowo, wiesz…) ojcu, choć omal nie doprowadził jej do łez. Bo taki był zły, a ona taka wyjątkowo delikatna, ale jednak wspaniałomyślna.
Na-i-wne!
Widziałbym to jako scenariusz pod produkcję Disneya, czemu nie. Albo krótszą bajkę dla dzieci. Ale nie na powieść fantasy na czterysta stron przeznaczoną bazowo dla nieco starszego odbiorcy niż dziesięciolatki. 

Postanowiła, choć tamtego dnia — w święto śmierci Kha — zapomnieć o problemach i skupić się na swoich priorytetach. Tym bardziej że właśnie była w drodze do swojego przyjaciela, Finna. Nie widziała go kilka dni i zaczynała tęsknić za jego pogodną naturą i wiecznie dobrym humorem. – O, to zabrzmiało interesująco: bohaterka wkrótce wyjdzie za mąż i pewnie wreszcie chce się skupić na przygotowaniach wesela oraz priorytetach związanych z zamążpójściem, być może na sprawach polityki zagranicznej. Więc co robi? Napawa się słońcem, ukrywa przed służbą, biega po mieście i odwiedza sobie BBF.

Kochała poddanych, wszystkich, którzy mieszkali w tym dużym mieście. Nie była taka jak jej ojciec. – Przecież jej ojciec jest dobrym wujaszkiem. Dlaczego mówisz nam jedno, a pokazujesz drugie?
Piszesz o tym, że Amaya akceptowała wszystkich: tych z Darem Magii, Pomocnym Darem, Klasycznym, Cielesnym i nawet tym Mrocznym. Po co? Czemu po prostu nie możesz w scenach pokazywać mi bohaterki, która nie ma problemów z tolerancją? Zresztą i tak to robisz; w każdej scenie Amaya jest po prostu miła i ma samych przyjaciół. Do tego dochodzi jeszcze kwestia jej daru, znów – ciągle tylko wspominasz o tym, jak bohaterka strasznie jest przeklęta i mroczna, i och-ach, jaki jest dar jest zuy i niedobry, a ona sama przez niego cierpi… ale nie. Bo ani razu nie oddałaś tego sceną. Bohaterka ciągle się żali i biadoli, a to raz, że jest nudne, dwa – nie jest udowodnione scenami. Więc nawet nie mam powodu, by w to wierzyć. 


Najlepiej dla tego tekstu byłoby po prostu, gdybyś przestała pisać sprawozdania do praktycznie wszystkiego i skupiła się TYLKO na scenach. Bohaterka ma dar? Pokaż go sceną, udowodnij, że używanie go jest przerażające i faktycznie rani emocjonalnie. Amaya dobrze się bawi w dolnym mieście? Niech się faktycznie bawi – uśmiecha, myśli ciepło o przechodniach, szuka wzrokiem znajomych twarzy, rozgląda się z zainteresowaniem po straganach. Dziewczyna jest zła na ojca, czuje żal? Pokaż, jak wspomina trudną rozmowę, pochmurnieje, przystaje, siada gdzieś na trawie smutna i zamyślona, zawiesza na czymś wzrok. Dopóki nie zaczniesz oddawać Amayi w scenach, a będziesz pisała ładne streszczenia, nic z tego nie wyjdzie. Bo ja obecnie w ogóle nie czuję twojej bohaterki, jest ona dla mnie jedynie chodzącą #marysue i #dramaqueen. Przepraszam za mocne słowa, ale muszę być z tobą szczera. Na każdym kroku opisujesz smutny los księżniczki, problematyczny dar, ale na pierwszy plan wysuwasz tylko zalety takie jak wyrozumiałość, szlachetność, wrażliwość, pomocniczość, miłość, tolerancję, talent do rysunku, piękno… A gdzie jakieś wady, przywary, czyniące ją realistyczną? Bo, wiesz, smutna przeszłość i trudny dar to nie są żadne wady, tylko kolejne elementy dodające Amayi wyjątkowości. 

Naciągnęła mocniej kaptur, gdy drzwi się otworzyły, a w progu stanął wysoki blondyn. Wiedziała, że nikt nie mógł jej zauważyć. Nie mogła schodzić z wyspy bez straży, dlatego ukrywała przed wszystkimi swoje wizyty u Finna. – Dlaczego Amaya naciąga ten kaptur mocniej akurat, jak już puka do drzwi swojego przyjaciela? Czemu nie wcześniej?

Pomimo tego, że chłopak mieszkał na obrzeżach miasta, na wsi, nadal było duże prawdopodobieństwo, że ktoś ją rozpozna. – Obrzeża miasta i wieś to nie są tożsame określenia.

— Chyba nie widzieliśmy się aż tak długo, co? — Zaśmiał się, odgarniając włosy z czoła. – Tu chyba miało być podwójne zaprzeczenie, ale nie wyszło.
Jezusieńku słodziutki, dlaczego nawet tak prosty proces jak powitanie bohaterów po zaledwie kilku dniach niewidzenia się piszesz w przesłodzony sposób? Muszę sobie zmierzyć poziom cukru. Piszesz:
Złote loki połaskotały ją w twarz, a zapach świeżej trawy wkradł się do nosa. Odsunęła się na długość ramienia, by spojrzeć na niego [na ten nos?]. Bursztynowe oczy migotały lekko ze szczęścia i dziewczyna czuła, jak to uczucie wkrada się do jej serca. Pomimo tego, że nie widzieli się zaledwie kilka dni, tęskniła. I to bardzo. – I to jest poprawne, ale w towarzystwie tych wszystkich miłych detali, bogatego tła, robi się naprawdę cukierkowo. Ciężko mi uwierzyć, że czytam o dorosłej damie z królewskiego rodu. Nie chodzi mi o to, że ma się nie cieszyć, ale szczęście wkradające się do serca? To są tak górnolotne określenia, że aż sztuczne. Bajkowe. Może faktycznie odejmijmy bohaterce kilka latek, co? Będzie bardziej przekonująco.
Poza tym skoro Amaya tęskniła, dlaczego wcześniej, chociażby w rozdziale pierwszym, nie przywoływała bohatera w myślach? Czemu nie pokazałaś mi faktycznie tej tęsknoty? 

— Tak. — Przytaknęła energicznie, wchodząc głębiej do mieszkania. – Komentarz narracyjny od małej litery. 
Mieszkanie to może być w bloku. Tam mógł być dom, budynek, chata, lepianka, ziemianka, izba. To w końcu jakieś quasi średniowieczne czasy.

— Mam nadzieję, że to nie chodzi o twoją matkę. — Odwróciła się do niego, a długi, gruby warkocz zatańczył wokół jej ciała. // — I tak[,] i nie. — Pokręcił głową jakby niezdecydowany. – Mam wrażenie, że bohater ma jakieś rozdwojenie jaźni.
Kręci się zawsze na nie. Na tak się kiwa. 

Jego mieszkanie było przestronne, jednak dość małe. – Jego mieszkanie było duże. Ale jednak małe. 


Chyba że chodziło ci o to, że małe mieszkanie było puste, ubogie, miało mało mebli i dlatego optycznie wydawało się większe, przestronniejsze. Z drugiej strony Amaya, która na co dzień mieszka w zamku o takiej klitce nie powinna myśleć, że jest przestronna, wow-wow, ale tu dużo miejsca! Wręcz przeciwnie – Amaya mogłaby się dziwić, że Finn wraz z rodzicami potrafili całe życie spędzić pod jednym dachem na tak niewielkiej przestrzeni. 
Widzisz, w ogóle nie wykorzystujesz potencjału, jaki sama sobie wytworzyłaś, doprowadzając do spotkania Finna z niższych sfer społecznych z księżniczką Amayą. Księ-żni-czką. Mogą się przyjaźnić, jasne, ale czemu dzięki tej relacji nie ukazywać faktycznych różnic społecznych? Nie wykorzystywać jej do pokazania świata? Po-ka-za-nia. Wtedy mogłabyś odpuścić część opisów-ekspozycji, którymi do tej pory budujesz tekst.

Zmrużyła nieco oczy i wyjrzała na zielone pole, które rozciągało się na kilkadziesiąt metrów — dalej[,] niż mogła dojrzeć. – Pole na kilkadziesiąt metrów to raczej poletko albo, przekładając na dzisiejsze, działeczka rekreacyjna. Jeśli Amaya widziała tylko na kilkadziesiąt metrów przed siebie, to jej wzrok z pewnością nie jest w zbyt dobrej kondycji. Powinnaś czym prędzej zapoznać się z takimi pojęciami jak ar i hektar.

Wiele razy myślała nad tym, czy by mu nie sprezentować większego domu i lepszych leków dla matki, pod pretekstem urodzin. Jednak on od zawsze nienawidził prezentów. Sądził, że wszystko, co posiada, powinien mieć jedynie za swoją ciężką pracę. Więc pogodziła się z tym. – Dlatego niech matka umiera, kto by się przejmował jakąś starą babą.

Uśmiechnęła się, gdy tylko zobaczyła veenidy: masywne stworzenia, podobne do krów. Były niezwykle cenne, ponieważ rosły na nich owoce, warzywa lub pszenica, czy owies — w zależności od tego, co się na nich posadziło. Ich całe ciało było skonstruowane z wielkich brył ziemi, w które żyły magii tchnęły nieco życia. Wystarczyło podlewać je regularnie i dawać im dużo dostępu do świeżej trawy, a na ich grzbiecie i całym ciele wyrastało jedzenie. – Mam wrażenie, że jesteś fanką Minecrafta:


Uprawianie jedzenia na takich „krowach” mogło być trochę problematyczne. Po pierwsze: zwykła ziemia się nie rusza. Na takiej krowie nie posadzisz też drzewka owocowego. A może posadzisz, jak jesteś sadystą? Kto wie? Po drugie: jak takie krowy załatwiały swoje potrzeby fizjologiczne? Przecież to musiało być strasznie niehigieniczne. Skoro jadły trawę, to musiały defekować. Może te odchody były swego rodzaju nawozem...? Po trzecie: płaska powierzchnia normalnej ziemi ma swoje plusy, zdecydowanie łatwiej sadzić na niej… w zasadzie cokolwiek, żeby się o siebie nie obijało.
Jasne, możemy pójść w kierunku bardziej fantastycznym. Tak jak, na przykład, u Terry’ego Pratchetta w Świecie Dysku znajdowały się rośliny tzw. zeszłoroczne, które z powodu niezwykłego skręcenia łańcuchów genetycznych w czwartym wymiarze, wysiewa się je w jednym roku, a dojrzewają w poprzednim [„Kolor Magii”]. Jednak zauważ, że całe uniwersum Dysku przesiąka magią, a jednak wszystko ma też podłoże – wbrew pozorom – logiczne i dość dokładnie wyjaśnione (nawet gdy zakrawa o fizykę kwantową). U ciebie natomiast są krowy, na których kwitną rośliny bez stałego połączenia z glebą. A przecież krowy to zwierzęta o różnych zachowaniach, mogą czasem na przykład położyć się na ziemi bokiem lub wytarzać na plecach. Poza tym jeżeli którykolwiek mag potrafił za pomocą czarów tchnąć nieco życia w bryłę o kształcie krowy, dlaczego podobnego poziomu zaawansowania magicznego nie widać w innych rozwiązaniach, na przykład w czasie podawania potraw rodzinie królewskiej czy w czasie spaceru księżniczki po urokliwej wyspie? Już pierwszy rozdział mógłby faktycznie ociekać magią, żeby przyzwyczaić czytelnika do istnienia zaawansowanych, naprawdę fantastycznych, wręcz bajkowych zjawisk, tymczasem o istnieniu takiej magii dowiadujemy się dopiero po czterdziestu stronach tekstu. Wprawdzie wcześniej pojawił się smok, jednak te stworzenia dla światów fantastycznych są na tyle oczywiste, że już nie wystarczają, by udowodnić, iż całe uniwersum w rzeczy samej napędza aż taka... magia.

One go po prostu, zwyczajnie fascynowały. – One go po prostu, zwyczajnie, naturalnie, normalnie, generalnie fascynowały. Nie przesadzaj.

Chłopak kochał magię i nadal miał nadzieję, że przypadnie mu ten dar. Choć miał już ponad osiemnaście lat, jego dar wciąż się nie ujawnił, jednak jego nadzieja nie malała. – Tak, wiemy. Napisałaś to w pierwszym zdaniu, nie musisz dokładać w drugim. I co to znaczy ten dar? Dar wytwarzania jedzenia na własnym ciele?
— Zauważyłeś wcześniej u niej jakieś objawy? Od kiedy się to zaczęło? — Klepnęła zwierzę w grudkową szyję, z której posypała się ziemia. – Czy ona właśnie zrobiła tej krowie krzywdę? W końcu ziemia to jakby jej ciało, nie? 

Amaya zacisnęła mocno usta, skonsternowana[,] i spojrzała na stokrotkę, szukając objaw na zewnątrz. – Jeśli Stokrotka to imię, to dużą literą. I objawów. Skoro bohaterka patrzyła na zwierzę, to wiadomo, że szukała objawów na zewnątrz. Nie zaglądała jej w żołądek czy duszę. 

— W porządku. — Dziewczyna zmusiła się do śmiechu. — Nie chcę, żebyś płacił za weterynarza, podobno usługi dla veenid podrożały ostatnio. — Na jej usta wstąpił zawadiacki uśmiech. Pociągnęła powoli za środkowy palec swojej rękawicy i odwróciła się w stronę stokrotki. — Zobaczmy, co ci dolega, dziecino. – Weterynarz? Czy oni mieli w tym świecie wszystkie współczesne zawody? I dlaczego weterynarz, a nie mag, skoro krowa jest magiczna, zresztą jest też chyba bardziej rośliną niż zwierzęciem… Może jednak jakiś botanik?

Spojrzała jak przez mgłę, na Finna, który podbiegł do niej szybko. – Przez całą tę scenę myślałam, że Finn stoi gdzieś obok.

Amaya czuła nieprzyjemnie mrowienie kręgosłupa i opadła na ziemię, bez sił. Nogi miała jak z waty, dłonie trzęsły jej się niemiłosiernie. Od dawna nie czuła tak intensywnych skutków po dotknięciu. (...) Głowa ją bolała, obraz zaczął wirować. Przez chwilę miała wrażenie, że zwymiotuje, jednak nic podobnego się nie stało. Mdlące uczucie zostało na dnie jej brzucha i nasilało się coraz bardziej. – Skoro się nasilało, to wiadomo, że bardziej. Nie musisz tego dopowiadać. 
Ogromnym plusem jest tu ukazanie emocji poprzez wskazywanie zachowania Amayi w momencie, gdy bohaterka bada krowę, a następnie odrywa od niej rękę. Jest emocjonalnie, można się wczuć. W końcu! Pokazujesz, zamiast opisywać. Widzisz, jak chcesz, to potrafisz. To dla mnie najlepszy dowód na to, że generalnie mogłabyś całe opowiadanie oddać dużo lepiej, nie tworząc większymi akapitami suchej rozprawki o działaniu twojego uniwersum. Wniosek? Potrafisz, ale czasem ci się nie chce. 
Wprawdzie nie dostałam wcześniej sceny, w której pokazałabyś ciężar i niebezpieczeństwo związane z posiadaniem takiego daru, za to dałaś mi scenę, w której bohaterka wykorzystuje go do szczytnych celów. Dlaczego więc, skoro robi coś takiego (i zapewne nie robi tego pierwszy raz; Finn nie wygląda na początku na zdziwionego), Amaya nie myśli o swojej umiejętności jak o czymś, co może być jednak przydatne i pomagać ludziom, których bohaterka kocha? Wcześniej coś takiego nawet nie przeszło jej przez myśl.
Być może dzieje się tak dlatego, że bohaterka odczuwa silny ból po badaniu Stokrotki. Pomoc okazuje się mocno nieprzyjemnym doznaniem. Amaya wspomina jednak, że sama nie czuła aż tak silnych bodźców po dotknięciu. To znaczy, że sama jest zdziwiona swoim stanem, mogę wywnioskować, że wcześniejsze próby pomocy, której udzielała, nie kończyły się tak źle. Tym bardziej więc dziwi mnie, że Amaya tak roztrząsa się nad dramatycznym, strasznym przekleństwem, które ją spotkało. A przecież miało ono zapewne całkiem sporo plusów. Nawet jeśli korzystanie z niego obecnie akurat ją boli – psychicznie i fizycznie – dopiero teraz zaczynam rozumieć cały szum wokół tego. Teraz – gdy dostałam konkretną, fajną scenę. Wcześniej wszystkie przemyślenia i roztrząsanie daru w ogóle na mnie nie działały i nie mogłam pozbyć się wrażenia, że Amaya męcząco biadoli. 

Wstała z jękiem i pozwoliła się zaprowadzić na kanapę w salonie. – Teraz mamy w tej małej, ubogiej chatynce kanapę. W salonie. Obie rzeczy nie pasują do stopnia zaawansowania technologicznego oraz do tego, że, no, Finn był biedny.

— Stokrotkę bardzo boli kręgosłup. — Skrzywiła się, gdy tylko kolejna fala bólu zaatakowała jej kości. — Musisz ją podlać. Widocznie w tym wieku potrzebuje jeszcze więcej wody. – Rozumiem, że Amaya świetnie znała się też na zwierzętach i wszystkim innym? I dlaczego Finn, skoro jest właścicielem tych krów od tak dawna i zna je najlepiej, tak po prostu nie wpadł na to, by ją podlać?
Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że jeszcze kawałek oceny wcześniej wspominałam o wszystkich pozytywnych cechach i umiejętnościach głównej bohaterki. Teraz okazuje się ona jeszcze weterynarzem, bo jej dar nie działa tylko na ludzi, ale i na zwierzęta (rośliny?). Jestem ciekawa, kiedy choć raz wspomnisz o tym, z czym Amaya sobie nie radzi, czego nie potrafi i jakie ma wady. 

Amaya wiedziała, że kłamał. Jego ojciec zmarł ponad rok temu, jednak Finn nie potrafił się z tym pogodzić. Został z wielkim gospodarstwem i chorą matką. – Tym gospodarstwem, co ma kilkadziesiąt metrów?

— Sama nie wiem. — Odwróciła wzrok, jakby wstydziła się swoich wątpliwości. — Nie wydawał się tego żałować. Nawet mnie nie przeprosił! — Odwróciła się do niego, a w jej jasnych oczach zaświeciły ogniki złości. – Jeszcze w tej samej scenie narracją przytaczałaś, jak to Amaya wybaczyła swojemu ojcu i cieszyła się słońcem. Teraz jest zła. Chyba nie tak działa przebaczanie. 

— Może szklanka mleka z drzewka maa poprawi ci humor. — Zaśmiał się głośno i szczerze, po czym wyciągnął dłoń w kierunku wcześniej wspomnianego drzewka. – Dlaczego bohaterowie śmieją się z zupełnie nieśmiesznych rzeczy i z nieśmiesznych sytuacji? Co takiego zabawnego jest w tym drzewku? Czy może Finn śmiał się z przyjaciółki?

Całą scenę pokazujesz jakby zza pleców Amayi, by nagle przejść do sytuacji (i, przy okazji, wejść do głowy) Finna – streszczać i eksponować jego emocje dotyczące braku daru. Jednocześnie pokazujesz, że sztuczka z mlekiem nie udała mu się, oddajesz jego smutek z tym związany. Wiesz, masz złe metody kreowania scen. Z Amayą i Stokrotką ci wyszło, ale tu znów zatoczyłaś błędne koło i wszystko wyjaśniłaś suchą jak wiór narracją. Bez sensu, nie potrzebuję nadmiaru informacji. Skoro widzę, że Finn nie ma mocy i jest smutny, pozwól mi samodzielnie dodać dwa do dwóch. Nie zapychaj tekstu tym, czego czytelnik wcale nie potrzebuje. 
Przez takie pisanie cała problematyka opowieści ucieka ci przez palce. A właściwie… wycieka i spłaszcza historię. Sedno tworzenia powieści tkwi w tym, aby dać czytelnikowi tekst, który będzie on składał samodzielnie jak… puzzle. Jeden wniosek z jakiegoś momentu sceny doda do drugiego skądinąd i na tej podstawie na końcu powieści będzie mógł powiedzieć, jakie problemy od początku opowiadania mieli bohaterowie i jak sobie z nim poradzili na przestrzeni tekstu. Ty, zamiast tego, gdy tylko chcesz wprowadzić jakąś postać i jej problematykę, to robisz to całymi akapitami, naraz. Choć podejrzewam, że gdzieś w dalszej części tekstu wątek Finna pewnie się rozwinie i bohater albo dostanie moc, albo się pogodzi z jej brakiem i wybierze inną ścieżkę rozwoju – cały background związany z tym problemem umieściłaś w jednym, krótkim fragmencie. Wiesz, co byłoby lepszym rozwiązaniem? Gdyby Finn tak po prostu pojawiał się w scenach i… robił swoje. Smucił się, gdy mu nie wychodzi i był bohaterem aktywnym, którego emocje oddasz zachowaniem czy myślą. Raz, drugi, trzeci. Spójrz na anime o podobnej tematyce, Boku no Hero Academia. Ile razy na ekranie widzieliśmy zrozpaczonego dzieciaka, który nie ma mocy, a zazdrości kolegom i szuka swojego miejsca, szuka celu w życiu? Tyle, aby widz sam zakodował, jakie emocje targają Izuku Midoriyą oraz jak bohater sobie radzi ze swoimi problemami. Midoriya miał odpowiedni background oddający ciężar tego problemu, dzięki temu widz mógł śledzić jego emocje i wczuć się, prawdziwie mu współczuć. Ty natomiast cały ten background oddałaś trzema-czterema zdaniami oznajmującymi. I chcesz, by czytelnik to łyknął. Ale pisanie tak nie działa, nie rozhulasz mojej wyobraźni podłym streszczeniem.
Twój narrator to jak na razie najgorszy typ narratora, jaki może istnieć w tekście, bo odbiera radość z czytania – wyobrażania sobie scen i postaci reagujących na to, co dzieje się wokół nich.
– No dobra, ale Midoriya to główny bohater serii, a Finn to tylko postać poboczna. 
I co z tego? Powieść nie zna ograniczeń, nie ma wyznaczonego limitu stron. Finn to postać poboczna, ale jednocześnie na tyle ważna, że jednak otrzymał swoją tragiczną przeszłość, o której dowiaduje się czytelnik. Gdyby był nieistotny, miał pozostać jedynie tłem, by ukazać moce Amayi, wzmiankę o przeszłości bohatera można by sobie całkowicie darować. Nie każdy bohater potrzebuje swojej historii, nie każdy zasługuje na background, nie na każdym musi czytelnikowi zależeć. Jeżeli Finn zasłużył na tło, to znak, że gdzieś dalej będzie miał swoje pięć minut i wątek jego braku mocy wróci. Będzie strzelbą Czechowa – strzelbą, która gdzieś dalej wystrzeli. Aby czytelnik dobrze wtedy przeżył tekst i wczuł się w bohatera, potrzebuje więc o nim wcześniejszego zaplecza informacji. Ale informacji sprytnie wplecionych w fabułę, to tu – to tam. Nie – łopatologicznie streszczonych. 

Wyznała, jak źle się z tym czuje i po tym wszystkim ciężar na jej sercu nieco zelżał.
— Przykro mi — wykrztusił po całej opowieści. – Ten ciężar wykrztusił...? 

— Dobrze wiesz, że musisz pogodzić się ze swoim darem. — Odsunął się nieco na krawędź, by dziewczyna miała więcej miejsca. — Jeśli go nie zaakceptujesz, każde dotknięcie będzie cię kosztować coraz więcej wysiłku. — Odwrócił się do niej, zaniepokojony i błagalnym spojrzeniem próbował ją przekonać. – Ale skąd ta ocena? Sama Amaya przyznała, że dawno się tak nie czuła i była zaskoczona swoją nagłą słabością. Skąd więc Finn wyciąga takie poważne wnioski na tematy, o których sam nic nie wie?

Grymas bólu wstąpił na twarz Amayi. Dziewczyna zamknęła oczy, jakby nie chciała, by Finn dostrzegł, co czuła. Wzięła głęboki wdech i po chwili powiedziała:
— Co[,] jeśli ja nie chcę? — Podniosła powoli powieki i zwróciła umęczone spojrzenie w stronę przyjaciela. — Co, jeśli za bardzo boję się tego, czym się stanę, gdy tylko to zaakceptuję? — Zamrugała szybko, gdy łzy zaczęły zbierać się pod jej powiekami. – Co takiego strasznego jest w tym darze? Amaya po prostu mogłaby w spokoju czuć czyjeś emocje, bez przeżywania ich przez dziesięć stron powieści. Nie zmieniłaby się w starą, wredną babę, czyż nie?
Ewentualnie mogłaby po prostu nie używać go. Nie czytać emocji. Założyć, jak Elsa, białe rękawiczki i nie wpychać łap tam, gdzie nie musi. Ma już osiemnaście lat i jest księżniczką, na bora! Nie dziesięciolatką, która dopiero co dowiedziała się o swojej mocy. Najgorsze lata, by pogodzić się ze swoim stanem i znaleźć sposób na radzenie sobie z problemem, powinna mieć dawno za sobą. 

— Mój ojciec miał rację. — Westchnęła ciężko, dopuszczając do siebie straszną prawdę. — Ten dar to przekleństwo. — Spojrzała z odrazą na swoje ręce, jakby samym wzrokiem mogła sprawić, by przestał istnieć. – Totalnie tego nie rozumiem. To pomoc Stokrotce już się nie liczy? Umiejętność przejmowania również pozytywnych bodźców od szczęśliwych ludzi – też nie? Na moje oko Amaya nie ma żadnych powodów, by siać taką dramę. W jednej scenie – JEDNEJ! – ojciec tylko lekko podniósł na nią ton głosu i nawet nie dlatego, że jego córka ma jakiś straszny Mroczny Dar, ale dlatego, że sprzeciwiła się woli króla. I też w żaden sposób nie poniosła tego konsekwencji, po prostu nastroszyła piórka i wyszła obrażona. Do tej pory podobno, używając mocy, czuła się okej, ale raz, dopiero teraz, zdarzyło jej się osłabnąć. A teraz rozpowiada ludziom, jak jej źle, jak to nikt jej nie kocha i jak straszne ma życie, by wzbudzać we wszystkich współczucie. 
[Teraz dotarło do mnie, że wcale nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że to Amaya wśród służby rozpuściła te wszystkie plotki, jaki ten król jest niedobry, zły i fogle].
A że wszyscy księżniczkę kochają, no to któryś raz dostaję pod nos scenę, w której biedactwo jest pocieszane. I to wciąż nic nie daje, bo dziewczyna nie reaguje na miłe słowa i gesty. 

Finn zbliżył się do niej i przytulił mocno. Nadal, zwracając uwagę na to, by nie dotknąć odsłoniętych części jej ciała, przysunął się nieco, gdy dziewczyna usiadła, i oparł czoło na jej głowie. – Przecież właśnie oparł czoło na jej głowie. Dotknął ją bezpośrednio.

Szeptał do niej i próbował uspokoić jej płaczące serce. – Takie sformułowania brzmią tyle samo patetycznie, co śmiesznie.

— Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Zabraniam ci mówić, nawet myśleć tak o sobie! – Skoro Finn jej to powiedział, to czy Amaya mogłaby przestać użalać się nad sobą i mówić, że nikt jej nie chciał, nie lubił i nie kochał?

 — Dzięki swojemu darowi pomagasz mi w gospodarstwie i sprawdzasz, jak czuje się moja mama, gdy ponownie straci kontakt z rzeczywistością. Myślisz, że to jest takie potworne i straszne? – Aha, czyli Finn nie chciał od niej pieniędzy na leki dla matki, ale zmuszanie przyjaciółki do tego, by wnikała w myśli i uczucia innych i, na przykład, odczuwała ich ból, jest już zupełnie w porządku? Nie widzisz tu sprzeczności? Przecież pieniądze to dla Amayi nie problem, za to samo dotknięcie krowy sprawiło jej ból. Co dopiero mówić o starej i niedołężnej matce.

— Czy według ciebie to wszystko jest takie złe?
— Wszyscy twierdzą co innego. — Naburmuszyła się i z jękiem oparła się o kanapę.
— Jacy wszyscy? Służba, która nie ma nic do gadania i wciąż tylko plotkuje na niestworzone tematy? – Jacy wszyscy? Jaka służba? Przecież Renna, jej służka, chciała, żeby była szczęśliwa. Tak samo Theron. I Renon. Każdy, kogo Amaya spotyka na swojej drodze, dobrze ją traktuje. Poza jednorazowym wybuchem ojca. A Amaya robi z tego dramę, jakby każdy poddany pluł jej w twarz codziennie po przebudzeniu.

Amaya czuła[,] jak powoli spływają z niej wszelkie niepokoje, negatywne myśli, [przecinek zbędny] czy smutki. Czy niepokój nie jest aby negatywnym odczuciem, a te nie wywołują przypadkiem… smutku? Jak lałaś wodę, tak lejesz ją dalej. 
Poza tym serio? Poprzednią scenę kończyłaś wielkim wywodem o tym, jak to Amayi jest źle, nie wie, o czym myśleć, jest zagubiona, boi się i tak dalej. Czytałam, że bohaterka sądzi, jak to jest zakałą rodziny i wszyscy ją nienawidzą, a kolejną scenę rozpoczynasz czymś takim. Wniosek: masz problemy emocjonalne i depresyjne myśli? Wykąp się! Koniecznie w ciepłej wodzie. 
Już wcześniej dostrzegłam to samo. Po nieszczęsnej rozmowie z ojcem Amaya po prostu wyszła na powietrze, pospacerowała w słońcu i już wszystko było okej. Jak mam więc traktować jej problemy poważnie, skoro nie przedstawiasz ich w taki sposób, konsekwentnie? Serwujesz mi emocjonalny rollercoaster: raz Amaya popada w stany i myśli depresyjne, raz przechodzi jej jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To bardzo skrajne. Rozumiem, że nawet osoby z problemami emocjonalnymi mogą i potrafią cieszyć się z małych rzeczy, ale sposób, w jaki sposób to ukazujesz, jest karykaturalny. 
Wciąż też nie pasuje mi on do obrazu księżniczki, której rola jest bardzo odpowiedzialna, od której zależeć będą losy królestwa. I do której Amaya powinna być przygotowywana przez całe życie. To jednak wygląda teraz tak, jakby przez całe bite osiemnaście lat dziewczyna po prostu robiła to, co chce – rysowała, wygrzewała się w słonku, dobrze wyglądała, bawiła się ze znajomymi i przyjaciółmi, uczyła się o roślinach, a teraz, gdy się czegoś od niej wymaga, jest problem, bunt młodzieńczy, bo ci źli rodzice nagle zaczęli się czepiać.


Co roku w Yaali tego samego dnia odbywał się wielki bal na cześć Kha. Właśnie tam poznała Adriela i jego ojca[,] Levena.

Cała Gisha była zapraszana, choć niewielu przychodziło. Bal był wielką imprezą i tylko wtedy wszyscy mieli wstęp na Górną Yaalę. – Impreza to współczesny kolokwializm. Zdecydowanie nie pasuje do narracji, którą prowadzisz. No i co to za wielki bal, na który prawie nikt nie przychodził?

Co prawda goście musieli przyjść z zasłoniętymi oczami, by nikt nie dowiedział się, jakie jest tajne przejście na wyspę. Specjalne eliksiry, przygotowane przez Renona, wzmacniały efekt amnezji — nikt nie pamiętał[,] jaką drogę przemierzył, [przecinek zbędny] ani ile czasu mu to zajęło. – Przecież to się aż prosi o wykorzystanie takich zabiegów do próby zabójstwa. Skoro odbywał się tam wielki bal, to przecież musieli również jakoś dostawać się tam służący. Oni też mieli zasłaniane oczy i byli pojeni eliksirami? Jeśli tak, to chyba problematyczne, żeby przynosili tam potrawy oraz wszystkie elementy wystroju. Jeśli nie, to przecież jakaś niższa służba mogła się wygadać i wydać całą tajemnicę.

Wszyscy pragnęli, by wejście na wyspę było tajemnicą, jednak Zemira i Erin zdawali sobie sprawę, że zasłanianie oczu królom byłoby wzięte jako zniewaga. Dlatego właśnie zapraszano na bal jedynie sojuszników — mieszkańców Gishy. – To bardzo nierozsądne, że bezgranicznie ufali tym sojusznikom. Przecież niektóre sojusze były tylko na papierze.

Choć i tak każdy zdawał sobie sprawę, że gdyby ktoś miał zamiar najechać na ich królestwo, pewnie miałby sposób, by dostać się na górę. Niekoniecznie za sprawą portalu. – Skoro na wyspę tak czy siak można było się dostać, to po co ten cały cyrk?
Cała ta ekspozycja na temat metod strzeżenia wyspy zakończona wnioskiem, że w sumie i tak się da nią dostać nie dość, że jest absurdalnie długa i bez sensu, to jeszcze mdła. Czemu nie pokażesz, jak Amaya widzi znajome twarze z ulicy miasta, ludzi, którzy piją eliksiry, krzywią się, są prowadzeni na wyspę? Dlaczego nie możesz oddać tego sceną? Przestań skupiać się na tłumach – w przypadku opisów najczęściej odklepujesz fakty z nieistniejącego jeszcze orfan.fandom.com. A to, że wszyscy ze szlachty nosili długie włosy, bo krzesła coś tam-coś tam. A to, że wszyscy chcieli pracować dla rodziny królewskiej, bo praca taka i siaka. A innym razem, że drogie materiały bla-bla-bla. Że święto takie i szmakie, a na wyspę wszyscy dostają się tak. Dość! Sama zresztą widzisz, że połowy tych informacji dawno nie pamiętam. Gdy będziesz już przepisywać historię, wyciągnij z tłumu jakąś postać, nawet dalszoplanową, robiącą za tło. Pokaż na jej przykładzie, jak wygląda proces przedostawania się na wyspę. Innym razem pokaż mieszczanina z długimi włosami, który zostaje ukarany za ich noszenie. Najlepsze opisy to takie, w których bohaterowie poruszają się, a tło nie zamiera – narrator nie naciska pauzy w Simsach, by poopowiadać coś o SimCity. 

Pomimo tego, że Kha była w Pustce prawie od Początku Istnienia, oni się nie poddali. Wciąż w nią wierzyli, dali sobie radę bez jej ingerencji. Nadal, pomimo wszystko, została w ich sercach. Dlatego właśnie Orfanie, choć statystycznie byli postrzegani jako najsłabsi, wcale tacy nie byli. Poradzili sobie w momentach, które dla innych klanów były dewastujące. To czyniło ich najsilniejszymi.Sześć zdań. W których powtarzasz to samo: że wierzyli w swoją boginię i że byli silni/wytrwali. Po co przez pół akapitu tłuczesz kolejny raz identyczne informacje tylko innymi słowami? Oni się nie poddali, dali sobie radę, wcale nie byli słabi, poradzili sobie, byli najsilniejsi – spójrz, jak absurdalnie to wygląda. A to tylko wynotowane wszystkie dane (nie cytowałam tego dosłownie, ale wiadomo, o które fragmenty chodzi) z tego, co napisałaś. Dalej: wciąż w nią wierzyli, została w ich sercach. A poza tym to okropna ekspozycja.

Wszyscy malowali sobie drugą wargę na czarno, która stanowiła symbol śmierci. – Czemu nie pokażesz nam tego, że Amaya maluje sobie drugą wargę z tej okazji lub widzi kogoś, kto ma tak pomalowane usta? Zamiast tego serwujesz nam kolejną suchą informację.

Jedynie oni mieli prawo, by ich włosy sięgały poza kostki. Wszyscy inni musieli pilnować, by długość ich włosów nie przekraczała długości ich ciała. Zapuszczenie włosów na nieodpowiednią długość było uznawane za zniewagę dla króla i reszty rodziny królewskiej, co kończyło się surową karą. – I znowu: tylko rodzina królewska miała prawo, by ich włosy sięgały za kostki, inni musieli pilnować, by nie mieć dłuższych włosów, nie mogli zapuszczać dłuższych włosów, bo to zniewaga dla króla, nie mogli zapuszczać długich włosów, bo mogli zostać ukarani. Raz wystarczy. Naprawdę. Jedno treściwe zdanie będzie lepsze niż kilka krótkich i suchych. A najlepsza i tak będzie scena.


Pewnie, nie wszystko trzeba pokazywać, ale u ciebie problem jest taki, że jeżeli chodzi o opisy świata, nie pokazujesz niczego. Scenami obejmujesz tylko to, co jest ważne dla głównych bohaterów, a tło pozostaje martwą ekspozycją. First draft, który podesłałaś, wygląda tak, jakbyś sama nie wiedziała jeszcze, które informacje przemycić i uwypuklić, a które w ogóle wyciąć, bo nie są czytelnikowi potrzebne. Jakbyś może nie wiedziała, że nie każdy detal dotyczący świata, musi wybrzmieć. Potrzebne jest to, co poruszy wyobraźnię, uzupełni świat, zaciekawi czytelnika i najpewniej kiedyś wróci. Pojawi się w tekście gdzieś dalej. Czasem wystarczy, gdy będzie to kilka charakterystycznych dla danej krainy detali, tymczasem w pięćdziesięciu stronach tekstu ty ekspozycją opisałaś praktycznie wszystko, co mogłaś. Czuję, że połowa z tym elementów nawet nie była mi potrzebna, nie pamiętam już ich, a i tak czytam dalej w poszukiwaniu fabuły. Bo to ona jest najważniejsza, a ciągle to jej tu brakuje, wszystkiego innego masz nadmiar. To wygląda tak, jakbyś nie wiedziała jeszcze tak do końca, o czym dokładnie chcesz napisać opowiadanie i jakie będą losy twoich postaci, ale od A do Z obmyśliłaś już świat, w którym będą się one poruszać. I to nie jest złe, ale na etapie szlifowania tekstu trzeba będzie podjąć decyzję, co oddać sceną, bo jest istotne fabularnie (a dostanie się na tajemniczą wyspę właśnie takie jest), co zostawić krótkim-konkretnym zdaniem-informacją (nierozwleczoną na całe akapity), a co po prostu wyciąć, bo do niczego się nikomu nie przyda (patrz niżej: cytat o spinkach). 

Zapuszczenie włosów na nieodpowiednią długość było uznawane za zniewagę dla króla i reszty rodziny królewskiej, co kończyło się surową karą. Najczęściej Erin posuwał się do kilku nocy w lochach lub publicznym upokorzeniom. Na szczęście Orfanie cenili swojego króla i nikt dotąd nie odważył się nie przystrzyc włosów do odpowiedniej długości. – No to najczęściej karał poprzez wrzucenie kogoś do lochów czy nie miał okazji nikogo karać, bo nikt nie popełnił tego przestępstwa? Gubisz się w zeznaniach.

Niektórzy ubierali wyjątkowe spinki z Viridii, gdzie Księżycowe Elfy były najbardziej znane z pięknej, majestatycznej biżuterii. Tylko tam panował odpowiedni klimat, by hodować kryształowe króliczki, z których pozyskiwano najpiękniejsze kryształy i kamienie szlachetne. Srebrzyści postanowili wykorzystać atut, który tylko oni posiadali i rozbudowali handel biżuterią. Po kilkuset latach nauczyli się robić najpiękniejsze biżuterie: ogonki stworzonek pięknie sprawdzały się jako wisiorki lub oczka do sygnetów. Ich uszy i rogi, które posiadały jedynie samce, najbardziej pasowały jako podłużne ozdoby do naszyjników, które za sprawą magii stanowiły niezawodne amulety ochronne. Elfy nauczyły się wykorzystywać każdą część ich ciała, a z czasem ich biżuteria została nazwana najpiękniejszą i najlepszą w całym Altoris. – Tutaj ma być za moment przyjęcie, wielka biba, a ty się rozwlekasz nad tym, że Księżycowe Elfy robiły biżuterię. Dlaczego teraz? Dlaczego taką ekspozycją? Dlaczego znowu robisz z tego streszczenie? Magiczne króliczki mają już nieco więcej sensu niż krowy-pola uprawne. Ale niestety tak jak pisałam wyżej: nic nie gra tu żadnej roli, króliki nawet nie pojawiają się w scenie. Nie wyglądają jak coś, bez czego bym się nie obeszła. Wyciąć albo nadać temu większy sens fabularny, ot co!
Poza tym nie wiem, czy wiesz, ale dowalanie przysłówków określających jakieś rzeczy nie sprawi, że czytelnik zobaczy te wyjątkowe, najpiękniejsze, majestatyczne, najbardziej znane, szlachetne, piękne, ozdobne, najlepsze elementy biżuterii. Bo czy zobaczyłam jakąś spinkę, którą zachwyca się Amaya? Nie. To tylko słaby opis niczego ważnego, co do niczego mi się nie przyda. Zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby na przykład w ramach urodzin, narzeczeństwa czy balu Amaya dostała na prezent bardzo ładną spinkę, a dumny twórca z dworu wyjaśniłby jej historię faktycznie ślicznej błyskotki i opisał, z której części królika była wytworzona. Albo przyniósł jej tego króliczka na rękach. Przy czym nie zmuszam cię do napisania takiej sceny, ale chcę ci pokazać, jak wykorzystywać potencjał tych wszystkich informacji o świecie, które wymyśliłaś, a które obecnie wiszą w tekście po nic. 

Zaraz potem mamy akapit:
Symbolem ich herbu i znaku Kha był biały kruk. Uwydatniał ich niezwykłość — w końcu oni, jako jedyni, rodzili się z darem, na który nawet nie mieli wpływu. Przez innych byli postrzegani jako dziwni i dość osobliwi, jednak właśnie dary i bliska zażyłość z magią definiowała Orfanów. Oprócz Vaanów tylko oni posiadali w swojej krwi magię. Słoneczne Elfy pobierały ją od Słońca, a Srebrzyści od Księżyca, jednak to polegało na odrobinę innych zasadach. Właśnie te dwie rasy — Vaanie i Orfani — mogły manipulować magią, posługiwać się zaklęciami. Elfy jedynie polegały na bytach, które mogły im ją podarować. Byli zależni. – O kim tak właściwie mówimy? Jeszcze o Księżycowych, już o Orfanach czy jeszcze o kimś innym? Najpierw mamy akapit o biżuterii, a chwilę niżej z jakiegoś powodu mówisz o czyimś symbolu. Trudno zrozumieć, o kogo chodzi, aż tu nagle jeszcze dary i magia.

Wszystkie kobiety zdobiły włosy białymi piórami, które odnosiły się do białego kruka. Niektóre doczepiały do nich malutkie dzwoneczki lub koraliki, które dodawały uroku. Orfanie ubierali specjalne szaty, które były jednym, wielkim materiałem.

Tradycje mówiły również, że wszyscy powinni chodzić na boso. – Pokaż nam w końcu scenę, w której idą boso, bo tak nakazuje tradycja, a nie znów podajesz suchą informację na ten temat.

— Poczekaj. — Druga osoba przerwała kobiecie, jakby właśnie coś sobie uświadomiła. — Gdzie jest księżniczka Amaya? — Wtedy dziewczyna uświadomiła sobie, że to jej służące. Co prawda dotąd nie słyszała ich głosów lub po prostu zapomniała[,] jak brzmią — w ciągu dnia potrafiło się ich przewinąć naprawdę całkiem sporo, a dziewczyna nie lubiła się do nich przywiązywać. Odkąd miała Rennę, sądziła, że inna służąca nigdy dostatecznie nie będzie tak dobra, jak ona. – Bez ostatniego przecinka. I „dostatecznie” do wyrzucenia.
Niby tak, ale nie do końca. Wcześniej pokazywałaś mi Amayę, która kocha wszystkich, bez znaczenia był dla niej status czy Dar. Nie sądzę, by ktoś tak wprowadzony w tekst mógłby mieć takie lekceważące przemyślenia. Rozumiem, że Amaya przywiązała się do Renny i nie neguję tego, ale jednocześnie nie musi przy tym obrażać innych służących. A to właśnie zrobiła. 

— Pewnie Renna wzięła ją do pokoju. Smarkula podobno zapomniała, że dzisiaj jest dzień Kha i dopiero kilka minut temu zaczęła oczyszczenie! – Skoro zaczęła dopiero kilka minut temu, to chyba bardzo prawdopodobne, że jednak będzie w łaźni? Dlaczego robisz z postaci negatywnych karykaturalnych głąbów?
To też jest swego rodzaju dziwne. W scenie obiadokolacji pokazujesz mi nową służącą, która wydaje się raczej miła i się stara, potem dostaję informację o tym, że Amaya kocha wszystkich, następnie Finn mówi jej, że służba to osoby podrzędne, które nie mają nic do gadania, nagle więc bohaterka od razu zmienia o nich nastawienie i marginalizuje ich umiejętności, po czym faktycznie dostajemy obraz złej służki. Bardzo, ale to bardzo sugestywnie. 

 — Nie wiem[,] ile w tym prawdy, jednak niektórzy mówią, że coraz więcej dzieci rodzi się z Darem Magii. 

— Jednak Kha ma nas w naszej opiece. – W swojej opiece.

To dość dziwne, że gdy ojciec powiedział Amayi dużo mniej przykrych rzeczy, ta przeżywała to kilkanaście ładnych stron tekstu, a teraz, gdy usłyszała coś tak mocnego – że powinna umrzeć, a jej moc jest faktycznie niebezpieczna – po prostu wyszła z kąpieliska. Wiadomo, że zdanie ojca będzie dla niej ważniejsze, ale, rety, tam dosłownie usłyszała o swojej śmierci, cyt.:
— Zabicie to chyba zbyt surowa kara, nie sądzisz?
— Nie dla Amayi, ta smarkula na to zasłużyła (...).
Czy dla kogoś wrażliwego, troskliwego, dobrego dla innych osób i zwierząt nie powinno być to powodem do minimalnego smutku? W kolejnej scenie Amaya nie jest smutna, ale po prostu złośliwa i wyładowuje się na Rennie, której obowiązkiem jest doprowadzić księżniczkę do ładu przed ceremonią. Gdzie się podziała ta wrażliwość, delikatność Amayi? Jej charakter, który do tej pory starałaś się pokazać?

— Delikatniej, proszę! — Spojrzała na służącą przez odbicie w lustrze. – Mogła spojrzeć przez ramię. Tutaj spojrzała na jej odbicie w lustrze.

— Chyba zapomniałaś[,] do kogo mówisz. — Pokręciła głową z dezaprobatą. – Mam wrażenie, że tam wszyscy zapomnieli, do kogo mówią. Przez to, że każdy traktuje Amayę jak dobrą koleżankę, trudno teraz uwierzyć w to, że Amaya w ogóle mogła upomnieć się o należne jej honory.

Amaya podniosła na nią surowe spojrzenie i odezwała się, a jej głos przeciekał jadem. – Chyba raczej: ociekał.

— To chyba ty zapomniałaś[,] kim jesteś! — Z frustracją położyła szczotkę na blat. — Jesteś księżniczką, moja panno. Córką wielkiego władcy Yaali i nie pozwolę ci się tak zachowywać! – Jak dobrze, że Renna nam o tym przypomniała.


Mam z tym tekstem wiele problemów: męczysz ekspozycjami, rozwlekaniem się na zupełnie nieistotne tematy, są tu błędy logiczne, niemrawi bohaterowie… kolejną bolączką są nienaturalne dialogi. Postaci pojawiają się tylko po to, żeby wyrzucić z siebie jakieś informacje. Nie robią tego na swój sposób, własnym idiolektem, brakuje zróżnicowania mowy ciała (już wcześniej zwróciłam uwagę, że wszyscy łapią kogoś za ramię). Ten tekst po prostu jest martwy.
W sumie to chyba jedna bohaterka ma tu jakiś idiolekt i jest to Renna. Właściwie myślę, że Renna to jedyna rozsądna osoba w tym tekście.
Dopiero teraz, po tej scenie, zaczynam brać pod uwagę, że kreacja Amayi jako nieznośnego dziewczęcia jest jednak twoją celową kreacją. Przyznam, że do tej pory sądziłam, że sama możesz nie zdawać sobie sprawy z tego, jak okropna postać ci wyszła. Z jednej strony dobrze, że tak jest, bo w dalszej części tekstu Amaya będzie mogła się zmienić. Z drugiej strony – skrajności i niekonsekwencje sprawiły, że nie czytam wcale z wielkim zainteresowaniem, by zobaczyć, jak Amaya rozwinie skrzydła, i nie chcę jej w tym kibicować; gdybym nie czytała z powodu oceny, dawno odpuściłabym lekturę, bo nie mogłabym znieść tak denerwującej mnie postaci.
Może gdyby Amaya była po prostu wredna i rozpuszczona, ale jednocześnie nie wielce łaskawa, dobrotliwa i wrażliwa, podeszłabym do niej z większą chęcią, bo byłabym pewna, że jej negatywna strona jest celowa i ma swoje motywacje fabularne. Wtedy jednak Amaya byłaby nielubiana, ale szanowana przez niechętnych w środeczku służących i uczonych, i po prostu pod wpływem wydarzeń fabularnych musiałaby się zmienić, aby zaskarebić ich szczery szacunek godny kochanej księżniczki. Tu natomiast jest dobra i kochana, tylko zbuntowana i emocjonalnie niestabilna, ma wielu ludzi, którzy ją kochają (poza, najwyraźniej, dwoma służącymi), sądziłam więc, że za wszelką cenę chcesz bohaterkę wybielać narracją i pokazywać jej same dobre strony oraz jak żyje w smutnym błędzie, bo myśli, że cały świat jest przeciwko niej. Teraz mam jednak dylemat. Zgadzam się z Renną, że księżniczka jest nieznośna, bo dramatyzuje i nie pełni swoich obowiązków, jestem jednak zdziwiona, że ktokolwiek jej zwrócił na to uwagę. I zrobiła to akurat służąca. Może, nie wiem, podnieś Rennie status do choćby mamki? 

Skorzystała z umiejętności, które nabyła[,] odkąd wszyscy się od niej odsunęli i odseparowała od siebie negatywne emocje. – Amaya ma ogrom przyjaciół, czemu ciągle stęka, że wszyscy się od niej odsunęli? Czemu tak dramatyzuje i zakłamuje rzeczywistość? Przecież podsłuchała rozmowę jedynie dwóch dalekich jej sercu służek, o których i tak nie miała wysokiego mniemania.
Poza tym: znów. Gdyby Amaya nabyła takie umiejętności, nie roztrząsałaby wszystkich swoich bolączek przez łącznie kilkanaście stron tekstu. Jednak ty raz dajesz mi te akapity jojczonia, by za chwilę napisać, że albo bohaterka wzięła kąpiel i już jest okej, albo poszła na spacer i też jest spoko, albo… skorzystała z umiejętności odseparowania negatywnych emocji. Bo może. Bo tak ma. 
Tylko szkoda, że czasami zapominasz o tych jej umiejętnościach i Amaya nie korzysta z nich częściej. Na dobre wyszłoby to czytelnikowi, którego może męczyć wieczne zamartwianie się. I to sprawami, które – no cóż – nowe nie są. Księżniczki chyba od małego, obserwując sytuację na dworze, przygotowywane są do tego, by jednak kiedyś wyjść za mąż ze względów politycznych. Może się to Amayi nie podobać, ale dlaczego zachowuje się, jakby wyrok dopiero co spadł na nią jak grom z jasnego nieba? Dziewczę ma już osiemnaście lat, że tak przypomnę. I nie było zamknięte w żadnej wieży. 


Długie, rude włosy lały się delikatnymi falami i okalały jej ramiona, piersi i spadały delikatnie na krągłości ud. Zwiewna, delikatna sukienka, w którą królowa została ubrana, nie pasowała do jej charakteru, ani postawy.  – Bez ostatniego przecinka.

Nie mogła uwierzyć. Ona naprawdę przeżyła kiedyś dokładnie to samo, co czekało na nią? – O, o tym właśnie piszę. Dlaczego przez całe życie nikt palcem nie kiwnął, aby przygotować księżniczkę do funkcji, którą będzie musiała sprawować? To dość naiwne, może sprawdziłoby się w bajce dla dzieci, ale jeżeli chcesz pisać poważne fantasy przeznaczone dla dorosłego odbiorcy, to… cóż. Może być zdziwiony zdziwieniem bohaterki oraz jej idealistycznym myśleniem. 
Poza tym, czemu Amaya jest tak właściwie zdziwiona? Przecież to całkiem normalne, że księżniczki były przeznaczone na zamążpójście. Dlaczego jej matka miałaby być pod tym względem inna? I czemu Amaya nigdy nie zastanawiała się nad tym, skąd pochodziła jej matka, jaką ma przeszłość? Przecież zna ją już tyle lat!

— Więc po prostu poddałaś się woli swojego ojca. — Westchnęła, zawiedziona. Miała nadzieję, że matka miała podobne poglądy do niej i również się buntowała, walczyła o to, co słuszne. – Skąd Amaya dobrze wie, co jest słuszne? Dlaczego – będąc wychowywaną w czasach, w których małżeństwa zawierane ze względu na okoliczności polityczne są czymś stosunkowo normalnym – ma inne zdanie? Chciałabym wiedzieć, dlaczego doszła do takich wniosków, w którym momencie coś nasunęło jej na myśl, że kobieta może chcieć czegoś innego od życia. Skoro przykład nie przyszedł z góry, od matki, która też wyszła za mąż z musu i nigdy wcześniej nie rozmawiała z córką o swoich żalach, bunt Amayi musiał wykiełkować gdzieś indziej. Może Amaya podglądała życie mieszczan, interesowała się nim, dlatego odwiedzała miasto i ze zdziwieniem poznawała inne obyczaje, nie te dworskie? Może podziwiała miłość rodziców Finna? Widzisz, nawet takie klisze jak typowa zbuntowana królewna da się obronić, ale to wszystko musi być pokazane scenami, w tekście. Aby Amaya zaczęła inaczej myśleć, muszą w niej te myśli zakiełkować i wyrosnąć, ty natomiast zaczynasz historię od bohaterki, która bezpodstawnie się buntuje, bo ty, jako autorka, masz zakorzenioną wizję tego, jak bardzo aranżowane małżeństwa są złe. Natomiast księżniczka na dworze, nad którym od pokoleń aranżuje się małżeństwa, naturalnie powinna mieć inny punkt widzenia. Aby go zmienić, coś powinno zadziać się w opku. A ty powinnaś bardziej wczuć się w swoją historię. Wystarczyłby nawet Finn mówiący, że współczuje Amayi tego, że nie może wyjść za mąż z miłości, co już zasiałoby w niej ziarno zwątpienia. Ale do tego musiałabyś zbudować jakieś podwaliny.

Pierwszy raz od wielu lat Zemira chciała z nią spędzać czas i razem przygotować się na bal. – Skąd tak właściwie ta nagła zmiana?

Pomimo tego, że byłaś Orfanką, odpowiadałaś po stronie ludzi, prawda? — Domyśliła się. Pewnie wielki sojusz z ludźmi, który miał miejsce prawie czterdzieści lat temu[,] był właśnie za sprawą jej matki. Pomimo tego, że Amaya interesowała się historią i znała prawie tysiąc lat przeżyć całego Altoris, nigdy nie mogła dowiedzieć się jaka dokładnie była przyczyna sojuszu. – Okropny lazy writing i imperatyw. Amaya powinna dowiedzieć się o tym na lekcjach historii, które prowadził Theron. Dlaczego się nie dowiaduje? Tylko po to, żeby mogła się odbyć ta rozmowa, w której matka sama się przyznaje. Nie uważasz, że to zbyt duży zbieg okoliczności? Zwłaszcza w zestawieniu z tym, że Amaya przecież interesuje się historią.

Na te słowa Zemira odwróciła się w stronę drzwi i korzystając z niewielkiej części magii, którą posiadał każdy Orfan, jednym ruchem nadgarstka otworzyła drzwi.
Amaya zaniemówiła, gdy wysoki Elf o ciemnej karnacji wszedł zgrabnie do środka. – I on tak tam stał pod tymi drzwiami…?

Echo jej bosych stóp odbijało się od gołych ścian, a ogień sprawiał, że wszystko kąpało się w agresywnie czerwonym świetle, który przyprawiał kobietę o ciarki. Nie lubiła ciemności, a kolor ognia sprawiał, że powracały do niej wspomnienia, o których chciała zapomnieć. – Rozumiem, co miałaś na myśli, ale w tej chwili brzmi to tak, jakby nie lubiła ciemności… ale światła tak właściwie też nie. I musiała mieć ciężko na zamku, skoro w tamtych czasach pewnie to ogień był głównym źródłem światła.

Gdy Elias uśmiechał się szeroko, kąciki jego oczu zdobiły zmarszczki. Kwadratowa szczęka wydłużała się co rusz, gdy zaczął się śmiać. – Wyobrażam sobie, że ta szczęka wydłużała się tak w nieskończoność… NIECH KTOŚ JĄ ZATRZYMA!

— Nie widzieliśmy się tylko rok. — Wzruszył ramionami, widocznie sam nie zwracając uwagi na zmieniony wygląd królowej. Jej włosy jeszcze tamtego roku sunęły po ziemi tylko w niewielkiej części — królowa przechodząc mały kryzys postanowiła je przyciąć. Teraz ich długość była o połowę większa i leżały kilka metrów za jej plecami. – Czekaj. Czyli w ciągu roku włosy Zemiry urosły o kilka metrów…?
Na pewno zdajesz sobie sprawę, ile to jest kilka metrów?

Czy celowo Elias wita się z Zemirą prawie tak samo jak Finn z Amayą? Widać podobieństwo w opisach postaci i wypowiadanych kwestiach. Nie wiem, czy to dlatego, że tak miało być i chcesz pokazać, że obie kobiety tak naprawdę przechodzą przez to samo i kochają innych, z którymi nie mogą być, czy po prostu… tak wyszło, bo wypracowałaś niewiele metod przekazywania informacji czytelnikowi, a przez to twoje postaci na wszystko reagują podobnie. 
Skąd Elias wiedział, gdzie szukać królowej? Że będzie wychodzić akurat z pokoju córki?
Mimo to mam wrażenie, że scena Eliasa z Zemirą to najlepsza rzecz, jaką przeczytałam do tej pory. Są emocje, konkrety, a zdania nie są przeładowane, interakcji nie wstrzymują ekspozycje. Nie dowiaduję się wszystkiego o Eliasie, o okolicznościach, nie przytaczasz zbyt wiele. Z chęcią czytałam do końca, bo chciałam dowiedzieć się więcej i sprawdzić, czy Zemira ulegnie. Fajnie też, że w samej końcówce nie napisałaś tego wprost. Widzisz, dostałam scenę, w której moim zdaniem było ułożenie puzzli. I znów: jak chcesz, to potrafisz

Wielki tłum zebrał się w ogromnej sali balowej, zalewając pomieszczenie. Amaya była tam jako pierwsza i już po kilku minutach, czuła, jak znudzenie pochłania jej ciało [ciało tej sali?]. –  Pierwsze zdania kolejnej sceny i znów przedobrzasz. Tłum zalewa salę, a znudzenie pochłania ciało. Non stop męczysz takie górnolotne wyrażenia, wszystko jest wydumane i skrajne. Być może te dwa zdania nie byłyby nawet przesadą, gdyby reszta tekstu nie była aż tak ciężkostrawna, no ale… tu trzeba cię pochwalić za jednolitość narracyjną. Jest męcząco, ale przynajmniej równomiernie (pomijając te rzadkie momenty, gdy wspominasz imprezy czy ciuchy).
Poza tym wcześniej pisałaś, że na bale nie przychodziło zbyt wiele osób. A teraz nagle skądś wziął się ten cały tłum. Król wynajął statystów czy co? 
Pozwól, że pominę kolejną nudną i suchą ekspozycję o tym, jak Amaya czuła się jeszcze bardziej wykończona, [przecinek zbędny] niż normalnie. Teraz, gdy wszyscy wiedzieli, że jest zaręczona z Adrielem, przychodzili do niej dużymi grupkami i gratulowali z fałszywym uśmiechem. Na pewno sama już wiesz, co z nią jest nie tak.
Przecinek przed niż stawia się wtedy, gdy po spójniku pojawia się jeszcze czasownik. Spójrz, tu również jest zbędny:
Theia wydawała się bardziej podekscytowana tym faktem, niż Amaya.

Co prawda, sama obecność Finna na zamku pozwalała swobodnie z nim porozmawiać, jednak dziewczyna wiedziała, że nie mogli rzucać się w oczy. Nic nie mogło wskazywać na to, że przyjaźnią się od dawna. Ich relacja musiała pozostać tajemnicą. – Dlaczego tak właściwie nikt nie mógł wiedzieć, że się przyjaźnią? Co w tym takiego strasznego? Jeśli król i królowa nie chcieli, by ich córka zadawała się z kimś z niższego stanu, to jakim cudem Finn został zaproszony na tak ważną uroczystość? A jeśli był na tyle wysoko urodzony, żeby zaprosić go na to przyjęcie, to dlaczego nie miałby rozmawiać z Amayą? Chyba że to kolejne działanie imperatywu narracyjnego, który kazał postawić Finna w tym właśnie miejscu o tej właśnie porze.

— Cieszę się, że przyszedłeś. — Uśmiechnęła się do niego szeroko i podeszła do wielkiego stołu, na którym stały przekąski. Wzięła talerz i nałożyła sobie kilka nadziewanych owocami kawałków kurczaka. — Jesteś głodny? — Podała mu spodek, czekając aż weźmie go z jej dłoni. – No więc wcześniej dowiadujemy się, że absolutnie nikt nie może się domyślić, że się przyjaźnią! A tu nagle księżniczka nakłada na talerz jedzenie i podaje pierwszemu lepszemu typkowi, który się nawinął. Czy to nie księżniczce ktoś powinien usługiwać?

Oczywiście, jako księżniczka, miała obowiązek, by znać władców każdego królestwa w Altoris. Na szczęście, dziewczyna ucząc się historii utrwaliła sobie ich nazwiska i wyćwiczyła pamięć, z łatwością ucząc się każdego władcy. – Ale co ma nauka historii do czasów Amayi współczesnych? W szkole takich rzeczy uczyło się prędzej na wiedzy o społeczeństwie. Skoro już Amaya pobiera jakieś nauki, to lepiej byłoby nie nazywać tego historią, a po prostu nauką o polityce.

— Królu Thorinie, królowo Theio. — Podniosła się powoli i uśmiechnęła się uprzejmie. – Czy ten Thorin miał… Dębową Tarczę? 

Theia i Thorin spojrzeli po chwili na jej dłoń, gdzie powinien spoczywać pierścionek zaręczynowy, jednak zamiast tego zobaczyli jedynie długie rękawiczki. – A czemu tak właściwie nie mogła nosić pierścionka na rękawiczce, jeśli była delikatna, lub na przykład na łańcuszku na szyi?

— Rozumiem, dlaczego twój ojciec i król Leven wybrali dla ciebie takiego chłopca. — Zaśmiał się krótko, łapiąc się za okrągły brzuch. – Dlaczego królowie nie mogą być choć raz w dobrej kondycji? Dlaczego wszyscy muszą być podtatusiałymi wujaszkami z piwnym bebechem?

— Cieszę się, że popiera pan ich decyzję. — Uśmiechnęła się sztywno, modląc się, by ktoś im przerwał. – Pan? Sądzę, że powinnaś poczytać trochę o tym, na czym polega i jak wygląda właściwe zwracanie się do kogoś wyżej urodzonego.

— Dla pani wiadomości: nie jestem dzieciną, jak to raczyła pani ująć. — Rzuciła w jej stronę lodowate spojrzenie i uśmiechnęła się szczerze, słodko — tak jak wymagała tego od niej etykieta. — Jestem pani gospodynią, więc uprzejmie proszę nie odnosić się do mnie w ten sposób. – Przecież po takim pokazie bucery goście Amayi powinni powiadomić jej ojca i wynieść się z tego miejsca czym prędzej. Poza tym etykieta wymagała uśmiechów, ale grzecznego wypowiadania się już nie?


— Spokojnie. — Theia zbyła to machnięciem ręki i zaśmiała się krótko, jakby ta sytuacja w ogóle jej nie wzburzyła. Jednak księżniczka widziała żyłkę szybko pulsującą na jej szyi, widziała jej zaciśnięte zęby, gdy się jej odgryzała. Królowa była wściekła. – Pokazałaś nam pulsującą żyłkę i zaciśnięte zęby. Wiemy, że chodzi o wściekłość. Nie musisz tego dodatkowo wbijać łopatą do głowy. Poza tym pulsująca na szyi żyłka kojarzy mi się z przerysowanymi reakcjami z mangi i anime.

Amaya odwróciła wzrok, nie chcąc patrzeć na ich czułości. Co prawda, uważała ich za słodką parę, ale nigdy nie potrafiła utożsamić się z uczuciami innych. Nie pojmowała tego, jak ludzie mogli tak do siebie lgnąć, oczekiwać dotykania, czułości. Dla niej to było nienormalne. – Tak. I właśnie dlatego Amaya pragnie kiedyś wyjść za mąż z prawdziwej miłości, a nie dlatego, że musi – z przyczyn politycznych. I na pewno nie za Adriela, który jest dla niej całkiem życzliwy i nie narzuca się z dotykaniem, no ale przecież go nie zna i nie kocha. Tym bardziej: skąd przekonanie, że wychodzenie za mąż bez miłości słuszne nie jest? Skoro Amaya nie rozumie miłości i czułości, nie potrafi utożsamiać się z tymi uczuciami, zna tylko partnerstwo i przyjaźń na podstawie obserwacji swoich rodziców? Czuję, że coś tu się mocno nie klei. Myślałam, że Amaya nie chce wychodzić za mąż za Adriela, bo go nie kocha, ale jednocześnie nagle okazuje się, że ona to jednak wcale nie rozumie uczuć ani miłości, więc w sumie teraz nie chce wychodzić za niego za mąż, bo…? Jaki ma obecnie argument? Pytam z ciekawości.
O, znalazłam ten cytat w rozdziale pierwszym: Nie kochała Adriela. Nic do niego nie czuła, ponieważ ledwie się znali. Była pewna, że Leven i jej ojciec planowali to od momentu zawarcia pokoju. Jednak nie mogła się im dziwić. Już teraz pojęła, jak ważny jest ten sojusz dla ich krajów. Bez tego było zbyt wielkie prawdopodobieństwo, że jedno z nich zostanie zaatakowane przez Księżycowe Elfy. – Czyli wtedy to pojęła, wiedziała, jak bardzo ważna jest kwestia małżeństwa, ale teraz straciło to wartość i bohaterka po prostu ignoruje bezmyślnie sprawy polityczne, i ma gdzieś bezpieczeństwo swoje, swojej rodziny i poddanych. Czy Amaya jako dorosła kobieta chce świadomie wywołać wojnę, bo… tak?
Przy okazji wtedy określasz, że Amaya rozumiała, jak ważny ten sojusz jest dla ich krajów. A później Amaya dąsa się, mówiąc, że w sumie to nic się nie stanie, jeśli za Adriela nie wyjdzie, bo przecież sojusz jest już dawno przypieczętowany, a w ogóle to zaatakują ich tak czy siak, więc po co się wysilać?

— Po co tu przyszedłeś? — Odwróciła się w stronę Elfa, spoglądając na niego z wyrzutem.
On jedynie przystanął i spojrzał na nią, zdumiony.
— Myślałem, że jesteś mi coś dłużna. — Dotknął dłonią piersi, jakby urażony. — W końcu okłamałem własnego ojca, by twoja odmowa nie sprawiła przykrości tobie lub no wiesz... — zrobił dramatyczną pauzę, po czym rozejrzał się wokół — Yaali. — Podniósł brwi i spojrzał na nią dosadnie.
— Ile jeszcze mam ci za to dziękować? — Amaya przewróciła oczami, mając dość jego obecności. – Hmm… cóż. Przeczytałam raz jeszcze tę scenę i wiesz co? Amaya nie podziękowała Adrielowi ani razu. W dodatku przed chwilą sama marzyła o tym, żeby ktoś wybawił ją z rozmowy z tą królewską parą, co też Adriel uczynił. Ale najwidoczniej Amaya jest ponad to, żeby mu podziękować.

— Ile jeszcze mam ci za to dziękować? — Amaya przewróciła oczami, mając dość jego obecności. Westchnęła głośno i zaczęła kierować się w stronę stołu z przekąskami. Po drodze wzięła kieliszek wina od kelnera. — Czyli mam znosić twoją obecność? — Odwróciła się do niego i upiła łyk alkoholu. Poczuła jak słodkawy smak spływa, jakby ciekłym ogniem, po jej gardle. Zmusiła się, by się nie skrzywić i odstawiła kieliszek na stół, udając, że jeszcze po niego sięgnie. – Kelner? W tamtych czasach? Służba, no dobrze, mogę się zgodzić. Ale kelner? Poza tym: znosić jego obecność? Czym Adriel sobie zasłużył, żeby Amaya była wobec niego tak opryskliwa? Przecież stara się być dla niej dobry i pomocny, nie narusza jej przestrzeni osobistej na siłę: stara się dobrze odgrywać rolę, którą kazano mu grać, nie robiąc przy tym fochów. Zupełne przeciwieństwo Amayi. Chłopak będzie miał z nią utrapienie. A pomyśl, co by było, jakby Amaya była taką młodziutką Jadwigą wydaną za takiego starego Jagiełłę, jakby nie patrzeć starego dziada. Naprawdę jest w nie tak złej sytuacji.
Poza tym, skoro są narzeczeństwem, to chyba oczywiste, że powinni spędzać razem czas. To przykre, że Amaya jest taka opryskliwa bez powodu.
Pytanie za sto punktów: czy piłaś kiedyś wino? Słodkie wino nie pali w gardle, to nie wódka, żeby czuć ciekły ogień w przełyku. Nawet jeśli wino byłoby wytrawne, nie smakowałoby w ten sposób. Byłoby kwaśne i Amaya po prostu by się krzywiła. 

Próbowała przypomnieć sobie[,] kim był barczysty, wysoki mężczyzna, który zmierzał w jej stronę. Zauważyła, że pomalował usta na czarno, jednak jego włosy były krótkie. Wiedziała, że mógł je przystrzyc na taką długość, jednak z reguły każdy Orfan z wyższych sfer starał się, by jego włosy prezentowały się jak najlepiej. Taka długość kojarzyła się z mieszczaństwem (...). – To wszystko, co podkreśliłam, już wiem. 

Nie miała pojęcia, dlaczego jej ojciec chciał go z nią przedstawić, jednak wzięła się w garść i pokłoniła się niechętnie. Nienawidziła poznawać nowych ludzi. Przebywać z nimi. Dlaczego nikt tego nie rozumiał?
Chwila, moment. Gdzie to… O, kilka scen temu: 

Lubiła schodzić do Dolnej Yaali. Czuła się, jakby odwiedzała swoją rodzinę. Kochała poddanych, wszystkich, którzy mieszkali w tym dużym mieście. Nie była taka jak jej ojciec. Akceptowała wszystkich: tych z Darem Magii, Pomocnym Darem, Klasycznym, Cielesnym i nawet tym Mrocznym. 


Coraz bardziej rozjeżdża ci się kreacja postaci, właściwie w tym momencie już mam pewność, że przed podjęciem pisania nie ustaliłaś Amayi jednego spójnego charakteru – cech dominujących – którego trzymasz się od początku i który zamierzałaś w jakiś sposób rozwinąć, zmienić. Nie. Amaya staje się po prostu taka i siaka w zależności od tego, jakiej cechy potrzebujesz do danej sceny. Nie dopasowujesz biegu wydarzeń i podejmowanych decyzji do charakteru bohaterki, ale charakter bohaterki uzależniasz od sceny. A to bardzo, bardzo źle, bo przez to Amaya jest jedynie kukiełką w rękach narratora, a nie pełnokrwistą postacią o spójnej sylwetce psychologicznej.

— Księżniczka Amaya z rodu Ruthów. Posiadam Mroczny Dar, stopień pierwszy. — Przedstawiła się oficjalnie, gdy byli dostatecznie blisko. Podniosła się z głębokiego ukłonu i uśmiechnęła się lekko w stronę mężczyzny. Wydawał się nie przejmować darem, o którym mu powiedziała. Z reguły każdy, kto słyszał tę nazwę[,] uprzedzał się wobec niej i dystansował. Widocznie Erin zdążył go uprzedzić. – Naiwne, naiwne, naiwne! Amaya posiada ten dar prawie od dekady i dziwi się, że ktoś jeszcze o nim nie wie? Przecież jest księżniczką, wśród szlachty wieści rozchodzą się dość szybko, tym bardziej że przecież bohaterki dar jest dość nietypowy i niebezpieczny, o czym dowiedziałam się z rozmów służby.
I dlaczego Amaya nie myśli o królu per ojcu, tylko nazywa go po imieniu? Czy to nie objaw braku szacunku?
Ponadto samo przedstawienie się wygląda niczym „mam czarny pas w karate”.

— Książę Seyde z rodu Artesów, pochodzę z Verdany. – Verdana to taki font. Wcześniej mamy też Thorina… Za chwilę okazuje się, że Seyde jest królem Athen, które brzmią dokładnie jak… Ateny? Przykro się na to patrzy. O nazewnictwie w fantastyce polecam do poczytania felieton Andrzeja Sapkowskiego.

Amaya mimowolnie poczuła, jak ciarki przebiegają jej po plecach, przypomniała sobie jak Adriel spogląda na nią równie intensywnie. – Błagam, nie mów, że teraz każdy samiec w promieniu kilometra będzie miał za ciasne spodnie, patrząc na Amayę…

Na szczęście ostatnio zaczęła omawiać ten temat z Theronem, jej nauczycielem. – Tak, wiemy, kim jest Theron.

— Fale buntowników zaczęły się przemieszczać z południa, aż do stolicy. — Wyrecytowała zdanie z podręcznika. Na szczęście ostatnio zaczęła omawiać ten temat z Theronem, jej nauczycielem. – Gdybyś faktycznie choć szczątkowo pokazała taką lekcję, teraz sama mogłabym dostrzec, jak to Amaya błyskotliwie wybrnęła z niewygodnej sytuacji dzięki Theronowi i jego lekcjach. 

— Z racji tego, że bunty zaczęły się w niższej klasie społecznej[,] rozsądnie by było odseparować ich od reszty i z początku zdusić problem w zarodku. — Spojrzała na Seyda chłodno, upewniając się, że zgadła. To było najrozsądniejsze wyjście, wiedziała, że król Athen był surowy i bardzo agresywny. Domyślała się, że jeśli w jego oczach przemoc była rozsądna, to było jedynie wyjście na rozstrzygnięcie takiego problemu.

— Co prawda powstał pewien schemat: narody, które posługiwały się głównie agresją i przemocą[,] nie dożywały więcej, [przecinek zbędny] niż kilkuset lat. Ziemie, które przejęły w wojnach, po czasie zostały ponownie przejmowane przez oryginalnych posiadaczy, a koniec końców agresorzy zostawali z niczym. — Oczywiście, jeśli przeżywali — pomyślała. – Do zacytowania myśli użyj kursywy, cudzysłowu albo przenieś myśl do nowej linijki. Obecnie robi się nieczytelnie. 
Agresja i przemoc to praktycznie to samo. Swoją drogą, Amaya ma jednakową stylizację językową jak narrator, nawet gdy ten przytacza sceny, w których bohaterka nie występuje. 
Oryginalni posiadacze ziem też nie brzmią najlepiej. Może prawowici władcy

— Uśmiechnęła się słodko, dygnęła, po czym odwróciła się i pociągnęła Adriela za sobą. Nikt nie będzie mnie tak traktował — pomyślała, odwracając się ukradkiem w stronę poczerwieniałego Erina. Zdusiła śmiech, który wstąpił jej na usta. Jednak nie zasłużyła na przebaczenie. W tamtej chwili w ogóle jej to nie obchodziło. – Ja to się dziwię, że tego ich królestwa co chwilę ktoś nie najeżdża za takie pyskówki i wieczne robienie Erinowi wstydu.

— Nawet nie wiesz[,] jak się czuję, gdy ktoś mnie dotyka bez ostrzeżenia. – Kiedy Renna, Finn czy sam Adriel bez ostrzeżenia dotykali Amayi po ramieniu we wcześniejszych scenach, nie miała nic przeciwko. 

– Nic nie rozumiesz. — Oburzyła się, czując jak gniew przyspiesza i rozlewa się w jej żylach [żyłach]. Miała dość zachowania Adriela.
Chłopak odwrócił się w jej stronę, zaniepokojony. Jego uszy opadły nieo, jakby smutne, a oczy pociemniały, sprawiając wrażenie dwóch węgielków. Amaya nie mogła patrzeć na ten widok, odwróciła wzrok szukając matki.
— Przepraszam. (...)
— Nie kocham cię. (...) Nawet się nie staraj mieć lepszych kontaktów ze mną, bo ci nie wyjdzie. Nieważne kim jesteś i co takiego dla mnie zrobisz. 
Jejuniu-juniu, jak mnie drażni ta dziewucha! Przecież jeszcze niedawno twierdziła, że nie zna uczuć, nie potrzebuje i nie rozumie ich, to czemu ciągle wywleka tę miłość na wierzch? Na dodatek Adriel naprawdę nic jej nie zrobił, właściwie uratował jej skórę, bo księżniczka ma niewyparzoną gębę i narobiłaby sobie kłopotów przed wpływowymi gośćmi. A teraz jeszcze wymusza przeprosiny. Dobrze, że chociaż Adriel potrafi zachować klasę i zna pewne konwenanse, bo równie dobrze mógłby jej wyrzucić, że przecież on sam też nie jest tu z własnej woli i sobie takiej jędzy za żonę sam nie wybrał.
Słowem. Zachowanie Amayi jest tra-gi-czne i bardzo się cieszę, że za kilka stron kończy się rozdział trzeci; będe mogła wreszcie przejść do podsumowania. Jeżeli chciałaś zacząć swoją powieść od negatywnej postaci, to, powiem ci, przedobrzyłaś. Dawno nie widziałam tak antypatycznej głównej bohaterki, na której wspomnienie nóż otwiera mi się w kieszeni.

Wyciągnęła rękę w jego stronę i uścisnęła mocno dłoń, wpatrując się w oczy Elfa. Byli narzeczeństwem. Czy tego chciała, czy nie. – Ledwie moment temu rozwodziła się, jak to Adriel nie ma co liczyć na jej sympatię, a za chwilę się uspokaja. Tylko czekać, aż znów wybuchnie bez powodu. To naprawdę brzmi jak słabo napisany borderline.

W tamtej chwili nie obchodziło jej[,] co takiego o niej pomyślą, czy o tym, jak została wychowana. – Amaya co kilka linijek wspomina, jak to nic jej nie obchodzi, co sobie o niej pomyślą. Trochę jak zdarta płyta.

Tłuczesz mnie po głowie wieloakapitową ekspozycją o tym, że Amaya martwi się o matkę i jak to spławia wszystkich, którzy chcą z nią porozmawiać. Jednak gdy spotyka Finna, cały strach wpajany czytelnikowi tak długo nagle z bohaterki ulatuje. Tak po prostu. 
Prawie krzyknęła, gdy Finn niespodziewanie znalazł się obok. Loki zatańczyły wokół jego głowy, a bursztynowe oczy zdawały się połyskiwać ze szczęścia. Co mu tak poprawiło humor — przeszło jej przez myśl, gdy spoglądała ukradkiem na przyjaciela, nadal przemierzając korytarz. 
Ech. 

Przy okazji:
Był chuderlakiem, nieco wychudzonym, jednak żwawym. – Nieco wychudzony chuderlak…? A jak inaczej miał wyglądać?

Następnie dostaję cały wielki akapit biadolenia w stylu: Czuła zażenowanie na samą myśl, że przedstawiła i powiedziała o swoim darze tylu osobom. Miała wrażenie, jakby każdy patrzył na nią z pogardą i obrzydzeniem. Jakby wszyscy wiedzieli. W pewnym momencie miała ochotę ściągnąć rękawiczki. – Serio, gdzie się podział cały ten strach o mamę?
Ach, wrócił dopiero w kolejnych akapitach. Nie może tak być! W sensie jeśli podsuwasz mi emocje, które motywują bohatera do działania, powinno być dynamicznie. Jeżeli Amaya się boi, ja też powinnam! A nie boję się wcale. Zdania są za długie i zupełnie nie na temat, który najbardziej powinien Amayę (i mnie) teraz interesować. Gdzie, do cholery, jest matka? Nie: ojej, jak ci ludzie dziwnie na mnie patrzą. Ale fajnie, że jest Finn i te jego bursztynowe oczy, które połyskują ze szczęścia. Ciekawe z jakiego powodu…?

Bała się, że niektórzy będą za bardzo podejrzliwi. Wiedziała, że jeśli ktoś dowie się, że przyjaźni się z mieszkańcem Dolnej Yaali, domyślą się, że narażała życie, by schodzić do niego. Pewnie ukarzą go za jej głupotę, a nie mogła do tego dopuścić. – Czyli jednak! Finn to jakiś tam podrzędny mieszkaniec Dolnej Yaali. W takim razie co ktoś tak nieznaczący robi wśród królów i szlachty?

Po krótkim czasie doszli do części zamku, która była przeznaczona głównie dla rodziny królewskiej.  (...) Straże stały tylko przed niektórymi drzwiami, a żadni goście nie odważyli się wejść w bardziej prywatną strefę zamku. Amaya cieszyła się, że może odetchnąć choć na chwilę. Mogła przeznaczyć ten czas na rozmowę z Finnem, zrelaksowanie się. – To ciekawe, że wpuścili tam Finna, skoro to takie super ważne sale przeznaczone dla rodziny królewskiej.

O! Super, że dałaś mi krótki urywek sceny, w której Amaya mówi siostrom o włosach i służącym. To samo w sobie pokazuje, jaką wagę przywiązują do tego Orfanie. I po co mi były te wszystkie ekspozycje o włosach, skoro – prędzej czy później – temat i tak wyszedł w praniu? Właśnie o to chodzi. Fajnie! 

— Tak, zabija. — Amaya zamknęła oczy, przypominając sobie, jak widziała ciała leżące na zimnej posadzce, ginące w odmętach mgły. – W zasadzie jakby ktoś chciał, wystarczyłoby zagazować cały zamek i powybijać wszystkich wewnątrz. Strasznie to wygodne.

Generalnie dobra jest też scena z rozpoznaniem Avis i czytałoby się świetnie, gdyby nie jeden mankament:
Okrągła twarz leżała bez oznak życia. Spokojna i nieruchoma. Avis.
— Nie! — wrzasnęła, rzucając się w stronę siostry. – To brzmi co najmniej tak, jakby wrzasnęła Avis, nie Amaya. 
Nareszcie robi się dynamicznie. mam jednak problem z tym, że teraz, gdy używasz wielu opisów emocji, nie potrafię potraktować ich z należytą powagą. Nie dlatego, że zakończenie rozdziału jest złe, tylko dlatego, że dramatyczne zdania o rozpaczach, tragediach i bólu w różnych zakamarkach ciała padały już tyle razy w nie aż tak istotnych momentach, że przestały mieć prawdziwą wartość. Czytelnik teraz, po tak rozdmuchanym tekście, przyzwyczajony do górnolotnych określeń emocji i serc tłuczących się o żebra (xD), nie wzruszy się na widok kolejnych epitetów. To dlatego ważne jest, byś zredukowała ich ilość w mniej kluczowych momentach, by Amaya nie biadoliła aż tak wszędzie wyżej. Inaczej prawdziwa tragedia nie wybrzmi z odpowiednią mocą. 
Podobają mi się emocje, które przekazujesz za pomocą szczątkowej mowy pozornie zależnej:  Zimna, blada skóra. Zamknięte powieki w wiecznym śnie. To nie mogła być prawda. To nie mogła być Avis! Żałuję, że w czasie całego opowiadania nie personalizujesz narracji, nie oddajesz stylizacji głównych bohaterów, zdarza ci się też head-hopping. Od razu tekst stałby się znacznie bardziej emocjonujący. 
I choć końcówka jest bardzo dramatyczna, wielką nadzieję zrobił mi jeden fragment
Jednak Amaya nie chciała się ruszać. Wiedziała, że zasłużyła na śmierć. Zawiodła wszystkich, nie była wystarczająco dobra. Była okropną księżniczką. Niedostatecznie dobrą siostrą. Niewdzięczną córką. Straszną Orfanką.
Czytając, go kiwałam głową i myślałam sobie: dobrze, bohaterko, teraz masz szansę się zrehabilitować, idź w fabułę i stań się lepsza! A potem… zobaczyłam coś takiego:
Chciała umrzeć.
Księżniczka zamknęła oczy, poddając się.
I… mnie też witki opadły, dlatego pozwól, że przejdę już do podsumowania. 




PODSUMOWANIE

No dobrze, przyszedł czas na podsumowanie. Nietrudno zgadnąć, że zupełnie nie przemyślałaś swoich bohaterów, linii fabularnej, budowy świata oraz że dużo przed tobą pracy, jeśli idzie o samą narrację, poprawność i styl. Ale do rzeczy.


POPRAWNOŚĆ

Robisz wiele błędów, w tym interpunkcyjnych, gramatycznych – na szczęście jest dobrze, jeśli idzie o ortografię. Przede wszystkim nierzadko używasz słów, których znaczenie jest zupełnie inne, niż byś chciała. W efekcie mamy takie koszmarki jak mieszkanie przestronne, ale malutkie, oraz pieczołowite rozglądanie się.
Robisz też ogrom powtórzeń, głównie jest to słowo: nieco. Jeśli nie nieco, to nieznacznie oraz jedynie. W przypadku innych słów powtórzenia też występują, ale nie aż tak nagminnie. Strasznie często wplatasz w narrację określenie, jakoby serce tłukło się o żebra. Pomińmy już to, czy takie sformułowanie jest poprawne, chodzi mi o jego częstotliwość. Pojawia się przynajmniej dwa-trzy razy na rozdział, co dla tak charakterystycznego związku jest nadmiarem: bardzo rzuca się w oczy. Część takich błędów mogłabyś wyeliminować samodzielnie przy powtórnym czytaniu, koniecznie na głos. 
W powtórzeniach pojawiają się też zaimki wszelkiego rodzaju. Jest ich tak dużo, że momentami generują dodatkowy problem z podmiotami. Ciągle piszesz „jej, jego”, przez co wychodzi na to, że jakaś roślina odwróciła głowę (wymyślamy). Czasem warto powtórzyć to imię. 
Do tego dochodzą wyrażenia, z którymi większość autorów też się boryka: być, który, jaki, chcieć, mieć, móc – w każdych możliwych odmianach. Nie ma siły; czytaj tekst, szukaj tych powtórzeń powoli, wytłuszczaj je sobie i baw się kombinowaniem, byle nie na siłę. Lepiej zmienić zupełnie konstrukcję całych fragmentów, by zaimki odnosiły się do właściwych podmiotów i wszystko ładnie współgrało, niż żeby tworzyć dziwne zamienniki, szukać na siłę synonimów do niektórych pojedynczych słów. 
Problem masz również z szykiem wyrazów w zdaniach. Przykładowo partykuły akcentują nie te wyrażenia, które powinny. Podobnie jest z innymi słowami. Na przykładzie tego nieszczęsnego nieco można prześledzić, że takie określenia wstawiasz po czasowniku, wymyślam: uniosła nieco głowę, gdy powinno być: nieco uniosła głowę. Inwersje w niektórych konstrukcjach są o tyle błędne, że tworzą śmieszności, jakby, przykładowo, księżniczka miała tylko trochę głowy, a nie tylko trochę ją unosiła. 
Przez całą lekturę nie mogłyśmy opędzić się od wrażenia, że nigdy nie wracałaś do swojego tekstu, nie dawałaś mu odleżeć, tylko od razu wrzucałaś go do sieci. Z interpunkcją i błędami gramatycznymi, a nawet ze złym zastosowaniem słów i pogubionymi podmiotami mogłaby ci pomóc dobra beta, ale odezwij się do niej dopiero, gdy uporządkujesz tekst pod wszystkimi innymi względami. Poprawność to naprawdę najmniejszy twój problem i nie musisz się nim obecnie przejmować. 


NARRACJA I STYL

Przeczytałyśmy z siedemdziesiąt stron twojego tekstu i wiesz co? Wciąż nie mamy pojęcia, czy używasz narratora wszechwiedzącego, czy może POV – myślimy, że sama tego nie wiesz, bo nie znasz różnicy między jednym a drugim. W związku z tym nie trzymasz się żadnych zasad i piszesz tak, jak ci wygodnie. Przez to raz na jakiś czas w narracji otrzymujemy kilka zdań sugerujących mowę pozornie zależną, jednocześnie widzimy head-hopping. Ale i nie to jest największym problemem tej narracji.
Bolączka, która trawi ją najbardziej, to ekspozycje i wszechobecna nijakość. Starasz się pokazywać nam emocje bohaterów, ale potem dodajesz: Amaya była przestraszona. W ten sposób zabijasz cały potencjał narracyjny każdej sceny. Nieważne, ile akcji upchnęłabyś w tekście, wszystkie sceny będą wydawać się pasywne, bo nie pozwolisz czytelnikowi na to, by sam nazwał to uczucie, które Amayą czy innym bohaterem targa, tylko mówisz odbiorcy, co i jak ma myśleć.
Również w przypadku narracji masz tendencję do powtórzeń, a przez to i dłużyzn. Niejednokrotnie powtarzasz te same informacje, tylko różnymi słowami. Narracja traci na płynności, a w przypadku sceny dynamicznej… również na dynamice. Przykłady wypisałyśmy ci w trakcie tworzenia oceny, więc nie będziemy ich tu powtarzać. Ostatnio na WS pojawił się artykuł dotyczący tzw. lazy writingu, koniecznie zapoznaj się z obydwoma częściami, bo praktycznie wszystkie wymienione tam aspekty dotyczące stylu (i niektóre dotyczące fabuły) pojawiają się w twojej pracy: 



FABUŁA A EKSPOZYCJA

Niemożliwie rozwlekasz się nad głupotami, które nic nie wnoszą do tekstu. To dlatego dostajemy chociażby niesamowicie długą scenę dotyczącą rysowania. I okej, fajnie, że to jest dla bohaterki jakiś eskapizm, ale dla samej fabuły i powieści – nie jest to tak ważne. Stąd też jawi się jako brzydki zapychacz, gdy tuż obok nie pokazujesz nam sceny rozmowy Amayi z Adrielem, choć aż się o nią prosi. Nie, czytelnik musi czekać na to, co dotyczy fabuły i pcha ją w przód, bo Amaya chce koniecznie narysować jakiś kwiatek, a potem odwiedzić jeszcze kogoś i mu też pojojczyć... 
Często między akapitami niczego ważnego widziałyśmy naprawdę spory potencjał na sceny, które mogłyby się pojawić. Dzięki nim miałabyś szansę na rozwinięcie portretów psychologicznych bohaterów albo pokazanie nam fantastycznego uniwersum, ale… nie dostawałyśmy tych scen. Bo przeskakujesz momenty, które dla samego tekstu są ważne, ale tobie nie chce się ich rozpisywać. A przez to praktycznie cały przekaz to przekaz przez ekspozycję i streszczenia (wykluczając sceny dobrze napisane, chociażby śmierć siostry). Nie opowiadasz, tylko relacjonujesz w bardzo suchy sposób. Dlatego też nie mamy poszczególnych scen, na przykład sceny gości witających się na balu, tylko jesteśmy zasypywani informacjami o tym, kto i skąd miał biżuterię. Oraz w jaki sposób ta biżuteria została wytworzona, dlaczego była uważana za najlepszą… Kiedy to zupełnie niepotrzebne informacje. Nie robisz selekcji materiału, co gorsza, nie przemycasz go mimochodem, tylko wciskasz go na siłę w nienaturalny sposób tam, gdzie zupełnie się nie nadaje. Przez to czytelnik nastawia się na scenę wypełnioną akcją, a dostaje notę encyklopedyczną dotyczącą pochodzenia materiałów z różnych państw.
Z kolei to sprawia, że tekst prezentuje głębokie ubóstwo fabularne – nie dzielisz tekstu na pierwszy plan i tło. Bo to drugie po prostu zjada całą resztę i przyćmiewa. Zamiast poznawać bohaterów z dialogów albo ich przeżyć, zarzucasz nas zupełnie nieistotnymi, suchymi faktami dotyczącymi uprawy jedzenia na dziwnych, krowo-podobnych zwierzętach, męczysz informacjami o pochodzeniu biżuterii.
W pierwszym rozdziale wrzucasz też jednorazowo bardzo dużo nazw państw, miejscowości – w zasadzie nie wiadomo czego, bo po prostu tego nie tłumaczysz. Zarzucasz czytelnika nadmiarem informacji, które potem trudno sobie przypomnieć. Nie mamy pojęcia, czym w zasadzie była Yaala. Jakąś latającą wyspą? Miejscowością? Całym królestwem? Zamkiem? Do tego nie pamiętamy imion i funkcji niektórych postaci, które pojawiły się w tekście – na przykład wszystkich znajomych Naosa. Nie jesteśmy też w stanie przytoczyć praktycznie nikogo poznanego na balu, poza Thorinem, bo, no cóż, mocno mi się kojarzy. A przecież scena tej fety znajdowała się w ostatnim czytanym przez nas rozdziale!
Wspominałyśmy już o felietonie Andrzeja Sapkowskiego. To tak odnośnie problematyki z nazewnictwem, która występuje w tekście (myślę o Verdanie, Thorinie i tak dalej).
Strasznie męczące jest też to, w jaki sposób krążysz wokół ważnych wątków. Budowanie napięcia to jedno, pozostawianie w lekturze subtelnych, nierzucających się w oczy hintów – to drugie, ale wodzenie czytelnika za nos przez kilkadziesiąt stron, ciągle powtarzając, jaki ten dar był zły, straszny i niedobry, nie pokazując, dlaczego właściwie w ogóle tak uważano i o co z nim w ogóle chodzi, jest po prostu męczące. 


OPISY OTOCZENIA I WYGLĄDU

Opisów w tekście jest dużo. Niestety polegają one, zwłaszcza w przypadku wyglądu oraz miejsc, na wrzucaniu wszystkiego jak leci, w efekcie każdy opis to podobna wykreślanka listy kolejnych elementów. Pojawiamy się w jakimś pomieszczeniu i natychmiast informujesz nas, co stało w rogu, co wisiało pod sufitem, pod jakim kątem ustawiono łóżko: oczywiście hiperbolizuję, ale mam nadzieję, że zrozumiesz, o co chodzi. To tak, jakby dowiadywać się o tym, ile dziur miał leżący na stole kawałek sera, mimo że bohaterka w ogóle go nie dotknie, nie posmakuje, a nawet nie poczuje jego zapachu, ergo zupełnie na nią ten przedmiot nie wpłynie. Oczywiście, niekoniecznie potrzebna jest interakcja z danym przedmiotem. Przykładowo plakaty zespołów rockowych na ścianie pokoju nastolatki powiedzą nam trochę o tym, jaką jest osobą, natomiast zupełnie niepotrzebne elementy tylko rozwleką tekst.
Podobnie jest z opisami ubrań. Wiele czasu (i miejsca) poświęcasz na opis tego, w jaką sukienkę ubierała się Amaya, jak wyglądały włosy bohaterów… i okej, to jest do obronienia, ale tylko jeśli pokażesz to przy okazji. Zamiast pokazać, jak Orfanie dbali o swoje piękne włosy, czesząc je i pielęgnując, sucho informujesz nas, że to robili. Nie przekazujesz, że Amaya wcierała we włosy zioła, które pięknie pachniały (mogłaby się nawet porozwodzić nad tym, że ten zapach dobrze się jej kojarzy) i sprawiały, że jej włosy były mocne i lśniące. Nie widzimy tego rytuału, przez co ich ważność jest umniejszona. Zamiast tego piszesz: mieli piękne włosy, dbali o nie, kropka. Ewentualnie niespodziewanie wplatasz informacje o tych nieszczęsnych włosach, podczas gdy czytelnik czeka na scenę obiadu/kolacji. Chcesz o czymś opowiedzieć? Zastanów się, do jakiej sceny będzie to pasować. Tak samo chodzenie boso podczas obchodzenia uroczystości związanych ze śmiercią Kha. Nie mów: chodzili boso. Pokaż, jak to robią, pozwól czytelnikowi poczuć chłód kamieni pod bosymi stopami Amayi.


OPISY PRZEŻYĆ WEWNĘTRZNYCH BOHATERÓW

Opisy przeżyć wewnętrznych są zabite przez łopatologiczne określenia. Są to informacje przedstawione jako gołe fakty: Amaya się bała. Amaya była smutna. Amaya była zła. Piszesz o strachu? Pokaż to nieszczęsne kołaczące serce, drżące palce, przyspieszony oddech, niespokojne spojrzenie, nerwowy ton. Piszesz o smutku? Niech zimno rozchodzi się od torsu Amayi, niech łzy zbierają się w kącikach oczu, a usta drżą od powstrzymywanego szlochu. Piszesz o złości? Niech jej będzie gorąco, niech zaciska zęby i palce niemalże do bólu, niech aż kłuje ją w piersi z tej wściekłości. Ale nie pisz: była [określenie]. Czytelnik sam połączy kropki i zrozumie, co przeżywa twoja postać.
Kilkukrotnie w ocenie chciałyśmy cię za to pochwalić. Chociażby pod względem oddawania przeżyć wewnętrznych Naosa w scenie przeprawy przez pustynię albo w czasie sceny, w której Amaya badała krowę. Potrafiłaś wczuwać się w swoje postaci i pisałaś o bólu pulsującym intensywnie, o wirujących obrazach, o braniu wdechów, nogach jak z waty i tak dalej… I już prawie cię chwaliłyśmy, naprawdę, tylko nagle pojawiały się inne głupoty, które zwracały naszą uwagę albo pojawiało się tych emocji i dodatkowych ekspozycji i zanim zdążyłyśmy się porządnie wczuć, już nas zmęczyłaś. Te fajne opisy giną w tłumie niefajnych i czytelnik może je łatwo przegapić, nawet ich nie zauważyć i odpowiednio przeżyć. Kiedy większość autorów ma problem i zamiast pokazywać, tylko eksponuje, pisząc: bohater czuł się tak i siak, ty ekspozycję ubierasz w dodatkowe przykłady zachowań i znów mamy przesyt wszystkiego. Mamy więc: Amaya czuła się źle, więc się skrzywiła. A gdyby tak tylko się skrzywiła…? 
O tyle dobrze, że tworząc ogromne, przeładowane odczuciami akapity, teraz łatwiej ci je będzie przepracować. Po prostu wytnij bez żalu większość zdań, w których piszesz o tym, jak czują się twoi bohaterowie. Wtedy istnieje prawdopodobieństwo, że zostaną ci tylko konkretne przeżycia ukazujące emocje, z których czytelnik wszystko wywnioskuje sobie sam. I wtedy dopiero zacznie bawić się tekstem, realnie go chłonąć, wnioskować. (No oczywiście, jeśli jeszcze fabuła stanie się dla niego interesująca. Czy jednak pozwolą na to wszędobylskie dziurska logiczne i bohaterowie? Zaraz do nich przejdziemy, spokojnie). 
Jeszcze odnośnie do opis przeżyć wewnętrznych: warto, byś do danej sytuacji dobierała po kilka emocji, które faktycznie będą do niej pasować. Na przykład Amaya nie powinna wpadać w histerię, gdy (wymyślam) złamie się jej ołówek. Tutaj nie ma miejsca na wielką złość i zgrzytanie zębami. Jest miejsce na poirytowanie, zaciśnięcie ust, ciche westchnięcie. Ale nie na rzucanie przedmiotami po pokoju, chyba że postać faktycznie miałaby zadatki na histeryka. Jednak nie sądzę, byś akurat chciała, by Amaya była aż taką drama queen. Obecnie mamy przerost formy nad treścią. Amaya jęczy, jak to nikt jej nie kocha, wszyscy się nią brzydzą, przeżywa każdą sytuację, a potem… jakby nigdy nic informujesz nas, że no tak właściwie, to była spokojna niczym ta tafla jeziora w bezwietrzny dzień, bo przez lata nauczyła się odcinać od swoich emocji. To wszystko po tym, jak histeryzowała o najdrobniejszą głupotę. Przez to, gdy dochodzi do faktycznie emocjonujących scen, trudno kupić zachowanie Amayi. Bo już wcześniej, przy najmniejszych pierdołach bohaterka zdążyła zmęczyć nas swoją wieczną histerią i kręceniem dramy z byle powodu. 
Jakby tego było mało, to jęczenie nijak nie pokrywa się z rzeczywistością. Amaya płacze, że nikt jej nie lubi, kiedy lubią ją wszyscy: Renna, Theron, Renon, Finn… nawet Adriel żywi do niej jakieś pozytywne uczucia, mimo że Amaya traktuje go po prostu paskudnie (choć chłopak zupełnie sobie na to nie zasłużył!). Mocno przekłamujesz narrację i uczucia bohaterów względem tego, co faktycznie dzieje się w tekście.

DZIURY LOGICZNE

Już przy poprawności wspomniałyśmy o pojawiających się koszmarkach ze względu na nieznajomość niektórych słów. Mieszkanie jest małe, ale przestronne. Finn miał wielkie gospodarstwo, ale pole rozciągało się tylko na kilkadziesiąt metrów. Król, za noszenie zbyt długich włosów, karał swych poddanych wrzuceniem ich do lochu. Ale w sumie to nikt jeszcze nie złamał tego zakazu, więc tak właściwie to nie karał. W pomieszczeniu było ciemno, ale jednak jasno, bo świecił księżyc i gwiazdy. Królowa bała się ciemności, ale nie lubiła też światła pochodni, choć przecież w quasi-średniowieczu zwykle nie było na zamku innego źródła światła. Za to przyjęcie organizowane z okazji święta było huczne, przybyło na nie mnóstwo gości, ale w sumie to prawie nikt nie przyjeżdżał. Naos  miał do przeskoczenia kilka, ale właściwie kilkanaście metrów. Wiele rzeczy wynika z braku researchu, drugie tyle z wodolejstwa. Zamiast zastanowić się nad racjonalnością sceny, upychasz kolejne słowa i epitety, byle tekst brzmiał bardziej kwieciście. Niestety, czasem mniej znaczy więcej.
Inne motywy rozchodzą się w szwach w myśl: po co logika, to fantastyka. Dlatego upychasz na siłę te fantastyczne rzeczy. Mamy więc smoka, który mieszka sobie w klatce pod sufitem i nagle dowiadujemy się, że Amaya bez trudu go wypuściła. No dobrze, każdy chce mieć w tekście fajne rzeczy, ale niechże mają sens! Przecież Amaya nie lewitowała do tego smoka. Można to obronić jakimś stołkiem czy drabinką, po której weszła, by sięgnąć do klatki… ale w takim razie to zupełnie bez sensu, bo skoro uwalniała go, by podpalił świece, to musiała tam wejść po ciemku, a to strasznie niepraktyczne.
Dalej mamy te krowopodobne zwierzęta, na których uprawiano jedzenie. Okej, brzmi magicznie, ale… co z tego, skoro nadal zwykła uprawa na ziemi wydaje się zdecydowanie lepszym pomysłem? Ziemia jest płaska, nie rusza się i nie pada z głodu. To znaczy, oczywiście, sadzone rośliny mogą uschnąć, ale jednak samo podlewanie i nawożenie pól uprawnych wydaje się mniejszym problemem niż magiczne zwierzęta, które bolą kości, bo ogrodnik za mało je podlał.
Skoro już przy podlewaniu jesteśmy: dlaczego Finn, który zajmuje się tymi krowami od wielu lat, nie wpadł na to, by podlać Stokrotkę? To powinna być jego pierwsza myśl przy objawach wskazujących na to, że z krową jest coś nie tak. Ale nie – gdy tylko Amaya przychodzi w odwiedziny, sugestywnie opowiada jej o chorej krowie, by przypadkiem koleżanka powiedziała mu, co może jej dolegać. Dlaczego Finn nie potrafi zająć się swoimi zwierzętami?
Będąc przy Amayi i jej darze, nie sposób nie wspomnieć o tym, że Finn nie chciał przyjąć od Amayi pieniędzy, które mogłyby mu pomóc zarówno z gospodarstwem, jak i chorą matką, ale proszenie przyjaciółki o to, by zbadała krowę, jest już okej. Mimo że dotykanie żywej istoty sprawia, że Amaya odczuwa ból. Przecież to okrutne. A oddania mu tych pieniędzy pewnie nawet by nie poczuła. Tym bardziej, że chodziło o matkę przyjaciela, a więc kwestię, o której Finn nie powinien nawet dyskutować, nie widzimy tu miejsca na unoszenie się dumą, jeżeli tylko Finn ma być postacią rozsądną i pozytywną. 
Dalej mamy sytuację, gdzie na latającą wyspę dostać się można tylko tajemną ścieżką. Gościom zasłania się oczy, podaje otumaniające eliksiry, po czym… narrator twierdzi, że nooo, w sumie to pewnie jakby ktoś chciał, to i tak by się dostał w jakiś inny sposób. Po co więc ta cała szopka? Tym bardziej że jednak Księżycowe Elfy trafiają na przyjęcie z myślą zamordowania rodziny królewskiej. Nie wiemy, czy w kolejnej notce dowiedziałybyśmy się, jak to zrobili (tej kwestii akurat jesteśmy ciekawe), ale… na wyspie znajdowały się wtedy władcy również innych krain. Jakby się uprzeć, można by ciemną mgłą wytruć wszystkich na zamku, bez względu na czyjeś pochodzenie. A gdyby tak elfy przypadkowo wytłukły Thorina z rodziną? Chyba nie taki akolici mieli plan, nie? 
Bal. Oraz Finn pojawiający się na tym balu. Jednocześnie piszesz, jak to Amaya nie powinna zadawać się z jakimś gościem z Dolnej Yaali, bo to wstyd dla księżniczki, napominasz, że na uroczystość zapraszano najznamienitszych gości… aż tu nagle Finn pojawia się na przyjęciu. Bo tak. Choć ma tylko kilkadziesiąt metrów ziemi. Przecież to zupełnie nie ma sensu.
Jedną z największych głupot jest oczywiście Naos i jego podróż przez pustynię. Ilość imperatywów narracyjnych, która tam wystąpiła, jest po prostu zatrważająca. Pojawił się również nieśmiertelny brak researchu (ponownie). Naos szedł przez burzę piaskową, która nic mu nie robiła. Owszem, wspominałaś, że był zmęczony, że się dusił, że ręce mu mdlały… aż tu nagle wpadł do systemu korytarzy pod pustynią (co samo w sobie jest już głupie, przecież ten piasek mógł się osypać!), wstaje i zaczyna biec. Choć jeszcze przed momentem był niemalże umierający.
Ach. Oczywiście szczęśliwie znajduje na pustyni kamień, który świadczy o tym, że portal powrotny znajdował się gdzieś w pobliżu. Po pierwsze, taki kamień (w końcu mieścił się w dłoni) mógł zostać łatwo przysypany przez piach. Po drugie, odsypanie tego sypkiego, suchego piasku na pustyni w burzy jest praktycznie awykonalne; wszystko, co odkopiesz na bok, zsunie się od razu. Po trzecie, niby ten portal i korytarze były takie sekretne, ale jednak zostawiano na powierzchni leżące luzem kamienie, które wskazywały na ich położenie. To się po prostu nie klei. Ale na koniec tłumaczysz wszystko na zasadzie: bo wiesz, czytelniku… to magia! *mrug, mrug* – ostatecznie niemal każdy imperatyw tłumaczysz magią. Tak też portal ostatecznie lewituje sobie w powietrzu, podczas gdy most i pół stropu się zawaliło, a wszystko akurat przez głównego bohatera w opałach. Bo pewnie gdyby szedł tamtędy ktoś inny, to pewnie most by się nie zawalił, przejście otworzyło najnormalniej w świecie. Ale Naos to Naos – biednemu zawsze piach w oczy i chleb masłem do ziemi, więc bohater musi zrobić wokół siebie syf i bardzo przy tym się bać i cierpieć. Oczywiście mimo pozornej trudności, bohater nie ma też większego problemu z dostaniem się do tego portalu. Choć jeszcze chwilę wcześniej był niemalże umierający. Nie przeszkadza mu to też w otrzepaniu się i pójściu na zebranie. Ale do tego jeszcze wrócimy.
Podobnie mogłybyśmy się tutaj rozwlekać nad zachowaniem Amayi. Najpierw bohaterka mówi, że rozumie, jak ważny jest sojusz ze Słonecznymi Elfami, a zaraz potem focha się i stroszy piórka, że to wszystko bez znaczenia, bo w końcu i tak ich zaatakują, a tak w ogóle to ten pokój jest przypieczętowany już dawno i po co im to całe małżeństwo! No właśnie, po co. Przecież nie dlatego, że w monarchii od małego wiadome jest, że księżniczki wydawane są za mąż, by poszerzyć lub polepszyć wpływy polityczne. No co ty, nu-nu, tak się przecież działo tylko w tych wszystkich mrocznych, poważnych filmach historycznych dla starych-dorosłych, ale w miłym i kolorowym fantasy dla młodych-dorosłych odbiorców królowie są od tego, żeby niczego nie wymagać od swoich dzieci i wystawiać huczne przyjęcia. Tak, tak, na pewno. 
Mam wrażenie, że na siłę dobudowywałaś kolejne rzeczy do rzeczywistości twoich bohaterów, ale zupełnie się w niej pogubiłaś. Przede wszystkim powinnaś zastanowić się, czy wszystkie elementy świata przedstawionego mają sens. Doklepywanie kolejnych informacji o cudownej biżuterii, pięknych włosach i kryształowych króliczkach nie sprawią nagle, że król przestanie być nagi.


DIALOGI

W twoim tekście dialogi to tylko kolejna część ekspozycji. Bohaterowie w rozmowach są niemożliwie sztuczni i męczący. Wyrzucają kolejne zdania tylko po to, żeby wyrzucić najpotrzebniejsze informacje, a potem scena się urywa. Brakuje też idiolektu, który sprawiłby, że każdy bohater brzmiałby jak żywa osoba, a nie kolejny byt ze zbiorowej jaźni.
Absolutnie wszystkie postacie wypowiadają się w identycznym tonie. Nie mają ulubionych słówek, które czasem powtarzają, nie mają nawet zmieniającego się tonu głosu czy zachowań, które jakoś by ich rozróżniały. Na chwilę przełamuje to Renna w scenie przygotowywania Amayi do święta poświęconego Kha… ale to, że w tragiczny sposób odnosi się wtedy do księżniczki, to już inna sprawa.
Absurdalne jest również to, że Amaya jako księżniczka w rozmowach z Finnem, który jest mieszczaninem, dogaduje się świetnie, a z ich różnic w wykształceniu nie wychodzą chociażby zabawne, sympatyczne sytuacje, że bohaterowie tłumaczą sobie różne słowa, których nie znali z innego środowiska. W ogóle ludzie z innych krain, a nawet przedstawiciele innych ras – wszyscy wyrażają się zupełnie tak samo. Bez względu na środowisko, w którym się wychowywali czy wiek. 
Podczas balu Amaya rozmawia z gośćmi. Zupełnie nie przemyślałaś tego, jak wygląda etykieta na dworze. Przez to Amaya mówi do króla sąsiedniego królestwa per „pan”, własnego ojca określa w swoich partiach narracyjnych po imieniu, matkę nazywa mamą – trochę można się w tym pogubić. Jakby tego było mało, Amaya w czasie tego nieszczęsnego balu dodatkowo gości obraża, ale to przecież ten cały świat dookoła jest zły i straszny.


BOHATEROWIE

O bohaterach właściwie trudno jest cokolwiek napisać, bo choć nie prowadzisz narracji personalnej (ale też nie do końca jest to narrator wszechwiedzący), to w zasadzie wszyscy bohaterowie nikną na tle Amayi. Na moment pojawia się Naos, ale dostaje stosunkowo niewiele czasu antenowego w porównaniu do głównej bohaterki. Nie zrozum mnie źle, to nic złego, jeśli w powieści jest główny protagonista i wokół niego skupiają się wydarzenia, ale ten protagonista potrzebuje tła do działania. Tu nie ma nawet tła, są puste kukły. Stworzone tylko po to, aby Amaya mogła wchodzić z nimi w interakcje i albo pokazywać, jakie ma talenty, albo by nam przypominać, że jest łaskawa i dobrotliwa, i pomocna, albo ukazywać, jak jest elokwentna i mimo że scenami nie pokazujesz żadnej jej nauki, w dialogach na balu bryluje jak nie wiedzą, to ciętym językiem, którego też nie wiadomo od kogo się nauczyła, skoro wszyscy dookoła niej są grzeczni i mili. 
Chyba w trakcie kreacji bohaterów zachowujących się w danych scenach zupełnie zapomniałaś, że niektóre cechy charakteru nie biorą się nagle i znikąd. Jeżeli ktoś przez całe życie nieuczony jest pyskówki, a etykiety, nie będzie sypał sarkastycznymi uwagami jak z rękawa. U ciebie jednak bohaterowie dostosowywani są do sceny – do jej zakończenia takiego, jaki sobie wymyśliłaś. A powinno być odwrotnie: bohater o przemyślanym charakterze powinien wyznaczać, którędy pójdzie fabuła. Inaczej będą prowadzić ją imperatywy, niedorzeczne decyzje bohaterów wzięte z kosmosu, a w dialogach pojawiać się będą słowa niepasujące do sylwetki psychologicznej postaci. I wszyscy napisani będą na jedno kopyto – ot, po prostu niespójnie. Stąd się biorą też niektóre wyżej wspomniane dziury fabularne; brak konsekwencji.
Bohaterowie albo reagują na wydarzenia histerycznie oraz w przerysowany sposób, albo są zupełnie apatyczni. W histeryzowaniu, o czym było już wcześniej, króluje Amaya. Z kolei Theron, Renon oraz Finn to postaci, które po prostu pojawiają się, żeby wyrzucić kilka zdań i pozwolić Amayi dalej rozpaczać nad swoim marnym losem.
Dużym problemem jest to, że powielasz zachowania bohaterów. Wspominałam, że ciągle ktoś kogoś łapie za ramię. A do tego każdemu bohaterowi w stresującej sytuacji serce obija się o żebra. Takie powielane schematy pokazują tylko, że jeszcze wiele przed tobą, jeśli chodzi o wyrobienie warsztatu. Ubogość słownictwa w znacznym stopniu wpływa na to, w jaki sposób wykreowani są twoi bohaterowie. A właściwie: ile im brakuje do bycia pełnokrwistymi postaciami, żywymi ludźmi. W końcu każdy będzie reagował inaczej na stresową sytuację: jeden się rozpłacze, inny nie będzie mógł się ruszyć, po jeszcze kimś innym spłynie to jak po kaczce.
Mam wrażenie, że zupełnie nie przemyślałaś backstory swoich bohaterów. Mamy na przykład Finna, który niby ma tam jakąś chorą matkę, niby ojciec mu umarł i Finn odziedziczył gospodarstwo, ale… co z tego, skoro w zasadzie nie wiemy, czy jest jakimś ważnym gościem czy nie, bo przecież niby pojawia się na balu, ale z drugiej strony Amaya nie powinna być z nim widywana. Poza tym za chwilę dojdzie jej jeszcze Naos, ma też narzeczonego. Trzy rozdziały za mną, a główna bohaterka ma już trzech potencjalnych adoratorów, tak podejrzewam. W dodatku inni mężczyźni również zwracają uwagę na jej piękno. To naprawdę rzuca się w oczy.
Starsi mężczyźni zachowują się jak dobrzy wujaszkowie. A to rzucą żarcikiem spod wąsa, a to zaśmieją się radośnie. Ogólnie król to taki dobry wujaszek, co to pociesza swoją służkę, niby karał, ale w sumie to nie, wszyscy go kochali i takie tam. Renon tak samo. Zachowuje się jak dobry dziadzio (teoretycznie wujaszek, ale jest starszy, więc niech będzie dziadek), a to kwiatka uratuje, a to ziółek zaparzy i przed tym złym ojcem pozwoli się schować. Theron identycznie: król zakazał ci rysować? A to dawaj, będę cię uczył w sekrecie.
Kilka słów o Theronie: niby rysować nie umiał, ale na wszystkim się znał. Aha, no tak, niby nie trzeba być piekarzem, żeby ocenić jakość chleba, ale z drugiej strony nie wszystko da się wyjaśnić teorią. Zwłaszcza gdy chodzi o tak skomplikowaną sztukę jak rysunek. Z drugiej strony Theron zna Amayę nie od dziś, a jednak w ostatniej chwili musi się powstrzymać, żeby jej przypadkiem nie dotknąć. Takie zachowania powinien mieć raczej wyuczone. Tutaj ponownie wychodzi źle wykreowane backstory bohaterów.
Wszyscy bohaterowie odnoszą się też do królewskiej córki jak do dobrej koleżanki. Mam wrażenie, że ta rodzina królewska to taka tylko na papierze, nikt się tam ich nie boi obrazić, nikt ich nie szanuje, a Renna w ogóle ciśnie Amayę, jakby była pierwszą lepszą chłopką pasącą świnie, nie córką króla.
Skoro już przy służbie jesteśmy: zdecydowałaś się zrobić ze służących czarne charaktery w karykaturalnej postaci. Przez to mamy komiczną wręcz scenę, w której obie służące nasłuchują, a potem kliszowo obrabiają Amayi tyłek… Wiedząc, że o tej porze powinna być w łaźni, robią to… w łaźni.
Z Naosem jest podobnie. Starałaś się stworzyć bohatera, który będzie miał jakieś ułomności. Dowiadujemy się, że nie panuje nad swoją Nocną Stroną/Naturą/Formą. I to byłoby jeszcze w porządku, gdyby na tym poprzestać. Ale Naos zostaje wybrany do super ważnej misji, gdzie nie ma miejsca na pomyłki! Ma zabić rodzinę królewską wrogiego państwa, a jego mistrzowie wiedzą o problemach, jakie ma z władaniem mocą oraz niesubordynacją. A mimo to i tak to właśnie on ma się tym zająć. Ostatecznie to taki Gary Stu, któremu wszystko się udaje, choć na siłę starasz się nam wmówić, że te przeciwności na jego drodze są takie straszne i trudne do pokonania.
Na sam koniec jest creme de la creme, Amaya, naczelna Mary Sue tej historii. Akceptuje każdego, nie to co jej zły ojciec, zna się na weterynarii (czy może bardziej botanice?), jest dobrotliwa, łaskawa, ach, taka cudowna, pięknie rysuje, a do tego wygląda na to, że każdy ma na nią chrapkę (Adriel i ten król z krainy fontem nazwanej… bodajże Verdany – a przecież do grona adoratorów najpewniej dołączy zaraz Naos). Za chwilę będziemy mieć sztampowe pozbycie się opkowych rodziców – motyw ugrany, że hej... Bo bohaterkę, która wmawia sobie, że uciska ją cały świat, już mamy. Choć w rzeczywistości wszyscy są dla niej dobrzy albo, co najwyżej, neutralni. (Bo przecież służba się nie liczy, co nie, Finn?). 
Najbardziej porażające są dla nas jednak jej kontakty z Adrielem, który przecież się stara, jest dla niej miły, mimo że księżniczka ciągle jest ofochana. Amaya zupełnie nie myśli o tym, że przecież Adriel jest w dokładnie tej samej sytuacji co ona: oboje zostają wrzuceni w zaaranżowany mariaż ze względu na sytuację polityczną. Poza tym stara się nie naruszać jej strefy osobistej (decyduje się jej nie całować), a dotyka jej ust tylko w nerwach. Ratuje Amayę z niezręcznej sytuacji, a ona jeszcze go za to beszta. Mam wrażenie, że choć Amaya myśli o sobie jako o takiej łaskawej pani, w rzeczywistości jest po prostu okropna.
Do tego Amaya jest tragiczną malkontentką; nie wiemy, czy nadawanie tej cechy charakteru głównej postaci to dobry pomysł – w połączeniu z nudną formą i znikomą fabułą niezrównoważona psychicznie bohaterka, do tego będąca zwykłą męczybułą może zniechęcić czytelnika do dalszej lektury tak, jak zniechęciła nas. Wierz nam, czytałyśmy na WS gorsze pod względem ekspozycji i dziur fabularnych teksty (Miasto, Kroniki Podziemia, Cherub…), ale byłyśmy w stanie przebrnąć przez znacznie dłuższy materiał, w którym jednak coś się działo. Do twojego tekstu zniechęciły nas: Amaya i wydłużona maksymalnie forma przekazu, wodolejstwo. Bo sam pomysł na bajkę masz naprawdę ciekawy. 

No właśnie. Bajkę. Zastanów się nad obecną fabułą. Dla kogo chcesz pisać? Jeżeli dla młodszych odbiorców – niektóre imperatywy pojawiają się w wielu historiach i naprawdę nie przeszkadzają; roślinna krowa czy nawet kamień na pustyni jako naiwne rozwiązania dałoby się obronić, gdyby tylko napisane zostałyby z myślą o dzieciach. Wtedy i okropna księżniczka, która po życiowej lekcji, jaką jest śmierć rodziny, musi stać się lepsza i dać z siebie wszystko, też będzie dobrym materiałem na opowieść, i to z jakim bogatym morałem! Jednak wydawało nam się, głównie ze względu na język, którym piszesz, styl, którym się posługujesz, i długość całej pracy, że twoimi odbiorcami bazowo nie miały być dzieci. Ale niestety dorosły odbiorca to odbiorca bardziej świadomy niektórych uproszczeń i przesad, może mieć problem z naiwnością niektórych fragmentów, rozwiązań fabularnych oraz z działającą na nerwy Amayą, która sama ma już osiemnaście lat. No właśnie. Jeżeli zdecydujesz się pisać dla młodszych, obniż wiek tej bohaterce. Naprawdę miałyśmy realny problem z wczuciem się w Amayę, mając również świadomość, że księżniczka jest już pełnoletnia. Stara, a głupia. 
Nie żeby osiemnastolatki były skarbnicą rozsądku i doświadczenia życiowego, ale być może patrzysz na ten wiek przez pryzmat kultury współczesnej, europejskiej. W średniowieczu wychowywanie dzieci wyglądało, cóż, zapewne inaczej. To były, wiesz, inne czasy. Z podobną kwestią mierzyłyśmy się już w wielu ocenianych tekstach, ale jeden mocno zapadł nam w pamięci. Zerknij więc i tutaj: [Ocena 135: Kraina liliowego księżyca]. Znajdziesz tam kilka sporych akapitów (i komentarzy) o tym, dlaczego pisanie fantasy, którego czasy przypominają średniowiecze, a ustrój polityczny – monarchię, nie powinno się obejść bez choćby podstawowego researchu i dlaczego skrajności w kliszy rebellious tomboy princess są dla dorosłego odbiorcy pretensjonalne i, jednocześnie, pejoratywne. Niemniej, jak pisałyśmy, ogólny zarys fabularny – pomysł na Orfanów, Księżycowe Elfy i główny spisek tych drugich masz ciekawy, przyjemny i coś może z niego być. Dlatego warto, byś pracowała dalej. Choć obecnie tekst kuleje na bardzo wielu poziomach, ma też wiele dobroci, dla których chciałoby się czytać do końca, gdybyś nadała całości... lekkości oraz dostosowała historię oraz narrację do odbiorcy. I właśnie do tego gorąco cię zachęcamy. A ponieważ dziś nie oceniłyśmy całego tekstu, nie podamy ci noty końcowej. Będziemy jednak trzymać za ciebie kciuki.
Powodzenia! 


12 komentarzy:

  1. Co do tych krów - w sumie miałoby to sens, gdyby wyrastały na nich jakieś specjalne, wyjątkowo smaczne lub o specyficznych właściwościach rośliny. Np. Warzywa będące przysmakiem bogaczy. I byłoby też logiczniejsze, że księżniczka zna młodego hodowcę takich muciek.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Po przecież służba się nie liczy, co nie, Finn?" - "Bo"
    W ogóle po przeczytaniu oceny pomysł na powiadanie wcale nie wydaje się autorski. Strasznie przypomina fabułę animacji na Netflixie "Smoczy Książę". Też są Słoneczne/Księżycowe elfy, tak samo Księżycowe Elfy wysyłają skrytobójców na ludzką rodzinę królewską, a jedna z zabójczych elfek zakochuje się w ludzkim
    księciu (w sumie to jest pasierbem króla). Ten pasierb umie malować, interesuje się magią i w ogóle to jest strasznym dupkiem xD. No jak dla mnie za dużo podobieństw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Swoją drogą bardzo przyjemna animacja, polecam!

      Usuń
    2. Den i Sko: po co beta, przecież to grupówka
      Też Den i Sko: ¯\_(ツ)_/¯

      :D

      Usuń
    3. [A animację chętnie obejrzę, teraz również z ciekawości odnośnie do tych podobieństw; faktycznie coś ich dużo]

      Usuń
    4. Też momentalnie miałam to skojarzenie! Na początku w ogóle myślałam, że to jest fanfik, bo nie dość że zobaczyłam te nazwy (Słoneczne, Księżycowe Elfy), to jeszcze w "Smoczym Księciu" też jest bohaterka o imieniu Amaya (chociaż pełni zupełnie inną rolę niż w tym tekście). Ale nie czytałam jeszcze w całości ocenki, więc nie wiem, na ile solidne są te podobieństwa i czy główne motywy ze "Smoczego Księcia" (a nie takie typowe, które pojawiają się w co drugim fantasy) są i tutaj.

      Usuń
    5. No, tak szczerze, robi się nieciekawie, bo zarzuty są poważne. xD

      Usuń
    6. Właśnie nie wiem, nie czytałam tekstu osobiście i nie miałam jeszcze czasu przeczytać dokładnie oceny, więc może te motywy (skrytobójstwo, zamach na królewską głowę, itd) da się podpisać po prostu pod ogólne motywy fantasy z lekką inspiracją akurat tym serialem? Ogólna fabuła Smoczego Księcia nie opiera się na tym ataku na rodzinę królewską czy romansie elfki z pasierbem, to są tylko elementy poboczne, a serial w dużej mierze kręci się też wokół postaci, więc jeśli charaktery i uniwersum nie są całkowicie przekopiowane (np. jeśli kultury Księżycowych Elfów czy kraj ludzi nie są takie same, jak w serialu), to wydaje mi się, że można najwyżej mówić o inspiracji? Ale nie posunęłabym się tak daleko, żeby powiedzieć, że autorka może całkowicie nie wiedzieć o SK i wszystkie podobieństwa są przypadkowe, głównie dlatego, bo poza tym wszystkim, co wymieniła Legasowk, nick autorki to Moonshadow Elve - a polskie Księżycowe Elfy to w oryginalnym dubbingu właśnie Moonshadow Elves, i w tym momencie zbieg okoliczności wydaje mi się zbyt duży.

      Usuń
    7. Z ciekawości zagłębiłam się w podstrony na Wattpadzie i zauważyłam, że na jednej z podstron pojawia się tytuł tej animacji z Netfliksa, więc to na pewno nie zbieg okoliczności:
      Przyznaję się bez bicia, "Dragon Prince" do jedna z inspiracji do książki - i rzeczywiście można znaleźć podobne wątki. Co prawda, Księżycowe Elfy pewnie nie są wymysłem twórców serialu, ale można powiedzieć, że podpatrzyłam od nich nieco wątków. (...) Całość przeszła przez drobne modyfikacje, gdzieniegdzie dodałam coś od siebie, inne rzeczy prawie w całości zmieniłam. Dążę do tego, że "Dragon Prince" sprawił, że Księżycowe Elfy zaistniały w mojej głowie i dzięki temu niewinnemu serialowi pojawiły się w książce. :)

      Mnie na przykład bardzo spodobał się motyw, którego nigdzie indziej jeszcze chyba nie spotkałam, a wyczytałam w tym opowiadaniu: elfy miały ogony. Generalnie z Den zapomniałyśmy wspomnieć w ocenie, pogadałyśmy o tym dopiero po publikacji, ale taka wizja jest całkiem smaczna, interesująca i osobiście chciałabym takich elfów zobaczyć/poczytać o nich coś więcej.

      [Ogólnie około-elfie tematy akurat dość mnie kręcą, więc animację tym bardziej obejrzę. Jak tylko skończę Piratów]. :D

      Usuń
    8. No nie wiem, dla mnie taka inspiracja już trochę za bardzo śmierdzi. W sensie nie mówimy tutaj o zapożyczeniu jakiegoś drobnego elementu, ale przeniesiony jest cały konflikt dwóch nacji. Moim zdaniem to trochę nie przystoi w tekście, do którego autorka dobudowuje bardzo dużo takiej otoczki tworzenia pracy na kilkaset stron, dobudowywania całych religii, pisania dodatków o historii świata, etc.

      No dla mnie to trochę niesmaczne. Nie ma nic złego w pisaniu fanfików, o ile są nazwane fanfikami. Ale inspiracja powinna znać granice.

      Usuń
    9. I oczywiście przeniesione są całe te nacje, jeśli chodzi o elfy. Samego seriali nie oglądałam, więc w stu procentach się nie wypowiem, ale tyle, co zapytałam moją mądrzejszą połówkę, to jednak sporo się tego nawinęło.

      Usuń
    10. *serialu.
      Boru, idę już spać, trzeba się w końcu doleczyć.

      Usuń