[261] Ocena tekstu: Krok do ciemności


Errata:
Pierwotnie ocena opublikowana została na portalu pod błędnym tytułem innego opowiadania. Ocena opublikowana została ponownie, z uwzględnieniem zmiany na przestrzeni całej treści, również w grafice, w podsumowaniu. Autorki obu tytułów za zaistniałą sytuację bardzo, ale to bardzo przepraszamy. 



Autorka: Kejt Elizabet
Gatunek: cyberpunk
Ocenia: Skoiastel


Przepraszam, że na niniejszą ocenę musiałaś czekać tak długo. Tego się właśnie obawiałam – że nadchodzący czas nie będzie dla mnie łaskawy pod kątem realizacji zobowiązań wydawniczych. Biorąc pod uwagę też, że następne teksty w mojej kolejce na WS to miniatury, postanowiłam wpierw wstrzymać się z ocenianiem, by do wszystkich tytułów przysiąść w pierwszym dłuższym wolnym terminie i zmierzyć się z nimi jeden po drugim. Liczę, że wykorzystałam ten czas jak najlepiej, a jego efekty spełnią Twoje oczekiwania.

Bez zbędnego przedłużania, zapraszam!


Prolog

Wątpliwości naszły mnie już w pierwszym zdaniu. Piszesz tak: Jest rok 2094. No i fajnie, dobrze wiedzieć, w jakim czasie rozgrywać się będzie akcja, że poprowadzisz tekst narracją w czasie teraźniejszym. Kolejne brzmi jednak: Świat pędził do przodu. Tutaj już mamy czas przeszły, co oznaczałoby, że ten świat pędził przed rokiem dwa tysiące dziewięćdziesiątym czwartym – tak właśnie to interpretowałam. Wątpliwość co do tego pojawiła się dopiero w kolejnym akapicie: Maszyny całkowicie zastąpiły nas w 2134 (…) i w tym momencie moja hipoteza upadła. Dlaczego więc cały prolog rozpoczęłaś od czasu teraźniejszego, skoro ledwo kawałek dalej przechodzimy już do kolejnej daty, a zaraz potem – następnej?

Edit: Okej, dałam się złapać na wędkę. Bardzo podoba mi się zarówno tłumaczenie tej anomalii (ludzie zaczęli liczyć czas wspak), jak i ogólna koncepcja fabularna (roboty nie potrafią kłamać, dlatego zapytane o rok udzielą innej odpowiedzi, nadal licząc czas w przód, nie w tył). Czy jednak w Twoim świecie maszyny, żyjąc wśród ludzi, nie nauczyły się – poprzez obserwację i analizę – by traktować obecny ludzki kalendarz jako obowiązujący i prawdziwy? Dlaczego roboty miałyby wyjść z założenia, że jest on kłamstwem i mieć problem z jego stosowaniem, z dostosowaniem się do obecnych standardów? Czy jeśli zmieniłoby się chociażby prawo, dajmy na to: przepisy ruchu drogowego, roboty również nie dostosowałyby się do wprowadzonych zmian, uznając je za kłamstwo? Trochę w to wątpię, bo nie byłoby to zbyt praktyczne i też nie świadczyło o inteligencji tych maszyn.

Koncept ten to jednak ciekawa kwestia, szczególnie gdy spojrzy się na niego przez pryzmat samej definicji kłamstwa. Według [WSJP] jest to «stwierdzenie niezgodne z rzeczywistością». Niedziwne, że dla robotów zaprogramowanych, iż czas liczy się w przód, właśnie ten system będzie prawidłowym, ale czy kiedykolwiek przestanie taki być…? Czy którakolwiek maszyna będzie w stanie – dzięki być może silniejszej adaptacji – złamać ten test na wzór Testu Turinga, a jeżeli tak, czy zrobi to w ramach naturalnego dostosowania świadczącego o faktycznej inteligencji, czy jedynie symulując ludzkie myślenie, ale nie wychodząc poza ramy SI? Mam cichą nadzieję, że właśnie to przełamywanie testu będzie którymś z wątków niniejszego opowiadania. Widzę w tym całkiem spory potencjał i żal byłoby go pominąć czy sprowadzić do jakiejś ułamkowej ekspozycji.

W tym czasie rozkwitły trzy rzeczy: przestępczość, szmuglerstwo i sport, a najpopularniejszym sportem stały się walki na arenie. – Szmugler, czyli przemytnik, pochodzi od niemieckiego rzeczownika Schmuggler, a od nich wziął się polski rzeczownik: [szmuglerka – WSJP], które widnieje w wielu słownikach. Szczerze mówiąc, w oficjalnych źródłach nie odnalazłam rzeczownika szmuglerstwo (pomijając stronę sjp.pl, którą tworzą językowi hobbyści i zapaleni scrabbliści); pierwszy raz zresztą mam z nim do czynienia.

Mimo że ryzykowne, były też najlepiej opłacane. Każdy bogacz miał swojego zawodnika. Jeśli był dobry, mógł podtrzymywać go przy życiu, korzystając z różnych metod. Sztuczne organy i kończyny były na porządku dziennym. – W środkowym zdaniu mamy domyślne podmioty tworzące dwuznaczności. Niemniej redakcja i korekta nie lubią niezamierzonych dwuznaczności, toteż sugerowałabym przekształcić: Jeśli (domyślnie: zawodnik) był dobry, podtrzymywano go przy życiu (…). Swoją drogą muszę przyznać, że zaskakuje mnie Twoja poprawność. Masz redaktora? Betareadera? Czy może zasady językowe są Ci aż tak bliskie? Tak czy inaczej pod tym kątem efekt końcowy robi wrażenie.

Ludzie w dzisiejszym świecie dzielą się na trzy grupy. Pierwsza stoi najwyżej w hierarchii. Nie dotyka[ją] jej głód[,] bieda[,] nędza i choroby. – Mamy tu podmiot szeregowy, a gdy w takich zdaniach pierwszy pojawia się czasownik, powinien on przyjąć liczbę mnogą (dotyczy wielu „składników”). Jeśli jednak zdanie brzmi Ci kanciasto, zawsze możesz zmienić szyk na: Nie dotykały jej choroby, bieda, nędza i głód. Przy czym tak się teraz zastanawiam czy aby nędza i bieda to nie wyrazy bliskoznaczne, które w tym kontekście będą przyjmować tożsame znaczenie? Nie wiem, czy jest sens, by aż tak się rozdrabniać.

Druga grupa, czyli reszta społeczeństwa[,] to zwykli ludzie[,] ledwo wiążący koniec z końcem. – Samo określenie zwykli ludzie stanowi podmiot, natomiast ledwo wiążący koniec z końcem to dopowiedzenie, które go dookreśla.

Przez elitę nazywani rebeliantami[;] przez robotników – bohaterami. – Średnik to oczywiście jedna z możliwych opcji. Nie sądzę jednak, byś zapominała o przecinku w takim miejscu. Podejrzewam, że albo zniknął w trakcie nanoszenia poprawek, może w trakcie akceptowania zmian redakcyjnych. Zdarza się tak, gdy nieostrożny korektor nanosi nową sugestię, nowe słowo, skreślając poprzednie, ale przez przypadek wykreśli też znak interpunkcyjny sąsiadujący z tym słowem (dość często ma to miejsce w korekcie po składzie i objawia się brakiem takich oczywistych przecinków czy spacji między wyrazami). Absolutnie się tym nie przejmuj – takie detale w ogóle nie będą miały wpływu na wynik końcowy. Wyszczególniam je tylko dlatego, byś mogła nanieść poprawkę do swojego pliku.

 

A co o samej fabule…?

Na razie niewiele, bo i za sobą mam tylko prolog. Muszę przyznać, że dobrze go wyważyłaś i wyczułaś, kiedy zakończyć opis dotyczący tła wydarzeń, którego ekspozycja była, zakładam, konieczna do zrozumienia dalszej fabuły. Wybrana forma nie jest zła i nie przeszkadza, ale gdybyś pociągnęła ją dłużej, napisała więcej – odniosłabym wrażenie, że czytam nie opowiadanie, a wypracowanie; charakterystykę świata przedstawionego. I choć nadal istnieje ryzyko, że czytelnik sprawdzający prolog przed dokonaniem decyzji o lekturze całości zrazi się opisową formą, tym razem chyba bym się tym nie przejmowała. A to tylko z uwagi na fakt, że tematyka i okoliczności, w których będzie działa się dalsza akcja, są zachęcające same w sobie. Mam nadzieję, że na dalszych stronach czeka mnie oryginalne podejście do sci-fi, a dokładnie cyberpunku. Widząc, jak poprawny językowo jest tekst, moją największą obawą pozostaje tylko to, czy pomysł na historię i postaci się obroni.

 


Rozdział 1

Zmieniłaś narrację z pierwszoosobowej na trzecioosobową i chałwa Ci za to. No, albo marcepan – zależy, co wolisz. Nie żeby przeszkadzały mi pierwszoosobówki, ale… okej, nie lubię pierwszoosobówek. Wiedziałaś, do kogo się zgłosić.

Przeszklona winda pędziła w górę z taką prędkością, że świat na zewnątrz wydawał się jedną, wielką rozmytą plamą. – Zastanawia mnie, dlaczego przecinek znajduje się akurat pomiędzy jedna a wielka. Nie oddzielałabym nim liczebnika od przymiotnika (jak w powiedzeniu: jeden wielki absurd), a dwa przymiotniki sobie równorzędne (jak w: długie, kręcone włosy). Tak więc tutaj zdecydowanie chodziło o jedną wielką, rozmytą plamę. Można interpretować to jako: jedna wielka plama, przy okazji rozmyta.

Tak, nadal to drobiazg i naprawdę nie wiem, czemu tak się o tym rozpisuję. Musisz mi wybaczyć, chyba dosięga mnie skrzywienie zawodowe. Powiedzmy, że dokładniej przyjrzę się interpunkcji głównie na początku opowieści, a potem będę pisać już o fabule (ewentualnie jakichś mniej oczywistych potknięciach czy ciekawostkach poprawnościowych), żeby przez przypadek ocena ta nie zamieniła się w korektę językową. Nie po to się tu zebrałyśmy.

Sayana rzuciła jeszcze okiem na największy latający bilbord (…). // Pchnęła drzwi i weszła do pomieszczenia, które utrzymane było w podobnym stylu, co korytarz. W sali na moment zapanowała cisza, a wszystkie spojrzenia skierowały się na nią. – Być może przez to, że przekleiłam ten cytat, dość mocno go skróciwszy, nie będzie tego aż tak bardzo widać, ale nadal będzie można usłyszeć dwuznaczność spowodowaną wprowadzeniem podmiotu domyślnego. Chodzi o to, że o ile w pierwszym zdaniu podmiotem jest Sayana, o tyle w ostatnim – podmiot ten uległ zmianie. Niestety zarówno Sayana, jak i cisza są rodzaju żeńskiego, a podmiot domyślny odprowadza zazwyczaj do ostatniego zgodnego z rodzajem podmiotu. Wychodzi więc na to, że wszystkie spojrzenia skierowały się nie na Sayanę, a na ciszę. I choć logicznie rzecz biorąc, jest to głupie, nie pasuje do kontekstu i każdy wie, o co chodzi, to jednak dobrze, by kontekst szedł w parze z techniczną stroną zapisu. Gdy przeczytasz ostatnie zdanie na głos, usłyszysz zgrzyt.

Kiedyś, gdy redagowano powieści, w ogóle nie zwracano uwagi na zgodność podmiotów, ale dziś, gdy redaguje się teksty, które w każdej chwili mogą stać się audiobookiem, coraz częściej poprawia się takie niuanse. Co możemy w związku z tym zrobić? Ja bym skorzystała z synonimu ciszy o innym rodzaju; może zapadło milczenie…? Wtedy zaimek /nią/ odprowadzałby już tylko do Sayany.

Gdy ze znajdującego się po jej lewej stronie telebimu, zajmującego całą ścianę[,] zaczęły dochodzić okrzyki, wszyscy momentalnie skierowali tam swoje spojrzenia. – Podkreślenie stanowi wtrącenie, które trzeba zamknąć przecinkiem. Czy zdanie nie wydaje się nieco przekombinowane? Może lżej byłoby napisać: Gdy po lewej, z zajmującego całą ścianę telebimu zaczęły dochodzić okrzyki (…). Lub coś w podobnym stylu.

I choć nie pisałam o tym, podobne wrażenie przeszło mi przez myśl już wcześniej, przy opisie baru. Padło tam, że był on w wieżowcu znajdującym się w centrum. Czasem możesz zrezygnować z tak okrągłej stylizacji. Wieżowiec w centrum, telebim po lewej (nawet nie musisz dopisywać, że stronie)… Sci-fi lubi się z nowoczesnymi technikami narracji i dynamizmem scenicznym, w tym z narracją personalizowaną (głównie mową pozornie zależną). Do tego krótszymi zdaniami podsycasz tempo i napięcie, szybciej przechodzisz do sedna. Nie zawsze trzeba aż tak, jak ja to mówię, się pieścić, by wyobraźnia odbiorcy zadziałała na wysokich obrotach. To nadal są poprawne zdania, po prostu nie tak okrągłe.

Dalej: skierowanie tam swoich spojrzeń – cztery wyrazy, milion sylab, lata świetlne. Czy to na pewno było aż tak momentalne…? No nie brzmi w ten sposób. Tymczasem z telebimu dochodzą okrzyki, coś się dzieje, ma być dynamicznie; też chcę szybko zwrócić uwagę na to, co się dzieje. Chcę dołączyć do tego tłumu już, teraz, natychmiast. Może wyrażenie w stylu wszyscy momentalnie wbili w niego wzrok zadziałałoby szybciej i mocniej? Słowo wbić jest bardziej nacechowane, poruszające. Zresztą nawet nie musiałabyś zestawiać go z określeniem momentalnie (też długie słowo; cztery sylaby), bo wbicie samo w sobie zawiera już ten dynamizm, zwiastuje prędką, niespodziewaną reakcję.

Jeden z nich triumfował, unosząc w górę zakrwawiony miecz, zastępujący mu prawe ramię. – Pleonazm. Nie da się unosić w dół.

Zawsze wygrywał i za każdym razem robił to w spektakularny sposób ku uciesze oglądających widowisko. Widownia na arenie i przed telebimem w barze skandowała jedno słowo „Zabij!". – To się rzuca w oczy. Ku uciesze aż się prosi o połączenie z gawiedzią, ale rozumiem, że być może to słowo nie będzie pasowało do czasu akcji. No to może ku uciesze publiki? Oglądający widowisko to kolejne okrągłe sformułowanie, a przecież łatwo je zastąpić czymś praktyczniejszym. Do tego po słowo postawiłabym kropkę, a „Zabij!” (bez kropki) przerzuciłabym do osobnego akapitu. Ten zabieg wzmocniłby napięcie.

Brutal napawał się tym, krążąc po ringu i upokarzając przeciwnika. Gdy w końcu podszedł do niego, by zadać ostateczny cios, wydarzyła się niesamowita rzecz. – O nie, tylko nie to! Dlaczego zapowiadasz, że wydarzyło się coś niesamowitego? Teraz będę się tego spodziewać i wcale nie zaskoczysz mnie tym, że za chwilę przegrany dostanie jakąś szansę, wykorzysta ją i wygra. Poza tym samo określenie niesamowity nie sprawdza się zbyt dobrze. Przeważnie gdy autorzy piszą, że coś jest niesamowite (od niebieskich oczu głównego bohatera po widoki na horyzoncie…), to robią to dlatego, by narzucić odbiorcy ocenę. Nie przedstawiają niesamowitych rzeczy, by czytelnik sam dostrzegł tę niesamowitość i wyciągnął o niej wniosek, tylko uprzedzają fakt pojawienia się czegoś wyjątkowego. Zabezpieczają się na wypadek, gdyby nie udało im się osiągnąć takiego efektu u odbiorcy samą sceną. O nie, moja droga, na mnie takie rzeczy już nie działają. Daj mi coś niesamowitego i zaskocz mnie obrotem sytuacji na korzyść bohatera, a docenię to. Nazwij coś niesamowitym, a przewrotnie Ci nie uwierzę i uznam, że bardziej niesamowite rzeczy w tekstach widziałam.

Przegrany błyskawicznie wstał z klęczek, przechodząc tuż pod ostrzem Brutala. – Błąd składniowy. Bohater najpierw musiał wstać, żeby przejść. Nie mógł robić tego i tego jednocześnie. Natomiast imiesłów współczesny (tu: przechodząc) może wprowadzać czynność dziejącą się w czasie dokładnie 1:1 do czynności wprowadzonej przez czasownik (tu: wstał). Sugeruję najprostsze z możliwych rozwiązań: (…) wstał z klęczek i przeszedł (może przemknął, skoro błyskawicznie?) tuż pod ostrzem Brutala.

W chwili, w której miecz przeciął powietrze przed sobą (…) – mocno logiczne. Nie mógłby ciąć innego powietrza, na przykład tego z tyłu.

(…) z rękawa nieznajomego zawodnika wyskoczył mały sztylet. Mężczyzna wbił go w miejsce, w którym stykały się metal i kość Brutala i pewnym ruchem oddzielił je od siebie, rozbrajając przeciwnika. – Wiemy już, że Brutal miał miecz zamiast ramienia. Więc tutaj od razu w wyobraźni czytelnika zarysuje się, że Brutal został rozbrojony. Na moje nie musisz tego dopowiadać. Zdążyłam zobaczyć to, zanim przeczytałam dopowiedzenie.

Staraj się bardziej ufać swoim odbiorcom; uwierz w to, że będą Cię czytać ze zrozumieniem. Tym bardziej że wiedzą, na co się piszą, sięgając po fantastykę naukową. To zaufanie pozwoli Ci czasem odpuścić i być mniej łopatologiczną.

Rozbryzgi krwi ochlapały pierwszy rząd i spowodowały konsternację widzów. Wszyscy zamarli, gdy nowy zwycięzca zatopił w brzuchu Brutala jego własny miecz. – Wiem, że pod tym względem bywam zbyt skrupulatna i może niepotrzebnie zaczynam cytować co drugie zdanie, ale w tym wypadku nie mogę przejść obojętnie obok swoich odczuć.

Z jednej strony, rozbryzg krwi na publikę jest bardzo atrakcyjny – plastyczny, mocno oddziałuje na wyobraźnię i gdyby to był film, to niby zasłoniłabym oczy ręką, ale jednak rozchyliła palce i spod uchylonej powieki jednak chciała dostrzec, co tam się dzieje. Wiesz, to jest to połączenie obrzydliwości z zainteresowaniem – bardzo pożądana reakcja.

Z drugiej strony, dokładnie w tym samym zdaniu pada określenie konsternacja widzów, a moje emocje natychmiast ulegają zmianie i nagle mam ochotę parsknąć śmiechem, bo przed oczami mam tych obryzganych farbą ludzi, którzy… tylko patrzą na scenę z zakłopotaniem (bo to właśnie oznacza konsternacja). Wydaje mi się jednak, że reakcja publiki, gdyby to był obraz realistyczny, byłaby bardziej żywa i dopasowana do tak emocjonującej sceny. A teraz mam wrażenie jej memiczności. Nie mogę wyzbyć się z głowy dokładnie tego obrazka:




Wszyscy, którzy postawili na starego czempiona, stracili dziś spore sumy, a ktoś inny [–] swojego najlepszego zawodnika. – To tylko luźna sugestia, ale w tym miejscu zdecydowanie przyda się mocniejsza pauza oddechowa. Półpauza stanowiłaby tu elipsę czasownika /stracić/ [o elipsie więcej: TUTAJ].

Nie przeszkodziło to jednak w oklaskiwaniu zwycięzcy. Po chwili ciszy wszyscy wybuchli gromkimi brawami. – Być może to już czepliwość, ale tym razem w pierwszej chwili to ja odczułam konsternację, najpierw czytając o oklaskach, potem o chwili ciszy – jak gdyby te początkowo wspomniane oklaski szybko ucichły, by za chwilę dowiedzieć się że nie, one dopiero co wybuchły. Zabrakło mi tu chronologii; znowu niepotrzebnie zapowiadasz rzeczy, które dopiero co mają nadejść.

Stary mistrz umierał w kałuży własnej krwi, podczas gdy nowy zbierał owacje na stojąco. Miało to trwać, dopóki znowu nie nadejdzie ktoś lepszy. – To naprawdę brzmi tak, jakby starszy zawodnik dosłownie miał umierać tak długo, dopóki ktoś nie odbierze tytułu jego przeciwnikowi. Tak samo przeciwnik ten miałby tak długo zbierać oklaski na tej konkretnej arenie, dopóki ktoś nowy zaraz nie przyjdzie i go nie pokona. A jeśli nikt taki tej nocy już się nie trafi, to co?

W sensie wiem, co miałaś na myśli, ale na moje dwuznaczność jest zbyt odczuwalna i o ile na jednych czytelników zadziała jako metafora, o tyle drugich niepotrzebnie rozbawi swoją dosłownością. Ja bym nie ryzykowała.

Robot – barman przyjął zamówienie i patykowatymi rękami zaczął nalewać piwo do kufla.

Albo: Barman – robot – przyjął zamówienie (co można by czytać jako: barman, a tak nawiasem to robot, przyjął zamówienie).

Albo: Robot barman przyjął zamówienie (…). Taki zapis oznaczałby, że akurat ten robot jest po prostu barmanem (jak: nauczyciel polonista albo papież Polak, czyli papież, który był Polakiem).

Ciekawostką niech pozostanie to, że teoretycznie poprawny byłby również zapis: Robotobarman (z interfiksem /o/; analogicznie do: lodówka zamrażarka/lodówkozamrażarka czy wiertarka wkrętarka/wiertarkowkrętarka). Choć gdyby iść w słowotwórstwo, skłaniałabym się raczej do robobarmana (jak zdalnie sterowany robopies czy roboćma jako stworzona przez Japończyków hybryda drona i ćmy). Może takie rozwiązanie byłoby bardziej satysfakcjonujące, jeśli to poprawne by Cię nie przekonało…?

Dziewczyna przyglądała się jego mechanicznym ruchom. Całą czynność wykonał niezwykle szybko i nie uronił przy tym ani kropli. Dziewczyna odebrała od niego kufel i pociągnęła łyk. – Już wcześniej wskazywałaś jej imię. Dlaczego teraz by z niego nie skorzystać?


Garść potknięć czysto interpunkcyjnych:

Za barem pojawił się starszy mężczyzna, [przecinek zbędny] o ciemnej karnacji.

– To groźba, [przecinek zbędny] czy ostrzeżenie?

Drugie drzwi po lewej prowadziły do małego składziku, w którym Sayana za pozwoleniem Marvina, [przecinek zbędny] przechowywała czasem swoje rzeczy.

Pierwsze, co rzucało się w oczy[,] to blizna (…).

Jest wielkości karty chipowej, po wszczepieniu jej w jakikolwiek organizm, [przecinek zbędny] komputer przejmuje kontrolę nad całym ciałem.

Jednak w końcu, ociągając się nieco[,] podał jej zwiniętą kartkę.

Gdy już miała opuścić zaplecze, niespodziewanie odezwał się Duch. // – Uważaj na siebie. – Nie leży mi ten szyk, szczerze mówiąc. Z tego, co zrozumiałam wcześniej, na zapleczu znajdowała się tylko ta dwójka bohaterów. Tak więc jeśli ktoś się odezwał, to wiadomo, że był to Duch. Stawianie go na miejscu akcentowym (tam gdzie zdanie najmocniej wybrzmiewa, czyli przed znakami interpunkcyjnymi) to marnowanie potencjału. Tym razem ważniejszą, bardziej zaskakującą informacją nie jest więc kto, ale co ten ktoś obecny w scenie zrobił. Moja sugestia brzmi:

Gdy już miała opuścić zaplecze, Duch niespodziewanie się odezwał: // – Uważaj na siebie.

Teraz każdy łowca głów w mieście ma chrapkę na twoją. // Sayana skinęła głową i wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi.

Myślałam, że pożałuję, iż kolejną scenę rozpoczynasz momentem, w którym cel Sayany już leży na deskach, ale gdy poczęstowałaś mnie soczystym fragmentem ucieczki bohaterki, przestałam mieć żal. Zanim jednak przejdę do tych akapitów, przyznam, że podobają mi się dialogi. Powoli klaruje mi się pasująca do Sayany stylizacja językowa. To postać, która wie, czego chce i to, jak się wyraża, pasuje do jej osobowości. I choć nie znam zbyt dobrze postaci pobocznych, to nie mogę powiedzieć, że ich wypowiedzi nie brzmią naturalnie i lekko. Byłabym w stanie uwierzyć w prezentowane sytuacje i usłyszane słowa. Dialogi nie wykładają też wszystkiego wprost. To znaczy: tak, Sayana dowiaduje się od Ducha, że jest poszukiwana i postanawia wyjść i zdusić problem w zarodku, ale to logiczne, że na początku przygody zwykle w ten sposób otrzymuje się od kogoś jakiegoś questa. Nie mam z tym problemu. Bardziej ciekawiło mnie, czy – jako że znajduję się w nowym dla mnie świecie – postaci będą rozmawiać ze sobą w sposób nienaturalny, dzieląc się dobrze znanymi sobie informacjami tylko dlatego, że ja tych informacji nie znam. Na szczęście niczego takiego nie uświadczyłam. Ba! To działa w drugą stronę – wielu rzeczy muszę domyślać się z kontekstu, analizując to, o czym bohaterowie mówią. To sprawia, że pierwszy plan, ten zapowiedziany konflikt fabularny, staje się interesujący.

Co by nie być gołosłowną, oto przykład:

(…) W ten sposób, [przecinek zbędny] każdy znajduje się w miejscu idealnym, bez wojen, głodu, brudu, podłości. Współczuje[ę] tym, którzy po jakimś czasie odkryją prawdę. Być więźniem w swoim własnym ciele. Okropność. Dlatego, [przecinek zbędny] wolę mieszkać w ekskluzywnym apartamencie i robić[,] co każą, niż skończyć w ten sposób. Sam decyduje[ę] o tym, komu służę, a służę tylko sobie.


Choćbyś nie wiem jak się starała[,] i tak poniesiesz klęskę.

Lepiej poddaj się od razu, to może obejdą się z tobą łaskawie [zbędna spacja].

Przeszła nad bezwładnymi maszynami i ruszyła w kierunku zakrwawionego mężczyzny leżącego na podłodze. Próbował sięgnąć po broń leżącą nieopodal, ale Sayana kopnęła ją w kąt pokoju.

– Nie mam go. I tak – spodziewałem się ciebie. – No nie. W przypadku wypowiedzi dialogowej wprowadzonej półpauzą nie możemy stosować tych samych znaków pełniących inną funkcję w obrębie tego akapitu. Mogłybyśmy to zrobić, gdybyś wszystkie półpauzy dialogowe zamieniła na pauzy, np.:

— Nie mam go. I tak – spodziewałam się ciebie.

Co ciekawe, w drugą stronę to nie działa.

 

Zdenerwowana Sayana uderzyła mężczyznę w twarz. – A gdybyś tak pokazała mi to zdenerwowanie, zamiast określać w ten sposób bohaterkę? Zdecydowanie wolałabym móc samodzielnie wywnioskować, co czuje, niż dowiadywać się tego ot tak.

Zaśmiał się gorzko, wypluwając z ust krew, [przecinek zbędny] gromadzącą się na jego wargach.

Podniosła pistolet, który trzymała w dłoni[,] i wycelowała w mężczyznę. – W pierwszej chwili wyobraziłam sobie, że Sayana podniosła pistolet z ziemi. Może uniosła?

Zawahała się na moment i oddała strzał w pustą przestrzeń, po czym spokojnym krokiem wyszła z pokoju, zostawiając go samego. Zaimek /go/ z technicznego punktu widzenia może odprowadzać tak do strzału, jak do pokoju, ale mężczyzna jako podmiot nie pada w tym zdaniu, zresztą wielokrotnie złożonym, przez co nie czuć, by chodziło o niego. Można się tego domyślić, ale pisałam już, że najlepiej, gdy kontekst idzie w parze z poprawnością językową.

Najwyższy czas przejść do fragmentu dynamicznego, o którym niedawno wspominałam. Jest bardzo dobry; wiem, że pozostawiłam Ci co do niego kilka uwag, ale to nadal są drobiazgi, ot, sugestie, które mogą Ci się przydać, ale z których nie musisz korzystać. Dla mnie najważniejsze jest, że tempo podsyca napięcie, nie brakuje emocji, a to, co czuje Sayana, udziela się odbiorcy. To sceny, które możemy na drodze redakcji szlifować, ale szlifować, nie – budować od podstaw. Wiesz, jak je pisać i jakimi prawami się rządzą – widać, że pod kątem narracji znacząco różnią się od scen pasywnych – ale jednocześnie nadal nie odstają stylistycznie. Czuć, że pisała je ta sama osoba. Zmienia się atmosfera, ale nie charakter tekstu. Przy okazji przestało być tak łopatologicznie. Nie żeby wcześniej problem ten był dość poważny, ale jednak występował i bałam się, że położy Ci najbliższą dynamiczną scenę. Niby tą była scena wcześniejszej walki, ale w jej przypadku miałam wrażenie, że tam dopiero co się rozkręcałaś i sama wchodziłaś w ten tekst, dlatego też nie potrafiłam jeszcze wtedy się wczuć. Swoje pewnie zrobiło też to, że tam Sayana pełniła rolę jedynie obserwatorki, a przeciwnicy byli mi obcy. Dlatego też za taki pierwszy pełnoprawny dynamiczny fragment, który sprawił, że aż przysunęłam się do ekranu i zaangażowałam mocniej, jest scena ucieczki przed dronami. Tym bardziej że rozpoczęłaś ją nastrojowym opisem otoczenia i pogody. Cisza przed burzą.

Przeskakiwała po kilka stopni, aż w końcu znalazła się na najwyższym piętrze wieżowca. Minęła migający na zielono neon i kopnęła drzwi prowadzące na zewnątrz. Wyszła na dach budynku. Rzadko zdarzały się przejrzyste noce, ale dzisiejsza była wyjątkowo paskudna. Chmury i smog zasłaniały nawet księżyc, a na domiar złego z nieba zaczął padać rzęsisty deszcz.

Napisałaś już, że bohaterka przebywa na najwyższym piętrze wieżowca. Wiadomo więc, że jeśli wyszła na zewnątrz, na dach, to jest to dach tego budynku.

Krople deszczu spływały po jej policzkach, mokre włosy przykleiły się do jej szyi.

Dziewczyna czuła chłód i podekscytowanie, które próbowała zamienić na spokój. – Jak wcześniej, i w tym przypadku zdecydowanie wolałabym zobaczyć podekscytowaną Sayanę i wywnioskować jej emocje chociażby z gestów czy przemyśleń sprzedanych mową pozornie zależną, niż tylko przeczytać, że właśnie to czuła.

Zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech, starając się uspokoić bicie serca, które dudniło jej w klatce piersiowej. Po chwili oddech stawał się bardziej regularny, bicie serca zwolniło. – A gdyby napisać: uspokoić dudniące serce? Wiadomo, że znajduje się ono w klatce piersiowej bohaterki.

Przebiegła po śliskim gzymsie, wybiła się do góry i z impetem naparła na robota, jednocześnie wyciągając z kabury swój pistolet. – Już samo wprowadzenie imiesłowu współczesnego oznacza, że czynności następują jednocześnie. W tej konstrukcji nie trzeba tego dookreślać. No i nie da się wybijać w dół. Pleonazm.

Strzeliła w mieszczący się na samym czubku nadajnik, rozbrajając przeciwnika. – Waham się, szczerze mówiąc. Oddanie strzału, czyli pociągnięcie za spust, nie jest równoczesne czasowo z rozbrajaniem przeciwnika, bo pocisk musi jeszcze trafić. Wydaje mi się, że korekta mogłaby tego nie puścić. Sugeruję: Strzeliła (…) czym rozbroiła przeciwnika.

Ale znów: drobiazg; raczej, ot, ciekawostka.

Inna rzecz, że lubisz nadużywać konstrukcji z imiesłowem współczesnym, przez co raz, że fragment w pewnym momencie robi się trochę „płaski”; dwa – wśród nich zdarzają się błędy składniowe:

Robot zaczął pikować w dół. Sayana balansując własnym ciałem, skierowała go na pędzącego w ich stronę kolejnego robota. // Odskoczyła w ostatnim momencie, lądując na niższym budynku. // Oba X-15 eksplodowały, tworząc chmurę czarnego dymu. – Sayana nie mogła jednocześnie odskakiwać i lądować, te czynności musiały dziać się jedna po drugiej.

Wyciągnęła pistolet i ruszyła w kierunku napastnika, oddała kilka strzałów, jednak nie trafiła, napastnik osłonił się rękami, które powleczone zostały specjalnym metalem. – Pod względem budowy zdanie jest dość sztywne (sugerowałabym raczej coś w stylu: rękami powleczonymi specjalnym metalem), a pod względem fabuły: niejasne. De facto bohaterka trafiła przeciwnika, ten jednak osłonił się przed kulami. To różnica.

Szkoda, że ten specjalny metal nie dostał jakiejś nazwy własnej, której znaczenia czytelnik mógłby domyślić się z kontekstu, albo nie został określony wprost. Zostać pokrytym specjalnym metalem przez użycie strony biernej brzmi niby specjalistycznie, ale jednak ogólnikowo. Zaciąga lazy writingiem. Ręce pokryte jakimś (wymyślam) włóknem tytanowym, polimerowym czy nanocząsteczkami czegoś tam… Hej! To cyberpunk, więc wynalazki tego typu zawsze będą mile widziane, tymczasem specjalny metal brzmi tak, jak gdybyś uciekała od tworzenia i umieszczania technologii w swoim uniwersum. Bardzo bezpiecznie, ale nieplastycznie.

W kolejnym zdaniu bohaterka przeładowuje pistolet, co się chwali, biorąc pod uwagę, jak często twórcy zapominają o takich detalach.

Zagryzła zęby, próbując zapomnieć o bólu[,] i zaatakowała. Wymiana ciosów była dynamiczna. Szala zwycięstwa zaczęła przechylać się na stronę nieznajomego. – Ekspozycja. Nie zapewniaj mnie o tym, a pokaż dynamiczną wymianę ciosów. Pisząc w ten sposób, sprawiasz, że czytelnik oczami wyobraźni wcale nie widzi walki. Nawet nie może sam ocenić, kto radzi sobie lepiej; informujesz o tym jak gdyby nigdy nic. A jednak udowodniłaś już, że potrafisz, dlaczego więc w tak istotnym momencie, ostatecznym starciu rozdziału, zdecydowałaś się pójść na skróty?

Sayana [w końcu] wytrąciła mu w końcu sztylet z dłoni, ale ten [sztylet?] złapał ją mechaniczną ręką za szyję i zaczął dusić. Dziewczyna w ostatniej chwili pociągnęła za spust. Mężczyzna ryknął z bólu i przewrócił się na ziemię. Z jego stopy tryskała krew. // Dziewczyna próbowała złapać oddech, [a] gdy [wreszcie] w końcu jej się to udało, przeciwnik zmierzał ku niej, lekko chwiejąc się na nogach. – Jeśli kula trafiła w stopę z pistoletu, a nie broni naprawdę ciężkiego kalibru, by tę stopę rozwalić, to tryskanie będzie raczej nietrafione. Tryskanie w aspekcie niedokonanym wskazuje na dużą dynamikę przy większej objętości i długości trwania samego, ekhm… wytrysku. Jeśli już coś ma trysnąć jak u Tarantina, to zdecydowanie w aspekcie dokonanym (ergo: trysnęła krew). Przy czym stopa to głównie kości; tętnice są w niej zdecydowanie mniejsze, a największa prowadzi do palucha. Gdyby w nią trafić, krew na pewno by się polała, i to obficie, ale chyba nie trysnęłaby aż tak ekspresyjnie. Pozostaje też pytanie, czy kula przeszła na wylot, czy została i jednak blokuje krwawienie. Naturalniejsze byłoby po prostu wypłynęła. Tym bardziej że obrazowe tryskanie krwią już mieliśmy w tej notce, w czasie walki na arenie, gdy krew chlapnęła na publikę.

Czuła[,] jak spada[,] i chociaż trwało to zaledwie kilkanaście sekund, mogłaby przysiąc, że była to wieczność, w trakcie której w jej głowie pojawiło się wiele obrazów. Ostatnią rzeczą, którą ujrzała, był czerwony błysk. Później ogarnęła ją ciemność.Wiele obrazów stwarza dokładnie ten sam problem co specjalny metal. Gdybyś w tym wypadku zamiast ogólników podsunęła konkrety, mogłabym przy okazji dowiedzieć się czegoś więcej o samej Sayanie. Chwaliłam Cię, że jej charakter powoli klaruje mi się w głowie, ale takie wydarzenie to idealna okazja, by poznać bohaterkę nieco lepiej. Szkoda, że tego nie wykorzystałaś i ostatecznie kończysz kliszą.


 

Rozdział 2

Kto ją znalazł i gdzie była? – zastanawiała się. – Usunęłabym podkreślenie. Pierwsze zdanie można by śmiało podpiąć pod mowę pozornie zależną Sayany.

Doszła to [do] wniosku, że to składzik albo piwnica. Gdziekolwiek była[,] postanowiła nie tracić czasu.

– Cholera – zaklęła, próbując odkleić karton, który przymocowany był z drugiej strony[.][P]przynajmniej jest gówniane tak jak zawsze, a to znaczy, że nie wszczepili mi czipa.

Sayana mogłaby przysiąc, że usłyszała rozbawienie w głosie swojej rozmówczyni. – Pamiętasz, co mówiłam o potencjalne akcentów? Wyobraź sobie, że zdanie to droga, którą przemierza czytelnik, by dojść do sedna, czyli celu. To dlatego dobrze jest na końcu stawiać to, co najważniejsze. Tutaj znaczenie lepiej sprawdziłby się szyk: Sayana mogła przysiąc, że w głosie rozmówczyni usłyszała rozbawienie. Dalej podobnie:

Jakby w odpowiedzi na jej rozmyślania, znów odezwała się postać po drugiej stronie.Jakby w odpowiedzi na jej rozmyślenia postać po drugiej stronie znów się odezwała.

Twoja sława cię wyprzedza[,] Sayano.

– Wybacz. Gdy prowadzę interesy, przedstawiam się jako Lady M. To powinno ci na razie wystarczyć. – Lady M.? Czyżby Lady Makbet? Albo M. z serii o Jamesie Bondzie… Wybacz, samo się kojarzy.

Sekrety i tajemnice też mają swoją wartość. – A to nie jest to samo?


Zaczynam mieć spory problem z Twoim tekstem. Z jednej strony jest na tyle poprawny, że gdyby oddać go w ręce korekty, zmian nie byłoby wiele. Tak – wszystko, co wymieniłam do tej pory, to wciąż niuanse. Z drugiej strony nie potrafię jasno odnieść się do kwestii fabuły, ale nie jestem pewna, czy to dlatego, że wciąż mało treści przyswoiłam. Po prologu byłam nastawiona pozytywnie, ale mój entuzjazm spada i zastanawiam się, z czego to wynika. Kto mnie zna i wie, co najchętniej czytam, jak sama piszę i jakie treści najmocniej oddziałują na moją wyobraźnię, pewnie domyśla się już, do czego zmierzam.

Tak – do narracji.

Półtora rozdziału wystarczyło mi, by przekonać się, że piszesz tekst narratorem trzecioosobowym wszechwiedzącym. To rozwiązanie proste, ale mało angażujące odbiorcę. Dość niespodziewany wybór, jeśli chodzi o współczesne opowiadanie sci-fi. Nie wiem, czy nazwałabym go wyborem trafnym. Jako że brakuje personalizacji i momentów, w których stawiałabyś narratora za plecami głównej bohaterki, nie obserwujemy świata jej oczami, nie możemy się z nią utożsamiać, pochodzić w jej butach, nawet gdy dzieje się jej krzywda albo Sayana staje przed wyzwaniem, by odnaleźć się w nowej, niebezpiecznej sytuacji. Obecnie, mimo mojej sympatii, Sayana wydaje się postacią bezosobową. Bo choć pisałam o tym, że jej charakter przebrzmiewa z wypowiedzi dialogowych, to nie samymi wypowiedziami stoi ten tekst. Obecnie Sayana trafia w miejsce odosobnienia, jest odseparowana od świata, zabrano jej broń, na dodatek prowadzi interakcję z kimś z Elity, czyli niezbyt lubianej przez nią grupy społecznej, ale sama treść nie stanowi odzwierciedlenia stanu emocjonalnego. Zniechęca mnie więc to, że na tym etapie, gdy tyle się dzieje, tekst wydaje się dość suchy, sztywny. Opisy miejsc czy postaci nie są przepuszczone przez filtr, jakim mogłaby być perspektywa Sayany.

Sama Sayana chyba nawet częściej niż po imieniu określana jest dziewczyną, a kobieta, która ją nawiedza, ot, kobietą. Ta pierwsza to w ogóle określana jest nawet rebeliantką. Na moje – bez sensu. Wydarzenia też są relacjonowane, a emocje Sayany przytaczane wprost (dziewczyna czuła się tak i tak). Tymczasem gdyby tchnąć trochę życia w narrację i jej stylizację, właśnie za pomocą mowy pozornie zależnej; gdybyś nie bała się w akapitach narracji oddawać osobowości Sayany wykorzystanym słownictwem, tekst zyskałby charakter poważnej, emocjonującej powieści. Na przykład, wymyślam, pomieszczenie, w którym Sayana się znalazła, można by określić nie pomieszczeniem właśnie, a chociażby klitką; nieznajomą kobietę z Elity nie: kobietą czy – o zgrozo – rozmówczynią, a tą wypacykowaną niunią, na której widok Sayana miała ochotę splunąć prosto pod nogi. Albo rosłego przeciwnika nie, ot, rosłym przeciwnikiem, a szemranym typem o wielkości szafy pancernej.

Oczywiście to skrajne przykłady, ale chcę, żebyś wiedziała, o co mi chodzi. O to, że narracja pozbawiona nacechowanego słownictwa oddaje tekst pozbawiony charakteru, a i odbiera ten charakter postaci prowadzącej scenę. Oddala czytelnika na bezpieczną odległość i sprawia, że jedyne, co możemy, to obserwować, ale o wczuwaniu się w to, jak Sayana widzi i ocenia rzeczywistość dookoła siebie, już nie ma mowy. To dlatego, mimo że spędzam czas z Sayaną, mam wrażenie, że jej nie znam. Gdybyś chociaż trochę podrasowała narrację, tekst przestałby być taki okrągły i bezpieczny, a opisy miejsc i kolejnych postaci przestałyby być surowe, złożone ze zdań: był taki, miał na sobie to i owo, czuł się siak. Skłaniam się ku hipotezie, że właśnie dlatego obecny tekst przypomina opowiadanie, nie – pełnoprawną, angażującą powieść. Bo nie angażuje na poziomie narracji.

Narratorem wszechwiedzącym oczywiście też można pisać. Ba, całe lata twórcy pisali w ten sposób. Ale dziś to już nie działa, bo odkryto sposoby, jakimi środkami wywoływać w czytelniku głębsze emocje. Ładne i okrągłe zdania to już za mało, tym bardziej w przypadku fantastyki, a już na pewno sci-fi. Narrator wszechwiedzący sprawdzi się w romansach, powieściach obyczajowych, powieściach o motywie drogi, dramatach, ale w sensacji? I to w uniwersum cyberpunkowym…? Twoja protagonistka wydaje się silną, twardo stąpającą po ziemi dziewczyną, która bardzo dużo przeszła i nie boi się tego, co ją czeka. To bohaterka z charakterem i zapleczem w postaci umiejętności posługiwania się bronią; z doświadczeniem zabójcy. Aż żal patrzeć, że ten charakter nie bije z tekstu bezpośrednio. Odbieram to jako marnowanie potencjału. Tym bardziej, że zaczęłaś tekst od prologu pisanego w narracji pierwszoosobowej, a to także rodzaj narracji personalnej. Idealnym rozwiązaniem byłoby więc potem wprawdzie przejść na trzecioosobówkę, ale nadal personalizowaną, by rozwijać zamysł prowadzenia historii oczami głównej postaci.

W tym momencie nie pozostaje mi nic innego, jak oddelegować Cię do dwóch naszych artykułów o narracji personalnej:

NARRACJA PERSONALNA: POV – Wstęp – Skoiastel

Plastyczne opisy POV – na przykładzie opisów dot. wyglądu bohaterów – Deneve

 

– A co ma? – zapytała Sayana, patrząc jej w oczy[.][L]liczę na szybką odpowiedź, inaczej wychodzę. // Mężczyźni unieśli karabinki do góry.

Trzeba zakosztować dobra, by pragnąc go więcej. – Pragnąć.

 

Momentami miewam problemy z Twoimi dialogami. Zapisujesz je w ten sposób:

– To mi oferujesz? Swoje złote myśli?

– Nie. Chcę przywrócić ci wspomnienia. Wiesz, że mogę.

– W zamian za co?

– Za obietnicę. Po prostu.

– Mam zgodzić się w ciemno? Nie ma mowy.

– Wiedziałam, że to powiesz. Przemyśl to. Dam ci czas do namysłu.

– Gdzie moja broń? – zapytała chłodno.

– Trójka, daj jej broń – powiedziała do jednego z mężczyzn.

I choć pod względem interpunkcji wszystko jest w porządku, to jednak zastanowiłabym się nad tym, czy w komentarzach narracyjnych aby nie brakuje Ci… podmiotów. Wprawdzie w biblii redaktorsko-autorskiej „Po Bandzie!” Winiarski wspomina, że w przypadku zmiany mówcy wystarczy samo przejście do nowego akapitu, ale wszystkie podane w książce przykłady to dialogi pomiędzy bohaterami różnych płci. A wiadomo, że w takim wypadku zapytała automatycznie zostanie przypisane postaci żeńskiej, natomiast odparł – męskiej. W Twoim przypadku mamy jednak do czynienia z dwoma postaciami żeńskimi. Po dłuższym fragmencie pozbawionym komentarza mimo wszystko pierwsze zapytała i drugie powiedziała powinny mieć dołączone podmioty.

 

Podoba mi się zakończenie rozdziału. Wracasz atmosferą do momentu na dachu, ale tym razem trwa to dłużej i można się tym podelektować:

Sayana udała, że nie słyszy i pchnęła drzwi. Wyszła na ulicę jaskrawą od świateł neonów. Krople deszczu otrzeźwiły jej zmysły. Tego potrzebowała. Samotności wśród strug deszczu. Musiała ochłonąć. Słowa, które padły chwilę wcześniej, otworzyły ranę, którą goiła bardzo długo. Nie mogła pozwolić sobie na rozpamiętywanie przeszłości. Brak wspomnień był zły, ale świadomość, że jakieś istniały, była jeszcze gorsza. Dzisiaj znów zaczynała walkę ze sobą samą.


 

Rozdział 3

Sayana weszła po cichu do głównej sali. Mieścił się w niej okrągły stół, kilka krzeseł, lub raczej przedmiotów udających krzesła jak np. drewniana beczka, stara skrzynka, [przecinek zbędny] czy donica odwrócona do góry dnem. – W powieściach nie stosuje się skrótów.

Dalej wyjaśniasz działanie fotowoltaicznych lampek. Raz: po co? Dwa: to trochę dziwne, że niby opisujesz czasy odległe, ale tak naprawdę nie za bardzo to odczułam. Pomijając, że przeciwnik Sayany miał rękę ze specjalnego metalu, w tekście pojawiły się również drony, ale raczej niewiele świadczy o postępie technologicznym. Mam wrażenie, że ten postęp wprowadzasz wtedy, gdy sobie o tym przypominasz, ale na ogół świat wydaje się bardziej podobny do naszego, niż podejrzewałam po zapoznaniu się z prologiem.

Znajdował się na końcu korytarza i był najmniejszy ze wszystkich, miała w nim tylko wysokie łóżko, schowek znajdujący się pod nim i miejsca dość, by obrócić się wokół siebie. Już prawie dotknęła metalowej klamki, gdy naraz usłyszała czyiś głos za sobą. – Czyjś.

Widziała, że za plecami ma schowany rewolwer. Tyle razy tłumaczyła jej, że broń powinna być ukryta, a atak przeprowadzony z zaskoczenia. Na nic się to zdało. Westchnęła. Zobaczyła, jak jej zielone oczy śledzą każdy jej ruch, usta zwęziły się, tworząc dwie równe kreski. – Zauważ, że aż trzykrotnie użyłaś zaimka /jej/, ale nie każdy z nich tyczy się tej samej postaci. To mylące; zdecydowanie brakuje podmiotów. Czemu aż tak unikasz imienia głównej bohaterki albo określeń, którymi mogłaby ona w swojej mowie pozornie zależnej nazywać towarzyszące jej postaci? To wiele by ułatwiło.

Gdybym miała obstawiać, odważyłabym się stwierdzić, że ktoś kiedyś zrobił Ci tę krzywdę i rugał za powtórzenia. Pamiętaj jednak, że imię czy nazwisko postaci pierwszoplanowych stanowią wyjątki, na które redakcja tak naprawdę w ogóle nie zwraca uwagi. Problem pojawia się dopiero, gdy autor albo ich nagminnie unika, przez co jego fragmenty stają się niejasne, albo gdy próbuje zastąpić je jakimiś kreatywnymi określeniami, na przykład kolorami włosów czy oczu. I choć o tym drugim w przypadku tego tekstu na szczęście nie ma mowy, tak ten pierwszy pojawia się dość często. Po prostu nie wypisuję wszystkich takich kłopotliwych fragmentów.

Jedno ich spojrzenie i miało się wrażenie [rym!], że Parker wie o tobie wszystko. Obawiała się jego pytań, chociaż wiedziała, że to, co [kto?] powie, zostanie tylko w jego pamięci. // Bardziej interesowało ją, kto stoi za jej plecami. Parker zawsze miał przy sobie kogoś do pomocy. – Czy te akapity się nie wykluczają?

Do tego całkiem niedawno pisałaś, że: Nie bała się. Znała procedury. Poza tym nie uważała, że zrobiła coś niedozwolonego, za co mogliby ją ukarać. No więc Sayana nie bała się przesłuchania czy jednak obawiała się zadawanych pytań? Bo to też się wyklucza.

Ciekawiło ją, kto to jest tym razem i kto będzie słuchał jej opowieści, dlatego, [przecinek zbędny] gdy poczuła, że postać powoli przesuwa się na prawo, skierowała tam swoje spojrzenie. – Razi pomieszanie czasów w pierwszym zdaniu; mamy tam aż trzy formy. Dwie wystarczyłyby. Czemu nie po prostu: Ciekawiło ją, na kogo trafiła tym razem i kto będzie słuchał (…).

Nauczy się[,] jak prowadzić przesłuchania – wyjaśnił dowódca. // (…) – Jeśli nie ma długiego języka[,] to spoko. – Z jednej strony doceniam kolokwialną, luźną stylizację językową Sayany. Z drugiej – mam dziwne wrażenie, że oddaje czasy dla nas współczesne, ale nie do końca język współczesny dla czasów, w których osadzona jest akcja.

Język się zmienia, często na przestrzeni lat – wystarczy spojrzeć na to, jak mówili nasi rodzice, jak wypowiadała się młodzież w latach dziewięćdziesiątych, a jakich słów używa się dziś, szczególnie w dobie zaawansowanej cyfryzacji i dominacji języka angielskiego, który kształtuje dzisiejsze słownictwo. Tymczasem mam wrażenie, że w Twoim uniwersum język wcale się nie zmienił. No i niby to nic, bo wiele powieści sci-fi nie bierze pod uwagę tego zjawiska (szczególnie w przypadku starawej literatury gatunku, pokroju twórczości Lema czy Zajdla), ale są też takie, które ociekają elementami stale świadczącymi o tym, że czytamy o odległej przyszłości. Wiadomo, że dziś te drugie bardziej oddziałują na wyobraźnię.

Inaczej też wyglądałaby sytuacja, gdyby rzeczywistość, którą przedstawiasz, była bardziej odkrywcza, a przy tym bardziej nowoczesna – wtedy język dla nas współczesny może nie zwracałby aż takiej uwagi, bo czytelnik doceniałby inne elementy, które pomagałyby się wczuć w uniwersum cyberpunkowe. Ale gdy tych elementów brakuje i trudno poczuć atmosferę sci-fi, to ten język tym bardziej będzie odsyłał nas do czasów dla nas współczesnych. Będzie utwierdzał nas, odbiorców, w przekonaniu, że nie czytamy wcale fantastyki naukowej. A szkoda.


– Najpierw kilka pytań. Który mamy rok?

– 2094.

– Kim jesteś? Jak się nazywasz?

Sayana zawahała się przez sekundę, przypominając sobie rozmowę z Lady M. Powoli wypuściła powietrze z płuc.

– Mam na imię Sayana. Jestem rebeliantką.

– Gdzie jesteś?

– W najbardziej zapyziałej dziurze na tej planecie – rzuciła oschle.

– Co robiłaś w mieszkaniu członka Elity?

Sayana obejrzała się za siebie, patrząc niechętnie na Blaze'a.

Dzięki temu, że znam prolog, rozumiem, dlaczego w powyższym dialogu bohater pyta Sayanę o to, który mamy rok. I tak, pamiętam, że chwaliłam zamysł z prologiem, ale głównie dlatego, że sądziłam, iż opowiadanie nie będzie takich sytuacji pokazywało wprost; że musisz tam rzucić tymi wszystkimi informacjami, by w tekście przejść do odkrywania kolejnych, być może ważniejszych fabularnie elementów. Teraz jednak okazuje się, że to, co opisałaś w prologu, i tak da się wywnioskować z rozdziałów. Sayana poznała kogoś z Elity, opisała tę postać, a czytelnik między wierszami mógł dowiedzieć się o podziale społecznym. Teraz przywódca rebelii pyta bohaterkę, co robiła ona w mieszkaniu członka Elity, a ja nie znając prologu, już wiedziałabym, że obecność Sayany w tamtym miejscu obecnie stanowi dla niej jakiś problem. Pozostaje kwestia pytania o rok. Okej, rozumiem, czemu ono padło, ale… trochę jednak żałuję, że już to wiem. Gdyby nie prolog, mogłabym teraz zastanawiać się: hej, czemu Sayana musi odpowiadać na coś takiego? O co chodzi? Odkrycie tego na dalszych kartach na przykład poprzez powtórzenie tej sytuacji, a następnie wyjaśnienie jej scenicznie czy dialogowo byłoby w jakimś stopniu ciekawe, zdecydowanie bardziej angażujące odbiorcę. Dałoby kolejny powód, by czytać. Obecnie okazuje się, że prolog i ekspozycja tła nie były Ci wcale aż tak potrzebne. Zaczynam sądzić, że wręcz przeszkadzają Ci w budowaniu napięcia i zachęcania czytelnika do odkrywania kolejnych kart. Po prostu mam mniej do odkrycia.

 

Zaczynam mieć też problem z samą Sayaną:

– Wiem, że pewnie podjęłam najgorszą z możliwych decyzji, ale ja tak działam. Na arenie byłam zdana tylko na siebie – wydusiła.

– Zapomniałaś, że już nie jesteś na arenie. – Spojrzał na nią. – A do tego boisz się odpowiedzialności.

– Co?! – żachnęła się.

– Już dawno powinnaś rozpocząć współpracę z innymi, a unikasz tego jak, tylko możesz.

– Nieprawda.

Dziewczyna zachowuje się, jakby faktycznie dopiero co niedawno wyrwała się z areny i nie potrafiła współpracować z rebelią. Ale jednocześnie przed chwilą, gdy bohaterka wróciła do kwatery rebeliantów, narracja podsunęła mi co nieco o doświadczeniach Sayany. Gdy trafiła do rebelii, uczyła walki nowo zaciągniętych w szeregi; bohaterka zna też dokładnie reguły panujące w tej społeczności. Z tego rozdziału zdążyłam już wywnioskować, że nie jest rebeliantką od dziś, nawet nie od wczoraj, posiada bogate doświadczenie wyniesione z obecnego stanowiska, a jednocześnie jej postawa i podejmowane decyzje świadczą o czymś zupełnie przeciwnym. Nie za bardzo potrafię to zrozumieć. Czy arena naprawdę wypaliła w Sayanie aż takie piętno, że dziewczyna nie potrafi się odnaleźć w nienowym dla siebie środowisku? Jeśli tak, trauma mogłaby być w niej chyba nieco bardziej widoczna. Czy po prostu Sayana czuje się lepsza od całej rebelii i ma gdzieś zasady? Ten obraz wydaje się obecnie znacznie bardziej prawdopodobny. Ale w takim wypadku trochę dziwne, że rebelia chciałaby kogoś tak niereformowalnego mieć w swoich szeregach i też nie wyciąga żadnych konsekwencji z łamania reguł, czyniąc Sayanę dość… wyjątkową. Z takim podejściem Sayana w oczach współtowarzyszy faktycznie wydaje się zagrożeniem, ale no trudno, ten typ najwyraźniej tak ma, huh?




Tak czy inaczej jest w niej coś takiego, co sprawia, że nie potrafię jej zrozumieć ani kibicować, nie jest to też jakoś szczególnie interesująca postać, choć obraz ten, jak wspominałam, może wynikać również z bezosobowej narracji.

– Mhm – mruknął w odpowiedzi Parker[.] – Blaze[,] ty też możesz już iść.

To był rozkaz, chociaż tak nie brzmiał. Sayana doszła się wniosku, że Parker był bardzo dziwnym człowiekiem. Miał spokojną naturę, ale jednocześnie wydawał się bardzo władczy i srogi. – Znała go dość długo, wcześniej opisała już, kim mężczyzna jest, jaką ma charyzmę, przeszłość; narracja z perspektywy bohaterki określiła też chociażby minę Parkera jako jak zwykle niewyrażającą emocji. A jednak do tak prostego wniosku bohaterka doszła akurat teraz?

Otworzyła drzwi z radością i gdy już miała rzucić się na łóżko, zobaczyła małą karteczkę. – Nie wiem, czy radość pasuje do atmosfery obecnego tekstu. Może z ulgą?

Nagle podniosła się energicznie. W jej głowie zaczęły rodzić się pytania – Jakim cudem dostał się do jej pokoju niezauważony? – Kropka zamiast myślnika.

Może przez okno? Ale to przecież jest za małe. Może to nie Duch, ale ktoś, kto się pod niego podszywa. Każdy mógł wejść do jej pokoju. Wszyscy byli podejrzani z wyjątkiem Parkera i Blaze'a, bo oni ją przesłuchiwali. Z drugiej strony, kartka mogła pojawić się przed przesłuchaniem, ale przecież poza Parkerem nikt nie wiedział, że jej informatorem jest Duch. – Aby wprowadzić do tekstu frazę z drugiej strony, gdzieś wcześniej musi pojawić się z jednej strony. Obie frazy zawsze występują w parze. Nie widzę też powodu, by nagle zmieniać czas narracji. Może przez okno? Ale to przecież było za małe. Może to nie Duch, ale ktoś, kto się pod niego podszywał.

– Ja pierdolę – zaklęła, przykrywając głowę poduszką. – Dlaczego nie mogę mieć chociaż chwili spokoju? – Drugie zdanie też powiedziała w poduszkę? Dość… dziwne.


 

Rozdział 4

No proszę! Z jednej strony już na wstępie dostaję niemal soczystą mowę pozornie zależną. Świadczy o tym chociażby podkreślone słownictwo:

Zastanawiała się, w jaki sposób rozwiążą ten problem i co wymyśli staruszek. Bez wątpienia już główkował nad jakimś planem. Chciałaby wziąć udział w tej akcji. Nieraz rozpamiętywała to, jak skrzywdziła ją Elita, robiąc z niej cyborga. Zniszczenie tego urządzenia byłoby dla niej swego rodzaju zemstą, a dla nich ogromnym ciosem. // Zaczęła zastanawiać się, gdzie może znajdować się teraz prototyp. Nie była pewna czy Parker ufa jej na tyle, by wysłać ją na misję odnalezienia urządzenia.

Z drugiej strony nadal jest dość sztywno, sprzedam Ci więc pewien patent. W przypadku akapitów, w których bohaterka intensywnie nad czymś myśli, wprowadzaj te myśli wprost. Zdania zaczynaj od tego, co stanowi samą myśl, nie – od wstępu podkreślającego proces myślenia. Chodzi o wprowadzenie do tekstu zdań typu:

Niby jaki sposób mieliby rozwiązać ten problem?

Ciekawe, co też wymyśli staruszek.

Dobrze byłoby wziąć udział w tej akcji.

Tylko gdzie mógłby znajdować się teraz prototyp?

Zresztą czy Parker ufał jej na tyle, by wysłać ją na tę misję…?

Zauważ, że żadnego z tych zdań nie zaczęłam od surowego: pomyślała, że / zastanawiała się nad / myślała, że / nie wiedziała, czy / nie miała pojęcia, jak i tym podobne… Do tej listy dorzucić można jeszcze sformułowania typu: miała zamiar zrobić to / chciała zrobić to / planowała zrobić to / marzyła o… Wysnuty plan znacznie lepiej sprawdza się jako bieżący ciąg myślowy niż gotowy wniosek. To drugie nie pozwala czytelnikowi uczestniczyć w tym procesie. W Twoim fragmencie odbiorca przychodzi na gotowe.

Niżej połasiłaś się na przytoczenie pytania:

Jak to się stało, że adres był lipny? – zapytała samą siebie z niedowierzaniem. – Przy czym podkreślenie jest zbędne. Znacznie lepiej wyglądałoby to pytanie wtopione w taflę narracji.

 

A może umysł wariuje, bo za dużo myśli o swojej przeszłości (…). – Podmioty. Sugeruję: myślała, które w rodzaju żeńskim od razu odprowadzi do Sayany, a nie jej umysłu.

Chciała popędzić na spotkanie, ale doszła do wniosku, że najpierw lepiej będzie doprowadzić się do porządku. – Szyk: lepiej będzie najpierw doprowadzić się (…).

Nie jestem fanką akapitów, w których postaci przed prysznicem czy wyjściem z domu dobierają sobie ubranie. Zawsze mam wtedy wrażenie, że tracę czas na mało istotne rzeczy, które na ogół nikogo. Wcześniej Sayana leżała na łóżku i rozmyślała, co zrobić, przez co cała scena wydaje się mocno pasywna. Zaoszczędziłabyś miejsce i pozbyła się kliszy, gdyby bohaterka przygotowywała się do wyjścia i myślała nad planem jednocześnie. Wyszłoby też znacznie bardziej naturalnie, bo nie tworzyłabyś sceny-harmonogramu realizowanego punkt po punkcie, a przedstawiłabyś bohaterkę, która zbiera się do wyjścia, bo w tym samym czasie motywują ją do tego myśli. No i nie miałabym wrażenia, że tylko początek sceny i środek są ciekawe, a potem już niech bohaterka się zbierze i byle do asterysków.

Zawsze zastanawiało się[,] jak to możliwe, że Elita jeszcze nigdy ich nie namierzyła. – Nie powinno być aby: zastanawiano?

Patrząc na bujną roślinność, która porastała wszystkie zabudowania, miało się wrażenie, że nie może tu żyć nic prócz dzikich zwierząt. Nawet daszek, pod którym teraz przechodziła, stworzony był z bluszczu i gałęzi drzew, które nachylały się w stronę zakurzonych okien. – W redukowaniu powtórzenia /który/ świetnie sprawdzają się imiesłowy przysłówkowe. Przykładowo: (…) stworzony był z bluszczu i gałęzi drzew, chylących się w stronę zakurzonych okien.

Gdyby zbliżał się obcy, nieznający terenu, włączyłby się alarm. Czasem uruchamiały go podchodzące zbyt blisko zwierzęta, ale szybko, [przecinek zbędny] spostrzegano, że to fałszywy alarm. – Powtórzenie kłuje w oczy głównie dlatego, że oba wyrazy stoją w miejscu akcentu, przed znakiem interpunkcyjnym.

Przeszła popękanym chodnikiem w stronę niskiego budynku z małymi okienkami. Z jednego unosiła się para. [Sayana w]Westchnęła cicho.

Pamiętasz, jak pisałam o drażniących brakach podmiotów i zaimkach, które jednocześnie odprowadzać mogą do dwóch postaci żeńskich, przez co tekst bywa niejasny? Ten problem nie ustaje:

Spojrzała niepewnie na Sayanę, zamierając w bezruchu, a później przemknęła obok niej bez słowa. Kobieta zaczęła zastanawiać się, czy dziewczyna boi się, tego, że jest cyborgiem? Czy może wydaje jej się, że wczorajszej nocy została zachipowana? Przecież przeszła test psychologiczny i przesłuchanie. – Wcześniej to Sayanę określałaś per dziewczyną, a więc tutaj Cleo jest kobietą, tak? I to ona się zastanawia nad tym, czy Sayana boi się, że stała się cyborgiem? Nie jestem tego pewna, szczerze mówiąc.


Mogłyby już stąd wyjść – pomyślała zdenerwowana.

– … trening w Twierdzy? – usłyszała głos nad sobą.

Uniosła głowę do góry i spojrzała na dziewczynę.

– Dziś trenujesz nowych w Twierdzy? – zapytała[.] – Jestem Aisha. Przydzielono mnie do ciebie – powiedziała.

Pogubiłam się i dopiero gdy padło Jestem Aisha, uświadomiłam sobie, że pytania nie zadała Sayana. Zauważ, że wszystkie podkreślone czasowniki odnoszą się właśnie do niej, nic więc dziwnego, że kolejny: /zapytała/, również automatycznie przypisałam głównej postaci. Dopiero kawałek dalej okazało się, że nie miałam racji. To strasznie frustrujące, a zdarza się coraz częściej.

Tego typu zamieszanie odciąga mnie od lektury; sprawia, że tekst nie jest lekki i nie płynie się z nim. Nie potrafię się nim cieszyć i, szczerze mówiąc, wciąż przyłapuję się na tym, że… nie za bardzo mam chęć go czytać. Niby wszystko jest na miejscu – konflikt fabularny zapowiada się ciekawie, opisy miejsc akcji i postaci są poprawne, sceny dynamiczne działają, mamy też dość silną protagonistkę, która przygotowuje się do kolejnej misji… A mimo to nie czuję się wciągnięta w ten świat; nie czuję, by coś mnie w nim trzymało i nie pozwoliło odejść od monitora. Naprawdę trudno mi wytłumaczyć, z czego to wynika. Czy czuję się znudzona, zmęczona? Odrobinę na pewno. Ale co jest tego powodem?

Nie mogę wszystkiego zwalić na narrację i styl, mam jednak nieodparte wrażenie, że tekst, który zgłosiłaś, balansuje na granicy pomiędzy, ot, opowiadaniem sieciowym, blogowym czy wattpadowym, a powieścią; to jednak z tymi drugimi pracuję na co dzień.

Twój „Krok…” wydaje się w jakiś sposób płaski. Może to dlatego, że skrupulatnie przechodzimy wraz z Sayaną od punktu A do punktu B? Obserwujemy świat tylko zza jej pleców i nie mamy innych postaci prowadzących scenę, więc jesteśmy ograniczeni do poznania tylko tego, co otacza protagonistkę. Gdy Sayana widzi jakąś postać, narracja od razu przytacza nam opis – wygląd, a często i przeszłość czy znaczenie dla fabuły. Tak samo gdy Sayana trafia do jakiegoś miejsca, narracja od razu przytacza nam opis miejsca i jego historię… To jest poprawne, ale w jakiś sposób nużące, bo czuć tą realizację planu, o której pisałam; to przemieszczanie się z punktu A do B, do C i tak dalej, niczym nie zaskakując, bo informacje o świecie czy postaciach pobocznych tylko do mnie docierają, ale nie wzbudzają we mnie większych emocji. Dlatego też nie czuję takiego podekscytowania i satysfakcji z czytania i łatwo byłoby mi zrezygnować z dalszej lektury, w ogóle nie czując, że cokolwiek bym straciła. Przy czym trzeba mieć na uwadze, że w przypadku powieści, które czytam chociażby hobbystycznie, naprawdę rzadko potrafię odpuścić chociażby w połowie.

„Krok…” świetnie udaje tekst ciekawszy niż jest w rzeczywistości. Widać, że miałaś ciekawy pomysł na fabułę – notabene o sporym potencjale – ale za to nie miałaś pomysłu na samą konstrukcję. Na zmyślne rozłożenie kart na stole i odkrywanie ich w takiej kolejności, by cały czas utrzymywać czytelnika w napięciu; na bohaterkę, która dzięki mowie pozornie zależnej przekazywałaby czytelnikom swoje emocje; ani na postaci poboczne, o których nie musielibyśmy dowiadywać się wszystkiego od razu, nierzadko z ekspozycji. Nie czuję, byś miała także pomysł na dalszy plan, drugi i trzeci, inne wątki, inne postaci prowadzące, które dodałyby głębi. Czyli na cały foreshadowing, który sprawiłby, że lektura nie byłaby taka liniowa.

Zobacz, nie wymieniłam wcale jakichś podstaw – to nie są wytyczne, które wypisałabym komuś początkującemu, ne rozmawiamy tu o na przykład całkowitym braku opisów miejsc czy tła albo kreacji Mary Sue. Widać, że potrafisz pisać i masz za sobą długą drogę i spory warsztat. Ale nie mogę zapewnić, że to już końcówka; że tekst jest tak zmyślnie rozplanowany, a Twoje pióro tak lekkie, że już nic, tylko wysyłać go wydawcy. Na moje oko jesteś gdzieś w okolicy półmetka. Drugie tyle, ile przeszłaś, masz jeszcze przed sobą, ale teraz musisz skupić się na kwestiach nieco bardziej zaawansowanych. Po to, by „Krok…” przestał imitować powieść, a wreszcie się nią stał. Obecnie jest wprawdzie czytable, nie musisz go usuwać i zaczynać od początku – co zresztą nierzadko tu, na WS, radzimy – ale teraz czas pomyśleć nad tym, co zrobić, by był nie tylko do przeczytania, ale i do przeżycia. Nie tylko poprawny, ale i – a może przede wszystkim – emocjonujący.


– Wybierasz się gdzieś? – zapytała nagle Hope. // Sayanę zaskoczyło to pytanie. Podobnie jak jej koleżankę, bo stała teraz z półotwartymi ustami. – Od kiedy Aisha koleguje się z Sayaną? Przecież dziewczyny dopiero co poznały się kilka linijek wyżej. To na pewno trafne określenie?

Czy teraz miało się to zmienić? Czy dowódca rozkazał swojej córce ją śledzić? Było to trochę niemożliwe, z racji tego, że spotkały się w łaźni przypadkiem i to przecież ona przyszła tu ostatnia. – Nie może coś być trochę niemożliwe, tak jak nie można być trochę w ciąży, a trochę nie. To zero-jedynkowe. Coś jest możliwe – w małym stopniu, ale jednak – albo nie jest możliwe, i kropka. Sugeruję użyć innego sformułowania, na przykład: mało prawdopodobne.

Miała wrażenie, że ogarnia ją paranoja, ale na wszelki wypadek postanowiła mieć się na baczności. – Niedawno Sayana w swojej narracji kwitowała, że według niej najgorsze było przesadne poczucie bezpieczeństwa i że zawsze trzeba było zachować czujność. Nijak mi się to ma do tego fragmentu, gdzie Sayana wpierw dość lekkodusznie posądza się o paranoję, a za chwilę mówi coś w stylu: ale dobra, no okej, może faktycznie lepiej mieć to z tyłu głowy… Czy ktoś, kto myśli w ten sposób, na pewno uważałby brak czujności za najgorsze, co mogłoby się przydarzyć? Co mogłoby bezpośrednio zagrażać życiu?

Mocno kontrastował z nimi spływający [spływające] z niej brud i zaschnięta krew. Dotknęła swojego ramienia. Rana, którą otrzymała na dachu wieżowca, była płytka i powoli zaczynała się goić. [Sayana p]Przypomniała sobie tamtą sytuację i odruchowo wymacała metal na swoich plecach. Płytki były wielkości kilku centymetrów, rozciągały się od pasa, [przecinek zbędny] aż po szyję, nachodząc jedna na drugą. Przypominały kształtem rybie łuski. – Szyk: Kształtem przypominały rybie łuski.

Sayana otrząsnęła się. Nie miała czasu na użalanie się nad sobą. – No dobrze, ale w którym miejscu poprzedniego akapitu bohaterka się nad sobą użalała? Wprawdzie poinformowałaś mnie, że przypomniała sobie, jak oberwała, ale próżno szukać w tamtym fragmencie emocji.

Sayana pchnęła drzwi na końcu korytarza, na których wisiała kartka „ZAMKNIĘTE." – Kropka powinna stać za cudzysłowem. Do tego tutaj jego zamknięcie to w rzeczywistości dwa primy. Poprawny polski cudzysłów zamyka się komendą ALT+0148 na klawiaturze numerycznej.

Zignorowała napis i weszła do środka. Już miała zawołać Marvina, ale powstrzymała się, gdy usłyszała głuchy dźwięk. Wydał się jej znajomy. Rozpoznała go, ktoś zadawał komuś ciosy. Wyciągnęła z kabury pistolety, gdy usłyszała stłumiony jęk. – Rzuca się w oczy również podobna konstrukcja – po pogrubionej frazie w obu przypadkach występuje epitet, w dodatku rymowany.

Gdybyś tytułowała w jakiś sposób swoje rozdziały, czwórka mogłaby nazywać się: „Akurat”. Sayana akurat, gdy była w łaźni, dowiedziała się dość istotnych rzeczy z dialogu, a potem – akurat! – gdy wreszcie udała się na spotkanie z Duchem, trafiła na moment, w którym mężczyzna mierzył się z typem o metalowym przedramieniu. Zresztą typem poszukującym Sayany. Z jednej strony fajnie, że coś zaczęło się dziać i rozdział ten w całości nie okazał się pasywny, z drugiej – jedyne, co przyszło mi na myśl, to: no i na co ci, Sayana, był ten cały prysznic, skoro zaraz znowu cała się upierdzielisz… Tym bardziej że piąty rozdział zaczynasz od sformułowania, że krew trysnęła z czaszki przeciwnika.

No i ostatecznie dotarło też do mnie, że w samym rozdziale czwartym poznałam… hmm… trzy nowe bohaterki? Czy dwie? Bo Cleo chyba pojawiła się wcześniej… W trójce poznałam za to Parkera i tego ziomeczka, który uczestniczył w przesłuchaniu, ale jego imię zdążyło wylecieć mi z głowy. I jeszcze dziewczynę na korytarzu; chyba że to wtedy była właśnie Cleo? Naprawdę nie pamiętam. W rozdziale pierwszym i drugim poznałam natomiast i Sayanę, i Ducha, i Lady M., i przeciwnika z metalową ręką, i mężczyznę, którego Sayana nie zabiła w pomieszczeniu (nawet nie pamiętam, czy padło tam jakieś jego imię czy przezwisko, czy cokolwiek)… A przecież Twoje rozdziały nie są wybitnie długie. Czy nie zagraciłaś ich przesadnie? Teraz pomyśl, że każda taka postać to akapit opisowy – wygląd, charakter, krótki zarys historyczny…

Nie dziw mi się więc, że uważam, iż „Krok…” to tekst stricte informacyjny, skoro co rusz wymuszasz na mnie zapamiętanie nowych postaci, z którymi Sayana prowadzi interakcję. W tym wszystkim konflikt fabularny i problemy Sayany odchodzą na dalszy plan, tak bardzo jesteśmy zajęci poznawaniem jej środowiska. Tymczasem to środowisko i konflikt powinny iść ze sobą w parze, nie – dominować jedno nad drugim. Czytelnik nie będzie wyczekiwał na sceny pełnej napięcia, po drodze otrzymując głównie informacje o znajomych Sayany. To nie jest dobry początek dla tak rozbudowanej powieści sci-fi, w której na przestrzeni pięciu rozdziałów pojawia się z piętnaście nowych postaci, których imion za pięć minut się nie pamięta. Jeśli potrzebujesz piętnastu postaci, potrzebujesz też czasu na zaadaptowanie ich i czegoś pomiędzy scenami poznawczymi; czegoś, co rozrusza, zaangażuje, będzie ciekawe. Te postaci same w sobie takie nie są, tym bardziej że gdy tylko pojawiają się w kadrze, mocno skupiasz się na ich eksponowaniu. Obecnie mamy w tekście dominację tych bohaterów nad konfliktem fabularnym. Trzeba by to stopniować i lepiej rozegrać w czasie. Dać czytelnikowi więcej ciekawych, nie tylko pasywnych, poznawczych scen, by go nie rozleniwiać i na przestrzeni krótkiego tekstu nie zagracać tak jego głowy.


 

Rozdział 5

Po jej policzku spłynęły krople krwi, które trysnęły z czaszki przeciwnika. Duch szamotał się z wysokim mężczyzną ubranym w czarny garnitur, co bez wątpienia świadczyło o jego przynależności do Elity. Oni jednak rzadko zjawiali się w tej części miasta, dlatego musiał to być ktoś w rodzaju posłańca. Nie miała czasu się nad tym zastanawiać, bo w jej stronę zmierzał już cyborg z metalowym ramieniem. – Niby nie miała czasu się nad tym zastanawiać, ale jednak to zrobiła…

Ja wiem, że opisy są ważne; że chcesz, by czytelnik wyobraził sobie starcie i Ducha. Ale to napisz po prostu, że Duch szamotał się z typem w garniturze. Potem, gdy facet padnie na deski, będziemy zastanawiać się, kim w ogóle jest. Kogo teraz obchodzi, że jest posłańcem? Mógłby być nawet papieżem; dopóki stwarza realne zagrożenie, trzeba się nim zająć.


Nauczona poprzednią porażką, schowała pistolety. Zanim oddałaby celny strzał, zdążyłby do niej dobiec, był niesamowicie szybki mimo swojej postury. Zauważyła kątem oka miecze Ducha, spoczywające na stole. Ruszyła w stronę cyborga, ale zamiast sparować się z nim, zrobiła unik, kopnęła w jego stronę drewniane krzesło, wskoczyła na stół i zanim mężczyzna zdążył zareagować, zrobiła przewrót w przód, jednocześnie wyciągając przy tym miecz z pochwy i tnąc przestrzeń przed sobą. Cyborg nie odsunął się w porę i ostrze przecięło jego brzuch. – Chyba czegoś nie rozumiem. Skoro Sayana miała już pistolety w ręce, dlaczego uznała, że użycie ich zajmie jej mniej czasu niż: schowanie broni, rozeznanie się w miejscu akcji, spostrzeżenie mieczy i wykombinowanie, jak po nie sięgnąć? W tym czasie, przypominam, cyborg już zmierzał w jej stronę, i podobno bardzo był przy tym niesamowicie szybki. To się strasznie gryzie; długie zdania i kombinatorstwo Sayany wyklucza prędkość i zwinność cyborga. Mężczyzna równie dobrze mógłby po prostu stać i czekać na jej ruch, patrzeć wyzywająco i uśmiechać się półgębkiem, dając jej tych kilka dodatkowych sekund na obmyślenie strategii. Poza tym metalowe miał tylko przedramię. Sayana mogłaby próbować postrzelić go gdzieś indziej, na przykład w nogę czy korpus, skoro gość był takim wielkoludem. I nie musiałaby wcale jakoś szczególnie celować, nadal realizując swój plan, by w razie czego zbliżyć się do mieczy.

[Dalej t]Trzymał się dalej na nogach, przyciskając rękę do brzucha. Całe ubranie przesiąkło krwią. Chciał zadać cios metalowym ramieniem, ale Sayana była szybsza. Odparowała uderzenie i cięła z półobrotu, tym razem celując w klatkę piersiową. Przeszyła ją na wylot, przygważdżając go do starej szafy. Wyciągnęła miecz, zostawiając w ciele mężczyzny kilkucentymetrową dziurę, z której trysnęła krew. Już pomijając, że nadużywasz konstrukcji z imiesłowem współczesnym, moją uwagę zwróciło również to, że Twoje opisy nie są w żaden sposób sensoryczne. Właściwie ograniczasz się do wzmiankowania o tej nieszczęsnej krwi. Tymczasem starcie Sayany i gościa z metalowym przedramieniem ma w sobie ogromny, acz niewykorzystany potencjał. Wyobrażasz sobie te lecące na wszystkie strony iskry? Albo czy słyszysz zgrzyty i szczęki miecza, trzaśnięcie starej szafy? Czujesz jakiś smród?

 


Ja też nie.


– Dobra – mruknął – ale teraz czas się zwijać. Poproszę moje skarby z powrotem. // Patrzyła na niego, nie rozumiejąc, co ma na myśli. Zastanawiała się, czy przypadkiem za bardzo nie oberwał w głowę. Dopiero po chwili zobaczyła jego spojrzenie skierowane na katanę, którą trzymała w dłoni. Podała mu ją bez słowa, a później sięgnęła po skórzaną pochwę. – Katana nie jest synonimem miecza; obie bronie są białe, ale znacząco różnią się od siebie. Wcześniej, gdy wspominałaś o mieczu, z marszu wyobrażałam sobie prostą, szeroką głownię, zwężany ku czubku sztych oraz typowy krzyżowy jelec. Katany natomiast głownię mają zakrzywioną, sztych ścięty, a jelec – kolisty. Pomyśl przy okazji, czy Duch nie miał przypadkiem szabli – broni białej o zakrzywionej głowni, ale zwężanym do czubka sztychu. Wybierz jedno i trzymaj się konkretnego określenia, by nie mylić odbiorców; gdybyś pisała w innym gatunku, poradziłabym też dookreślanie, na przykład katanę można nazywać mieczem samurajskim czy japońskim.

Przy okazji, pochwa samurajskiej broni białej, czyli katany – tak zwana saya – wykonywana jest z drewna. To ścisły, bardzo charakterystyczny element dla tej broni. Pochwy ze skóry przeznaczone są na miecze oraz szable, te na wzór europejski. Choć w ogóle jestem mocno zdziwiona, że w Twoim sci-fi nie są to jakieś pochwy stalowe, polimerowe, plastikowe czy jakieś tam, o dodatkowych właściwościach. Skóra czy drewno nie są materiałami typowymi dla uniwersów sci-fi i właściwie jeszcze bardziej oddalają mnie od tego klimatu. Może jednak chodzi o to, że Duch jest koneserem dawnych czasów, skoro wiadomości pisze piórem i atramentem? Okej, wtedy bym to zrozumiała. Ale też trochę dziwi mnie, że te pistolety głównej bohaterki są takie dość typowe, współczesne – nie strzelają jakąś specjalną amunicją czy w ogóle wiązką lasera, nie są chowane do jakichś specjalnych kabur, nie są w stanie nic zrobić komuś, kto ma na sobie jakąś metalową zbroję… Rozumiem, że w czasach współczesnych to problem, bo im większa moc broni, tym większy odrzut, więc dziś Sayana, by coś zdziałać z cyborgiem, potrzebowałaby strzelby. No ale po to mamy sci-fi, by naginać czy nawet ignorować prawa fizyki na rzecz kreacji wizji przyszłości, w której technologia jest na znacznie wyższym poziomie. Tego poziomu obecnie w Twoim tekście nie czuć.

No i tutaj rysuje mi się jeszcze jeden problem, otóż już parę razy czy to w dialogach, czy narracji padło, że Sayana jest cyborgiem. Niezachipiowanym, ale jednak. Pod prysznicem zresztą wspominałaś o jej płytkach w plecach. Moje pytanie brzmi więc: co jej to daje? Jakie moce i umiejętności się z tym wiążą? Dlaczego nie widać ich w walce? Czy może zamiast mocy, te metalowe płytki powodują jakieś niedogodności? Scena starcia Sayany z cyborgiem wyglądała jak wyjęta żywcem z pierwszego filmu o Larze Croft, kiedy to zwykła kobieta z dwoma berettami trenuje walkę ze skonstruowanym przez przyjaciela robotem. Sayana nie zrobiła niczego, co świadczyłoby o tym, że faktycznie jest zboostowana, ma asa w rękawie. Nie stawała do walki z cyborgiem jak równa z równym; jej ocena przeciwnika sugerowała, że Sayana jest człowiekiem, kimś o mniejszych umiejętnościach. Dziewczyna nazywa cyborga chociażby niesamowicie szybkim. Ale sama taka nie jest…? Nie jest bardziej wytrzymała? Nie jest zwinniejsza? To… po co właściwie jej te płytki?

 

Sayana chce zachować jednego z przeciwników przy życiu, by wyciągnąć z niego informacje, na co Duch odpowiada, że nie muszą tego robić, bo on wszystko wie. Po czym w kolejnym dialogu dostajemy coś takiego:

– Domyślam się, czego chcieli – powiedziała Sayana – ale chciałabym dowiedzieć się, skąd wiedzieli[,] gdzie nas szukać? // Miała żal, że Duch pozbył się jedynej osoby, z której mogli wydobyć jakieś informacje.

– Dobre pytanie – wydusił, opierając się o ścianę.




– Nie. Ja bym tego nie zrobił. Na mnie potrzeba czegoś więcej niż metalowej pięści. // Zrobiło jej się głupio, że posądziła go o coś takiego (…).

To nie byłoby potrzebne. Mogliby bez trudu zawładnąć jej umysłem. Pytanie brzmiało, czy byłaby gotowa zakończyć coś, zanim się zacznie. – Nie rozumiem podkreślonego fragmentu. Chodzi o zakończenie swojego życia, popełnienie samobójstwa? Czy więc Sayana uważa, że jej życie jeszcze nawet się porządnie nie zaczęło? Nie czuję w niej tego żalu.

Musieli wydostać się z budynku inną drogą, dlatego skierowała się na klatkę schodową [rym]. Chciała ruszyć w górę, ale Duch ją powstrzymał. Spojrzała na niego i uświadomiła sobie, że skakanie po dachach to nie najlepszy pomysł. – Już w tym samym akapicie, kawałek wcześniej, Sayana dostrzegła, że mężczyzna utykał. Najwyraźniej bardzo szybko o tym zapomniała, dwie myśli później wybierając drogę ucieczki. Czy to nie czyni z niej niezbyt łebskiej?

Z jednej strony momentami czynisz z niej inteligentną, doświadczoną rebeliantkę, z drugiej – bywa, że Sayana nie dochodzi do najprostszych wniosków i podejmuje nietrafione decyzje:

– Wiem, że zazwyczaj wjeżdżasz windą, a wychodzisz górą, ale ta pora dnia nie sprzyja takim wycieczkom. // Nie wzięła tego pod uwagę. Pod osłoną nocy wymykała się tą samą drogą, która sprawdzała się od lat, jednak za dnia ktoś mógł ich zauważyć.

I tak, może się wydawać, że to czyni z niej postać ludzką, która popełnia błędy. Jednak tego typu nietrafione wybory są chyba dla kogoś o tak bogatej przeszłości aż nadto oczywiste i kłócą mi się z wizerunkiem, który kreowałaś do tej pory. Oczywiście Sayana nie powinna stać się postacią idealną, ale mam wrażenie, że uciekając przed tym, popadasz w inną skrajność.

 

Spróbuje mu pomóc, jak tylko się stąd wydostaną, co nie było takie łatwe, biorąc pod uwagę liczbę schodów i pięter, które mijali. – To brzmi trochę tak, jakby Sayana do tej pory nie miała pojęcia, że budynek jest wysoki; odkrywała to dopiero teraz, schodząc po schodach. A przecież nie była tu pierwszy raz – widziała go też z zewnątrz. Zdecydowanie mniej wątpliwie brzmiałoby coś w stylu: biorąc pod uwagę, jak wiele pod sobą mieli jeszcze pięter. To pasowałoby do wniosku o tym, że Duch kuleje, więc bohaterowie nie przemieszczają się szybko.

Także te z silnikami elektrycznymi okazały się bezużyteczne, gdy okazało się, że baterie trzeba wymieniać i stać na nie tylko najbogatszych. (…) Sayana słyszała, że dawniej samochodów było za dużo i miały negatywny wpływ na środowisko. Teraz problem sam się rozwiązał, jednak nie miało to związku z ekologiczną postawą ludzi.

Okej, dowiedziałam się co nieco o Twoim świecie i teraz wiem już (choć może powinnam napisać: dopiero teraz…), że mylnie podchodziłam do tego tekstu. Do tej pory sądziłam, że mamy tu istny cyberpunk, co sugerowało mi chociażby bogactwo elektroniczne wspomniane na początku tekstu: neony, światła miasta, telebimy, do tego komponenty ze specjalnych metali, protezy, chipy… Tu jednak, gdy wspominasz, że problemy współczesnego dla nas świata – choćby drożyzna kończących się surowców – wcale nie zostały rozwiązane, a dostęp do chociażby paliwa miała jedyna Elita… Teraz zaczynam dostrzegać w tym poważniejszą dystopię. Szkoda, że dzieje się to dopiero w piątym rozdziale, i to za sprawą jednej większej ekspozycji na temat samochodów i innych pojazdów. Gdyby nie ona, nadal pozostawałabym w błędzie.

Zdecydowanie lepiej byłoby, gdybyś regularnie, prawie że na każdym kroku, dawała mi – wink-wink – znać, jak wygląda wykreowane przez Ciebie uniwersum. (Teraz mam wrażenie, że zrzuciłaś na mnie bombę, która odwróciła moje wyobrażenie o sto osiemdziesiąt stopni). I byś robiła to zmyślniej, za pomocą hintów, nie – ekspozycji. Zobacz, jak fajny efekt uzyskałabyś, wcześniej pokazując mi obcych w tle, przemieszczających się na rowerach, by gdzieś dalej wspomnieć o tym, jak rowery wyparły samochody. Miałabym teraz takie: hej, to dlatego wtedy Sayana minęła tamtego rowerzystę! Tymczasem zamiast wpierw pokazywać mi swój świat, raz na jakiś czas rzucasz o nim jakąś informację. No i z jednej strony doceniam, że informacja o samochodach nie pojawia się ot tak, gdziekolwiek, tylko faktycznie wtedy, gdy bohaterka mija porzucone wraki. Z drugiej strony… Sayana wie, czym one są. Wie, jaka jest ich historia. Idę o zakład, że widywała samochody nie raz i nie dwa. Czy za każdym razem przypomina sobie, jak i dlaczego przestano z nich korzystać? No niezbyt. Dlatego uważam, że samo minięcie kilku wozów to trochę za słaby pretekst, by eksponować ten element fabuły. Nie wypadło to aż tak naturalnie, jak mogłoby.

 

Odetchnęła. Duch rozwinął materiał, w który zapakował wcześniej miecze i narzucił go Sayanie na plecy. – Wcześniej wspominałaś o skórzanej pochwie. Co się z nią stało?

Duch ruszył pierwszy. Kroczyli po suchej i jałowej ziemi, na której ustawiono namioty, stworzone z najprzeróżniejszych materiałów, od starych plandek aż po tekturę. Dookoła panowała cisza. Czasem omijali leżące na ziemi postacie, przykryte dyktami albo skrawkami materiału. Sayana starała się nie potknąć o wystające z namiotów nogi. Gdy niektórzy kierowali na nią swe spojrzenia, zasłaniała twarz materiałem. Ich zainteresowanie było chwilowe. Nie zwracali większej uwagi na intruzów. W końcu ominęli [ci niektórzy?] obozowisko, ponownie zeszli na dół, kierując się w głąb tunelu. Sayana domyśliła się, że to stare, niedziałające metro.

Informacja o rowerach i problemach z przemieszczaniem się budzi we mnie jeszcze jedną wątpliwość. Otóż jeśli Sayana nie ma roweru, porusza się tylko na piechotę, to wszystkie lokacje, które opisałaś do tej pory, muszą być bardzo blisko siebie położone. Kryjówka rebelii, dom Ducha, dom Lady M., teraz obozowisko w opuszczonym metrze… Aż dziwne, że Sayana sama jeszcze go nie odkryła. Najciemniej bywa pod latarnią, huh?

– Obóz? – powtórzył rozbawiony[.][T]to ich małe terytorium. W dzień nie są groźni, ale nocą lepiej omijać to miejsce z daleka.

Prowadził ich wzdłuż torów. Światło za nimi stawało się coraz słabsze. Wzrok miała dobry, ale z każdym krokiem widziała coraz mniej przed sobą. // Zobaczyła, że Duch klęka przy stercie gruzu i wyjmuje coś z dziury w ziemi. Chwilę później usłyszała trzask, ciemność rozjaśniło zielone światło. – Inna sprawa, że nagle Duch przestał kuleć. Podróżowanie wzdłuż torów czy nawet klękanie na gruzie nie jest już dla niego utrapieniem? I czy Sayana nie miała spojrzeć na jego ranę, gdy tylko oddalili się od kryjówki mężczyzny, z której przed chwilą uciekli?

 

– Wyglądasz, jakbyś chciał się mnie pozbyć – powiedziała w końcu.

– Aż tak to widać?

Szczerze mówiąc, nie odczułam tego. Samo to, że Duch zabrał Sayanę przez obóz do tunelu opuszczonego metra i pokazał jej, gdzie trzyma flary, a także wspomniał, że to droga do jego własnej kryjówki, wystarczająco świadczy o tym, że mężczyzna jej ufa i nie miałby problemu zabrać jej do siebie. Jednak z kolejnego dialogu wynika, że gościowi towarzystwo Sayany faktycznie jest nie w smak. Dziwne. W takim wypadku mogli pożegnać się i rozejść przed obozem albo w nim. Czy ta rozmowa nie odbywa się za późno? Trudno teraz uwierzyć w to, że Duch miałby z Sayaną jakiś problem.


 

Rozdział 6

Moja opinia o tym, że tekst, choć ma ciekawą fabułę, jest mało zajmujący, niestety nie uległa zmianie. Od dominacji narratora wszechwiedzącego, poprzez liczne ekspozycje odpowiadające za opisywanie, a nie pokazywanie mi Twojego uniwersum, na nieszczególnie fascynującej Sayanie kończąc… Czyta mi się coraz ciężej, coraz mniej ochoczo podchodzę do tego tytułu. I to dziwne, bo tekst wciąż cechuje się dość wysoką poprawnością językową, więc już z tego powodu powinno czytać mi się lżej. Przyłapuję się jednak na tym, że coraz częściej zerkam na suwak, oceniając, ile mi jeszcze zostało. To zły znak. Dlatego pozwoliłam sobie skomentować jedynie ten rozdział, a następnie przejść do krótkiego podsumowania. Krótkiego, bo i ocena jak na moje standardy nie jest szczególnie długa.


(…) Przed nim nic się nie ukryje. Zawsze wiedział, że czekam, mimo iż nigdy nie pokazywałem mu się na oczy.

– Jak? – zapytała.

Duch wskazał palcem na oko.

– Cybernetyczne – wyjaśnił – na podczerwień.

Sayana westchnęła. Nie wiedziała o tej umiejętności Marvina. Zawsze zastanawiało ją, jak to możliwe, że nie ruszając się zza baru, wiedział[,] co dzieje się dookoła. Teraz poznała odpowiedź.

W takim wypadku aż się prosi, by scena w barze zawierała hint (wskazówkę), który w tym momencie zostałby wyjaśniony. Marvin mógłby wtedy zwrócić uwagę na coś, czego nie miał prawa dostrzec, by czytelnik wraz z Sayaną już w tamtej chwili zastanowił się nad tym faktem. Nawet specjalnie cofnęłam się do tej sceny, by upewnić się, że nic podobnego nie miało wtedy miejsca. Przy okazji trafiłam na takie zdanie: Jedno oko miał zastąpione sztucznym, cybernetycznym, a skórę dookoła pokrytą metalowymi płytkami. Czyli jednak Sayana wiedziała o tym, że oko Marvina jest cybernetyczne! Nie tylko sztuczne, ale również elektroniczne.

 

Sayana od początku nie czuła się bezpiecznie w Twierdzy. – Dosłownie kilka zdań wcześniej Sayana prosiła Ducha, by poszedł z nią do Twierdzy, bo właśnie tam będzie bezpieczny. Właśnie tego słowa użyła. No i w porządku – sama mogłaby w to nie wierzyć. Problem w tym, że… bywałam już w Twierdzy wraz z Sayaną i jakoś wtedy bohaterka nie okazywała szczególnej niechęci czy większego braku zaufania wobec tego miejsca. Dopiero otrzymana karteczka wzbudziła w niej czujność, ale zanim Sayana ją odkryła, weszła do swojego pokoju jakby nigdy nic (pamiętam, że padło wtedy takie określenie jak radość), a gdy już położyła się na łóżku, niemal od razu zasnęła. Wprawdzie przypomina mi się moment, w którym Sayana myślała o tym, że rebelianci niepotrzebnie wierzą w bezpieczeństwo Twierdzy, bo nie ma nic gorszego niż poczucie bezpieczeństwa, ale sama przyznasz, że był to ogólnik, który dowodził wtedy jedynie tego, że Sayana miała trudną przeszłość i nie dziwne, że odczuwałaby niepokój, niezależnie od tego, gdzie i z kim by się znalazła. Arena nauczyła ją czujności i wpłynęła na jej osąd, mocno ją skrzywiła – tak wtedy uważałam. Natomiast jeśli Sayana nie miała jakiejś szczególnie dobrej opinii kryjówce rebeliantów z przyczyn bardziej obiektywnych niż własna trauma, fajnie byłoby, gdyby czytelnik mógł odczuć to już wtedy, a nie teraz – jakby na ostatnią chwilę.

Przy czym zdaję sobie sprawę z tego, że scen w Twierdzy mamy niewiele i na takie przemyślenia może po prostu nie być miejsca. To tylko udowadnia, że tempo akcji jest za szybkie, za szybko przemierzamy lokacje, a przez to zbyt wybiórczo poznajemy i Twoje uniwersum, i Sayanę. Szkoda, że nie poświęciłaś większej liczby scen na to, by pokazać mi, że życie w Twierdzy toczy się zupełnie normalnie i stabilnie, że ludzie czują się w niej pewnie, i tylko Sayana wzbrania się, by w to bezpieczeństwo uwierzyć. Być może sama mogłabym w nie uwierzyć, a za wątpliwości Sayany, problemy z zaufaniem, nawiązywaniem przyjaźni czy innych głębszych relacji wewnątrz Twierdzy, a także samotne wyprawy na misje obwinić jej trudną przeszłość, którą dziewczyna spędziła na arenie? I tak byłoby aż do momentu, kiedy Sayana odkrywa, że sam Duch ot tak potrafi włamać się do kryjówki rebeliantów. Ale żeby to wszystko zadziałało, musi zostać zbudowane; nie od środka, a od fundamentu. Muszę najpierw dobrze poznać Twierdzę, jej mieszkańców, rutynę Sayany, jakieś treningi, by kwestia tego, że kryjówka rebeliantów może być zagrożona, w ogóle jakkolwiek mnie obeszła. Obecnie wszystko, co o niej czytam, wprawdzie dociera do mnie, ale nie wzbudza emocji. Choćby i Twierdza upadła za rozdział czy dwa, i to efektownie, z wielkim hukiem i w tryskającej krwi rebeliantów, to i tak nie zrobiłoby to na mnie wrażenia, bo miejsce i ludzie wewnątrz są mi zupełnie obcy. Nie zdążyłam poczuć się częścią tego środowiska.

 


Pamiętała historie o nalotach na grupy rebeliantów i bombardowania ich siedzib. Była wyczulona na każdy najmniejszy dźwięk i nie wierzyła w zapewnienia o idealnej kryjówce, ale mimo to Twierdza funkcjonowała dalej. – O, widzisz? To tylko kolejna ekspozycja. Zaklinasz nią tekst, wprowadzając informacje o tym, co sobie myślała Sayana gdzieś poza kadrem albo może zanim w ogóle zaczęliśmy śledzić jej losy w opowiadaniu. Taki opis nie ma żadnej wartości, w żaden sposób nie wpłynie na odbiorcę. Nie musiałby paść w tym momencie – ani żadnym innym – gdybyś po prostu znalazła czas i miejsce. Zamiast tego, mogłabyś na przykład pokazać, jak Sayana reaguje chociażby na jakiś podejrzany dźwięk usłyszany na korytarzu Twierdzy, który ostatecznie okazałby się, nie wiem, skrytym w ciemności szczurem. Albo jak na przykład ktoś o dobrych intencjach zachodzi bohaterkę od tyłu, na co ona nerwowo wyciąga broń… Jednak by to pokazać, potrzebujesz scen.

Czytałaś może – tak, ja znów o tym… – „Łzy Niewiernego” autorstwa Deneve? To jeden z niedawno ocenianych u nas tekstów, ale i tak zwyczajnie naprawdę porządny kawał dystopijnej fantastyki (niestety nadal czekamy na jego zakończenie…). Jedną z głównych bohaterek jest Averyn – dziewczyna, którą poznajemy, gdy ta zaczyna pełnić funkcję adeptki w Akademii, w której szkoli się żołnierzy. Od samego początku towarzyszymy Averyn w jej codzienności – od treningów i zajęć teoretycznych, po spożywane na stołówce posiłki, a nawet… branie prysznica. Dzięki temu systematycznie, ale coraz lepiej poznajemy nie tylko Averyn – która o rzeczach dziejących się wokół niej myśli na bieżąco mową pozornie zależną (narracją personalną) – ale i całą Akademię; to, jak funkcjonuje jako organizacja. Możemy poczuć się jej częścią, jednym z trybików tej machiny. Wyrobić sobie o niej opinię, która będzie zmieniała się wraz z odkrywaniem kolejnych kart. Deneve, aby osiągnąć ten efekt, potrzebowała nie – dwudziestu, a dwustu stron, i wyszło jej to pierwszorzędnie.

W tym momencie ktoś mógłby zapytać, czy taki początek nie jest aby zbyt nudny. Otóż nie, nie jest, ponieważ Deneve zadbała o to, by w każdej pozornie pasywnej scenie wydarzyło się coś, co budziłoby napięcie, wprowadzało tajemnicę odkrywaną za kilka kolejnych scen. Poza tym w Akademii, ale i poza nią, znajdują się też inne postaci, które dostały swoje sceny i partie narracyjne, a więc tekst zyskał wymiar głębi. Jako że nie towarzyszymy Averyn cały czas, jej towarzystwo nie może nas przesadnie zmęczyć, tym bardziej że charakter akurat tej postaci nie każdemu przypadłby do gustu. Tymczasem u Ciebie nie tylko brakuje początku, który pozwoliłby odbiorcy osadzić się w tak ważnym miejscu akcji, jakim jest Twierdza, ale i brakuje innego wątku, który być może pozwoliłby odpocząć na chwilę od samej Sayany. Który, niewykluczone, pokazałby drugą stronę barykady, czyli Elitę…? To by było klawe.

Wróćmy jednak do kwestii samego dialogu. Przy standardowym formatowaniu liczy dokładnie… cztery strony A4. Ciągnie się i ciągnie, a ja dowiaduję się coraz więcej to o wątpliwościach Sayany i podejrzeniach skierowanych na Marvina; to o przeszłości Ducha; to o jego powiązaniach z ludźmi z Twierdzy, Elitą i o jakiejś szczególnej więzi z samą Sayaną… Okej, nie powiem, w dość ciekawy sposób układają się te puzzle – pomysł na fabułę masz naprawdę godny uwagi. Ale czemu to wszystko, co czyni główny i przy okazji jedyny konflikt fabularny, rozwija się w tak oczywisty sposób, ot, w jednej pogadance? A gdyby tak te wszystkie informacje dawkować? Gdzie się tak spieszysz?

 

– Wydaje mi się, że wiesz o Twierdzy więcej, niż mówisz. Nie dzielisz się ze mną wszystkim – zauważyła w końcu. – Przecież widać gołym okiem, że Duch nie mówi wszystkiego. Jego odpowiedzi są strasznie enigmatyczne, gość zresztą nawet tego nie ukrywa. W obliczu tego wypowiedź Sayany brzmi niezbyt odkrywczo.

I oczywiście, że mężczyzna akurat źle się poczuł pod sam koniec rozmowy, jego stan bardzo szybko się pogorszył. Czemu nic tego nie zwiastowało już w trakcie trwania dialogu? Czemu nie rozwijało się stopniowo? Obecnie wygląda to trochę tak, jakbyś przypomniała sobie o tym, że Duch jest ranny, bo potrzebowałaś pretekstu, by zakończyć scenę. Taka trochę klisza.

 

W pewnym momencie dostrzegła, [przecinek zbędny] małe[,] drewniane schodki, których wcześniej nie widziała. – Nie musisz tego dopisywać. Skoro Sayana dopiero co je dostrzegła, to wiadomo, że nie widziała ich wcześniej.

Był tam materac, [przecinek zbędny] zajmujący całą przestrzeń. Dostrzegła także kraciasty koc spoczywający w kącie. Jeśli miał [ten materac, koc, kąt…?] złamane, [przecinek zbędny] żebro[,] musiała je usztywnić.

Uniosła jego koszulkę, żeby zobaczyć, jak wyglądają obrażenia[,] i wtedy zamarła, nie mogąc uwierzyć, w to, co widzi. – To podkreślenie również bym usunęła. Zakończenie zdania na /zamarła/ da znacznie mocniejszy efekt brzmieniowy. Poza tym samo /zamieranie/ jest już wystarczająco wymowne.

Tak czy inaczej muszę przyznać, że opis wnętrza kryjówki Ducha jest najbardziej przyciągającym uwagę elementem tego rozdziału. To intrygujące, że mężczyzna chomikuje aż tak wiele reliktów przeszłości. Widzisz, poruszyłaś tym moją wyobraźnię i w rzeczywistości dopiero teraz – nie dialogiem z Sayaną, nie wcześniejszymi działaniami – sprawiłaś, że postać Ducha stała się dla mnie ciekawa, na swój sposób fascynująca. Już wcześniej ukazywałaś jego pociąg do dawnych lat, chociażby tym, że bohater korzystał z atramentu i posługiwał się pismem odręcznym. Cieszę się, że teraz otrzymałam rozwinięcie tej kwestii.


 

PODSUMOWANIE

Jako że ocena nie jest szczególnie długa, postanowiłam, że podsumuję ją w formie graficznej.


[kliknij TUTAJ, aby otworzyć powiększoną grafikę w nowym oknie]


Na zakończenie chciałabym jednak odnieść się raz jeszcze do kwestii bohatera fascynującego. Otóż, opierając się na wspomnianym na grafice poradniku „Po bandzie!, czyli jak napisać potencjalny bestseller”, istnieje kilkanaście punktów kreowania postaci fascynujących. I tylko parę z punktów – w tym tych, których zabrakło mi w Twoim tekście – to (parafrazując i zbierając dane z całego rozdziału o kreacji postaci):


tworzenie bohatera, który nie zna siebie i którego nie określa narracja, a który poznaje się i zaskakuje sam siebie w trakcie rozwoju fabularnego, w konkretnych epizodach;
tworzenie bohatera, wokół którego kręci się cały świat (bohatera, który o każdej interakcji i wszystkim, co dzieje się w tekście, ma swoje zdanie i w narracji pozostaje maksymalnie subiektywny nawet wtedy, gdy wydaje mu się, że ma skłonności do sędziowania i zachowuje zdrowy obiektywizm);
☛ tworzenie bohatera, który od początku tekstu ma swój cel (mogący, oczywiście się zmienić lub rozszerzyć o nowe działania wraz z rozwojem fabuły) i który nie marnuje zbyt wiele czasu na odnajdywanie tego celu. Który nie włóczy się po kartach historii i nie czeka na jakiś traf. Najlepiej jednak, gdy bohater ma dwa SPRZECZNE cele, które sprawiają, że bohater ten jest wewnętrznie rozdarty, i które wzmacniają konflikt fabularny;
tworzenie bohatera, który na kartach fabuły zmienia swój punkt widzenia, przechodzi wewnętrzną przemianę (na przykład od obojętnego dupka do opiekuńczego przywódcy), a czytelnik dostrzega to szybciej niż sam bohater (a jeśli on też to widzi – stara się to ignorować lub zrzuca na karb czegoś innego);
tworzenie bohatera, który jeśli jest w jakiś sposób irytujący (na przykład swoją obojętnością czy przemądrzałością) i trudno przy nim długo przebywać, ma przynajmniej poczucie humoru i rozładowuje napięcie tworzące się w odbiorcach po dłuższym czasie przebywania z postacią antypatyczną (przykłady: dr. House, Sherlock Holmes).

 

Trudno mi powiedzieć, by Sayana zbudowana była na podstawie właśnie tych punktów. Oczywiście często tych nie widać już na początku tekstu, ale z „Krokiem…” mam właśnie ten problem, że nie potrafię obiektywnie ocenić, czy treści mam za sobą dużo, czy raczej niewiele. Niby całkiem sporo się wydarzyło, odwiedziłam wiele miejsc, uczestniczyłam nawet w kilku bitkach, poznałam gros postaci, ale… w rzeczywistości przeczytałam tylko coś koło trzydziestu stron, mam za sobą jedynie sześć rozdziałów. Z jednej strony skoro Sayana przebywała w tylu miejscach i podjęła się tak wielu interakcji, powinna częściej wyrażać własne opinie, a nie tylko charakteryzować świat dookoła siebie; powinna też przeżywać emocje związane z tym, co dzieje się wokół niej. Z drugiej strony trudno na przestrzeni tych pięciu rozdziałów poupychać więcej Sayany; by wybrzmiała, powinna dostać po prostu więcej scen (chociażby w Twierdzy; pamiętasz na pewno, o czym pisałam całkiem niedawno).

Głównie to właśnie kwestia kreacji Sayany (jej bezosobowość wynikająca z narzuconego przez narrację obiektywizmu i informacyjnego charakteru rozdziałów) sprawiła, że czytanie nie wzbudza emocji i nie wyczekuje się ze zniecierpliwieniem na dalszy rozwój fabuły. To też sprawia, że tekst – choć zaczyna się intrygująco i naprawdę obiecująco – po pierwszych rozdziałach ostatecznie przypomina bardziej opowiadanie blogowe niż poważny projekt, który miałby szansę na wydanie. Jest na to też zbyt liniowy.

Mogłoby się wydawać, że to nie problem, bo w rzeczywistości wystarczyłoby być może stworzyć osobną linię fabularną, drugi wątek, przedstawić na przykład kilka scen wprowadzających postać Lady M., która zajmuje się swoimi sprawami, realizuje swój plan. Pokazać życie Elity od środka, tym bardziej że Lady M. po pierwszym spotkaniu wydaje się postacią, która nie do końca utożsamia się z własnym środowiskiem (jeśli oglądałaś serial „Andor” z uniwersum Gwiezdnych Wojen, przypomnij sobie w tym momencie postać Mon Mothmy). Ale, oczywiście, to tylko jedna z wielu możliwości, po którą wcale nie musisz sięgać. Chcę Ci jednak pokazać, że prowadzenie całości z perspektywy jedynie samej Sayany jest mocno ograniczające w kontekście prezentacji sporego uniwersum, które stworzyłaś, a i w kontekście oschłej narracji i chłodnego stylu bycia bohaterki dla czytelnika może okazać się też tak po prostu nudne, na dłuższą metę męczące.

Nie da się też ukryć, że główny konflikt fabularny „Kroku…” jest napędzany przez panujący podział społeczny i wiążącą się z nim dystopię. Czytelnik może nie zrozumieć, nie poczuć tak poważnej problematyki, nie poznając obu stron tego konfliktu i nie mając możliwości wyrobić sobie o nich własnej opinii. Niby w „1984” perspektywa tylko jednej postaci działała, ale Orwell i scenicznie, i w POV Winstona Smitha co rusz obrazuje, że po stronie Wielkiego Brata i systemu nie ma niczego dobrego. „1984” realizuje też po prostu inne cele, ma inne założenia. „Krok do ciemności” wydaje się bardziej rozrywkowy, aniżeli dramatyczny, psychologiczny i wreszcie społeczny; nie jest też tworzony na kanwie literatury klasycznej. Właściwie niezręcznie miota się gdzieś pomiędzy – sztywniacka narracja wprawdzie przypomina klasyków, ale tryskająca krew, kolokwialna stylizacja językowa partii dialogowych czy efekciarskie starcia zdecydowanie kierują w stronę treści rozrywkowej, literatury, którą czyta się dla przyjemności i zamiłowania do gatunku sci-fi; ot, czegoś na wzór „Ghost in the Shell”, „Blade Runner 2049” (oczywiście mam na myśli film) czy „Alita: Battle Angel”.

Wracając jednak do tematu – nie, samo dodanie scen czy rozwinięcie pomysłu, nawet stworzenie poniekąd osobnej, a jednak powiązanej z Sayaną linii fabularnej, niestety nie daje gwarancji na to, że tekst stanie się znacznie bardziej angażujący. Zapewnić tego nie muszą też nowe sceny z samą Sayaną w Twierdzy, które zresztą już proponowałam. Zmian wymagałaby przede wszystkim warstwa narracyjna obecnych i ewentualnie przyszłych scen. Pomogłoby:


☛ dodanie indywidualnego POV Sayany,
☛ wprowadzenie większej różnorodności w przypadku opisów (oddających przy okazji nieco więcej wrażeń sensorycznych, by poruszać zmysły odbiorców)
☛ i w końcu nadanie całości głębi przez zastosowanie foreshadowingu, czyli techniki zapowiedzi – by w tekście pojawiały się wpierw wtopione w scenografię znaczące momenty, których sens wybrzmi z czasem (kwestia chociażby rowerów i ogólnie tła żyjącego wokół Sayany, obaw Sayany o to, że w Twierdza nie jest bezpieczna, że może być pod obserwacją Elity czy chociażby umiejętności Marvina – to tylko niektóre z przykładów, które mogłabyś wziąć pod uwagę).

Punkty te idealnie obrazują, że tekst wymaga gruntownego remontu na zbyt wielu polach (kompozycji scenicznej, stylizacji narracji, kreacji Sayany…), by pobieżne szlifowanie nie pozostawiło po sobie wielu dziur, zarówno tych starych, jak i całkiem nowych, które siłą rzeczy wyjdą na jaw, gdy zaczniesz lepić. Może lepiej, a przede wszystkim szybciej by więc było zacząć od nowa, z uwzględnieniem tego, co już masz, by wpleść tych kilka puzzli w nowy, większy, bardziej atrakcyjny obrazek…? Gdyby to był mój tekst, myślę, że właśnie to bym zrobiła – głównie dlatego, by nie marnować tego, co już mam, ale też by nie opierać na tym zmian. By obecne sceny nie stały się moją bazą, a ewentualnie dodatkiem, z którego skorzystam lub nie, jeśli nie wpasuje się w nową, znacznie głębszą i poważniejszą wizję. No i też zaczęłabym od nowa, by uniknąć sytuacji, w której lepienie ostatecznie okazałoby się niewystarczające i zbyt skomplikowane, niewarte przysłowiowej świeczki. Chyba że w ogóle nie planujesz rozwijać tego projektu?

Być może Twoim zamysłem faktycznie było poprowadzić jednowątkowy tekst, będący opowiadaniem właśnie, a nie – pełnoprawną powieścią. Być może to ja zawyżyłam swoje wymagania? Jeśli tak, jedyna rada, jaką dla Ciebie mam, brzmi: nie kombinuj przesadnie. Jeszcze bardziej ogranicz ten projekt, zacieśnij go. Skup się na akcjach bieżących, ale nie eksponuj tła, historii, nie wprowadzaj być może tylu postaci (bynajmniej nie naraz), nie pokazuj (bynajmniej w tak krótkim czasie) tylu miejsc akcji; ot, zredukuj wszystko to, co czyni Twój tekst potencjalnie głębszym, niż faktycznie obrazują to sceny, by nie dawać czytelnikowi możliwości odkrycia tego, co traci, a czego tekst nie rozwija, nie daje. Obecnie „Krok do ciemności” cierpi na niezdecydowanie, czym właściwie jest – czy jeszcze opowiadaniem, czy już powieścią. Na opowiadanie jest zbyt szerokie i porusza zbyt wiele kwestii, a na powieść – nie rozwija tych kwestii dostatecznie, przez co ich potencjał jest marnowany. O takich właśnie tekstach zwykłam pisać, że one tylko całkiem nieźle udają coś, czym w rzeczywistości nie są. Że ich autorzy bronią się ekspozycją, bo już nic innego im nie zostało, i liczą, że to zatuszuje braki, jak nie scen, to emocji postaci czy tła, którego nie zdążyło się solidnie zbudować. Niemniej tak wielu braków występujących jednocześnie po prostu nie da się zatuszować; prędzej czy później wyjdą na wierzch i zepsują pierwsze dobre wrażenie. Prędzej czy później i tak okaże się, że czytelnik ma przed sobą tekst jedynie przeciętny (3/6). Możesz teraz albo dostosować się do faktycznego stanu rzeczy i wrócić do pisania dość prostej, jednowymiarowej historii, albo postawić sobie poprzeczkę wyżej i wreszcie sięgnąć po to, co gdzieś tam przebłyskuje w tym tekście; czym ten tytuł naprawdę mógłby się stać.

Wierzę, że masz ku temu olbrzymi potencjał i dałabyś sobie z tym radę. To, czego Ci brakuje, to – odnoszę wrażenie – tylko odwaga. Odwaga, by ciąć, rozwijać, ergo: zmieniać. Wszystkie inne narzędzia, w tym umiejętności (bo naprawdę potrafisz pisać!) oraz wskazówki, jak konstruować i w którą stronę można by z tym tekstem pójść, już masz.

Pytanie tylko, czy będziesz chciała z nich skorzystać?

 


 


A za zaawansowaną korektę językową z elementami redakcji dziękuję korektorce Marlenie Milewicz [LinkedIn]. Jej wprawne oko i rzetelne podejście polecam każdemu, komu zależy na wysokiej jakości publikowanych treści. :) 

5 komentarzy:

  1. Dziękuję za tak obszerną ocenę! I odpowiadając od razu na ostatnie pytanie, na pewno skorzystam z wszystkich rad i wskazówek ;) właśnie takiej pomocy potrzebowałam. Miałam jakiś pomysł, wizję na ten projekt, ale pogubiłam się w procesie tworzenia. Sama nie umiałam ocenić, gdzie konkretnie popełniam błędy. Teraz już wiem i mogę wrócić do dalszej pracy nad książką.

    Muszę przyznać, że "Krok..." był na początku opowiadaniem, później przyszedł pomysł na jego rozwinięcie i stworzenie czegoś większego, może dlatego miota się między jednym, a drugim. To była zresztą jedna z moich pierwszych prac, a pomysł wydał mi się na tyle ciekawy, że postanowiłam przerwać pracę, gdy zauważyłam, że coś jest nie tak i zgłosiłam się tutaj ;)

    Jeśli chodzi o redaktora czy betę, to niestety nie mam. Sama staram się sprawdzać swoje teksty. Cieszę się, że pod tym kątem nie wypadam źle. Nie wiem, czy dam radę odnieść się do wszystkich uwag, ale spróbuję.

    Interpunkcja, to moja zmora, korzystam z pomocy programów, ale one czasem potrafią wprowadzić człowieka w błąd... Myślę, że poprawianie po nich jest jakąś formą ćwiczenia. Przecinki dalej stawiam źle, ale w mniejszym stopniu niż kiedyś.

    Co do prologu, to rozumiem, że nie muszę w nim zbyt wiele w nim zmieniać? Ostatnio zastanawiałam się, czy nie przeplatać rozdziałów takimi kartkami z pamiętnika Sayany, żeby móc bardziej nakreślić jej postać (i świata). Chociaż może lepiej gdyby taki pamiętnik prowadził Duch, który jest przecież wielbicielem papieru i atramentu. Boję się tylko, że doprowadzę tym do jeszcze większego chaosu.
    A jak już przy postaciach jesteśmy, to faktycznie dopiero po przeczytaniu opinii, zauważyłam, że wrzuciłam wszystko i wszystkich do jednego garnka, wymieszałam i podałam czytelnikowi na surowo 😅 w mojej głowie każda postać ma jakąś historię i rolę do odegrania, ale w tekście tego zabrakło. Dziesiąty rozdział napisałam z perspektywy Jamesa Athertona (człowieka nieoficjalnie rządzącego Elitą), a po nim miała pojawić się osobna linia czasowa z perspektywy Hope (dziewczyny z łaźni).

    Mam wrażenie, że z niektórymi rzeczami radzę sobie lepiej, np. większą uwagę przywiązuję do zgodności podmiotów. O możliwości użycia synonimu o innym rodzaju nie miałam pojęcia i dziękuje za tę wskazówkę!
    Niestety dalej nadużywam konstrukcji z imiesłowem współczesnym. Chociaż staram się z tym walczyć. No, i teraz w końcu wiem dlaczego w niektórych przypadkach nie należy tego nie robić.

    Robobarman? Myślę, że to wykorzystam ;) nad nazwą metalu też się zastanowię.

    Przeczytałam artykuł o narracji personalnej. Odkryłam, że w nowych projektach prowadzę narrację w limited POV. (Tak mi się przynajmniej wydaje) Jeśli tak jest, to łatwiej będzie mi dopracować tekst, nie zmieniając zbytnio swoich nawyków pisarskich. Deep POV wydaje się bardziej skomplikowane xD

    Nie wiem, czy odniosłam się do wszystkich uwag, pewnie coś pominęłam. Na pewno przeczytam opinię jeszcze kilka razy i będę na niej bazować, aż przyswoję sobie wszystko co najważniejsze.

    Zaryzykuję i podniosę sobie poprzeczkę, może się uda. Mam motywację i wiem, co poprawić. Jeszcze raz dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że ocena ostatecznie okazała się bardziej niż mniej przydatna, bo właśnie tego szczerze obawiałam się najmocniej – że w przeciwieństwie do mnie Ty dobrze wiesz, do czego zmierza ten tekst i jaki miałaś na niego pomysł, i że wyciągnęłam o nim same pochopne wnioski.

      Teraz, gdy o tym myślę, faktycznie trochę widać, że było to opowiadanie, które się rozrosło. I… dobrze! To znaczy: niedobrze, że to widać, ale dobrze, że się rozrosło. Dzięki temu masz materiał, na którym możesz trenować. W tym momencie, gdyby nie okoliczności, zaproponowałabym Ci, byś zgłosiła się z nim w przyszłości (nie czuję, gdy rymuję!). Ale! Gdybyś potrzebowała o nim tak zwyczajnie pogadać, potrzebowała porady odnośnie do jakiegoś akapitu, fragmentu, sceny, jakiejś motywacji, podzielić się zwątpieniem i tak dalej – zawsze możesz do mnie napisać na priv. :_)

      Co do prologu, to rozumiem, że nie muszę w nim zbyt wiele w nim zmieniać? – Tak myślałam na początku, ale jak przeczytałam scenę przesłuchania Sayany, przeszło mi przez myśl, że ten prolog to… najlepiej byłoby wywalić. XD Przynajmniej w takiej formie, jaką ma obecnie. Wszystko, co tam najważniejsze, czyli że mamy postęp technologiczny, a na świecie istnieją roboty, które liczą czas starą metodą i po tym się je rozpoznaje, w naprawdę smaczny sposób prędzej czy później jest pokazane w tekście. Okej, dzięki prologowi mogłam zrozumieć, dlaczego Sayanie w czasie przesłuchania zadaje się takie, a nie inne pytania, ale – jak wspomniałam – w tamtym momencie sceny żałowałam, że już to wiem. Wolałabym, by pozostało to tajemnicą do rozwikłania. By stanowiło kolejny pretekst, by czytać.

      Zdecydowanie pamiętnik z perspektywy Ducha brzmi ciekawiej, szczególnie że pamiętam nie tylko to, że bohater ten lubił pisać odręcznie, ale i jak wyglądało jego mieszkanie. Tym bardziej że tym zabiegiem dajesz czytelnikowi poczucie, że właśnie ten tekst – opowiadanie – poniekąd jest tym pamiętnikiem, a potem – co zaskakujące! – że przeplata się on z akcją bieżącą. Gdyby pamiętnik ukazywał w innym typie narracji (pierwszoosobówka, good choice) inną linię fabularną (zamiast eksponować rzeczywistość, jak robi to obecny prolog), tekst nabrałby głębi i stał się szkatułkowy. To trudne, ale wykonalne.

      Deep POV nie jest aż tak wymagające, gdy uświadamiasz sobie, że stylizujesz każde zdanie i już w ogóle nie wychodzisz z głowy postaci prowadzącej scenę. Po prostu rezygnujesz z obiektywizmu i piszesz tylko mową pozornie zależną. Potrafisz nią pisać, gdzieś nawet Cię za to chwaliłam. Wystarczyłoby więc pisać tylko w ten sposób, mową pozornie zależną opisując wszystko, co otacza główną postać i w czym postać ta uczestniczy. Ale masz rację – dobrze do dPOV podchodzić etapami i wpierw zaprzyjaźnić się z samą mową pozornie zależną, rzuconą to tu – to tam, poza tym deep POV też nie jest żadnym wymogiem. Niemniej nie da się ukryć, że teksty, a już na pewno rozrywkowe sci-fi, pisane w bardziej lub mniej natężonej personalizacji są znacznie bardziej emocjonujące niż stały wszechwiedzący, a o to właśnie chodzi. Fajnie, że będziesz próbowała się z tym zmierzyć i trzymam kciuki za efekt końcowy. ♥

      Usuń
    2. Ciężko będzie mi się pożegnać z tym prologiem, ale zaryzykuję i chyba przerobię go na taki wpis z pamiętnika. Wyrzucę kilka zbędnych rzeczy, może zostawię podział społeczny (tylko nakreślę go w bardziej subtelny sposób). Postać Ducha nadaje się do tego świetnie, bo on sam nie staje po żadnej ze stron. Nie mam jeszcze pomysłu na inną linie fabularną, ale to nie problem xD


      Mam teraz w głowie fragment, gdzie Parker zostaje określony staruszkiem. To znaczy, że mogę używać w narracji słów "kumpel" albo "nawalili? Ostatnio mieszam w narracji swoje obiektywne opisy z wrażeniami zmysłowymi postaci...
      Czasem się gubię, poczytam o tym jeszcze trochę i mam nadzieję, że uda mi sie tę wiedzę wykorzystać.

      Dzięki, może zgłoszę się, gdy historia już nabierze kształtów ;)

      Usuń
    3. O rety, jakim cudem nie zobaczyłam tego komentarza… Wiem, co musiałaś czuć, wycinając prolog, ale!, myślę, że on spełnił już swoją rolę – jako że miał charakter streszczenia, pomógł Ci uporządkować całą wizję w głowie. Poza tym przerobienie go na pamiętnik, choć pewnie będzie wymagało sporych cięć, nada taki efekt, hmm… tatuażu. Nawet gdy zrobisz cover dziary, dobrze pamiętasz, co jest pod spodem, co jest kamieniem węgielnym obecnego projektu. Więc to nie jest tak do końca pożegnanie. ;)
      Oczywiście, że możesz mieszać narratora wszechwiedzącego z personalnym (mową pozornie zależną), to właśnie o to chodzi, a im więcej – tym lepiej! Jeśli /kumpel/ czy /nawalił/ pasuje do stylizacji językowej twojej postaci, narracja spokojnie może tym przesiąknąć. Od razu tobie będzie się lżej pisać, bo nie będziesz musiała wyobrażeń swojej postaci zachowującej i myślącej coś w scenie uładniać pod sztywniackiego wszechwiedzącego. Partie narracyjne postaci zaczną się też, odrobinę chociaż, od siebie różnić i nie tylko interakcje i dialogi nabiorą życia, ale cały tekst. ♥
      Niestety, jak widzisz, ciężko mi obecnie pogodzić życie z ocenianiem, nie wiem, czy będę otwierać własną kolejkę, bo z wolnym czasem jest u mnie coraz gorzej, a jeśli go mam, to niełatwo mi go spędzać, de facto pracując ze słowem. Jeśli jednak tylko pojawi się taka opcja i zacznę poświęcać więcej czasu WS, to jasne, że zapraszam na drugą rundę. :)

      Usuń
  2. Och, mem z krwią był genialny, bardzo mnie rozbawił xD i zobrazował mi mój błąd

    OdpowiedzUsuń