[252] ocena: Pan Przedszkolanek



Tytuł: Pan Przedszkolanek
Autor: Rara
Gatunek: Dramat, obyczajowe
Oceniają: Forfeit, Skoiastel



PROLOG

Zacznijmy od tego, co rzuciło nam się w oczy najmocniej i najbardziej drażniło przez cały czas trwania lektury. Mianowicie: mieszasz myślnik [pauzę: (—) bądź półpauzę: (–)] z dywizem [zwanym również łącznikiem: (-)]. Na ten temat pisałyśmy już całkiem sporo; możesz poczytać o nim tutaj: [KLIK]. Przy czym zachęcamy do zapoznania się z treścią całego artykułu, a nie jedynie z punktem pierwszym, jako że na tym nie kończą się twoje problemy z interpunkcją dialogową.

No dobrze, a co o samym prologu…?

Już po pierwszych zdaniach łatwo wysunąć wniosek, że piszesz z godną pozazdroszczenia lekkością. Pod względem poprawności wprawdzie jest słabo, nie zmienia to jednak faktu, że zapoznanie się z początkiem sprawiło mi sporo frajdy. Potrafisz wyczuć moment, w którym sprawdzi się użycie mocniejszych słów, by główny bohater ukazał swą charyzmę, jednocześnie nie przesadzasz z ilością takich ostrzejszych fragmentów, więc pozostają one zaskakujące, nie przejadają się. Do tego widać, że umiejętnie prowadzisz narrację z punktu widzenia trzeciej osoby – twój narrator niejednokrotnie chowa się za plecami protagonisty i przybiera charakterystyczną dla niego stylizację językową, dzięki czemu naprawdę łatwo się w niego wczuć, pochodzić w jego butach. Nie dziwi mnie czy nie irytuje postawa bohatera względem wychowanków, bo to właśnie tą stylizacją udowodniłeś, że mężczyzna nie pracuje w zawodzie od wczoraj i ma prawo podchodzić – przynajmniej w swojej głowie – do dzieciaków z pewnym zdrowym dystansem, co jeszcze podsyca humorystyczny charakter opowieści. Umiejętnie, naturalnie wychodzi ci też kreacja samych pociech, które są, no cóż, dziećmi, za co nie można ich winić; tak też się zachowują czy wypowiadają, przez co opisywana sytuacja pozostaje jednocześnie i wyważona w swoim realizmie, i zabawna – przez tę stylizację narracji. Czasami aż było mi głupio, że parsknęłam pod nosem na chociażby obsranie, które wyszło z ust jednego z przedszkolaków; było w tym sporo dziecięcej szczerości. Z jednej strony jestem nią rozbawiona, z drugiej rozumiem, dlaczego narrator ironizuje na temat swojej pracy, którą ma prawo być psychicznie zmęczony a z trzeciej – zaczęłam współczuć Wojtkowi, bo jego rówieśnicy są wobec niego po prostu bezwzględni, nie pozostawiając na nim suchej nitki. Ostatecznie moje odczucia są więc mieszane, ale w tym wypadku to dobrze; czytelnik może zastanowić się, jak odbiera tekst, jakie uczucia w nim on budzi. Bo samo to, że je budzi, jest już sporym walorem. 

Inna rzecz, że sam prolog jest w pewien sposób mocny – wrażliwsi czytelnicy mogą się zniechęcić na wstępie zrzucanymi przez ciebie bombami, takimi jak właśnie obsranie. Były momenty, jak ten z wycieraniem ubrudzonej kałem dłoni o ubrania, kiedy z jednej strony się zaśmiałam, ale z drugiej – poczułam obrzydzenie i cringe. Czy na pewno człowiek, tak ostrożny przy przebieraniu dziecka, które narobiło w majtki, nie kontrolowałby takiego zachowania? Zastanawiało mnie też to, dlaczego – gdy woźna nie przychodziła, kiedy bohater ją wołał – nie poprosił o pomoc swojej koleżanki. Okej, nie lubił jej, ale na koniec przecież sam zwrócił się do niej z prośbą o pilnowanie dzieci z klasy. Od czego są zresztą telefony do, na przykład, sekretariatu? Czy bohater tak bardzo był wyczerpany, że stał się skrajnie nieodpowiedzialny? O ile rozumiem zezwolenie dziecku na samodzielne udanie się do szafek, o tyle nie potrafię sobie wyobrazić zostawienia całej grupy bez opieki – to przedszkolaki, wystarczy chwila nieuwagi, nawet będąc na miejscu. Z jednej strony – zirytowałam się na tę lekkomyślność. Z drugiej – chcę przeczytać kolejny rozdział, żeby sprawdzić, czy ta nieodpowiedzialność wynika ze zmęczenia psychicznego bohatera, być może wręcz wypalenia zawodowego, czy też ze zwykłego bagatelizowania obowiązków i lenistwa – na ten moment za słabo go znam, aby móc to wywnioskować. 

Czasem siejesz za długie zdania, przez które łatwo wytracić rytm. Gdy dzieje się to na początku, ryzykujesz, że czytelnik może się zniechęcić, jeszcze zanim porządnie wsiąknie w to, co piszesz. Szczególnie że interpunkcja nie jest twoją najmocniejszą stroną; ktoś wyczulony na jej punkcie będzie się po prostu gubił w niektórych wielokrotnie złożonych konstrukcjach:

Oczywiście, jeśli ktoś obcy pyta się o najważniejsze cechy wychowawcy, tak jak kilka tygodni temu podrzędny dziennikarz z gminnego szmatławca[,] odpowiada zgoła inaczej, wymieniając pierwsze lepsze pozytywne cechy charakteru, które przychodzą mu do głowy. Z tego[,] co pamiętał[,] ostatnio trafiło na: empatię, cierpliwość i samozaparcie. 


- Plo – se pa – na ! - krzyczało już co najmniej troje dzieci. 

– Plo-se pa-na! – [źródło].


- Co się dzieje[,] łobuzy? – zapytał, jeszcze lekko oszołomiony. (…) Igusia, podejdź do mnie[,] serduszko. – Wielokrotnie zapominasz o przecinku przed lub po wołaczu. Nie będę więcej o tym wspominać, chyba że błąd pojawi się we fragmencie, do którego znajdę jeszcze jakieś uwagi. O, na przykład tutaj:

- Spokojnie[,] Wojtusiu, weź kilka wdechów i spróbuj mi opowiedzieć[,] co się wydarzyło – rzekł, chociaż wnosząc po unoszącym się w pobliżu chłopaka smrodzie[,] domyślał się, co takiego mogło się stać. 


Gubisz się również w podmiotach:

Potwierdził się również nieprzyjemny zapach, potęgujący się z każdym krokiem zbliżającym go do dziecka. // - Co się stało ? - zapytał [ten zapach?][,] podnosząc mu delikatnie głowę.
 - Bo ja… bo ja… - szloch tłumił słowa i nie pozwalał mu się wypowiedzieć. Wychowawca cierpliwie czekał, wycierając łzy i gładząc go [ten szloch?] delikatnie po czuprynie, jednak lamentowi nie było końca[.]

Po drugim cytacie widać też, że nie do końca rozumiesz, jak poprawnie zapisywać dialog pod względem doboru małych/wielkich liter rozpoczynających komentarz narracyjny padający po wypowiedzi. Szloch jest podmiotem, który pojawia się po orzeczeniu (tłumił), w dodatku nie dotyczy on wypowiadanych słów, a stanowi czynność poboczną, dlatego też powinien być zapisany od wielkiej litery. Jest różnica między:

– Bla, bla, bla – rozniósł się po sali donośny głos. (konstrukcja: orzeczenie + podmiot)

A:

– Bla, bla, bla. – Doniosły głos rozniósł się po sali. (konstrukcja: podmiot + orzeczenie).

Więcej na ten temat: w naszej encyklopedii [tutaj] lub na stronie PWN [tutaj].

 

Reszta „Skrzatów”, bo tak nazywała się jego grupa[,] tarzała się ze śmiechu, usłyszawszy wyznanie kolegi. 

 

- Wszyscy siadają do stolików, w tej chwili [zbędna spacja]

 

Na kilku największych trefnisiów potrzeba było jeszcze budzącego grozę spojrzenia i miał względny spokój. // Pierwszy krok potrzebny do zażegnania kryzysu, zrobiony. Następny na pozór wydawał się prostszy. // Otworzył drzwi od sali [ten pozór?] i krzyknął[:] – Pani Halinko [zbędna spacja] ?! - [akapit zamiast dywizu] [Ż]żadnej odpowiedzi. Po trzeciej próbie zrezygnował.

Niestety, woźna, która była przydzielona do pomocy w jego grupie[,] miała rok do emerytury i generalnie miała też wszystko w dupie. Jedyne[,] co jej wychodziło[,] to obżeranie się niedojadanymi przez dzieci posiłkami - o tak, w tym była świetna.

Zresztą nawet jak nie wiesz[,] to sobie przeczytasz, przecież  jesteś najmądrzejsza w grupie – dodał szeptem i mrugnął porozumiewawczo.

 

A jej sukienka unosiła się u opadała. – (…) i opadała.

 

(…) ciarki, nie wiedział[,] czy spowodowane nasilającym się smrodem, czy może jednak żałosnym żartem, który nie wiedzieć czemu wykiełkował w jego głowie. 

 

Paręnaście sekund później, kiedy upaćkał sobie niemal całą dłoń w fekaliach Wojtka,  w momencie, w którym pomyślał, że gorzej już być nie może, coś lub ktoś [koniecznie] chciało mu koniecznie udowodnić, iż jak najbardziej jest to możliwe. – O, to jest ten moment, w którym nie musisz już aż tak podkreślać tych fekaliów; granica między utrzymaniem zabawnego charakteru a wejściem w bardziej żenujące tony zwykle jest dość cienka. Tu na przykład pozostałabym przy: upaćkał sobie niemal całą dłoń i resztę pozostawiła w domyśle; nie trzeba dookreślać wprost, czym bohater ją upaćkał, bo oczami wyobraźni i tak widzę bohatera, który przewija Wojtka – jak to niedawno napisałeś – obsranego po same plecy. To zdecydowanie wystarczy, by zbudować obraz i pozostawić czytelnikowi pole do popisu, do łączenia faktów i rozruszania wyobraźni. Czasem mniej znaczy więcej.

Nie jestem też pewna fleksji we fragmencie: coś lub ktoś koniecznie chciało mu udowodnić… W takim wypadku czasownik powinien być dopasowany do obu podmiotów. Zgodnie z zasadą wskazaną w [PWN] i [PWN]: coś lub ktoś koniecznie chciały mu udowodnić… 

A jeśli brzmi ci to kwadratowo, polecam zredagować do: (…) coś  – lub ktoś – koniecznie chciało mu udowodnić, iż jak najbardziej jest to możliwe. [PWN].


Do łazienki weszła Iga… oraz Judyta, jego zmienniczka z tak kwaśną miną[,] jakby to ona przed chwilą popuściła w majtki. – Albo: (…) weszły Iga… oraz Judyta; albo: (…) weszła Iga… wraz z Judytą. [PWN].

Niestety, było realne w stu procentach, a znając swoją „koleżankę”[,] wiedział również[,] co wydarzy się za chwilę.

 

- Zobacz[,] kogo znalazłam (…). [zbędna kropka] – odezwała się tonem przywołującym na myśl jednego z grupowych kujonów na studiach, chełpiącego się tym, że tylko on zna odpowiedź na zadawane przez profesora pytanie. W międzyczasie lustrowała go, budzącym trwogę spojrzeniem. [akapit] Bezskutecznie próbował schować ubrudzoną rękę. Nie umknęło to uwadze Judyty, która tylko wywróciła oczami. [akapit zamiast myślnika] – Czy możesz mi wytłumaczyć[,] co się tu dzieje? Czemu pozwoliłeś dziecku samotnie szwendać się po szatni i grzebać w cudzych rzeczach? - [akapit]Nie wiedział[,] czy bardziej jest mu żal skruszonej, walczącej z napływającymi łzami i bogu ducha winnej  [podwójna spacja] Igi, nagiego, brudnego Wojtka czy może samego siebie, mierzącego się z przeszywającym wzrokiem swojej zmienniczki. – Generalnie gdy komentarz narracyjny zaczyna dotyczyć innej osoby niż mówiącej, powinno się postawić akapit. W tym przypadku najpierw mamy wypowiedź Igi, następnie podkreślony komentarz odnosi się już do głównego bohatera, i znów: wracamy do Igi, a potem przechodzimy do przemyśleń protagonisty. Wszystko upchnięte w jednym akapicie w pewnym momencie zaczyna przypominać nieprzystępną ścianę chaotycznego tekstu.


Siebie, kurwa jego mać, siebie jest mi żal najbardziej. – Tutaj bohater wyraża myśl w pierwszej osobie, a w dodatku w czasie teraźniejszym, więc powinien to być cytat. Możesz również to zdanie przekształcić: Siebie, kurwa jego mać, siebie było mu żal najbardziej. 


- Chyba widzisz[,] Judytko, że mam tutaj dość poważny kryzys – odparł najbardziej opanowanym tonem[,] na jaki było go w tej chwili stać. // (…) - Czy ty się słyszysz[,] Tomasz?! Wysłałeś pięcioletnie dziecko samo, tracąc je całkowicie z oczu! Zdajesz sobie sprawę[,] do jakich konsekwencji mogła doprowadzić twoja lekkomyślność? Przecież wystarczyło zawołać panią Halinkę – mówiła, mocno przy tym gestykulując, a on nie marzył o niczym innym niż uciszenie jej soczystym, dobrze wymierzonym sierpowym, prosto w jej zakuty łeb. – Podrasowałabym tu też, przy okazji, szyk: nie marzył o niczym innym (…) niż o uciszeniu jej soczystym prawym sierpowym, wymierzonym prosto w jej zakuty łeb.

 

- A pani Halinka pewnie była na ploteczkach u kucharek, bo nie reagowała[,] kiedy ją wołałem. 

- Nie wiem[,] jak możesz to bagatelizować w ten sposób – odparła, po czym dodała[,] podawszy mi zapasowe ubranie Wojtka: - Ale teraz dokończ już to[,] co zacząłeś, chociaż widzę, że nie idzie ci to najlepiej. Nie, nie. Zdecydowanie lepszy efekt uzyskałbyś, gdybyś część zdania zawierającą imiesłów uprzedni postawił tam, gdzie jego miejsce, czyli przed orzeczeniem: 

– Nie wiem, jak możesz to bagatelizować w ten sposób – odparła, po czym podawszy mi zapasowe ubranie Wojtka, dodała: – Ale teraz dokończ już to (…). 

 

W każdym razie, [przecinek zbędny] to[,] że stracił ją z widoku[,] sprawiło, że odetchnął z ulgą. Szybko, [przecinek zbędny] jednak spochmurniał, zdawszy sobie sprawę[,] jakie zadanie go czeka. 

 

Przynajmniej Wojtuś już nie płakał. Wręcz przeciwnie, był całkowicie obojętny. Mycie go przypominało czyszczenie  [podwójna spacja]manekina. // Na chwilę przed wyjściem słyszał Judytę przemawiającą do grupy. – Słyszał Wojtek czy główny bohater? Bo z fragmentu wynika to pierwsze, a wydaje mi się, że pod względem logicznym powinno jednak chodzić o protagonistę.

 

- Tomku, chcę żebyś wiedział, iż na pewno tego tak nie zostawię i będę musiała zgłosić tę sytuację do Dyrektorki. – Dlaczego dyrektorka od dużej litery? To nie jest nazwa własna, stanowisko traktujemy tak, jak np. nauczyciela. Inaczej byłoby dopiero, gdybyś pisał o Dyrektorce Państwowego Przedszkola nr X, i tutaj pojawiłoby się pełne imię i nazwisko kobiety. [Źródło]. Swoją drogą przeczytasz w nim, że nazwy funkcji ze względów grzecznościowych można wprawdzie zapisywać od wielkiej litery, np. w pismach szkolnych, niemniej zapisu tego nie stosuje się w przypadku dialogu w powieści, kiedy to nawet bezpośrednie zwroty – Tobie, Twój, Ciebie etc. – zawsze zapisuje się od małej.

Generalnie etykieta wskazuje, że wiodącą zasadą jest podnoszenie znaczenia funkcji rozmówcy, a umniejszanie własnej. Dlatego o ile czyjeś stanowisko zapiszesz od wielkiej litery (np. w piśmie urzędowym, wniosku, podaniu), o tyle własne (np. na plakietce) – zawsze od małej. Ta sama zasada obowiązuje, gdy zwracasz się do kogoś na stanowisku zastępczym. Jeśli ktoś piastuje stołek wicedyrektorski, nie zwrócisz się do niego „Panie wicedyrektorze” (czy na piśmie: „Panie Wicedyrektorze”), a „Panie dyrektorze”. Nadal jednak nie ma to zastosowania w samych dialogach, kiedy to rozmówca Tomasza i tak nie usłyszałby, jaką literą bohater zwróciłby się do niego. Wypowiedzi te mają charakter fonetyczny, słuchowy. Dalej to samo:

- Oczywiście, nie omieszkam napomknąć również o niedopuszczalnej nieobecności Pani Halinki, która powinna być na miejscu. 

 

- Dokładnie, cieszę się, że mnie rozumiesz. Teraz idź już do domu i doprowadź się do porządku[.] [S]skinęła na brązową plamę na jego spodniach. – Na tym etapie zaczęłam zastanawiać się, dlaczego Judyta proponuje bohaterowi, by zostawił dzieci i poszedł do domu bez zgody dyrekcji. Dopiero gdy przeczytałam tę scenę ponownie, by tym razem nie skupiać się głównie na poprawności, przypomniałam sobie, że Judyta nie była jakąś tam koleżanką, która akurat przypadkowo znalazła Igę na korytarzu, ale pełniła rolę zmienniczki wychowawcy. Mimo to jednak ta informacja gdzieś znika i bardzo łatwo o niej zapomnieć. Zdecydowanie podkreśliłabym ją jakoś w tekście – nie tylko przemyciła jednym zdaniem, ale także zaznaczyła ją na poziomie fabularnym. Kobieta mogłaby przystąpić do jakiegoś działania, na przykład wrócić do dzieci i zacząć je uspokajać czy rozpakować swoją torebkę na biurku lub zapytać o to, na czym bohater zakończył swoją część zajęć. Tymczasem gdy Judyta nie zachowuje się jak zmienniczka, a informacja o jej funkcji tak naprawdę wybrzmiewa tylko w krótkim zdaniu składowym, i to w momencie, gdy na planie dzieją się ciekawsze rzeczy, zbyt łatwo ją przegapić. Przez to ma się wrażenie, że ta koleżanka po fachu to opiekunka innej grupy przedszkolaków, która przyszła z sali obok, słysząc harmider. 


 

ROZDZIAŁ 1

Był pewny, że zostawiła też sobie niemałą sumkę na czarną godzinę, ale nie wnikał. Dostał i tak więcej[,] niż mógłby oczekiwać i był za to wdzięczny. Nie było to co prawda mieszkanie marzeń i momentami było mu ciasno, ale z drugiej strony takie lokum było mu dużo łatwiej utrzymać zarówno pod względem czystości[,] jak i finansowym. – No już bez przesady…

 

A jak powszechnie wiadomo.[przecinek zamiast kropki] nauczyciele – szczególnie młodzi - nie mogą liczyć na zbyt wysokie zarobki. On jednak nie zamierzał użalać się nad swoim losem jak większość jego kolegów i koleżanek po fachu. Zrobił kilka lat temu kurs trenerski, więc po godzinach dorabiał sobie w szkółce piłkarskiej. – Skoro Tomasz ma zmienniczkę i po swojej zmianie wraca do domu, to znaczy, że raczej nie pracuje w szkole na więcej niż etat – z tej pensji nie da się utrzymać samotnie w większym mieście (piszesz o dzielnicach), nawet posiadając własne mieszkanie (no, chyba że jest się superoszczędną osobą). Liczę więc na to, że ukażesz jakąś scenę, w której bohater dorabia w szkółce piłkarskiej, bo zapewne nie jest to jeden dzień w tygodniu, skoro chce przeżyć na choćby podstawowym poziomie. 

 

Dodatkowo, od czasu do czasu, coś wpadło mu z umowy sponsorskiej z jego rozkręcającego się fanpage’a. Może częściej jakieś fanty niż złotówki lecz dobrym ciuchem czy perfumem też nie pogardził. – Perfumy nie występują w liczbie pojedynczej, chyba że jako regionalizm, gwara, jako ta perfuma – w rodzaju żeńskim. Więc: (…) dobrym ciuchem czy perfumami też nie pogardził. Ewentualnie: dobrym ciuchem czy perfumą – o ile zależy ci na regionalnej stylizacji. [Źródło].

 

Na tym etapie zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ktoś – jakiś sponsor oferujący te rzeczy, o których wspominasz – chciałby podjąć współpracę z kimś pokroju głównego bohatera. Chodzi mi tu o charakter prezentowanego w tym rozdziale wpisu z jego fanpage’a. Jest on bardzo pretensjonalny i w dawno przejedzony sposób próbuje zainteresować odbiorców, chwycić ich na wędkę. Zaczyna się od ostrzeżenia, że podjęty temat jest tak kontrowersyjny, że za chwilę na bohatera spadnie fala krytyki, na którą jest gotowy. To klasyczna zagrywka, która dziś nie działa już tak dobrze jak kilka-kilkanaście lat temu, i na nikim nie musi zrobić wrażenia; bohater wydaje się więc korzystać z przestarzałych technik budzenia zainteresowania, które obecnie stosują młodzi nastolatkowie. Do tego jego poprawność budzi ogromne wątpliwości, zresztą tak jak stylizacja wpisu. O ile jeszcze myśli bohatera czasem pojawiające się w narracji – w formie mowy pozornie zależnej – uchodzą za naturalne, bo pochodzą prosto z jego wnętrza, o tyle kompletnie mnie nie przekonują jako stylizacja tekstu pisanego, kierowanego do grona czytelników. Nie chodzi mi tylko o to, że całość roi się od błędów, które mogą podważać kompetencje pedagoga w oczach sponsorów i czytających Tomasza rodziców, ale też o nieco przaśną, niewybredną stylizację strony. Kumam, że lekkie, naturalne pióro może być przekonujące, sprawiać, że odbieramy autora takiego wpisu za bliższego nam, niewymuszonego, acz szczerego, ale istnieje granica między prostotą – lekkością, naturalnością – a prostactwem. I po tym wpisie nie umiem odeprzeć wrażenia, że właśnie taki jest twój bohater w mediach społecznościowych. Prostacki. 

 

Trzeba sobie jakoś radzić. // W pierwszej kolejności po powrocie do domu, musiał coś zaradzić na brudne spodnie oraz podły nastrój. – Ten rym rzuca się w oczy. 

 

Witam Was cieplutko[,] moi drodzy. Dzisiaj popełnię wpis dosyć kontrowersyjny i dla wielu niewygodny. Jeśli więc nie chcesz mnie przestać lubić, scrolluj dalej ;) // Jeśli, [przecinek zbędny] jednak zostałeś i dalej to czytasz, zapewne uważasz, że nie będzie to dotyczyć właśnie Ciebie. – Raz Tomek zwraca się do czytelników w drugiej osobie liczby mnogiej, raz w drugiej – liczby pojedynczej. To wzmacnia poczucie chaosu, przypadkowości treści; tego, że jest ona stworzona na szybko, bez namysłu. Część błędów wynika z niczego innego jak niestaranności. W oczy szczególnie kłują te nieobarczone sensem spacje przed znakami interpunkcyjnymi:
Złapiesz za fraki i poszarpiesz parę razy, aby się otrząsnął ?

(…) Pewnie mu dziołcha w głowie zawróciła, wyrozbierana chodziła, nęciła[,] nęciła i … stało się ‘’ – a ten fikuśny cudzysłów skonstruowany ze znaku prim i apostrofu też nie ma nic wspólnego z poprawnym zamknięciem, które wygląda tak: (”) i uzyskasz je komendą ALT+0148 na klawiaturze numerycznej.

 

Oczywiście można się stawiać i próbować dotrzeć do takiej osoby, próbując udowodnić, iż nie koniecznie ma rację, lecz zazwyczaj nie prowadzi to do niczego dobrego. – Niekoniecznie.

 

Nie. // Zaciśniesz pięści i zęby, spuścisz głowę, odwrócisz się na pięcie i dla świętego spokoju odpuścisz. Pozostanie Ci liczyć na to, iż rodzic bierze pod obronę dziecko dla zasady, a w domu chociaż z nim porozmawia. Choć i to prawdopodobnie nie przyniesie efektu, a Ty będziesz zmagać się z rozwydrzonym bachorem aż do osiągnięcia przez niego wieku szkolnego. – Wiesz, jako nauczyciel mam podobne odczucia, wiem, z czym mierzy się autor wpisu, jednakże temat taki jak ten zdecydowanie należy poruszać w inny sposób. To, jak Tomek opisuje sytuację, sprawia, że przez sam charakter wpisu traktuję go na równi z tymi rodzicami – tj. też jako gówniarza, który powinien nabrać trochę ogłady, jeśli zamierza wywrzeć wpływ na środowisko rodziców. 

 

Tu moi drodzy postawię kropkę, ponieważ i tak zanadto się rozpisałem i mimo, że ufam Waszemu zamiłowaniu do czytania moich wpisów, to nie chciałbym abyście w połowie lektury wysiedli. Jeśli komuś pozostał niedosyt, to pocieszę - prawdopodobnie powstanie post numer 2 na ten temat. – Mam wrażenie, że wstęp do wpisu był dłuższy niż sam wpis. Mało satysfakcjonujące. Bohater tak nęcił i zachęcał, a ostatecznie podał jeden przykład zachowania dziecka, trzy odpowiedzi rodziców i… już. Kropka. A przecież Tomasz nie musiał czytać całości, gdzieś w cytowanym fragmencie wystarczyło postawić: (…); wtedy czytelnik zobaczyłby jawną sugestię, że tekst w rzeczywistości był dłuższy. Ewentualnie mogłeś przerwać go w dowolnym momencie, wrócić do Tomka siedzącego przed komputerem, który mamrocze pod nosem jakieś:

– Ple, ple, ple…

Tak czy inaczej mam wrażenie, że w przytoczonym fragmencie wpisu zabrakło twojego sprytu, by uniknąć prezentowania całości (inaczej notka zdominowałaby resztę treści, rozdział stałby się długi), i jednocześnie ten wpis nie pozostawiałby po sobie wrażenia takiej bylejakości; wrażenia tekstu napisanego na kolanie. W rzeczywistości masz ogrom narzędzi, które możesz wykorzystać, by i wilk był syty, i owca cała. W obecnej formie publikacja przypominała jednak świstek z pralni, wyklikany bez pomyślunku i udostępniony pod wpływem impulsu. Niczego nie wyczerpała, rzuciła jedynie jakąś zanętę, szybko się skończyła i z marszu zaprosiła na kolejny wpis. Pan Przedszkolanek z taką polityką publikacji nie powinien dojść przesadnie daleko i rozwinąć swojej działalności w sieci.

 

Jednocześnie nie wykluczam, że podjęty przez niego temat jest poważny. Ale o tak istotnych sprawach zdecydowanie lepiej pisać porządnie, wyczerpująco, korzystając z argumentów i faktów, a nie tylko emocji w stylu: uuu, bo z takimi rodzicami to wszystkiego się odechciewa, by nie brzmieć jak sfrustrowany desperat, a być traktowanym poważnie. Zasłużyć sobie na szacunek odbiorców, by uświadamiać i zachęcać ich do przemyśleń, a nawet ewentualnych zmian. W innym wypadku motyw ten się po prostu zmarnuje, bo ludzie zaczną rozmawiać o braku profesjonalizmu autora wpisu, zamiast o istocie poruszonej przez niego kwestii. Oburzą się nie tylko dlatego, że pisze kontrowersyjnie, ale dlatego, że jego wpis jest trochę żenujący w swojej formie. Autor swoją stylizacją i brakiem odpowiedniego podejścia do tak wymagającego tematu sam kręci na siebie bata i faktycznie daje amunicję komentującym, a to, że wpis zaczyna od uprzedzenia, że i tak pewnie wyleje się na niego wiadro pomyj, brzmi teraz jak celowe odwracanie kota ogonem. Jakby wychodził z założenia, że przecież nie musi się starać, bo ludzie i tak nie będą mogli mu niczego zarzucić – inaczej to oni prawdopodobnie będą uchodzić za obrażonych rodziców, a nie krytyków formy. Mimo że w swoich zarzutach odnoszących się właśnie do charakteru wpisu – to oni będą mieć rację.

Edit: Jakież było moje zdziwienie, gdy czytelnicy, zamiast faktycznie oburzyć się na formę, zaczęli Tomasza… popierać. Czyli co, naprawdę taki byle jaki wpis wystarczył, by ich poruszyć, i nie przeszkadzały im ani stylizacja, ani brak poprawności, ani brak argumentów, faktów, wyczerpujących temat przykładów czy nadmierna emocjonalność godna osoby średniodojrzałej? Albo naprawdę zadziałał ten sprytny plan rozpoczęcia wpisu od wstępu zniechęcającego do sprzeciwu…? Strasznie ciężko mi to kupić. Nie brzmi realistycznie.

 

Jakby komuś umknęło, to powtórzę jeszcze raz. To[,] co opisuje[ę][,] dotyczy marginesu, lecz miejcie świadomość, iż wystarczy[ą] jedna czy dwie takie toksyczne osoby w grupie[,] i po każdym kontakcie z kimś takim wszystkiego się odechciewa. 

 

Zastanawiał się na ile ten dość emocjonalny wpis wstrząśnie jego fanpage’m, liczącym na ten moment niecałe pięć tysięcy obserwujących. – Fanpage’em.


Witam serdecznie Panie Przedszkolanku. Z jednej strony ma Pan racje, jednak mam nadzieje, że nie zaprzeczy Pan, iż nie wszyscy nauczyciele[brak spacji](zauważyłam, że szczególnie ci starszej daty) nadają się do wykonywania tej pracy. Zatem rodzice, którzy zdają sobie sprawę, że wychowawca ich dziecka minął się z powołaniem lub wypalił zawodowo, słysząc takie rewelacje na temat swojej pociechy mogą poddać pod wątpliwość zdanie takiego nauczyciela. – Ten komentarz jest napisany dziesięć razy bardziej poprawnie niż post Tomka. Czy to specjalnie? Rozwiązanie godne pochwały, choć znacznie lepiej byłoby, gdyby to narracja – a przy tym dialogi czy wpis Pana Przedszkolanka – prezentowała jakiś poziom, natomiast komentarze pod postem stylizowane były na niepoprawne. Wtedy pozostawienie w nich celowych błędów chociażby interpunkcyjnych, a nawet ortograficznych, oddających pisanie komentarzy w pośpiechu, byłoby dobrym pomysłem.

Poziom twojego autorskiego lenistwa sięga szczytu, gdy zapominasz o myślniku rozpoczynającym dialog:

[–] No siema stary! - usłyszał w słuchawce głos swojego najlepszego kumpla[.][U]uuu czyżby drzemeczka była uskuteczniana po ciężkim dniu pracy? 

 

Czy ten tekst nie był aby kiedyś pisany narracją pierwszoosobową, którą z jakichś przyczyn próbowałeś potem zmienić na trzecio-? Coraz częściej pojawiają się w nim zdania, w których to narrator nie cytuje myśli Tomka, a wyraża je wprost, jednak bez użycia chociażby kursywy:

– (…) Chwila ciszy w słuchawce, która wskazywała, że Szymon się zamyślił. – Trudno, ogarnę to jakoś, żeby się nie obraził. 

Mam to w dupie

 

- Ok, mogę iść dalej spać [zbędna spacja]?Okej albo OK.

 

- Dobranoc – odparł, chociaż wiedział, że póki co nie ma co liczyć na sen.  – Rusycyzm. [Źródło].

 

Właśnie przeczytałam długi fragment tekstu, który opisywał codzienne życie Tomka po pracy. Wiem, że chciałeś pokazać, jak bardzo bohater nudzi się w domu i potrzebuje rozluźnienia, jednakże jestem już na tyle zmęczona stylizacją i błędami, że moją główną myślą jest: kurczę, to jest słabe… 

W tym momencie czuję głównie nudę – ale nie tylko dlatego, że prezentujesz akurat taką scenę. Nudzę się, bo do tego mocno wydłuża ją właśnie taka stylistyka. Gdybyś pisał zgrabniej, nawet przedstawiona rutyna wypadłaby bardziej przekonująco.

Kolejna rzecz, która sprawia, że opowiadanie się wlecze, to… zbyt regularne przejścia do nowych akapitów. Fajny zabieg, ale stosowany tak często daje zupełnie odwrotny efekt. Wzrok czytelnika musi przenieść się do kolejnej linijki, co zajmuje czas – stąd też dobrym pomysłem jest wykorzystywanie tej metody w chwilach napięcia. Gdy jednak zaczynasz z tym przesadzać, tekst wytraca płynność. O, na przykład tutaj:

 

Cofnął odcinek serialu[,] przy, [przecinek zbędny] którym usnął[,] do samego początku, ponieważ nie zakodował żadnych wydarzeń bezpośrednio sprzed drzemki i choć bez większej ochoty, ale zjadł całą pizze[ę!]

[zbędny akapit] Po obejrzeniu pięciu odcinków przerywanych wchodzeniem na Facebooka, a także długim[,] odświeżającym prysznicem – po pierwszym nie czuł się jeszcze do końca czysty - [półpauza zamiast dywizu] zrobiło się naprawdę późno. 

[zbędny akapit] On jednak z oczywistej przyczyny nie był ani trochę śpiący. 

Nigdy więcej drzemek. 

No dobra [zbędna spacja], spacja]od czasu do czasu, ale maksymalnie godzinka i budzik. 

No cóż[,] nie pozostało nic innego jak zajrzeć w zakamarki internetu, w które wiedział, iż nie powinien zaglądać. 

[zbędny akapit] Po godzinie położył się rozluźniony. Poprzewracał się chwilę z boku na bok, aż wreszcie przyszedł upragniony sen. 

 

Im częściej z tego korzystasz, tym mniejszy efekt robią te momenty, kiedy do nowych akapitów przechodzisz właśnie z powodów prowadzenia interesującej narracji. Celowe zabiegi gubią się wśród tych postawionych bez większej przyczyny.

 

Dalej w tekście pojawia się Wpis #18, którego narratorem jest mała dziewczynka. W pierwszej chwili obstawiałam Igę z przedszkola, ale po chwili dotarło do mnie, że mała chyba nie potrafiłaby aż tak dobrze pisać, by prowadzić pamiętnik… Wychodzi więc na to, że to zupełnie nowa postać. 

Odnoszę wrażenie, że po tekście widać, iż pisała go osoba dorosła, tylko imitując stylizację  dziecka. Jest tak trochę… zbyt. Zbyt infantylnie, zbyt niewinnie, zbyt starawo. Wiem, że rozmawiamy o – na oko – dziesięciolatce wywodzącej się z patologicznej rodziny, w której pojawia się problem z agresją i alkoholem, więc dziewczynka może być grzeczna i spokojna (jako że dom, w którym występuje przemoc, często uczy bierności) ale nadal nie umiem pozbyć się wspomnianego wrażenia imitacji. Stale przekraczasz tę cienką granicę między realizmem a parodią.

 

Samo to, że dziewczynka skrupulatnie prowadzi pamiętnik tradycyjny, a nie wykorzystując chociażby aplikacji w telefonie czy możliwości założenia prywatnego bloga (co przecież typowe było dla dzieciaków już w latach 2006-2012, a co dopiero teraz…) wydaje się kliszą wręcz przedpotopową. Czemu kolejny raz musimy zakłamywać rzeczywistość i z perspektywy pokolenia Z przedstawiać obraz zgodny z tym, który znamy z literatury XX wieku? Jeśli zaś dziecko nie ma telefonu/dostępu do komputera albo jest kontrolowane przez ojca-pijaka i boi się, więc pisze na papierze, bo pamiętnik łatwiej jest schować – dobrze byłoby jakoś zaznaczyć to w tekście. Może właśnie wzmianką dziewczynki, ukazującą frustrację z powodu braku takich nowoczesnych możliwości?


 

ROZDZIAŁ 2

To zastanawiające, że już w drugim rozdziale zmieniamy perspektywę na należącą do Szymona. Naprawdę fajnie byłoby, gdyby bohater chociaż trochę różnił się od Tomasza stylizacją językową i charakterem, by postaci te nie zlewały się czytelnikom. Scenę zaczynasz jednak od momentu, w którym postać sięga po alkohol – jak Tomek w poprzednim rozdziale. Mam wrażenie, że idziesz po linii najmniejszego oporu, do tej pory przedstawiając trzy postaci (jedną niebezpośrednio – chodzi o ojca dziewczynki), które lubią się napić i w ten sposób spędzają swój czas. Przy czym nie zrozum mnie źle, nie ma nic złego w prezentowaniu całych środowisk o podobnych problemach, jednak nie wydaje ci się, że w takim wypadku od początku lepiej jest wprowadzać czytelnika w klimat trudnej, poważnej lektury, zamiast zaczynać lekką groteską? Właściwie nie wiem, co chcesz mi przekazać i na czym według ciebie miałabym się skupić, o czym będzie ten tekst. Obecnie łatwiej jest mi uznać, że nie masz pomysłu na kreację różnorodnych postaci o wielu problemach w opowiadaniu o zabarwieniu komediowym, niż że w dramacie obyczajowym chcesz mi przedstawić trudne środowisko osób uzależnionych. 

 

Mimo, [przecinek zbędny] że patrząc na niego z boku[,] można by stwierdzić, że jest nudziarzem.

 

Nie byli zachwyceni, ale musieli się z tym pogodzić. Swoją drogą wczoraj nic im nie stawiał, lecz nie sądził, aby ich podziurawione mózgi mogły im o tym przypomnieć. // Wszedł do sklepu. Nie był to supermarket, lecz przestrzeń była dość duża. Wziął z półki ulubione chipsy i udał się prosto do ekspedientki. Tam były towary, które interesowały go najbardziej. 

 

Dzień dobry – machnął do młodziutkiej, urodziwej pracownicy za ladą. Ta tylko kiwnęła mu głową i wywróciła ślicznymi zieloniutkimi oczami[,] wskazując na zakapturzonego kolesia. – Czy to specjalna stylizacja Szymona, że tak wszystko zdrabnia? W ustach dorosłego mężczyzny brzmi to dość karykaturalnie, nie na miejscu. 

Edit: W kolejnym rozdziale Tomasz zwraca się do swojej zmienniczki Judytko. Zaczynam poważnie zastanawiać się, czy to aby nie twoja własna maniera, którą bez zastanowienia przerzucasz na postaci.

 

Pierwsza to delikatne upomnienie sąsiada, które – znając jego krewki charakter – skończyłoby się szarpaniną[,] wskutek, [przecinek zbędny] której Szymon obezwładnia agresora i wyrzuca ze sklepu. 

 

Nie może być od tyłu, muszę widzieć jej oczy. – Znów myśl bohatera nie wyróżnia się w żaden sposób. Tu, na rzecz oceny, zapisałam cytat kursywą, nie znaczy to jednak, że występuje ona w twoim tekście.

 

Kładzie ją, ona rozkłada nogi, bezustannie świdrując go hipnotyzującym wzrokiem i przez kolejne pół godziny uprawiają ostry sex. – Seks. Pruderyjność i niedojrzałość wynikające z zapisu przez x zupełnie nie zgrywają się z dosadnym opisem rozkładania nóg. W języku polskim mamy całkiem bogate słownictwo opisujące sytuacje erotyczne i czynności seksualne. Dobierając odpowiednie określenia, również wpływasz na odbiór postaci. 

 

- Głupi pan jesteś czy jaki? - zapytała, mierząc go przeszywającym spojrzeniem. Szymon uśmiechnął się do swoich myśli. 

Chociaż jedno udało mi się osiągnąć. 

- Nie ma za co, do zobaczenia. 

Opuścił sklep zadowolony z siebie. – Tak, wiem. Uśmiechnął się, pomyślał, że udało mu się coś osiągnąć. Nie musisz dopowiadać, że jest zadowolony. 

 

W tym momencie dotarło do mnie, że sprawdziły się moje obawy – stylizacja Szymona jest bardzo podobna do tej oddającej perspektywę Tomka. Szczególnie rzuca się w oczy powtarzalny, coraz bardziej regularny zabieg przechodzenia do nowych akapitów, w których pojawia się krótka, konkretna mowa pozornie zależna, stanowiąca wyraz emocji bohaterów:


Sam nie wiedział[,] co go tak cieszy. Chyba nie to, że jest lżejszy o trzy dyszki. Zajęło mu dobrą chwilę nim się zorientował. 

Przynajmniej dziewczyna mnie zapamięta. 

Kurwa mać. Szymonie Robak[u]

Gosia ma rację, nigdy nie dorośniesz. 

Ona zawsze miała rację.  


Naprawdę tego nadużywasz, a przez to fragmenty te nie robią już takiego wrażenia, jakie mogłyby.

 

Udał się do pobliskiego parku, rozsiadł wygodnie na chłodnej ławce, otworzył flaszkę i piwo.  // Odwagi Szymuś, odwagi. // Już po pierwszym łyku poprawiło mu się samopoczucie. – Łyku flaszki czy piwa? Czy jedno popił drugim? Brakuje mi tu dopowiedzenia; ciężko sobie to wyobrazić. 

 

Z jednej strony Szymon twierdzi, że słowo patus mu nie przystoi, bo bohater ma już trzydzieści dwa lata; z drugiej – w narracji pojawiają się młodzieżowe rozkmninki, mamy też sex przez x, czyli zapis kojarzący się z gimnazjalnymi żartami na seks-czatach Interii, ładnych kilkanaście lat temu. I jeszcze to zdrabnianie… Na dodatek zdarza się ono również Tomkowi. Zdecydowanie stylizacja obu postaci męskich mogłaby się bardziej od siebie różnić, jednocześnie nie być aż tak przerysowaną.


Inna sprawa, że moje zmęczenie tym tekstem narasta teraz bardzo szybko. W pierwszym rozdziale mieliśmy do czynienia z bohaterem, który momentami mnie żenował, a w drugim – zamiast sprawić, że odpoczęłabym od niego – wprowadziłeś postać pod tym kątem jeszcze bardziej uciążliwą. Nie mam do czynienia z żadnym mniej przerysowanym, nie aż tak wymuszonym, sztucznym punktem widzenia, w który mogłabym uciec, by odpocząć psychicznie, przebywając z bardziej statecznymi, realistycznymi postaciami, z którymi mogłabym się utożsamić. Wszystko tu jest skrajne, pozorowane, ale już nie wydaje się to celowe na rzecz przedstawiania świata w krzywym zwierciadle – jak sądziłam na początku – bo zacząłeś wprowadzać wątki dramatyczne, na przykład uzależnienie od alkoholu, które stanowi poważny problem. Trudno jednak traktować je w ten sposób i się w nie wczuć, skoro obie postaci prowadzące sceny są dość niefrasobliwe i niełatwo im współczuć, ogólnie się z nimi zżyć, czuć wobec nich jakieś emocje. Na tym etapie tekstu chyba nie pojawiła się jeszcze żadna postać, którą szczególnie bym polubiła czy która by mnie zaciekawiła, poza Wojtkiem – tego było mi realnie żal – czy Igą, której nie miałam okazji lepiej poznać, ale narrator przedstawił ją w interesujący sposób. Natomiast jeśli chodzi o bohaterów prowadzących – obecnie jestem na nie. Nie czuję wobec nich niczego, poza niechęcią, która sprawia, że naprawdę trudno mi sięgać po kolejne rozdziały.





Nie kupuję tych nagłych emocji, które czuje Szymon w rozmowie z Małgorzatą. Z jednej strony nie miał problemu, by wyobrażać sobie sklepikarkę pod sobą, na stole, na zapleczu, no i wyszedł ze sklepu w dobrym humorze; z drugiej – gdy tylko bodaj jego była kobieta odebrała od niego telefon, mężczyzna rozkleił się i oczy zaczynały mu się coraz mocniej szklić. Ponadto zacznijmy od tego, że Szymon przed samym wykonaniem telefonu stwierdził, że musi zadzwonić, bo to nieuniknione i zabrzmiało to w jego ustach jak niechęć do psiego obowiązku, a nie strach przed odrzuceniem czy rozczarowanie sobą związane z przyznaniem się do winy. Zastanawiam się więc, skąd te łzy, czego są wyrazem? Wydają się sztuczne, jakbyś chciał w tym jednym krótkim momencie przedstawić mi innego Szymona, wybielić go, co nie działa; wręcz czuję się oszukana.

 

- Naprawię to. Kiedy ma jakiś następny mecz? Albo wiem! - niemal krzyknął, dumny z pomysłu, rodzącego się w jego głowie. - Przyjdę na trening, choćby dzisiaj. – Zbyt nagłe i niespodziewane jest to, że bohater wpada na jakiś pomysł i od razu te jego łzy znikają, zastąpione, nie wiem, żarówką świecącą nad głową? Tak to sobie właśnie wyobrażam – dość komediowo. Czy na pewno taki efekt chciałeś uzyskać?

Edit: O, zaledwie ze dwie wypowiedzi dalej Szymon znowu płacze. Kompletnie to na mnie nie działa, bo nie budujesz kumulujących się w nim emocji, tylko ot tak rzucasz ogranymi kliszami na prawo i lewo, nie dając nawet czasu, by porządnie wybrzmiały i miały wpływ na twoją postać. W Szymonie nie narasta żaden żal, rozgoryczenie sobą, nie gromadzą się w nim uczucia, czego upustem byłyby spływające łzy. Nie. On jest wesoły smutny dumny z pomysłu cierpiący. Straszny rollercoaster!





Samo to, że użyjesz słowa-klucza kojarzącego się z emocjami, nie oznacza od razu, że wpłyniesz na czytelnika. Tu potrzeba zdecydowanie czegoś więcej niż zdania mówiącego o tym, że w czyichś oczach pojawiły się łzy czy że spłynęły one po twarzy. Zastanów się, co mógłby faktycznie czuć i myśleć twój bohater, a potem… oddaj to w tekście. Dlaczego pod wpływem stresogennej rozmowy, przykładowo, nie trzęsą mu się dłonie, a po usłyszeniu gorzkich słów Gosi, nie czuje on serca w gardle?

 

- Trener cie[ę] nie wpuści po tym[,] co zrobiłeś[,] jak wybrałeś się na niego ostatnio. 

Powiedz mi, jak mam poważnie traktować tekst, w którym roi się od tak bardzo podstawowych błędów? Już nawet znaków diakrytycznych nie chce ci się wstawiać…

 

- (…) Trzeba było myśleć wcześniej. Pretensje możesz mieć tylko do siebie[,] Szymek. Muszę kończyć, mamy lekcje do odrobienia. – Myślał, że na tym rozmowa się zakończy (…).

 

Jego punkt docelowy znajdował się na rynku. Szedł [ten punkt?] raźnym krokiem, próbując jak najmniej myśleć o wydarzeniach sprzed chwili.

 

Extrabet – zakłady bukmacherskie. – Albo kursywa, albo pogrubienie. W dodatku w szyldach lokali nie stawia się kropek.


 

ROZDZIAŁ 3

Przytyłem? // Złapał się za brzuch i obserwował go przez kilka sekund, obracając się, to lewym profilem, to prawym. // Sam nie wiem, ale basen lub siłownia nie zaszkodzą. – Znów pojawiają się niezaznaczone myśli bohatera. Zbytnio zaskakują, wybijając mnie z narracji personalnej.

 

Miał predyspozycje, żeby naprawdę dobrze wyglądać. Szerokie barki, niemal 190 cm wzrostu i nieźle rozłożone proporcje ciała. Sto dziewięćdziesiąt centymetrów tudzież metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Istnieje niewiele wyjątków, dla których liczby w prozie zapisuje się cyfrą, natomiast dla skrótowego zapisu jednostek – nie istnieją one wcale.

 

Jedyne, co w swoim wyglądzie naprawdę lubił i [o co] dbał z pedantyczną wręcz skrupulatnością, to włosy, kolorem były najbardziej zbliżone do ciemnego kasztanu. Co dzień rano spędzał w łazience paręnaście minut, żeby je umyć, wysuszyć i ułożyć. Były co prawda średniej długości, jednak ich duża gęstość sprawiała kłopot. Zawsze zostawał jakiś niesforny kosmyk, co doprowadzało go do szału. – Dlaczego nie dostrzegliśmy tego już we wcześniejszych scenach z udziałem bohatera? Aby dowiedzieć się, jak wygląda, potrzebowaliśmy chwili w łazience, a przecież wystarczyłoby, by raz na jakiś czas Tomek przeczesał ręką włosy bądź przejrzał się w jakiejś szybie, na przykład telefonu, by upewnić się, czy wszystkie kosmyki są na swoim miejscu. Nie wykorzystuj narracji, by przedstawiać mi bohatera tak skrupulatnie. Przecież od tego masz sceny.

 

Mimo, [przecinek zbędny] że był dopiero początek marca, to wiosna była już wyraźnie wyczuwalna w powietrzu. (…) Dodatkowo, kiedy z włożonych przed chwilą do uszu słuchawek zaczęły płynąć dźwięki ulubionej muzyki[,] poczuł, że to naprawdę będzie udany dzień. Ani bachory, ani popierdolona Judytka mi [mu] go nie zepsują. – W sumie… jakiej dokładnie muzyki słuchał Tomasz? Zaciekawiło mnie, jaki gatunek może być dla niego tym ulubionym. Czy była to rytmiczna łupanka hardstyle, może trap, lub – wprost przeciwnie – oldschool hip-hop? Znajomość tego gatunku pozwoliłaby mi lepiej poznać twoją postać, wyobrażając sobie, przy jakiej muzyce się bawi, relaksuje.

 

I tu właśnie pojawiały się nieliczne plusy pracy z tą kretynką. Przed każdym zorganizowanym wydarzeniem, czy to wycieczka czy teatrzyk, to Judyta zajmowała się niemal wszystkim. Jemu zostawiając absolutne minimum obowiązków, aby przypadkiem czegoś nie zepsuł. Nie chodziło o to, że nie przykładał się do wykonywanych obowiązków, lecz na pewno nie robił tego ze skrupulatnością i zacięciem[,] które Judyta byłaby w stanie zaakceptować. Mając tego świadomość[,] wolała całą organizacje[ę] brać na siebie. Jemu zostawiała co najwyżej zebranie pieniędzy od rodziców lub inne niewymagające większego wysiłku czy zaangażowania zajęcie. Nawet tego nie zawsze był w stanie dopilnować, co czasami skutkowało zakładaniem należnej kwoty za tych[,] którzy zapomnieli wpłacić na czas. – Z jednej strony Tomek sam opisywał, jak mocno się stara w pracy, mimo iż rodzice tego nie doceniają, a z drugiej widzimy teraz, że jest absolutnie niezaangażowany i zawala podstawowe obowiązki. Mało tego – bohater zdaje sobie z tego sprawę, bo narracją nie próbuje tego tuszować ani się wybielać, nie zrzuca na nikogo winy. Wręcz przeciwnie – jest święcie przekonany, że Judyta odejmuje mu obowiązków, bo ma go za nieodpowiedzialnego, zresztą, jak widać, słusznie. Tomek kompletnie to ignoruje, najwyraźniej jest mu to na rękę, a może nawet się tym trochę chełpi…? W takim razie dlaczego wcześniej określał siebie jako osobę starającą się, a teraz zapomina o wycieczce szkolnej, sprawie dość ważnej?  Czy jest po prostu hipokrytą, czy też to twój błąd w budowaniu postaci? W przypadku wycieczki poniekąd czas trzeba zorganizować sobie inaczej, przygotować się na wyjazd z gromadką małych dzieci, dopiąć kwestie organizacyjne (a skoro się z Judytą zmienia, to ona nie może zawsze o wszystko dbać). Mam wrażenie, że to jeden z typowych nauczycieli, który mówi, jak to mu ciężko, a tak naprawdę nie robi zupełnie nic i korzysta z tego, iż nie musi się starać w pracy, bo to przecież państwówka. 

Do tego stawiasz Tomasza w podobnym do Szymona świetle – ten drugi też zawalił wiele spraw (o czym wie, ale niewiele więcej z tym robi, na jego świadomości się kończy…), przez co ma ograniczony kontakt z synem. I znów: czy celowo kreujesz podobne postaci? Jeśli tak – dlaczego? Czemu ich problemy, sylwetki psychologiczne oraz stylizacje językowe nie są bardziej różnorodne?

 

- Z kwestii, które powinny cię zainteresować: przewidywany wyjazd 10, powrót o 13 (…) – wyjazd 10:00, powrót o 13:00. – Godziny to ten jeden z niewielu wyjątków, kiedy to liczb nie zapisujemy słownie, niemniej nadal wymagają one pełnego zapisu, wraz z minutami.

 

- Tomku, siebie możesz oszukiwać jak często masz ochotę, ale na pewno nie mnie. Oboje dobrze wiemy, że ramy czasowe to jedyna rzecz[,] jaka powinna zajmować ci głowę.

Ramy, które zupełnym przypadkiem wypadają prawie w całości na twoje godziny pracy, a ja będę dymał za darmo cały dzień. – Za jakie darmo? Przecież takie rzeczy są wpisane w umowę o pracę. Czyżby Tomasz nie wiedział, na jakich zasadach pracuje? Ponadto tu wyjątkowo zgadzam się z Judytą – bohater wszystko lekceważy. To nie sprawia, że pałam do niego sympatią. Właściwie na ten moment nic tego nie sprawia.

 

Dzieci to takie proste istotki. Wystarczy mądrze dobrać słowa oraz opakować je w odpowiedni do sytuacji ton i zgodzą się na wszystko. Jakby teraz zaproponować zbiorowe trzaskanie się po łbach młotkami,  zaakceptowałyby to z podobnym entuzjazmem.

Z drugiej zaś strony, jeśli spojrzeć na to[,] kto i w jaki sposób rządzi naszym krajem, to można by pomyśleć, że większa część społeczeństwa jeszcze z tego zachowania wcale nie wyrosła i nic nie wskazuje na to, aby kiedykolwiek do tego doszło. – Czemu Tomek wspomina teraz o polityce? Przecież od początku opowiadania nie było o tym ani jednej wzmianki. Ponadto w historii o przedszkolanku… wątki nijak się nie łączą. Ten akapit o niczym nie mówi, niczego nie wnosi. Nie pokazałeś, żeby bohater wcześniej zerkał w telewizję i mruczał pod nosem, że znów pokazują ministra tego i tego, który mówi to i to, a decyzje rządu w jakiś sposób wpływają na życie Tomka. Nie było żadnego momentu, żadnej myśli skierowanej w tę stronę. Bohater do tej pory nie interesował się polityką, w dodatku jako czytelnik też nie wiem, co miałabym z tego porównania wyciągnąć. Czy chodzi o to, że pod wpływem rządu społeczeństwo jest podzielone i osoby popierające jedną partię okładają część stojącą za opozycją? To wymagałoby rozwinięcia, bo obecnie trudno ustosunkować się do takiego ogólnika. Zdecydowanie mniej kłoptliwie byłoby jednak ten fragment wyciąć zupełnie lub, jak już wspomniałam, wcześniej zaznaczyć, że twój bohater interesuje się polityką i ma o niej jakąś swoją opinię. Do tego trudno oprzeć się wrażeniu, że czas teraźniejszy, w którym zapisałeś zdanie, wcale nie brzmi jak opinia bohatera, a narratora czy nawet… twoja własna.

 

- Świetnie, że panie jesteście – podjął wychowawca – bo właśnie mam na linii dyspozytora i wzywam policje. Miejcie proszę pana na oku. - Tak naprawdę nie zdążył jeszcze wpisać numeru, ale miał nadzieję, że postraszenie, skutecznie ostudzi zapał agresora. Na szczęście miał racje. – Przyznam szczerze, że to pierwszy moment, w którym Tomek zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Nie rozumiem tylko, dlaczego chwilę później, gdy ojciec Lilki się oddala, wychowawca dziękuje woźnym za szybką interwencję. Na dobrą sprawę obie w jakiś bardziej znaczący sposób nie zareagowały na sytuację. Czy Tomek chciał im się… podlizać? Jeśli tak – dlaczego? Przecież w poprzednich rozdziałach dowiedziałyśmy się, że bohater nie przepada za panią Haliną, ma ją za zupełnie nieprzydatną. Dziwne, że nie przyszło mu przez myśl, że kobieta i teraz nie postarała się nic zrobić, ot, po prostu podeszła, pytając, co się tu wyrabia, a potem odezwała się dopiero, gdy agresor sam sobie poszedł. 

 

Po tym rozdziale już wiem, że wpisy należą do starszej córki Pieczarowskiego. Dobrze, że mogę sobie to wreszcie jakoś połączyć. Zarysował się tu też kolejny ważny wątek i połączyłeś go z poprzednią notką, tą z POV Szymka. Dzięki temu jestem ciekawa, co wydarzy się dalej i jakie role odegrają bohaterowie w sytuacji rodziny Pieczarowskich. Może w końcu zawiąże się w tym opowiadaniu jakiś problem, który będą musieli rozwiązać. 

 

Wpis #19

Siedzę i płaczę. Mama kazała mi odwołać nocowankę. Zapytałam dlaczego, to powiedziała, że tata jest chory. Nie wytrzymałam i krzyczałam na nią aby przestała mnie wreszcie okłamywać, bo nie jestem już mały dzieckiem. Dobrze wiem, że tata cały czas przychodzi do domu pijany. Mama zaczęła mnie szarpać, popchnęła na łóżko w moim pokoju i ostrzegała, żebym lepiej nie mówiła takich rzeczy, bo on będzie zły. Później mnie przepraszała. Długo płakałyśmy i się przytulałyśmy. Tatuś zaczyna zamieniać nasze życie w jakiś koszmar, ale skoro mama nie potrafi nic z tym zrobić to co ja mogę? – To też jest dla mnie dość niezrozumiałe. Dziewczynka siedzi teraz i płacze, świadoma, że jej tata ma problem z alkoholem, a jednak w pamiętniczku pisze o nim per tatuś. Może z jednej strony wie ona, że ojciec robi jej krzywdę, ale z drugiej – nadal go kocha i wierzy, że kiedyś wszystko się ułoży? Tylko że dziecko w takim wieku raczej nie będzie aż tak dobrze kontrolowało swoich emocji. Jeśli mała jest załamana, bo rodzice zabrali jej nocowanki, a ojciec ciągle wraca do domu pijany i wszczyna awantury, to chyba powinna być nieco bardziej sfrustrowana, a nie milutka i infantylna w tych wpisach? Tym bardziej że zdaje sobie sprawę, że są one prywatne i w nich nie musi oszukiwać ani udawać grzecznej. Właściwie pamiętniki są po to, by przelewać emocje na kartki, a tutaj tego nie czuć, bo dziewczynka pisze pamiętnik już uspokojona. Zaczyna od informacji, że płacze, ale ten płacz nie wybrzmiewa bezpośrednio z tekstu. Zdecydowanie brakuje mi tu emocji dorastającego dziecka; stylizacja wpisu bardziej pasuje do Lilki, która nadal wierzyłaby, że tatuś jest chorowity. Mam wrażenie, że sam nie potrafisz się zdecydować co do poziomu jej świadomości i na siłę kreujesz jej siostrę jako dziecko w wieku przedszkolnym, gdy w rzeczywistości jest ona starsza.

O, no właśnie, już kilka zdań dalej dowiaduję się, że bohaterka ma jedenaście lat, do tego we wcześniejszych wpisach wspominała, że niedługo obchodzi urodziny, można więc założyć, że zaraz będzie liczyła lat dwanaście. Generalnie język współczesnych jedenastolatek zdecydowanie różni się od stylizacji przedszkolaków; dzieci na różnym etapie życia wypowiadają się przecież inaczej. A tu, w przypadku siostry Lilki, tej różnicy praktycznie nie czuć; dziewczynka stylizuje w pamiętniczku swoją mowę na mowę osoby znacznie młodszej. I tu nasuwają mi się pierwsze wnioski – albo młoda za dużo czasu spędza ze swoją siostrą, albo ma jakieś zaburzenia. Teraz, gdy już się dowiedziałam, że pannica liczy jedenaście czy też prawie dwanaście wiosen, to te pamiętniczki – a nawet Lilusie, tatusie i mamusie – wydają się nad wyraz infantylne. Czuć, że stanowią imitację stylizacji dziecka, tworzoną przez znacznie starszą osobę, która nie potrafi się wczuć, a przez to czytanie fragmentów tych wpisów jest po prostu niezręczne.

Inna rzecz, że sam wpis nastolatki zaczyna się od płaczu i żalu do rodziny, a już parę linijek niżej kończy się heheszkami, że babcia spadła z krzesła. Tymczasem nastolatka powinna już zdawać sobie sprawę, że taki upadek dla osoby starszej może się źle skończyć. Trywializowanie sytuacji nie tyle świadczy o jej niedojrzałości emocjonalnej (która mogłaby być usprawiedliwieniem jej stylizacji), co ograniczonej empatii. Sam wpis jest na tyle krótki, że ciężko wczuć się w powagę sytuacji, jaką jest ponura codzienność życia z alkoholikiem. Wobec scen chłopaków, w przypadku których alkohol sprowadzany jest do czegoś pozytywnego, dla kontrastu chciałoby się zobaczyć ten temat z drugiej, tej bardziej mrocznej strony, tak więc wesoły akcent we wpisie dziewczynki wydaje się być nie na miejscu. 

 

O, tata właśnie wrócił i wyzywa od szmat jakąś ekspedientkę. Muszę wziąć Lili do siebie, bo znowu się nasłucha i będzie powtarzać jak ostatnio przy babci Grażynce. Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu, jak malutka przy obiedzie bardzo brzydko skrytykowała zupę babci. Biedna, nie do końca wiedziała co mówi, a babcia o mało nie spadła z krzesła. – Zaraz, chwila. Co to za brak chronologii? Ojciec Lilki w sklepie był rozdział temu, teraz odbierał dziewczynkę z przedszkola. Czemu wpis nie podejmuje tego tematu, ale przedstawia poprzednie wydarzenia? A jeśli to ten sam dzień i Lilka jest już w domu, odebrana przez mamę, natomiast ojciec był w sklepie drugi raz, dlaczego stawiasz na nowe wątki dziejące się poza kadrem, zamiast wykorzystać potencjał już stworzonych scen, które nie miały szansy wybrzmieć? Skoro matka Lilki zapytała Tomka przez telefon, czy jej mąż był zdenerwowany, to czytelnik spodziewał się rozwinięcia tej kwestii w postaci awantury w domu, a nawet wcześniej, licząc na scenę odebrania Lilki i konfrontacji matki z wychowawcą. Tymczasem czuję rozczarowanie, bo jednak nagle okazuje się, że Lilka już jest u siebie i wszystko z nią w porządku, a w tle awantura wybucha o zupełnie coś innego, znacznie mniej istotnego.


 

ROZDZIAŁ 4

Stylizacje językowe Tomka i Szymona nie różnią się od siebie tak bardzo, że właściwie dopóki w scenie nie pada imię bohatera, nie wiadomo, o kim czytam i kogo mam sobie wyobrazić. Na dobrą sprawę wskazówką powinno być dla mnie to, że budzi się on na mocnym kacu, bo jednak to Szymon częściej sięga po alkohol, ale przecież Tomasz też, jak wiemy, od niego nie stroni. Ba, powiem więcej, w pewnym momencie nawet przeszło mi przez myśl, że może to kolejna perspektywa nowo wprowadzonego bohatera, który otrzymał swój POV – chodzi mi, oczywiście, o ojca Lilki. Samo to, że wzięłam go pod uwagę, świadczy już o tym, że twoje postaci męskie na ogół się od siebie nie różnią lub różnice te są zbyt słabo dostrzegalne w poszczególnych partiach narracyjnych.

 

Nie, dzisiaj jest „Ten” dzień i musi chociaż do wieczora zachować trzeźwość. Sięgnął do kieszeni po zagrany wczoraj kupon, który bez wątpienia przyniesie mu upragnione pieniądze. Stwierdził, że ma już dość grania głupich kuponów za pięć czy dwa złote i … właśnie nie do końca pamiętał jak skończyła się jego wieczorna wizyta w lokum. Zmrużył oczy aby upewnić się czy dobrze odczytuje. – Okej, mamy więc Szymona, który poprzedni rozdział faktycznie zakończył informacją, że udaje się do bukmachera. Wielka szkoda, że ominęły mnie tamte wydarzenia, a kolejne linijki ledwo je streszczają, podsumowują. Zamiast potencjalnie ciekawej sceny, w której doszłoby do jakichś interakcji w lokalu i w której mogłabym na przykład dowiedzieć się, jak działają zakłady, co obstawia Szymon, czy bywa tam często (co dałoby się wywnioskować z relacji między nim a obsługującym stoisko), otrzymuję następną nudną pasywkę. Zmarnowałeś kolejny potencjał, bo na pewno większym zainteresowaniem cieszyłaby się scena, której narracja zmieniałaby się z czasem – tak jak i zmieniałaby się stylizacja językowa bohatera, który stawałby się coraz bardziej pijany. Fakt, zapewne nie byłby to najprostszy do rozpisania fragment, wymagający mocnego wczucia się w bohatera, ukazujący jego moralny upadek, ale… jakże satysfakcjonujący! Na pewno w większym stopniu niż to, z czym mam do czynienia teraz. 

Zwłaszcza że chwilę później Szymon znowu rozmawia z kimś przez telefon. Oto czwarty rozdział, a bohater dzwonił już trzykrotnie. I tak – to jest nudne. Przy czym mam świadomość, że ludzie ogólnie dziś sporo korzystają z telefonów, niemniej czym innym są rozmowy prowadzone wtedy, gdy w tle dzieje się coś ciekawego, a czym innym – te prowadzone w domu na kanapie, gdy tło tak naprawdę pozostaje martwe.

 

Zaraz[,] zaraz. 

 

Przypomniał sobie wczorajszą rozmowę z Tomkiem, podczas której ten zabronił mu przyprowadzać ze sobą Mateusza. – Łejt a minet. Przecież w poprzednim rozdziale Tomasz od samego rana był w pracy i tamten dzień się skończył, tak? Na mecz umawiał się więc, według moich obliczeń, dwa dni temu, nie wczoraj. Wprawdzie w drugim rozdziale padła informacja, że bohaterowie mają spotkać się jutro, po wpisie Lilki sądziłam jednak, że dzień się skończył, a do spotkania nie doszło. Wręcz zdążyłam stworzyć całkiem spory akapit, w którym zauważyłam, że mecz się nie odbył i bohaterowie (albo ty) chyba o nim zapomnieli, bo przecież Szymon właśnie budzi się rano – de facto już kolejnego dnia. 

Dopiero w tym momencie domyślam się, że to wpis do pamiętnika siostry Lilki nieźle namieszał, zaburzając mi chronologię zdarzeń, i naprawdę odnosił się do sceny z ekspedientką z poprzednich rozdziałów, a nie do zupełnie nowej sytuacji. Przy czym jeśli Szymon wcale nie wstał rano, ale po południu, gdy Tomek wrócił już z pracy, warto byłoby jakoś to zasygnalizować. Bohater mógłby po otwarciu oczu spojrzeć na zegarek czy wyjrzeć przez okno i określić mniej-więcej porę dnia. Nadal wpis siostry Lilki umiejscowiony po scenie z Tomkiem pozostałby mylący, ale łatwiej byłoby mi jakoś osadzić na liniach czasowych perspektywę samego Szymona.

 

Następnie szybko zerknął w messengera. – Messenger od wielkiej, ponieważ jest to nazwa własna aplikacji mobilnej.

 

Sytuacja nie wyglądała najlepiej. Szymon był rozdarty, ponieważ zbycie Mateusza w tej chwili byłoby zdecydowanie nie w porządku. – Ekspozycja. Piszesz narracją personalną, dlaczego więc nie pokażesz Szymona, który jest rozdarty? Jak zachowywałby się i co myślał człowiek w takim stanie? Bezpośrednie lub przytoczone mową pozornie zależną myśli postaci dałyby znacznie lepszy, bardziej angażujący efekt, niż krótkie, suche stwierdzenie o tym, jakie emocje właśnie przeżywa twój bohater. Dzięki temu mogłabym się w niego wczuć i przejąć jego przygnębieniem, tymczasem tak nie jest, bo nie mam przed sobą realnie zmartwionej postaci, a jedynie zdanie wprost określające jej stan. W żaden sposób nie pobudza to mojej wyobraźni.

 

Po drodze słyszał[,] jak Pieczara wydziera się na kogoś i najwyraźniej czymś rzuca, bo słyszalny był donośny trzask. Ściany były cienkie, a do tego gość lubił się powydzierać. Często słyszał go nawet[,] będąc w swoim mieszkaniu dwa piętra wyżej. 

 

Nie martwił się o to, ze względu na zażyłość ich relacji, bynajmniej. Mati miał po prostu dzianych starych i często pożyczał jakiś grosz na pierwsze potrzeby (…). Najlepsze było to, że zdarzało mu się zapomnieć o długach, z czego Szymon skrzętnie korzystał i kiedy tylko wiedział, że może sobie pozwolić, nie regulował należności. – To również dobrze byłoby pokazać sceną. Jeszcze nie zdążyłam zobaczyć Matiego, nie wiem, jaki jest ten bohater, a już poznałam trochę jego charakter; bez sensu. Czemu nie stworzysz sytuacji, w której Szymon pożyczy od kumpla pieniądze, będąc świadomym, że ich nie odda? Albo takiej, w której Mati przypomni sobie o długu, ale machnie na niego ręką? 

Edit: Tym bardziej że coś podobnego pojawia się w kolejnych fragmentach, gdy bohaterowie oglądają mecz. Korzystaj z okazji, które dają ci sceny, zamiast narracją zaklinać charaktery postaci i ich relacje, i to przed czasem – zanim bohaterowie ci w ogóle się spotkają na planie.

 

Jeśli chodzi o Tomka, to był może trudny w obejściu i nadto sztywny, ale mimo to czuł się w jego towarzystwie dobrze i zawsze mógł liczyć na szczerą, dobrą poradę … z której Szymon prawie nigdy nie korzystał. – W pierwszej chwili brzmi to tak, jakby Tomek czuł się dobrze w towarzystwie Szymona. Dopiero pod koniec zdania do czytelnika dociera, co w rzeczywistości miałeś na myśli. A przecież lepiej zapobiegać niż leczyć, prawda? Sugeruję: (…) ale mimo to Szymon całkiem nieźle czuł się w jego towarzystwie, zawsze mogąc liczyć na szczerość i dobrą radę. A że prawie nigdy z niej nie korzystał…

 

Ulokował piwa oraz pigwówkę w lodówce, po czym zmarnował ładne kilka godzin na przeglądaniu głupot w internecie. – Fanggotten vibe!


Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać.

 

Mecz rozpoczynał się przed dziewiętnastą, więc [ten mecz?] uznał, że to odpowiednia pora na telefon do Tomka. 

 

Kolejną scenę zaczynasz od dialogu, w którym trzech bohaterów siedzi na kanapie i ogląda mecz. Postaram się streścić, bo wiele z podobnych uwag już pojawiło się w ocenie. 

Zacznijmy od stylizacji Matiego, praktycznie nieróżniącej się od stylizacji Szymona i Tomka, a po prostu jeszcze bardziej wulgarnej, jeszcze bardziej żenującej. To przez nią odczuwam coraz większe zmęczenie i zniechęcenie. Nie mam gdzie uciec przed wywołującymi we mnie prawie same negatywne emocje postaciami, a jedynymi fragmentami, w których odpoczywam, są wątpliwe wpisy jedenastolatki, brzmiące sztucznie i pretensjonalnie. 

Wracając jednak do tematu. Bohaterowie po prostu wymieniają się informacjami, a w komentarzach narracyjnych nie pojawiają się ich gesty czy mimika, które mogłyby świadczyć o tym, co czują twoje postaci i jak mam je odbierać. Coraz więcej eksponujesz, nazywając po imieniu emocje i cechy osobowości. Odnoszę wrażenie, że w rzeczywistości nie chciało ci się rozpisać tej sceny porządnie, tylko pognałeś niezwłocznie do czegoś pozornie ciekawszego, a to nie powinno tak działać. Do tej pory to najmniej staranny fragment spośród tych, które już przeczytałam. Na dodatek ciągle gubię się na twojej linii fabularnej, bo kiedy Tomek przyznaje, że miał dziś utarczkę z pijanym ojcem, do mnie dociera, że w czasie poprzedniego wpisu do pamiętnika Lilki nie powinno być go jeszcze w domu.

 

- Na tę chwilę odpuścił, ale czuję, że nie raz napsuje mi jeszcze krwi. – Odwrócił wzrok od telewizora i zwrócił się bezpośrednio do Szymona. – Ty jak się trzymasz? W poniedziałek zaczynasz tę nową robotę? 

- Ta, nie przypominaj mi. – Hola! Chcesz mi powiedzieć, że Szymon rozpoczyna wkrótce nową pracę i wcale go to nie cieszy, tak? Dlaczego więc nie poświęcił temu ani jednej myśli, gdy przebywałyśmy w jego głowie scenę temu, albo i wcześniej? Skąd wziął tę robotę, na czym miałaby ona polegać, jak ją znalazł, dlaczego nie jest nią zainteresowany, co go niepokoi? I w końcu czemu nie mogłyśmy same dostrzec w nim tego niepokoju? Przecież na pewno musiał cokolwiek myśleć o tym, co go czeka! 

 

Nie dość że to kolejna scena pasywna, w której bohaterowie siedzą i gadają i niewiele się dzieje, nic nie przykuwa mojej uwagi, to jeszcze stanowi ona zbiór ogólników. Mowa o jakiejś pracy, ale właściwie nie wiadomo jakiej. Tomek wspomina akcję z pijanym ojcem, ale też nie poświęca temu zbyt wiele miejsca, więc moje zainteresowanie tamtym wątkiem dość szybko opada. Mati to w ogóle nie wiadomo, po co znajduje się w pomieszczeniu, jego obecność i dialogi nie wnoszą nic poza moim rosnącym zażenowaniem, w dodatku bohaterowie oglądają mecz, a dopiero gdzieś w połowie sceny dowiaduję się, kto i w co gra czy jak obstawia Szymon. Sam mecz w tle wydaje się nie budzić w bohaterach emocji, pojawiają się krótkie zdania oznajmujące. O, na przykład takie:

Pierwsza połowa meczu była rozgrywana była w bardzo powolnym tempie, co nie zmieniało faktu, że Szymon pocił się obficie, a jego całe ciało drżało z nerwów. – I po tym znów mamy praktycznie same wypowiedzi dialogowe. Wygląda to tak, jakbyś tylko raz na jakiś czas przypominał sobie, że tam w tle coś się dzieje. Niby bohater poci się obficie, ale w rzeczywistości nic z tym nie robi, na przykład nie ociera czoła kilka zdań dalej. Przytaczasz stany postaci po łebkach, jakbyś myślał, że raz na scenę wystarczy, by czytelnik się porządnie wczuł. Guzik prawda.

 

Widział po Tomku, że wraz z pitym przez obu piwem i pigwą, jego niechęć do Matiego wzrasta. Nie mógł mu się dziwić. Młody gadał takie głupoty, że nawet Szymon miał dość tego bełkotu. (…) Dobra zamknij się już, meczyk się zaczyna – uciął Szymon, wiedząc, że gospodarz może nie znieść kolejnej opowieści. – Zauważ, że kawałek dalej, gdy Mateusz w niewybredny sposób opowiada o swoich seksualnych ekscesach, Tomek sam ciągnie go za język i zagaduje, zadaje mu pytania, po których nie widać żadnej złości czy choćby niewielkiego poirytowania. Tomek nie zachowuje się, jakby miał Matiego dość, więc skąd Szymon wyciąga te wszystkie wnioski i dlaczego ja sama nie mam możliwości ich dostrzec?

 

Inna sprawa, że na tle Matiego Tomek wypada całkiem nieźle. Nie jestem jednak przekonana, czy to dobrze, skoro zaczynam lubić go tylko przez pryzmat wprowadzenia do tekstu jednostek znacznie bardziej negatywnych. Jedyną pozytywną stroną, którą do tej pory dostrzegłam w Tomku, była jego decyzja o odesłaniu z kwitkiem pijanego ojca Lilki. To za mało, by chcieć uczestniczyć w życiu protagonisty, a fakt, że bohater ten bryluje w towarzystwie Szymona i Matiego, z którymi spędza czas – a ja muszę spędzać go wraz z nim – naprawdę niewiele zmienia. Mam wrażenie, że wręcz pogarsza sytuację i jeszcze bardziej zniechęca mnie do tego tekstu. 

Przy czym rozumiem, że chcesz mi pokazać, jaki Mati ma charakter, jak się zachowuje i popisuje w towarzystwie kumpli, jak się wysławia i jaki ma styl bycia, ale… znów mam wrażenie niezdrowej przesady i nieudanej parodii. O problemach z usytuowaniem twojego tekstu w ramach gatunkowych – a więc i jego poprawną interpretacją – napiszę więcej w podsumowaniu.

 

- Zaraz, Szymek, postawiłeś przeciwko naszym? Przecież jak przerżną[,] to nie pojadą na mistrzostwa – powiedział Tomek[.] – o rety, już nawet kropek na końcu zdań nie chce ci się wstawiać… Dalej też:

- I kto tu jest tanią dziwką? - rzucił z satysfakcją Szymon[.]


Zauważ, że nie poprawiam już wszystkich błędów, które pojawiają się w cytatach, mam wrażenie, że przez te wszystkie nawiasy i sugestie stałyby się one jeszcze mniej czytelne i odciągnęły twoją uwagę od tego, co najważniejsze, czyli uwag do treści. Jednak nie znaczy to, że błędów nagle jest mniej: tekst pod tym względem prezentuje naprawdę niski poziom. Nie moim zadaniem jest doprowadzić go do porządku; zdecydowanie potrzebujesz bety, choć nie wiem, czy jakakolwiek chciałaby się o niego zatroszczyć, jeśli nawet podstawowych błędów nie wykluczyłeś samodzielnie. Odnoszę wrażenie, że twoją jedyną pracą nad tym tekstem było go napisać i zapisać. Tymczasem nie na tym kończy się rola autora; kolejny etap stanowi pierwsze czytanie i samodzielna poprawa wszystkiego, co rzuca się w oczy. A nie uwierzę, że nie widziałbyś brakujących kropek na końcu zdań, nazw własnych zapisanych od małych liter czy braków ogonków przy literkach. Takie leniwe błędy podkreśla mi sam Word, a i wtyczka LanguageTool zainstalowana w przeglądarce. 

 

Tomka po chwilowej euforii dopadł smutek i kazał Szymonowi wsadzić sobie jego tysiąc w dupę. – Przecież połowa tego to dług Szymka. Przedszkolanek odpuszcza? Zapomniał już, jaka kwota pojawia się co miesiąc na pasku? 

 

Mateusz również był przybity, a Szymon zacierał ręce na jutro. Około dwudziestej drugiej będzie już wiedział[,] czy będzie przy kasie pierwszy raz od paru miesięcy, czy będzie zmuszony pożyczyć od Matiego na czynsz. Jeśli wygra, pierwszą rzeczą[,] jaką zrobi[,] będzie zabranie Adasia na weekend w jakieś odjazdowe miejsce. Oczywiście jeśli Gosia się zgodzi. – Poza błędami znów nas karmisz ekspozycją. No fajnie, Mati był smutny, i co z tego wynika? Czym się objawia? Skąd główny bohater to wiedział? Jak Mateusz wyglądał? Jak się zachował? Co zrobił? Ukrył twarz w dłoniach? Przeklął i pokręcił głową? 

Edit: Podobno późnym wieczorem Szymon miał się dowiedzieć, czy udało mu się wygrać coś w zakładzie. Obietnice, które sam sobie składa, zachęcają do tego, by jak najszybciej przekonać się o tym, czy bohater ich dotrzyma. Tymczasem w kolejnych scenach, kiedy  Szymon spotyka się z Tomkiem, ten drugi nawet nie pyta go o wygraną, temat zakładu kompletnie go nie interesuje. Właściwie nie wiadomo, co dalej z tym wątkiem; wydaje się zakończony, bo przecież Szymon już musiał poznać wynik, ale zakończenie to w żaden sposób nie wybrzmiało w tekście. Nasuwa się więc pytanie… po co ten cały cyrk? Wizyta u bukmachera, poznanie Matiego, informacje o długach, scena meczu, przemyślenia o nadchodzącej świetlanej przyszłości…? Zamiast tego, co naprawdę istotne, otrzymujemy streszczenia z życia Tomasza, do których zresztą zaraz przejdę, bo do nich też mam całkiem sporo zarzutów.

 

- Pewnie stary. Tylko nie pamiętam ile tam tego się uzbierało. Stówka? Dwie? - skłamał bez chwili zawahania. Pewność w jego głosie nie mogła pozostawiać wątpliwości, że ma rację. Prawda była taka, że jeśli miałby zliczyć wszystkie długi zaciągnięte u młodego, to kwota zdecydowanie przekroczyłaby tysiąc czy nawet półtora. – To niewiele, biorąc pod uwagę fakt, iż samemu Tomkowi, któremu Szymon oddaje pieniądze, wisi pięćset. Spodziewałam się dużo wyższej kwoty – ta nie robi na mnie wrażenia. 

 


ROZDZIAŁ 5

Obudził go tylko delikatny ból głowy, może nawet nie tyle ból, co subtelny szum przypominający o tym, że wczoraj spożywał alkohol. – Ta scena zaczyna się podobnie do jednej z tych poprzednich, które przedstawiały perspektywę skacowanego Szymona. Czemu stawiasz na aż taką powtarzalność? Znowu siedzimy w domu z bohaterem, który ma za sobą libację i budzi się w swoim pokoju. Przy czym naprawdę nie ma nic złego w budowaniu powieści traktującej o społeczności z problemem alkoholowym, ale nadal każdy z bohaterów mógłby sobie inaczej z nim radzić, sytuacje, w których byś ich stawiał, mogłyby się od siebie różnić. W innym wypadku po co nam kilka takich samych postaci?


Wiesz, czego jeszcze mi brakuje? Tła. Skoro jesteśmy u Tomka, poświęć trochę miejsca, by pokazać mi jego mieszkanie. Nie musisz tego robić suchym opisem, w którym wymieniłbyś, co gdzie leży, ale nie wierzę, że twój bohater musi przebywać w takiej pustce. Praktycznie pomijasz jakiekolwiek wrażenia sensoryczne, na przykład fakturę pościeli, dźwięki dochodzące zza ścian czy okien, smaki i zapachy, doznania. Przez to wszystko, czytając sceny, które dzieją się w domu, praktycznie niczego nie umiem sobie wyobrazić, widzę tylko bohatera poruszającego się w pustce. Tak samo było zresztą w trakcie oglądania meczu – widziałam kanapę, telewizor, stolik z alkoholem i siedzące postaci, ale nie przebywałam w żadnym konkretnym wnętrzu, które nazwałabym mieszkaniem Tomasza. I czym różniło się ono od mieszkania Szymona? Przez to wszystko tekst nie przypomina powieści, a ledwo raczkujący first draft, który dopiero co będziesz wypełniał treścią mniej ogólną i nadawał całości kształt.

 

Na swoje szczęście Tomasz poprzestał na tym, co wypił w okolicach przerwy meczu. Nie mogło być inaczej, ponieważ dzisiaj czekała go wyprawa na turniej ze swoją drużyną młodzików do jakiegoś wypizdowa. Nie miał na to najmniejszej ochoty. Sam nie wiedział[,] czy miała na to wpływ wczorajsza sytuacja, która wciąż siedziała mu z tyłu głowy. Nie jest [był – jedność czasu narracji] osobą, która wszystkim przesadnie się przejmuje i martwi na zapas, jednak ten konkretny incydent odcisnął dość mocne piętno w jego głowie i mimowolnie cały czas o tym myślał [ten incydent?]. – Gdyby Tomasz o niej myślał, podejrzewam, że byłoby to bardziej odczuwalne w jego narracji, nawet tuż po przebudzeniu. Tymczasem znów mam wrażenie, że coś zaklinasz, przekonujesz mnie o stanie psychicznym Tomasza na siłę, ale sam tekst tego nie udowadnia. Znacznie lepiej byłoby, gdybyś wypełnił POV bohatera bezpośrednimi przemyśleniami czy mową pozornie zależną odnoszącą się do konfrontacji z ojcem Lilki czy reakcji jej matki, i pokazywał jego zachowaniem, że facet jest nieskupiony, sytuacja go męczy – wtedy sama mogłabym dostrzec, że bohater realnie się przejmuje, a nie tylko otrzymać o tym puste zapewnienie. Wprawdzie poprzednia scena meczu zaczyna się stwierdzeniem Szymona, że Tomek wygląda, jakby był nie w sosie i czy aby nie bąbelki tak mocno dają mu w pracy w kość, jednak nawet wtedy po Tomku w trakcie trwania meczu nie było widać, by się sytuacją szczególnie przejmował. W rzeczywistości, gdy teraz o tym myślę, nawet nie jestem pewna, czy  Tomek faktycznie przywołuje w pamięci incydent z ojcem Lilki, czy przegrany mecz, biorąc pod uwagę, że wspomina coś o meczu młodzików. Tylko czy w tym kontekście miałby się czym martwić na zapas? Tyle pytań, tyle pytań…

 

Telefon. – Znowu…?

 

Tomek jest niepoważny, że na mecz młodzików, nad którymi ma sprawować opiekę, zamierza zabrać Szymona. I to będącego zapewne wciąż w stanie nietrzeźwym, skoro bohater przyznał, że jeszcze nie położył się spać po wczorajszej imprezie w klubie. 

 




Tym bardziej że Tomek nie wstał na kacu, powinien więc myśleć trzeźwo. Tu chodzi o bezpieczeństwo dzieci, a sam przyznał, że Szymon jest nieco toksyczną osobą. Już znacznie ciekawiej prezentowałaby się ta sytuacja, gdyby pod wpływem impulsu zgodził się na wspólny wypad jeszcze wczoraj, na meczu; wtedy też nie musiałbyś kreować kolejnej sceny odbierania telefonu. Sama akcja dziejąca się w mieszkaniu bohatera, który robi sobie śniadanie, jest niezajmująca i przegadana. Właściwie gdyby nie ciekawość tego, jak skończy się wątek rodziny Lilki, nic by mnie przy tym tekście nie trzymało. Fragmenty przedstawiające domowe życie Tomka czy Szymona są po prostu nudne lub żenujące, nic pomiędzy, nic ponad to.

 

Na szczęście jeden z ojców zaproponował, że przewiezie zawodników oraz innych rodziców swoim busem. – Na szczęście, cudownym zbiegiem okoliczności… Znacznie naturalniej wypadłoby, gdyby Tomek zgodził się na towarzystwo Szymona, przypominając sobie o tym przed podjęciem ostatecznej decyzji. Miałby dodatkowy argument stojący za tym, by uniknąć problemów wynikających z obecności kumpla. 

 

– Wystarczy mi stado niereformowalnych rodziców, którzy zapewne się wybiorą ze swoimi bachorami. (…) Tomek też mógł skorzystać, jednak wykpił się mówiąc, że będzie wyruszać z innego miasta. Nie miał ochoty na przekrzykujących się ojców ekspertów, dających mu cenne rady całą drogę oraz matki… – Jedno nie daje mi spokoju. Skoro Tomek tak bardzo nie znosi rodziców swoich pociech, a nawet ich samych – w końcu nazywa je bachorami – czemu wybrał akurat taką ścieżkę kariery? To już nie jest nawet frustracja wynikająca z interakcji z kłopotliwymi jednostkami, o których pisał na swoim fanpage’u, bo jako czytelniczka na dowód jego tezy do tej pory otrzymałam tylko jedną konfliktową scenę, kiedy to Pieczarowski z chorobą alkoholową robił Tomkowi problemy z powodu niemożliwości odbioru córki z przedszkola. W opowiadaniu nie pojawiły się inne sytuacje, o których pisał bohater i z których można by wnioskować i zrozumieć, dlaczego tak bardzo nie cierpi swojej pracy i kto mu ją utrudnia. Wręcz przeciwnie – to zwykle on sam wychodzi na tego nieprzygotowanego, nieodpowiedzialnego, stwarzającego problemy chociażby Judycie. O ile jego wpis sieciowy w pierwszym rozdziale uznałam za ujęty złymi słowami, ale w jakimś stopniu sensowny, o tyle teraz przestaję facetowi wierzyć, że ma aż takie problemy z rodzicami swoich podopiecznych; prędzej jestem w stanie uwierzyć, że to on nie nadaje się na wychowawcę i powinien się przebranżowić, bo to z jego działań jest więcej szkody niż pożytku.

 

- Świetne wytłumaczenie. Co kupowałeś w sklepie? - spytał podejrzliwie, chociaż tak naprawdę nawet się nie łudził, że Szymon zastosuje się do jego drugiego warunku. Szczerze mówiąc, on też chętnie by się czegoś napił. – O, i kolejny dowód na to, że Tomek nie nadaje się do swojej pracy. Ani jednej, ani drugiej. Inna rzecz, że Tomek był kierowcą… 

 

Krajobraz się zmieniał, góry były coraz lepiej widoczne i malownicze, tymczasem Szymon opowiadał. Jednak wbrew oczekiwaniom nie poświęcił zbyt dużo czasu na opowieść o ekspedientce, w której się zauroczył, temat dość szybko zszedł na byłą narzeczoną, Gosię. 

Tomkowi żal było Szymona, ponieważ widać było jak mocno przeżył rozstanie. – Ekspozycja. Czemu nie pokażesz, jak Tomek wyraża swój żal? A jeśli wstydzi się okazywać kumplowi współczucie, czemu nie wystylizujesz jego mowy pozornie zależnej, by było ono czytelne w sugestiach, zamiast przytoczone wprost? No i w sumie kumple kumplami, ale Szymon zasłużył sobie na sytuację, w której się znalazł. A to, że Tomek go wybiela, nie stawia teraz twojego protagonisty w najlepszym świetle. Wprawdzie bohater po chwili jednym zdaniem stwierdza, że Szymon: sam był sobie winien i dobrze o tym wiedział, a na dodatek zamiast próbować coś zmienić i walczyć wolał topić smutki w pigwówce. Ale nic z tą świadomością nie robi, wręcz przeciwnie, zaprasza go na kolejne libacje, a nawet zabiera na zajęcia z grupą dzieciaków, wiedząc, że Szymon już w trakcie znów popija alkohol. Trudno mi uwierzyć, że Tomek jakkolwiek przejmuje się sytuacją kumpla, skoro nijak na nią nie reaguje, mimo że podchodzi ona pod patologiczną, a przecież twój główny bohater to, jakby nie było, pedagog. Dlaczego żal mu Lilki i podobno przejmuje się jej sytuacją, a sytuacją syna Szymona – już mniej?

 

Tomek zawsze był dość zamkniętym na innych człowiekiem. Jeszcze na studiach starał się brać udział w życiu towarzyskim, żeby nie wyjść na totalnego dziwaka – wystarczy, że był jedynym facetem w grupie na ich kierunku. Miał nawet dziewczynę, do której czuł coś więcej. Sam nie wiedział[,] czy była to już miłość, czy po prostu głębsze zauroczenie. Jak się okazało[,] nie miało to większego znaczenia, ponieważ Kasia tuż po studiach, bez żadnego ostrzeżenia[,] wyjechała nad morze. – I tu zaczyna się ogromna, nieprzystępna ściana tekstu, licząca ponad stronę i będąca zwykłym streszczeniem, które nie wiadomo dlaczego pojawia się akurat w tym miejscu. Zresztą streszczenie to łączy się również z ekspozycją; niby piszesz, że Tomek jest zamkniętym człowiekiem, ale nie wybrzmiało to w żadnej z dotychczasowych scen; było wręcz przeciwnie: zabieranie Matiego na spotkanie, które sam zorganizował, zagadywanie do ekspedientki czy proponowanie imprezy w klubie. 

Poza tym bohater odpływa w kierunku wspomnień chwilę po tym, jak zadał Szymonowi pytanie o jego ulubioną zieloonoką ekspedientkę. Wydawał się tematem szczerze zainteresowany, a jednak nie otrzymaliśmy kontynuacji tej rozmowy, bo po ogromnym streszczeniu Szymon już śpi.

 

Oczywiście obiecali sobie, że będą utrzymywać kontakt. I rzeczywiście przez pierwszy miesiąc szło nieźle, jednak później z każdym dniem pisali coraz rzadziej, aż wreszcie stwierdzili, że nie ma to sensu. To była głównie jej inicjatywa, gdyż Tomkowi czaty z nią sprawiały przyjemność i nie chciał tego całkowicie kończyć. Nie musiał długo czekać, żeby się przekonać co, a właściwie kto stał za tą decyzją. Niejaki Daniel Szurko, z którym to zaczęła namiętnie wrzucać zdjęcie za zdjęciem. Tomasz zastanawiał się, czy byli w jakimkolwiek miejscu, gdzie nie robiliby wspólnych zdjęć. Irytowało go to do tego stopnia, że usunął Kasię z grona znajomych. – A przecież mogłeś pokazać to sceną, gdy Tomek buszuje po sieci i gani sam siebie, że przegląda profil Kasi, ogląda te zdjęcia, drżącymi dłońmi scrolluje stronę, klnąc na Daniela w myślach. Wtedy też miałbyś szansę ukazać ówczesne, szczere emocje Tomka, których teraz nie musiałbyś jedynie eksponować. Obudziłbyś też je we mnie, przy okazji otworzył nowy, interesujący wątek. A tak? Mamy tylko relację wydarzeń, które wydarzyły się gdzieś poza kadrem. Nie widzimy Kasi na zdjęciach z Danielem ani reakcji Tomasza na nie. Bez sensu. Co mam zrobić z tymi wszystkimi informacjami akurat w tym momencie?

 

Nie potrzebował tego – tak przynajmniej sądził, jednak po jakimś czasie zaczęło mu to ciążyć, dlatego skorzystał z pomocy psychologa. – Och, c’mon! Sesja z terapeutą też wydaje się bardzo ciekawa, wprowadziłaby nowe wątki, odsłoniła kolejne karty z życia Tomasza. 

Dzięki temu zalecenia, do których Tomasz starał się stosować jak najściślej przynosiły oczekiwany skutek, czego najlepszym dowodem było to, że zgodził się na wspólną podróż z Szymonem. Jeszcze jakieś dwa lata temu byłoby to nie do pomyślenia. Teraz potrafił wyznaczać granice, wiedział kiedy ma rzeczywistą potrzebę przebywania w samotności, a kiedy lepiej jego samopoczuciu zrobi odpowiednie towarzystwo. Ta umiejętność pozwala mu funkcjonować normalnie, dzięki niej przestał być odbierany jako zdziczały, oderwany od rzeczywistości dziwak. – Mimo wszystko zabieranie pijanego Szymona wciąż nie jest dobrym pomysłem i raczej nie o to chodziło terapeucie (w kontekście ODPOWIEDNIEGO towarzystwa). Czy terapeuta nie polecił mu też pozbyć się z życia toksycznych znajomości, generujących problemy? Czy osoba – wydawałoby się – inteligentna nie powinna również dojść do takich wniosków? No i jasne, że należy dbać o swoje zdrowie psychiczne – Tomek dobrze tu postąpił, uwzględniając uwagi specjalisty – ale nie przedkładać potrzebę towarzystwa nad bezpieczeństwo podopiecznych. To się nazywa odpowiedzialność. Aż mnie ściska w środku, że taka osoba jak Tomasz opiekuje się małymi dziećmi. 

 

Obudził pochrapującego, zdezorientowanego Szymona i ruszyli do wejścia. Zaraz po przekroczeniu progu, rodzice opadli na niego jak muchy na końskie gówno. – Obsiadli go jak muchy…

 

- Dzień dobry trenerze, skład ustalony? Bartuś będzie bronił? - zapytał łysiejący chłop z nieświeżym oddechem, a kolejni już się przekrzykiwali z następnymi pytaniami. 

- Dzień dobry wszystkim. Proszę państwa o cierpliwość. Możecie już sobie zająć dogodne miejsca na trybunach, ja tymczasem udam się do szatni, aby omówić z chłopakami plan. – Teraz pomyślałam o tym, że towarzyszymy Tomkowi już trzeci dzień, a dopiero w rozdziale czwartym dowiadujemy się o meczu, a przez ten czas nie odbył się żaden trening przygotowujący. Przecież ostatnie ćwiczenia przed rozgrywką są ważne – dzień lub choć dwa przed. A do tej pory poza wspomnieniem o dorabianiu jako trener, Tomek do czwartego rozdziału nie poświęcił temu żadnej myśli. Kolejna rzecz, że trenerzy takich pomniejszych drużyn sportowych często przecież dbają o swoją kondycję, muszą też mieć pojęcie o sporcie, jakiego uczą, być na bieżąco. A my tak naprawdę nie wiemy nawet, czy Tomasz ma jakiekolwiek kwalifikacje, by prowadzić te zajęcia. Wiemy za to, że lubi sięgać po alkohol i prowadzi niezbyt zdrowy tryb życia. Dopiero co wspominał czasy studenckie, jadąc na mecz jako trener. Nie pomyślał ani przez chwilę o tym, że już na tamtym etapie ciężko mu było pogodzić naukę ze sportem? Albo że odstawił wtedy sport? Albo że obecny alkohol mu nie służy jako sportowcowi? No cokolwiek, co sprawiłoby, że uwierzę w Tomka jako trenera, który wie, co robi. 

 

- Może pójdę z panem? Wiem[,] jak trafić z gadką do takich dzieciaków. [zbędna kropka] - zaproponował jeden kretyn. Szczerze, nawet nie wiedział[,] czyim jest ojcem. – To brzmi trochę tak, jakby mężczyzna nie wiedział, który z dzieciaków jest jego synem. 

 

- Pozwoli pan, że sam się tym zajmę. - Nie potrafił zrozumieć skąd tacy ludzie się biorą, ale patrząc na delikwentów tego typu, nie może mieć pretensji, do niektórych dzieciaków, że są takie zjebane. Nie mając innych wzorców, skazane są na bycie wykolejeńcami umysłowi jak ich starzy. – Chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo odpychający jest Tomek z takim podejściem. Do tej pory rodzice dzieciaków, których trenuje, nie zrobili nic niewłaściwego, tymczasem on zdaje się pałać do nich szczerą nienawiścią. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego zdecydowałeś się na taką kreację postaci będącej pedagogiem przedszkolnym, chcę jednak, byś miał świadomość, że aż żal o tym czytać. Nawet gdy w kolejnym akapicie piszesz, że:

(…) udał się do szatni, gdzie przebierali się już jego podopieczni. Zachęcał ich do jak najlepszego występu, wytypował pierwszą piątkę, zapewniając jednocześnie, że każdy dostanie swoją szansę. – Nadal nie potrafię uwierzyć w dobre intencje twojego protagonisty. Jak to się dzieje, że określa część swoich podopiecznych mianem zjebanych, jednocześnie wspierając ich przed meczem? Mam wrażenie, że robi to tylko dlatego, że liczy na premię prezesa klubu sportowego, o której wspominał.

 

Jak się okazało, rzeczona robota poszła nadzwyczaj dobrze, ponieważ jego chłopaki ulegli dopiero zdecydowanemu faworytowi w finale, zajmując tym samym drugie miejsce na szesnaście startujących drużyn. – I znów zmarnowany potencjał wątku. Czemu nie pokazałeś chociaż fragmentu ostatniego meczu? Sport to emocje, akcja, a z poziomu trenera – nieustanna analiza sytuacji i możliwości taktycznych zespołu. Tymczasem do tej pory nie widziałam zaangażowania Tomka w pełnioną przez niego funkcję, więc tym bardziej ciężko mi uwierzyć w taki wynik. Przecież nie wziął się z powietrza – musiał być skutkiem pracy nie tylko dzieci, ale również opiekuna drużyny. 

Poza tym twój tekst cierpi na poważny brak scen dynamicznych, a co za tym idzie – nie generuje żadnego napięcia. Wszystko do tej pory było przegadane i pasywne, ewentualnie po prostu pominięte. Dlaczego i tym razem nie dałeś mi szansy wczuć się w Tomasza, któremu choć raz na czymś zależy, kibicuje więc swojej drużynie, obserwując, co dzieje się na boisku i reagując na różne sytuacje? 

 

- Dobra robota trenerze – odezwał się znajomy głos. 

No i chuj. 

- Duża w tym zasługa pani syna – odparł, po kilku sekundach milczenia, spowodowanych całkowitym zaskoczeniem. - Pani Dyrektor. – A więc kobietą, która działała na Tomka, jest dyrektorka? Skoro tak, to dlaczego nie widzieliśmy żadnej reakcji bohatera na wspomnienie o szefowej, gdy rozmawiał z Judytą? Miałeś dwie okazje, żeby przemycić dreszcze na plecach przedszkolanka czy choćby rumieńce na policzkach. No cokolwiek… 

 

- Przecież oboje wiemy, że jesteś specjalistą w wielu dziedzinach. – Mrugnęła i odwróciła się z gracją. – Aaale… jakie konkretne dziedziny miała na myśli dyrektorka? 




Tak, wiem, że chodzi o seks. Zastanawia mnie tylko, dlaczego ktoś taki jak dyrektorka interesuje się kimś takim jak Tomasz. Rozumiem, że wykorzystuje go, by wdać się w romans z pracownikiem, którego mogłaby szantażować, ale jako że Tomasz przez większą część lektury jest dla mnie bohaterem negatywnym, gdybym była tą bohaterką, szukałabym zdecydowanie bardziej dobrodusznego kozła ofiarnego. Inna sprawa, że gdyby Tomasz był trochę mniej toksyczną jednostką, świadomy jego niewesołej sytuacji czytelnik mógłby mu współczuć i być ciekawy tego, czy bohaterowi uda się uwolnić z relacji ze swoją przełożoną. Tymczasem tak nie jest, bo Tomasz jest zbyt odrzucający. Nie potrafię mu w żaden sposób współczuć i ta relacja, w której utknął, w ogóle mnie nie obchodzi.

 

Myślała, że nie słyszę. Bardzo chciałam jej coś na to odpowiedzieć, ale bałam się, że będzie krzyczeć. Mama przyszła razem z Lili. Malutka płakała, a mamusia krzyczała, żeby się uspokoiła. – Malutka? Lilka ma sześć lat, nie miesięcy. Rozumiem zażyłość między starszą a młodszą siostrą, ale bez przesady; starsza wysławia się teraz tak, jakby była jej matką. O, właśnie. Z jednej strony dziewczynka określa mamę mamusią, z drugiej – w kolejnym zdaniu oznajmia, iż kobieta: Jest dorosła, a jeszcze się nie nauczyła, że krzyk nigdy nie działa. Naprawdę nie czujesz, że to nie pokrywa się w żaden sposób i sądzisz, że jedenastolatki piszą cokolwiek taką stylizacją?:

Dobrze, że jutro jest sobota, przynajmniej nie trzeba iść do szkoły. Bardzo się cieszę, że chociaż tobie mogę się wyżalić pamiętniczku. Nie będę długo czekać, żeby znowu coś tu napisać. Papa. – Przecież to jest tak bardzo odklejone od rzeczywistości… Nawet biorąc pod uwagę, że dziewczynka wywodzi się z patologicznej rodziny, nadal trudno w to uwierzyć.

 

Jeśli Klaudia i Nadia mi nie wybaczą, to zostanę sama. Tak jak Danusia. Ona nigdy nie miała koleżanek, ale nie wygląda jakby jej to przeszkadzało. Dzisiaj chyba znów będę siedzieć do późna w internecie. Rodzice i tak się nie interesują, więc nikomu to nie będzie przeszkadzać. – Okej, czyli jednak dziewczynka ma dostęp do internetu i nikt jej nie kontroluje. Teraz to wydaje się jeszcze bardziej dziwne, że nie pisze pamiętnika na komputerze. 

 


ROZDZIAŁ 6

Mam jedno kluczowe pytanie. Dlaczego Szymon pojechał z Tomkiem na mecz? Czemu jako autor go tam wysłałeś, skoro jego (nie)obecność zupełnie nic nie wniosła? Pisałyśmy już, że wątek Szymona nie został popchnięty w przód; nie dowiedziałyśmy się o tym bohaterze niczego nowego, ani również nie rozwiązał się motyw wygranego meczu, a co z tego wynika – zakładu. Nadal nie wiemy też nic o przyszłej pracy bohatera. Zaczynam odnosić wrażenie, że nie do końca zdajesz sobie sprawę z tego, jaka powinna być struktura tekstu literackiego i jak kontynuować rozpoczęte wątki, by tak zwane Strzelby Czechowa miały szansę wystrzelić, a sceny wynikały z siebie i wspólnie tworzyły jedną całość – płynną linię fabularną. W przypadku „Pana Przedszkolanka” rozpoczęte wątki nie znajdują swojego ciągu dalszego, wszystko wydaje się przypadkowe i zmierzające donikąd. Szymon równie dobrze mógłby zostać w domu, a Tomek i tak pojechałby na mecz, w samochodzie zastanawiając się nad swoją przeszłością czy wspominając poprzedni wieczór, martwiąc się o kumpla i jego relację z synem, albo w ogóle zastanawiając się nad sprawą ojca Lilki, która podobnoż tak bardzo nie dawała mu spokoju (że aż o niej nawet nie myślał). 

Edit: Wprawdzie zarówno wątek meczu, jak i pracy wracają nieco dalej, nadal jednak ich znaczenie wydaje się marginalne, a owdleczone w czasie – nijak mnie już nie interesują. Byłoby inaczej, gdyby Szymon w swoich partiach narracyjnych częściej dawał nam znać, że o nich w jakiś sposób myśli. Gdyby faktycznie nie pojechał z Tomkiem, a został w domu, praktycznie nic by się nie zmieniło. 

 

- Błagam… - wycedził Tomasz. Był cały czerwony. Szymon nie potrafił jednoznacznie stwierdzić z jakiego powodu, z nerwów, wstydu, stresu? Po chwili namysłu uznał, że wszystkiego po trochu. Szymek był bardzo zaskoczony tym co usłyszał będąc za ścianą holu, w którym doszło do tej krótkiej sceny. (…) Nie był w stanie oszacować jej wieku, jednak z całą stanowczością mógł powiedzieć, że była cholernie zadbana. – A jego zaskoczenie objawiało się czym?

 

Ale, że Tomasz? Mógł się spodziewać takich rzeczy po Mateuszu, w końcu nie raz był świadkiem jak pomachał jakiejś zdzirze w dowolnym wieku plikiem stuzłotówek, a ta w rewanżu robiła mu dobrze w obszczanym kiblu. – Przepraszam za moją ciekawość, ale czy tego drugiego naprawdę był dosłownym świadkiem? To musiało być traumatyczne. 

 

Na tym etapie przestaję powoli zagłębiać się w opowiadanie na tyle, by wyciągać z niego poszczególne cytaty, a następnie je komentować. Odczuwam zbyt duże rozczarowanie i zniechęcenie, przez co robię się drażliwa, dlatego też postanowiłam dość szybko i sprawnie zapoznać się z kolejnymi scenami, by skupić się już tylko na fabule. Chcę sprawdzić, czy dokądkolwiek ona prowadzi. 

 

Poza tym, dzisiaj jest mój wielki dzień[,] pamiętasz[,] Tomcio? – Jak to dzisiaj, skoro w czasie meczu Szymon stwierdził, że już tamtego dnia około dwudziestej drugiej będzie wiedział czy będzie przy kasie pierwszy raz od paru miesięcy, czy będzie zmuszony pożyczyć od Matiego na czynsz. Z tego wynika, że on już dawno powinien wiedzieć, czy wygrał, czy przegrał. 

 

W kolejnych akapitach przytaczasz relację Tomasza z imprezy pracowniczej. Bohater w niewybredny sposób obrazuje zachowanie współpracowników, szczególnie kobiet. Piszesz tak:


- Dla co najmniej połowy tych kobiet jest to jedna z nielicznych okazji w roku kiedy mogą gdzieś wyjść, i to na dodatek bez swoich mężów. Chleją, tańczą, drą się, śpiewają, drą się śpiewając. Jakby tego było mało, to co drugie słowo wymyślają lub przekręcają, bo nie znają tekstu.(…) Kurwa, rechotałyby przez dobre dziesięć minut. Właśnie o tym mówię, przychodzi taki moment, jak już uderzy im do łbów te kilka kieliszków wódki, że śmieją się absolutnie ze wszystkiego co może im się chociaż w najmniejszym stopniu kojarzyć z seksem. Szczególnie dotyczy to tych starych i brzydkich, które z uprawianiem go już dawno nie mają nic wspólnego. Teraz weź sobie mnie i ustaw pośrodku tych jakże szalonych i nieokiełznanych kobiet. 


I ja wiem, że to jest opowieść prowadzona z perspektywy Tomasza, właściwie jego subiektywna ocena, do której ma prawo, ale w tekście pojawiło się już tak wiele fragmentów, w których czytałyśmy, że ludzie w otoczeniu tego bohatera zachowują się nieprzyzwoicie, że przy kolejnej czuję się tylko bardziej znużona. Poza tym nie tylko z opowieści Tomka, ale i z pozostałych scen z jego udziałem (czy także wpisów siostry Lilki) wynika, że pedagodzy w twoim uniwersum (nie, nie wydaje mi się, że nadal jest to realistyczny obraz współczesnej Polski…), w tym krzywym zwierciadle, wszyscy nagminnie zachowują się w tak poniżający sposób. Naprawdę brakuje mi pozytywnych postaci, chociaż jednej iskierki w tym ciemnym tunelu. Do tego Tomasz kolejny raz wychodzi na hipokrytę, bo ocenia zachowanie koleżanek, a sam święty nie jest. Dlaczego swoją opinię o dziewczynach z pracy, które lubią poimprezować, wyraża akurat w towarzystwie Szymona – jeszcze większego imprezowicza, który od kilku dni nie rozstaje się z butelką, jego sposób wysławiania się jest godny pożałowania, razem z Matim ciągle rozmawiają o ruchaniu panienek, a od ostatniego wyjścia do klubu bohater nawet nie poszedł spać? Czekaj, było takie przysłowie o źdźble w oku… 

 

Kolejne akapity zaskakują mnie dość pozytywnie. Ze zdziwieniem muszę przyznać, że to najlepsze, co do tej pory udało ci się napisać:

 

- Chciałabym zatrzymać czas – odpowiada ona, rozkoszując się smakiem wytwornego drinka. 

[akapit] Oprócz małych światełek panuje całkowity mrok. Jej długie blond włosy kontrastują z ciemnością. Wpatrują się w siebie [te włosy?] jak zahipnotyzowani. Niczym kochankowie z baśni. Liczą się tylko oni. Reszta świata mogłaby nie istnieć. 

- Nie mogę zapewnić, że ze mną każdy wieczór będzie wyglądał jak ten… - zaczyna on. 

- Nie chcę tego, wtedy nie byłby tak wyjątkowy – przerywa mu. 

On wstaje[,] nachyla [się] i trzymając ją za ręce[,] podchodzi do niej. Delikatnie gładzi jej policzki. Dobrze wie[,] jak bardzo ona to lubi. Jej ciało drży. Oboje niczego bardziej nie pragną jak tego, aby ich usta się wreszcie spotkały. Nachyla się do niej, najpierw pieszczotliwie gładzi swoim nosem o jej, następnie wysuwa usta do pocałunku. 

 

Wprawdzie wciąż mamy tu jakieś błędy, ale jest ich zdecydowanie mniej niż w przypadku pozostałych akapitów, więc wygląda to tak, jakby ktoś akurat tę część ci betował. Jasne, przydałaby się redakcja, żeby wykluczyć powtórzenia czy zasugerować, które ze zdań mógłbyś jeszcze podrasować, aby nie działały tylko w oparciu o klisze, ale… w końcu mam przed sobą fragment, nad którym można pracować. Pojawiły się nawet emocje; jest tak, jak powinno być w przypadku sceny o zabarwieniu romantycznym, czyli subtelnie i  nastrojowo, nawet nieco lirycznie. I w tym miejscu jak najbardziej pasują przejścia do nowego akapitu. Gdybyś nie nadużywał tego zabiegu wcześniej, tu zadziałałyby mocniej. 

Po chwili jednak sen zamienia się w koszmar i obraz staje się dosadny, mocny, wręcz obrzydliwy: Z jej ust zaczynają sączyć się białe larwy[,] oraz a w jej pustych oczodołach kłębią się czarne robaki. Plot twist pozytywnie zaskakuje. To pierwszy tak naprawdę sensowny fragment odpowiadający gatunkowi tekstu, który zaznaczyłeś w zgłoszeniu. Czuć dramat, czuć napięcie, a z samego snu łatwo wywnioskować, że Szymon naprawdę tęskni za Gośką i nadal ją kocha. Można też domyślać się tu symbolicznego znaczenia robactwa i larw. Szymon podświadomie wie, że zabił ten związek…? Nie odpowiadaj na pytanie, po prostu daj mi więcej takich scen.

O, kolejne akapity też są niczego sobie. Nie eksponujesz, a stawiasz na zachowanie postaci, jej myśli i przeżycia wewnętrzne. Dzięki temu wreszcie mogłam wczuć się w sytuację Szymona i pierwszy raz wykrzesać z siebie emocje inne niż zażenowanie:

Obudził go spazm. Właściwie to seria spazmów, które zwiastowały to[,] co nieuniknione. Jedyne[,] co zdążył zrobić[,] to wychylić głowę poza kanapę. Wymiotował długo. Nie panował nad swoim ciałem w żadnym stopniu. Gardło piekło go niemiłosiernie, lecz nie mógł przestać ani na chwile[ę]. (…) // Zamknął na chwilę oczy, próbując uspokoić drżenie oraz bijące jak szalone serce. Doszedł do siebie dopiero po paru minutach. Usłyszał dźwięk przychodzącego połączenia. Znana melodia rozbrzmiewała, jednak on nie mógł namierzyć telefonu. 

 

No ale dlaczego kawałek dalej psujesz to żartem sytuacyjnym?:

Jak się okazało komórka leżała, przykryta gęstą powłoką, mieszanką jego soków trawiennych, zwróconych chipsów oraz czegoś do złudzenia przypominającego mięso z kebaba. // Jadłem kebaba ? – Dopiero co było mi Szymona żal po jego sennym koszmarze, a teraz wymuszasz na mnie półuśmiech, kiedy ja wcale nie mam ochoty się śmiać. Nie szafuj tak emocjami, bo czytelnik nie będzie w stanie tak szybko przejść z jednej w drugą. To zaburzy jego immersję i poczucie, że nie, jednak nie czyta tekstu pisanego na poważnie. 

Przy czym nie ma nic złego w tym, że bohater obrzygał sobie komórkę, serio. Ale nie zawsze detale są konieczne; w przypadku „Pana Przedszkolanka” czasem odciągają od tego, co najważniejsze i wybijają z rytmu. Pamiętasz moją uwagę dotyczącą wpisu siostry Lilki, który zaczynał się od informacji o płaczu, a kończył wzmianką, że hi-hi-hi babcia spadła z krzesła? Odnoszę wrażenie, że robisz to specjalnie – trudną, wymagającą dojrzałości scenę, w którą wreszcie można się wczuć, szybko próbujesz zagłuszyć jakimś śmieszkiem, by czytelnikowi za długo nie było przykro. Co jest bez sensu, bo przecież do oceny zgłosiłeś dramat, a więc sięgający po niego odbiorcy będą liczyli się z powagą sytuacji. Wręcz nie mogli się jej doczekać. Dramatów nie czyta się w oczekiwaniu na żarty o kebabach. Tymczasem brakowało tylko, by Szymon zaczął w zwróconym mięsie grzebać paluchem.

Edit: Może i nie grzebie paluchem w mięsie, ale grzebie w czymś innym. Zabrudzonymi rękami nie tylko próbuje odebrać usyfiony telefon czy sprawdzić na nim wyniki zakładu, ale i podnosi laptopa. Mdli mnie na samą myśl. Ten żart sytuacyjny ciągnie się za długo; przecież Szymon mógłby jakkolwiek przetrzeć ekran komórki, zamiast wpatrywać się w, jak to nazwałeś, wydzielinę, spływającą mu po ekranie i dotykając jej palcem, próbować odebrać połączenie. Fuj!

Swoją drogą wymiociny to nie wydzielina, a wydalina. 

 

Do końca nie miałam już żadnych uwag. Naprawdę jestem pod wrażeniem, że znalazły się w tym opowiadaniu fragmenty emocjonujące, takie jak ten:

- Niemożliwe – wyszeptał. Siedział nieruchomo przez jakiś czas. Następnie rozgorączkowany zaczął rozrzucać swoje cichy w poszukiwaniu kurtki. W jednej z kieszeni powinien być kupon. 

Mam cię. 

Patrzył z niedowierzaniem na wymięty kawałek papieru

Nareszcie. 

Tak, nareszcie szczęście uśmiechnęło się do Szymona Robaka i pozwoliło mu wygrać prawie piętnaście tysięcy złotych. Co było dla niego sumą niebagatelną i jakiej w życiu w jednym momencie nie miał. Skrył twarz w dłoniach i pozwolił aby jego emocje znalazły ujście. 

Nagle okazuje się, że jednak potrafisz pisać… Jednak potrafisz wykrzesać z siebie trochę powagi i w dojrzały sposób przedstawić sceny pełne emocji, które udzielają się odbiorcom, zachęcając do przemyśleń i do tego, by wreszcie traktować twój warsztat poważnie. Do tej pory – naprawdę nie rozumiem dlaczego – sam go sobie obśmiewałeś.

 


ROZDZIAŁ 7

Na dodatek ta cholerna nikomu niepotrzebna wycieczka, jedynym jej plusem były zmienione godziny pracy, dzięki którym nie musiał zrywać się z samego rana na otwarcie przedszkola, jakby to miało miejsce w przypadku braku wycieczki. – Zrywać z samego rana? Przecież wycieczka zaczyna się o 10:00, a Tomek mówił, że niestety wtedy wypadają godziny pracy Judyty. To co, on pracuje od 7:00 bądź 8:00 tylko 2–3 godziny, a potem Judyta drugie tyle? Zwykle przedszkola funkcjonują do 17:00–18:00, a nie do 13:00. 

 

Cieszyło go to szczególnie, że wczoraj zabalował trochę za długo przed monitorem, trwoniąc cenny czas na bzdety oraz treści, których oglądać nie powinien. – Tj. porno? Dlaczego Tomek tak sądzi? Przecież jest ponad trzydziestoletnim facetem, na tym etapie życia powinien znać swoje potrzeby i wiedzieć, że wszystko jest dla ludzi – o ile nie krzywdzi się przy okazji osób postronnych i/lub nie przekracza wytyczonych granic. 

 

- Tomeczku[,] nie bądź taki skromny. Wiem, że trzymasz tych mały skurwysynów krótko. (...) Ni chuja[,] Tomeczku, ni chuja. Żeby tak było, muszą trafić na człowieka twojego pokroju, człowieka, który będzie ich trzymał za malutkie jajeczka, aż będą piszczeć. (...) Za czasów mojej młodości – kontynuował Robert – może nawet jeszcze twojej istniało coś takiego jak samodyscyplina. Jeśli miałeś do czegoś dojść, musiałeś tego chcieć, zaprzeć się jak dwudziestosiedmioletnia dziewica i walczyć o swoje. – Robert to kolejna po prostu obrzydliwa postać. Co jest nie tak z twoimi męskimi bohaterami…? Facet zachowuje się strasznie pruderyjnie i non stop nawiązuje do gówna i seksu. Brzmi jak ktoś wyjęty ze środowiska patologicznego i kto jest non stop napalony, niebezpiecznie często wspominając o gówniarzach. Rozumiem, że chciałeś wykreować właśnie taką postać – o takich cechach i języku – ale… ten człowiek stanowi obecnie kulminację wszystkich najgorszych cech pozostałych bohaterów. A jest ich całkiem sporo. Czy do rodziców dzieci ze swojego klubu też się tak odzywa? Wątpię. Dlaczego więc ma taką relację z Tomaszem; kim jest ten drugi, że wszyscy przed nim tak się otwierają? Robert nawet wypowiada się jak Szymon: No nie tak było[,] Tomeczku? 

 

Inna rzecz, że wywód Roberta zajmuje większość rozdziału i przez cały czas jego trwania muszę mierzyć się z takimi fragmentami: 

Większość ludzi[,] jakich spotkasz na swojej drodze[,] przypomina małe, tchórzliwe wszy, które na każdym kroku będą cię kąsać i wkurwiać. Największym problemem z takimi robalami jest ich lokalizacja i identyfikacja. Jak już zorientujesz się[,] kto jest wszą[,] to po prostu ją miażdżysz. Nie zadajesz pytań – ciężko uzyskać odpowiedź od wszy[,] co nie ? He[-]he. Tak, bez zbędnych ceregieli, [przec. zbędny] łapiesz taką w paluchy i ściskasz z całej siły[,] aż jej całkowicie bezwartościowe życie wreszcie z niej ujdzie (...). 

Albo takimi:  

- Nie dawaj sobie w kaszę dmuchać tym skretyniałym rodzicom. Oni są prawdziwym wrzodem na dupie, a nie te rozpuszczone, małe sukinsyny. Jakbyś miał z którymś jakieś problemy[,] to od razu wal do mnie… albo w ryj, he[-]he. Zrozumiano?

Naprawdę już nie wiem, jak to komentować. Czuję zwykłe obrzydzenie, nie wyobrażam sobie obcować z taką osobą czy też powierzać jej dzieci pod opiekę – a pośrednio tak się dzieje w twoim opowiadaniu. Ten tekst jest tak patologiczny, że wyczerpuje człowieka z chęci do dalszego zapoznawania się z nim. A wystarczyło po prostu nie szaleć tak z kreacją…

 

Teraz? Ha[-]ha[,] te cholerne gówniarze są chowane pod kloszem i każdy z nich żyje w przeświadczeniu, że jest stworzony do wyższych celów. Taki chuj, stworzeni to oni są, ale z pękniętego kondoma, [przecinek zbędny] albo przez alkoholową libację swoich nieodpowiedzialnych starych. – A tu kolejne czepialstwo wobec rodziców, i to kolejne nieuzasadnione żadną sceną. W swoim opowiadaniu przez cały czas udowadniasz coś zupełnie odwrotnego – że to pedagodzy, nie rodzice, są szkodliwi i toksyczni, bo praktycznie tylko takie postaci kreujesz. Spójrz: do tej pory mierzyliśmy się tylko z jedną sytuacją, w której ukazałbyś niepoprawne zachowanie rodzica – ojca Lilki, alkoholika – i to niby miałoby mi sugerować, że wszyscy rodzice, o których mówi Tomek czy Robert, są nieodpowiedzialni…? Miałabym uwierzyć Tomkowi czy Robertowi na słowo? Owszem – tacy rodzice też się zdarzają, ale pozostałe sceny nie przedstawiają dowodów tej tezy.

 

Z jednej strony cieszyło go poparcie prezesa, z drugiej zaś bał się, że im dłużej będzie pracować tym więcej będzie musiał wysłuchiwać podobnych monologów. Nie miał pojęcia ile będzie w stanie znieść. – Tomku, ale przecież ty też sadzisz podobne monologi! Może mniej wulgarne, skandaliczne i poetyckie, a jednak ostateczne wnioski można z nich wyciągnąć zbliżone. Dziwi mnie zatem, że trener nie lubi swojego prezesa. Szczególnie w kontekście wspominania o terapii – Tomasz miał znaleźć sobie odpowiednich znajomych, a chyba znajduje sobie właśnie takich pokroju Roberta czy Szymona i Matiego, przesiąkając ich światopoglądem. I już jest na początku tej ścieżki spierdolenia

 

- Dzień dobry Tomku, mam nadzieje, że pamiętasz o naszej wycieczce? (…)

Jakbym nie pamiętał ty tępa cipo, to jeszcze obijałbym się w domu. – Dopiero co Tomek mówił, że gdyby nie wycieczka, to musiałby wcześniej wstać. Powinieneś przybliżyć czytelnikom warunki pracy Tomka, żeby się nie gubili. O ile sam się w tym nie gubisz. 

 

- Ugryzł mnie – wydusiła wreszcie z siebie Hela, po kilku próbach przerywanych szlochem, wskazując na jasną alpakę przed sobą. 

- Nic się nie stało, może Franek rzeczywiście zbyt łapczywie wyrwał jej kawałeczek marchewki, po prostu się wystraszyła. – wtrąciła się, nieco podirytowana pracownica obiektu, wskazując na potencjalnego winowajcę, którym okazała się być biała alpaka. (…)

- Co to znaczy zbyt łapczywie? Jak możecie dopuszczać do dzieci zwierzęta nad którymi nie panujecie? - wycedziła Judyta. – Do tej pory miałam Judytę za jedyny głos rozsądku twojego opowiadania. Teraz jednak i o niej nie wiem, co myśleć, zaskoczyła mnie, ale nie w ten pozytywny sposób. Dlaczego jako opiekunka dzieci na wyjeździe nie weźmie na siebie tej odpowiedzialności, by ich pilnować? Obserwować, czy pracownicy obiektu uczą dzieci karmienia zwierząt i wszystko przebiega w miarę możliwości bezpiecznie? Sama Judyta powinna stać w pobliżu Helenki i wraz z pracownicą pokazywać młodej, jak podchodzić do alpak, szczególnie że kreowałeś ją od początku na nadwyraz odpowiedzialną osobę. Tymczasem zarówno ona, jak i Tomek wydają się teraz traktować tę wycieczkę jako odpoczynek od swojej pracy i interweniują tylko wtedy, gdy dzieje się coś niedobrego, zwalając winę na pracowników obiektu czy zwierzęta. Brakowałoby tylko, by kobieta zaczęła wykrzykiwać frazesy o tym, że Franka to trzeba natychmiast uśpić.

I znów: nie ma nic złego w kreacji takiego pedagoga czy rodzica, ale dlaczego w opowiadaniu nie pojawiają się też choćby i dalszoplanowe postaci pozytywne, które zaskakują rozsądkiem i dojrzałością, doświadczeniem w pracy z dziećmi? To właśnie przez to, że wszystkich kreujesz na jedno kopyto, tekst jest tak bardzo męczący.

    

- Spokojnie kochana, przecież pani mówi, że nic się nie stało. – Tomasz próbował uspokoić sytuację. - Daj rączkę skarbie podmuchamy. – Chwycił dziewczynkę za rękę, pogładził delikatnie, podmuchał i pocałował w miejscu rzekomego ugryzienia.

- Dzielna dziewczynka – skwitował Tomasz i puścił oko do zmieszanej Judyty. –  O, a teraz nagle Tomasz, do tej pory postać głównie negatywna, zachowuje się w sposób względnie normalny, ba, nawet jest w stanie wykrzesać z siebie jakieś pozytywne emocje. Co więc jest pozorem, co jego prawdziwym obliczem…?

Edit: A nie, okej, jednak z Tomkiem wszystko w normie:

Jeśli chodzi o Helenę, to (…) wiecznie wymyślała problemy, donosiła z byle powodu lub całkowicie bez przyczyny. Często sama prowokowała kolegów, a później udawała poszkodowaną. // Czyż nie jest to przepis na ponadprzeciętnie wkurwiającego gówniarza? – Śmiem twierdzić, że jeśli ktoś pracuje z dziećmi, to jest świadomy tego, że niektóre z nich wykazują większą wrażliwość na bodźce niż inne i nie wszystko da się zamknąć w ramach dziecko grzeczne i bezproblemowe/dziecko niegrzeczne i wymyślające problemy. Zaskakujące, że Tomek wcześniej przyznał, że pracuje jako przedszkolanek kilka ładnych lat, a zdaje się nie wynosić żadnego doświadczenia ani słusznych wniosków, sprowadzając problemy (ale i potrzeby, na przykład potrzebę uwagi) swoich podopiecznych do szkodliwych i bezpodstawnych, wyciągniętych naprędce ogólników. Wydaje się on zupełnie ignorować, że pracuje z tymi dziećmi tyle lat, więc powinien rozwijać o nich swoją wiedzę, tymczasem jego wnioski przypominają wnioski kogoś, kto wcale nie siedzi w zawodzie. Tym bardziej że:

Jakby tego było mało, to okazało się również, że wyimaginowane ugryzienie na tyle przestraszyło Helenę, że popuściła w spodnie. – Czyli według pana przedszkolanka o wieloletnim stażu dziewczynka tylko udawała strach, a jednocześnie popuściła. Serio, Tomek? Czy ty masz jakiekolwiek wykształcenie pedagogiczne i znasz podstawy funkcjonowania organizmu człowieka?

 

Wpis #21

Jesteśmy u babci z Lili i nawet zostałyśmy na noc. Mama nas wcześniej nie uprzedzała, całe szczęście, że wzięłam ze sobą laptopa. Całą sobotę spędziłyśmy na oglądaniu głupot w internecie (…) 




Mamusia z babcią cały czas rozmawiały ze sobą przyciszonymi głosami tak, że ciężko było je zrozumieć. (…) Za to Lili trochę płakała za mamą i znowu zmoczyła łóżko. Babcia była zdziwiona, bo nigdy jej się to u niej nie zdarzyło. Wytłumaczyłam jej, że ostatnio jej się to przytrafia dosyć często. Babcia wtedy użyła brzydkiego słowa, którego nie chcę tutaj pisać i powiedziała coś w stylu, że „Jeszcze ten nierób w traumę dziecko wpędzi”. Nie do końca zrozumiałam o co chodzi, ale mówiła przez zaciśnięte zęby i może coś przekręciłam. Może nocowanka u babci to nie to samo co z przyjaciółkami, ale bardzo mi to poprawiło humor. I znowu: Alicja zaczyna wpis, poruszając trudne i przybijające tematy, dzięki czemu czytelnik szybko mógłby naprawdę wczuć się w jej sytuację. Tak się jednak nie dzieje, ponieważ chwilę później dziewczynka jakby nigdy nic stwierdza, że bardzo poprawił jej się humor, mimo że jej siostra się zsikała, jest traumatyzowana, a mama z babcią obgadują tatusia, przezywając go. Czemu tak usilnie kreujesz bohaterkę na nieświadomą i ostatecznie bagatelizującą wszystkie sygnały, których jest świadkiem, bo przecież przytacza je we wpisach? Rozmawiamy o nastolatce!

Edit: Tak sobie teraz myślę, że może dziewczynka ma zespół Aspergera, a więc nie rozumie emocji, które odczuwa i o których nas informuje… Albo upośledzenie umysłowe w stopniu lekkim? Tylko że też – powinnam być tego pewna, a nie to podejrzewać i szukać usprawiedliwienia dla moich wątpliwości. W takim przypadku brakuje dodatkowych sygnałów, na przykład koleżanek, których dziewczynka nie ma nie dlatego, że odwołała nocowankę albo usłyszanych słów babci, szepczącej, wskazując palcem na Alicję, że w jej stanie…

 

Pamiętniczku jak skończyłam pisać, to poszłam jeszcze zrobić siku i bardzo się przestraszyłam, bo usłyszałam z pokoju dziwne dźwięki. Chyba jęki mamusi i bardzo szybkie oddychanie jakby biegała. Bałam się i wiedziałam, że nie powinnam otwierać drzwi, ale martwiłam się i mimo to już miałam nacisnąć klamkę. Wtedy usłyszałam głośne, coś jakby sapnięcie taty i uciekłam do pokoju. (…) Dalej nie chce mi się spać. Może jeszcze chwilę pooglądam coś w internecie to mi się zachce. Tak, chyba tak zrobię. – Z jednej strony podoba mi się, że sytuacja w domu Alicji się rozwija, przedstawiasz nowe oblicze przemocy domowej i nie sprowadzasz tego wątku tylko do problemów z alkoholem, do których czytelnik może podchodzić z obojętnością, ponieważ ten sam motyw pojawia się w przypadku chociażby Szymona, a i Tomasza, biorąc pod uwagę, że bohater też wiele razy sięgał po alkohol czy myślał o nim. 

Z drugiej strony znaczenie tego wątku jest umniejszone przez to, że w tekście pojawiają się także sceny o charakterze groteski, psujące cały efekt.

I wreszcie z trzeciej – niby w opowiadaniu przedstawiasz mi polskie realia czasów współczesnych, jednak musisz mieć świadomość, że nie trafiasz w nie o jakieś… piętnaście lat. Choć edukacja seksualna w naszym kraju rzeczywiście zwyczajnie nie istnieje, to internet – wprost przeciwnie – powszechnieje coraz bardziej i edukacja na jego podstawie ma się całkiem nieźle. Pomińmy pytanie, czy to dobrze, czy źle, nie ignorujmy jednak samego zjawiska. Młodzież ma dziś większy dostęp do różnego rodzaju informacji, którymi zresztą może się dzielić na swoim, często wciąż bardzo niedojrzałym, poziomie. Wspomniane piętnaście lat temu było zupełnie inaczej – dzieci nie tylko nie były sensownie edukowane systemowo, ale i nie miały za bardzo dostępu do innych źródeł. Ówczesna jedenastolatka na wskazaną sytuację rzeczywiście mogłaby reagować tak, jak to przedstawiłeś, choć wciąż byłoby to dość infantylne (co mogłoby wynikać z jej charakteru jako postaci wychowanej w rodzinie przemocowej lub wspomnianego już upośledzenia umysłowego w stopniu lekkim). Natomiast obecnie jedenastolatkowie swoją wiedzą na tematy współżycia mogliby zaskoczyć niejednego rodzica, mimo że ich terminologia wciąż pozostawia wiele do życzenia (nie tylko wśród młodzieży, ale i postaci dorosłych – jak widać po zapisie seksu przez x). I dlatego właśnie nie potrafię wczuć się w obraz Alicji i tak do końca się nim przejąć, bo jest on dla mnie zwyczajnie nierealistyczny. Nie przekonuje mnie i budzi zbyt dużo wątpliwości. 

 

 

Rozdział 8

Rozpoczynasz sceną, w której Gosia dzwoni do Szymona, by zapytać, czy może u niego zostawić Adasia aż na tydzień. Dosłownie kilka zdań dalej kobieta stwierdza na głos, że w sumie to ona i tak nie wierzy, że odstawi on wódkę na cały ten czas. Rozumiem, że Gosia nie ma z kim zostawić młodego, ale ojciec alkoholik i hazardzista prawdopodobnie nie jest najrozsądniejszym wyjściem z tej sytuacji, szczególnie gdy rozmawiamy o całym tygodniu sprawowania opieki. To tak jakby bohaterka swoje dziecko oddawała pod opiekę innego dziecka. Jej zachowanie pod tym kątem jest dla mnie niezrozumiałe; zdecydowanie naturalnie wypadłaby ta scena, gdyby bohaterka nie przejawiała świadomości, że u Szymona wcale nie jest aż tak kolorowo i mężczyzna ma coraz większy problem z alkoholem i hazardem. Gosia mogłaby najpierw spotkać się z nim i ocenić jego sytuację, warunki mieszkaniowe i tak dalej. Szymon mógłby się do tego przygotować i udawać, że wszystko u niego okej – co zresztą dzieje się na dalszych stronach tekstu. W takim razie stwierdzenie, że Gosia wie, iż nie odstawi on wódki na tydzień, po prostu nie pasuje do podjętej przez nią decyzji o pozostawieniu mu syna pod opieką, chyba że i ona miała wyjść na nieodpowiedzialną…

 

Szymon w jednej chwili podniósł się i zaczął drapać po głowie. – Klisza wyjęta rodem z bajek Disneya czy innych Zwariowanych Melodii…

 

Fucha wydawała się całkiem w porządku. Miał być dostawcą artykułów spożywczych dla jednego z największych sklepów internetowych. Prosta robota. Ładował się rano z siatami, wsiadał w auto i rozwoził przez cały dzień po okolicy. Znajomy mówił, że podobno idzie zarobić dość godne pieniądze, a zbytnio się nie narobić. Szymon dokładnie tego potrzebował. Tylko, że niestety zgodnie z ostrzeżeniami kolegi, przez pierwsze dwa tygodnie musi się spodziewać ostrej harówki, więc nie pogodzi tego z zaprowadzaniem i odbieraniem Adasia ze szkoły. A przynajmniej tak mu się wydawało. – No to w takim razie dlaczego na meczu Szymon był tak nieskory do rozmowy o nowej pracy i nie chciał nawet o niej myśleć? Nagle okazuje się, że jest ona w miarę prosta i nieźle płatna – dość mocno mnie to zaskoczyło. Szymon zauważa teraz, że robota ta jest całkiem okej i gdyby nie Adaś, to mógłby ją podjąć, ale przecież nie tak dawno w ogóle nie chciał o niej myśleć. Wyczuwam niekonsekwencję i trudno mi poznać, czy to przejaw hipokryzji Szymona, celowo wprowadzonej do tekstu, czy efekt tego, że jako autor sam zapomniałeś, że twój bohater tak naprawdę nie chciał iść do pracy. A może próbujesz wybielić go narracją, bym zaczęła pałać do niego większą sympatią? To nie zadziała, bo w przypadku bohaterów powieści liczą się czyny, nie intencje.

 

Jutro miał iść podpisać umowę, a później pojechać z innym, bardziej doświadczonym pracownikiem na dzień próbny. Trudno, ma zapas gotówki, zadzwoni z rana, że może zacząć od następnego tygodnia, a jak im nie będzie pasowało, to roboty dookoła jest pełno. Na pewno coś znajdzie. – Z jednej strony nie dziwi mnie nieodpowiedzialne podejście Szymona, ale z drugiej – męczy mnie ta jego ignorancja. Tak po prostu olał pracę, którą opisuje jako dobrą oraz dzięki której miał poprawić swój stan ekonomiczny, by pogodzić się z byłą narzeczoną? Niby wiem, że i zdobycie pracy, i pilnowanie syna będzie czymś, co zaimponuje Gosi, jednak za mało w Szymonie rozterek – w końcu gdyby miał pracę, mógłby pozwolić na więcej sobie, a i Adasiowi. Jego droga do podjętej decyzji jest bardzo krótka. Przy czym rozumiem, że ma on w głowie wygraną i chce ją powielić, co zapewne skończy przegraną wszystkiego. Łatwo to przewidzieć.

 

Zresztą, jeśli podtrzyma dopiero co rozpoczętą passe u „buka”, to nie będzie potrzebował żadnej roboty. Z tą, pełną optymizmu myślą mógł wreszcie ułożyć się do snu. – Szymon i Tomasz nie robią w tym tekście nic innego, tylko chodzą spać i się budzą, a potem organizują sobie dzień w domach. To niebywale nudne, za długo przesiadujemy z twoimi postaciami w ich czterech ścianach, patrząc, jak zasypiają bądź wstają albo sprzątają czy gadają z kimś przez telefon. Przy czym wiem, że kolejna scena jest ważna, bo to w niej pojawia się Alicja, jednak dlaczego tak bardzo się w tym wszystkim rozdrabniasz? Może dałoby się tekst uzupełnić czymś jeszcze, by go urozmaicić, lub połączyć ze sobą te fragmenty, których akcja ma miejsce w domu, by ostatecznie powtarzalnych scen było mniej, a te nowe, obszerniejsze, stały się bardziej soczyste?

 

Aby uprzyjemnić sobie odkurzanie, zmywanie naczyń oraz podług i tym podobne zajęcia, (…) włączył sobie muzykę ze swojego całkiem niedawno zakupionego głośnika. – A tu widnieje paskudny ortograf… 

 



- Dzień dobry panu, ja się nazywam Alicja Pieczarowska, mieszkamy dwa piętra pod panem. - No tak, wiedział, że skądś kojarzy tę niezwykle przyjazną, skromną buźkę. Zmyliły go rozpuszczone, gęste blond włosy. Zazwyczaj kiedy mijali się na klatce miała je spięte.

- Siema Alusia, czego potrzebujesz? - odparł pogodnie. Patrząc na dziewczynkę, wręcz nie dało się inaczej. Biła od niej wrodzona skromność i swoisty wdzięk. – Dobrze, że wreszcie padło imię dziewczynki piszącej pamiętnik i bardzo fajnie, że stało się to w scenie poprowadzonej z perspektywy innego bohatera. Alicja nie mogła przecież przedstawić się swojemu pamiętnikowi, a więc przez dość długi czas stanowiło to ciekawą  tajemnicę. Cieszę się, że odkryłeś tę kartę w sposób naturalny. 

 

- Powiedz mi jak ja mam się do ciebie zwracać? Alicja, Ala, Alusia, Alinka? Dość dużo opcji jak na jedno imię co? – Akurat Alina to zupełnie inne imię. 

 

W rozdziale tym pojawia się jeden fragment, który wzbudził moje zainteresowanie. Nagle Szymon zaczyna rozmawiać sam ze sobą, prawdopodobnie ze swoim sumieniem; trochę jak narrator „Disco Elysium”:

 

- Do widzenia

Biedne dziecko.

Dziewczyna jeszcze sobie nie zdawała sprawy lub ewentualnie nie dopuszczała do siebie

myśli[,] jakim społecznym wyrzutkiem jest jej ojciec. Bezrobotny pijaczyna bez perspektyw.

Coś ci to przypomina?

Zamknij się. To tylko chwila słabości.

Dosyć długa.

Pierdol się.

Na tyle długa, że zacząłeś już gnić od środka, Szymonie Robaku.

Jak się z tym czujesz?

Spierdalaj, mówię.

Szymon stłumił natłok myśli. 

 

I to jest naprawdę świetny zabieg, którego czytelnik w żaden sposób się nie spodziewa, nadal jednak uważam, iż powinieneś rozważyć zapis myśli postaci z użyciem kursywy. Wtedy odpowiedzi gadziego mózgu mogłyby nie różnić się od tradycyjnej narracji, by oddać, że wybrzmiewają poniekąd z niej, z tej głębi i stanowią przemyślany koncept przełamania czwartej ściany. Wprawdzie w „Disco Elysium” zmianę mówcy wprowadza się jego określeniem, dzieje się tak jednak z powodu formy gry komputerowej. W twoim tekście sumienie czy też element wnętrza postaci, z jakim Szymon rozmawia, może pozostać owiany tajemnicą.

 




 

Przerwał na chwilę sprzątanie. Nie wiedział[,] od czego zacząć. – Może jednak od sprzątnięcia wreszcie tej śmierdzącej plamy wymiocin…? 

 


Rozdział 9

W tej części tekstu pojawia się jedna kluczowa scena, do której chciałabym się odnieść. Mianowicie:

 

Otóż, dzisiaj z samego rana gabinet dyrektorski odwiedziła Marzena Pieczarowska i ni z tego ni z owego złożyła zawiadomienie o molestowaniu jej córki przez wychowawce. (…)

- Słuchaj, Tomek – podjęła [dyrektorka – dop. Skoi], a jej ton był poważny i zimny, zwiastujący coś naprawdę niedobrego. (…) - idź na zwolnienie, na tydzień lub dwa. Przeprowadzę rozmowę lub jeśli będzie potrzeba to kilka rozmów z panią Pieczarowską i wytłumaczę, że zaszła pomyłka. (…)

Gdy wszedł do sali, panowała zwyczajowa cisza kiedy byli pod opieką Judyty. (…) Z przyczyn oczywistych nie miał głowy do jakichkolwiek zabaw zorganizowanych lub innych, do których musiałby się choć w najmniejszym stopniu angażować. Dlatego zaproponował, że resztę dzisiejszego dnia spędzą organizując sobie czas samemu, co było dla nich równoznaczne z tym, iż mogą robić co chcą. (…) Dość często łapał się za to na tym, że wodzi wzrokiem za Lilianą i bynajmniej nie był to wzrok przepełniony radością i troską. 

 

Wprawdzie jako czytelniczka wiem, że Tomasz jest niewinny, a działanie mamy Lilki prawdopodobnie stanowi konsekwencję niewydania dziewczynki pijanemu Pieczarowskiemu (i to właśnie dlatego Tomasz powinien to wcześniej zgłosić), ale załóżmy przez moment, że oto właśnie dopiero co rozpoczyna się to opowiadanie, a ja – wczuwając się w postać dyrektorki – nie znam Tomka i nie uczestniczyłam w prawdziwym przebiegu zdarzeń. W tym momencie zgadzając się na to, by Tomasz wrócił do grupy kontynuować swoje zajęcia i zmienić Judytę, dyrektorka dopuszcza do kontaktu między oskarżonym a ofiarą; kontaktu, który – gdyby Tomasz oskarżony został słusznie – mógłby wpłynąć na komfort psychiczny ofiary oraz wywołać oburzenie rodziców wnoszących skargę. W końcu Tomasz wręcz liczy na to, że spotka się z mamą Lilki, gdy ta odbierać będzie córkę z przedszkola, ba, sam jej tę córkę wyda. Dyrektorka, niezależnie od tego, co łączy ją z Tomaszem, nie powinna dopuścić do takiej sytuacji lub powinna uczestniczyć w wydaniu, a zarazem konfrontacji pani Pieczarowskiej z wychowawcą. Przedstawiona w rozdziale sytuacja, kiedy to Tomek sprawuje opiekę nad potencjalnie molestowaną przez niego wychowanką oraz przez brak wdrożonych natychmiastowo procedur, wydaje mi się zwyczajnie odklejona od rzeczywistości, mimo świadomości o niewinności bohatera. 

W temacie tym znalazłam chociażby taki link: [Procedury reagowania w przypadku wystąpienia wewnętrznych i zewnętrznych zagrożeń fizycznych w szkole]. Jeden z punktów dotyczy zgłoszenia przypadku pedofilii. I tak osobą odpowiedzialną za podejmowanie decyzji powinien być dyrektor placówki, a jednym z pierwszych podjętych działań względem Kodeksu Karnego (art. 197 § 3; art. 200 art. 200a; art. 200b) jest poinformowanie psychologa placówki oraz najbliższą placówkę Policji. Biorąc pod uwagę jednak, że dyrektorka wpierw chciała omówić sytuację z Tomaszem, jestem w stanie zrozumieć, dlaczego nie zgłosiła sprawy. Niemniej w dalszych punktach czytamy: wychowawcy klas oraz pedagogowie szkolni winni podjąć działania profilaktyczne wśród uczniów. I takim profilaktycznym działaniem jak najbardziej byłoby odsunięcie Tomasza od potencjalnej ofiary. Czytamy też: wychowawca lub pedagog/psycholog szkolny przeprowadza indywidualną rozmowę z uczniem. Tutaj więc warto się zastanowić, dlaczego wykwalifikowany pedagog wraz z dyrektorką nie porozmawiali z Lilką i dlaczego dziewczynka w ogóle przyszła dziś do szkoły. Mama odprowadziła ją jakby nigdy nic, wiedząc, że będzie ona pozostawiona pod opieką Tomasza…?

 

Pozwól, że na tej scenie zakończymy komentowanie fabuły. Co prawda przeczytałyśmy rozdział do końca, ale jesteśmy na tyle zmęczone, że podarujemy sobie pozostałą część. I tak mamy już ponad 60 stron oceny i czujemy, że ostatnie dwa przesłane do nas rozdziały nie wpłyną na nasze wnioski. 

 


PODSUMOWANIE

W rzeczywistości same nie wiemy, od czego miałybyśmy tu zacząć – czy od tego, że sceny w twoim tekście są głównie pasywne, czy że postaci – przerysowane, a może jednak od praktycznie nieistniejącej poprawności językowej…? Wiele z tych błędów omówiłyśmy już wcześniej, jednakże teraz zbierzemy je do kupy

Chyba najlepiej będzie zacząć od ogólnego wrażenia. Ciężko nie zauważyć, że swoje opowiadanie ograbiłeś  ze wszystkiego, co ciekawe, pozostawiając nam tylko jakieś mało satysfakcjonujące, ledwo nakreślone relacje, niewybredne dialogi i monotematyczne przemyślenia o tym, jakie to wszystko, co otacza głównego bohatera, jest beznadziejne. Mamy za sobą dziewięć dość krótkich rozdziałów, a czujemy się tak wyprane, jakbyśmy przeczytały materiał grubo ponad stustronicowy. Odniosłyśmy wrażenie, że tak naprawdę nie miałeś planu na to opowiadanie, znałeś tylko ogólny koncept, by pisać z perspektywy zmęczonego pracą przedszkolanka, który prowadzi fanpage (o którym po dziewięciu rozdziałach zapomniał), ale jakbyś sam nie do końca wiedział, co ci z tego wyjdzie i gdzie cię zaprowadzi… Niewiele działo się też u samego Szymona, a i część scen z Tomkiem również była pasywna, miała miejsce w domu. Jednocześnie tekst nie posiadał praktycznie żadnego tła – opisy miejsc akcji czy wyglądu postaci, a nawet atmosfery sprowadzały się zwykle do dwóch-trzech zdań, o ile w ogóle istniały w tekście. Twoje opowiadanie pełne było za to klisz – Szymon drapał się po głowie, wpadając na pewien pomysł, następnie praktycznie z automatu łzy spłynęły mu po policzkach, bo się zasmucił… A pamiętasz moment, w którym Tomasz zamyślił się w samochodzie? Rozpocząłeś go ledwie jednym zdaniem o mijanym widoku za oknem… To także pachniało sztampą, byleby wreszcie jakoś przejść do tego zamyślenia. W tamtejszej scenie interesująca za to wydała się przeszłość twojego protagonisty, w której drzemał całkiem spory potencjał. Tylko że zapomniałeś go przebudzić. Nie wykorzystałeś go, łasząc się na wielolinijkowe streszczenie, zamiast sytuacje ukazać scenicznie. Świadomość, że bohater był pod opieką psychologa czy śledził swoją pierwszą miłość w mediach społecznościowych, nie mogąc poradzić sobie ze stratą, nie sprawił wcale, że współczułyśmy mu z powodu jego trudności, z którymi nie mógł uporać się samodzielnie. Nie czułyśmy wobec niego praktycznie nic, bo nakarmiłeś nas suchymi informacjami z jego życia, zamiast wspomniane życie… obrazować. 

Zresztą czy właśnie to, że Tomek korzystał z pomocy i, jak pisałeś: liczne rozmowy doprowadzały go do właściwych wniosków oraz diagnoz – nie powinno dać widocznych w scenach efektów…? Tymczasem po obecnym Tomku nie widać, by kiedykolwiek brał udział w jakichkolwiek sesjach. Jeśli tak wyglądał jego styl życia po terapii, czy przed nią jego zachowanie nie było aby zbliżone do stylu Roberta? I co właściwie ktoś taki w ogóle robi, pracując jako pedagog, non stop nazywając w myśli swoich podopiecznych bachorami czy gówniarzami? Gdyby był taki od początku, a na kartach powieści odbył terapię i zmienił się, rozwijał, zyskałaby ona puentę, jakiś sens; obecnie niestety nie czuć, że dokądkolwiek prowadzi. Inaczej mogłybyśmy śledzić rozwój psychologiczny Tomasza i to, jak ze sfrustrowanego cynika, który topi smutki w alkoholu, nie jest zainteresowany swoją pracą i nie cierpi innych ludzi, zmienia się on w bohatera bardziej pozytywnego, zaczynającego troszczyć się o innych (w tym chociażby Szymona) i odnajdującego spokój w życiu, mimo piętrzących się przeciwności – w postaci matki Lilki. Wtedy też mógłbyś ukazać kontrast, jak zmienia się życie kogoś, kto korzysta ze wsparcia specjalisty (Tomasz), a jak – życie kogoś, kto niezmiennie tkwi w swojej przeszłości i wciąż popełnia te same błędy, nie dając sobie pomóc (Szymon). Twój tekst wbrew pozorom ma ogromny potencjał, a ty dajesz go pogrzebać pod stertą pasywnych, w dodatku mało ambitnych i przerysowanych scenek rodzajowych takich jak scena oglądanego meczu (bo niestety tej przedstawiającej mecz juniorów nie uświadczyłyśmy) czy rozmowy z prezesem. Aż żal się robi w trakcie czytania tak przerysowanych, a jednocześnie nijakich, nic niewnoszących fragmentów.

 

Wróćmy jednak do twojego głównego bohatera. Trudno wyczuć, czy celowo kreujesz go na przaśnego, czy robisz to w sposób zupełnie niezamierzony, po prostu przesadzając. Nie wiadomo, jak i czy właśnie tak miałybyśmy go odbierać (może twoim celem było ukazanie rozwoju na przestrzeni scen, więc kreacja sylwetki psychologicznej będzie ulegać zmianom w czasie trwania fabuły…?), chcemy jednak, byś wiedział, że na nas jako na czytelniczkach Tomasz nie zrobił dobrego wrażenia. Jego prosty, trochę olewczy sposób bycia oraz mowa stylizowana na aż za bardzo kolokwialną sprawdziłyby się, gdybyś wyznaczył tego granice i jednocześnie nieco bardziej zadbał o estetykę tekstu. Bo choć zwykle nie ma ona aż takiego znaczenia – od czegoś są redaktorzy i korektorzy – to jednak trochę inaczej sprawa wygląda w tekście prowadzonym narracją z punktu widzenia osoby podobno wykształconej, tym bardziej gdy postać ta prowadzi własny profil, na którym publikuje. W takim wypadku nie do końca wiadomo, co jest celową kreacją postaci, która pisze i wysławia się byle jak, a co stanowi efekt dopiero co rozwijanych twoich umiejętności autorskich, mniejszego obycia ze słowem pisanym. Zupełnie inaczej czytałoby nam się opowiadanie o zmęczonym życiem cyniku pracującym z dziećmi i prowadzącym bloga, gdybyśmy potrafiły domyślić się, czy umyślnie przekraczasz niektóre granice i na pewno świadomie kreujesz Tomasza na AŻ takiego cynika, a Szymona, Matiego czy Roberta na AŻ takich podobnych do siebie rubasznych luzaków.

 

Zresztą tak samo jak przesadziłeś z ich kreacją, tak i przesadzona jest kreacja każdej innej twojej postaci. Same wpisy Alicji stanowią kolejny element, z którym przedobrzyłeś, osiągając efekt odwrotny do zamierzonego. Chciałeś, by było nam smutno, a sprawiłeś, że kolejny raz czujemy zakłopotanie wynikające z tego, że twój tekst tak łatwo można poddać w wątpliwość, gdyż nie oddaje charakteru czasów, w których osadziłeś fabułę, oraz stanowi swoistą karykaturę. Odczuwamy pewien dysonans – partie przedstawiające życie Tomka ukazują czasy obecne (mamy chociażby Facebooka, prowadzenie fanpage’a, sam bohater wypowiada się współcześnie), natomiast wpisy dziewczynki wyglądają jak wzięte z literatury obyczajowej lat ‘80 czy ‘90. Nie ma w nich tej naturalności, są tylko widoczne starania, by uzyskać efekt stylizacji. Niemniej bardzo trudno jest nam, dorosłym, wejść w skórę (i do głowy!) dzisiejszych dzieciaków, zwykle pamiętamy ich obraz i słownictwo właśnie z czasów, gdy sami byliśmy dziećmi. I taki dysonans oraz efekt nie są dla nas niczym nowym; bardzo często stanowią problem literatury, w której głos dostają postaci dziecięce. Czasem nasze starania to za mało, mimo że efekt oddaje za dużo – jest przesadzony. Dobrze byłoby więc może zagadnąć jakieś dziecko i poprosić je o odegranie scenki własnymi słowami? Nagrać je i przepisać? Zyskasz pewność, że nie będą ani zbyt dorosłe, ani zbyt infantylne, nieoddające charyzmy dzieci czasów współczesnych. Rozumiemy, że chciałeś, by Alicja miała jedenaście lat, bo ktoś w tym wieku potrafi prowadzić pamiętnik, ale to naprawdę nijak się ma do jej sylwetki psychologicznej. To już lepiej było sobie odpuścić to całe sztuczne i pretensjonalne Drogi pamiętniczku… i poprowadzić sceny z perspektywy kilkulatki w narracji pierwszoosobowej, gdy dziewczynka po prostu siedzi sama w pokoju, nie mogąc spać.

 

Wiesz, z czym jeszcze kojarzy nam się obraz twojej Alicji, która w tak infantylny, trochę przesłodzony sposób rozmawia ze swoim pamiętnikiem, zwracając się do niego per ty? Nie wiemy, czy czytałeś na WS naszą ocenę „Bajek pana Hyde’a”, niemniej to właśnie tam część nastoletnich bohaterek również prezentowała takie zachowania. Drogi pamiętniczku, muszę opowiedzieć ci dziś, co działo się na lekcji wuefu…

 



Nie da się ukryć, że w literaturze erotycznej traktującej o seksie z nieletnimi aż za dobrze znany jest motyw niewinnej, infantylnej nastolatki, która zdradza, co działo się w jej życiu, właśnie swojemu pamiętniczkowi. Postać ta zwykle liczy już kilkanaście wiosen, a jednak zdaje się kompletnie nieświadoma, do czego może prowadzić moment, w którym nauczyciel czy wujek sadza ją sobie na kolankach. Przy czym jesteśmy w stanie zrozumieć, że literatura erotyczna rządzi się swoimi prawami i przedstawiony obraz postaci, mimo że jest zaburzony i nie ma nic wspólnego z realizmem, wykorzystany jest, by zadziałać na wyobraźnię odbiorcy – tak też i nieraz w filmach tego gatunku dorosłe już kobiety wiążą sobie wstążki na warkoczykach i noszą kolorowe skarpetki; wszystko, by obudzić konkretne skojarzenia. Nierzadko zresztą opowiadania te stylizowane są na rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, nie ma w nich chociażby Facebooka, YouTube’a, ogólnie dostępu do internetu czy telefonów komórkowych. Ty jednak nie dość, że nie piszesz erotyków, więc nie musisz bazować na skojarzeniach z dziecinnymi i słodkimi w swej niewinności nastolatkami, to jeszcze osadzasz swój dramat obyczajowy w czasach współczesnych. A jednak Alicja pozostaje infantylna i naiwna. Dlaczego? Co chciałeś uzyskać tą kreacją?

Twoja praca nie jest wcale kontrowersyjna, szokująca, aż tak wulgarna i intrygująca, bo nie postawiłeś wszystkiego na jedną kartę i momentami infantylizowałeś tekst; ale trudno nazwać ją też obyczajową. Nie wydaje się w sposób poruszający oddawać poważnych problemów, bo te postaci, które stworzyłeś, są przerysowane, w dodatku ich życie nie jest interesujące. Byłoby, gdyby bohaterów charakteryzowało coś więcej niż kilka negatywnych cech na krzyż, dzięki którym chciałoby nam się kibicować jednostkom znajdującym się w trudnej sytuacji. Wspominałyśmy o tym chociażby w przypadku niechcianego romansu, w który Tomasz wdał się z dyrektorką. Powinnyśmy mu współczuć i życzyć, by jak najszybciej uwolnił się z toksycznej relacji, niestety tak nie było, ponieważ Tomek w naszym mniemaniu poniekąd zasłużył sobie swoim ogólnym brakiem szacunku do wszystkiego, co go otacza. A bynajmniej nie zasłużył sobie na nic dobrego, co miałoby go spotkać; to samo zresztą tyczyłoby się Szymona czy Matiego. I okej, nie musiałybyśmy ich lubić, ale aby chcieć towarzyszyć im w odbywaniu tej podróży przez życie, jaką stanowi cała publikacja, musiałybyśmy przynajmniej ich za coś cenić, widzieć dla nich cień szansy i móc wykrzesać w ich stronę jakieś inne niż tylko negatywne emocje. One sprawiają, że twoi bohaterowie jak jeden mąż są dla nas odpychający. Na tyle, że po prostu nie mamy ochoty przebywać w ich towarzystwie ani chwili dłużej.

Nie myśl sobie jednak, że to tylko dlatego, iż nie przepadamy za typowo męskimi historiami o prawdziwych facetach i ich problemach szarej codzienności. Albo że nie przepadamy za kontrowersyjnymi powieściami ukazującymi szokującą rzeczywistość. Bzdura, gdy na naszych półkachstoją powieści takie jak „Fight Club” Ch. Palahniuka, „Trainspotting” I. Welsha, „Nawet Psy” J. McGregora, „Kredziarz” C.J. Tudor, czy choćby „Gra” N. Straussa, czyli właściwie śmietanka samczej, trudnej i naprawdę kontrowersyjnej literatury. Tytuły te momentami wpadają w zabawne tony, nie przekraczają jednak granic, by choćby przez chwilę wydawać się karykaturalne i przaśne, nie nazwałbyś żadnej z nich momentami żenującymi parodiami gatunku. Tymczasem „Pana Przedszkolanka” naprawdę trudno osadzić nam w jakichś ramach, wydaje się on zawieszony między gatunkami i stanowi chaotyczny misz-masz, w który ciężko się wczuć, wsiąknąć w prezentowaną rzeczywistość i chcieć przebywać z Tomkiem czy Szymkiem. Przy czym najlepsze powieści eksperymentalne o zmiennych narracjach, poruszające trudne tematy w sposób prowokacyjny, gdzie postaci prowadzące scenę są wulgarne i bardzo charyzmatyczne, muszą sprawiać, że czytelnik będzie chciał poznać ich historię, przejść z nimi jakąś drogę, lepiej je poznając i odczuwając względem nich emocje. Także gdyby ten tekst stanowił książkę na naszej półce, szczerze nie wiedziałybyśmy, co z nią zrobić. Jako bibliofilki wprawdzie nie zutylizowałabyśmy jej, ale oddać ją komuś też byłoby nam wstyd. A wszystko przez tę twoją (kolejny raz wspomnianą) przesadę. 

Słyszałeś kiedyś o tak zwanym efekcie kobry?

 



Jeśli zastanawiasz się, jak definicja ta może odnosić się do twojego tekstu – już tłumaczymy. Otóż dość łatwo nam założyć, że efekt, który chciałeś uzyskać, pisząc swoje opowiadanie, na pewno różni się od tego, który uzyskałeś. Mając w zamiarze stworzyć powieść poruszającą trudne, lecz realistyczne i współczesne problemy, dotykające chociażby pracowników przedszkoli, tak bardzo skupiłeś się na swoim celu, że poszedłeś do niego po trupachjakby nie zważając na to, że po drodze zdrowo przeszarżowałeś z kreacją swoich postaci. Praktycznie wszystkie są tak bardzo podkolorowane, że aż tracą swój realizm i zamiast w nie uwierzyć, kompletnie przestałyśmy się nimi przejmować. Nawet nie tyle, że wydawały nam się one niedzisiejsze, ale jednak czytanie o nich było ciekawym doświadczeniem; wręcz przeciwnie – szybko się do nich zniechęciłyśmy, bo wyglądały nie na niedopracowane, a wykreowane ze zbyt dużym naciskiem na ukazanie ich stylu bycia, cech charakterystycznych, stylizacji językowej i tak dalej. Aż zrobiły się nieznośne. Zdecydowanie smaczniejsza jest zupa niedoprawiona, którą łatwiej dosolić, niż przesolona. I tak samo jest z beletrystyką – łatwiej przy pierwszej redakcji pogłębić swoje mniej charyzmatyczne postaci, nieco lepiej oddając ich styl bycia, niż pozbyć się wymuszonej sztuczności w przypadku postaci wręcz karykaturalnych. Na nasze – w przypadku „Pana Przedszkolanka” wiąże się to z rozpoczęciem pisania od nowa, gdyż w narracji typu POV ta nadmierna jaskrawość rzutuje na mowę pozornie zależną oraz partie dialogowe, a więc praktycznie każdy akapit twojego tekstu.

Pierwszym sygnałem, który dał nam do zrozumienia, że możesz mieć problem z wyczuwaniem granic, a co za tym idzie – rychłym, acz zgubnym przekraczaniem ich – był wpis Tomasza na jego fanpage'u. Bohater tak bardzo zapewniał nas, że rodzice, z którymi ma do czynienia na co dzień, są problematyczni, że w naszych oczach szybko wyszedł na wręcz zdesperowanego; kogoś, kto na siłę i bez argumentów chce dowieść swojej tezy, sięgając po dowody anegdotyczne i odwołania do swojego stanu emocjonalnego. Zresztą po tylu stronach, na których wspomniane we wpisie problemy z rodzicami okazały się nie mieć miejsca, Tomasz wyszedł dodatkowo na kłamczucha, a przynajmniej naciągacza. Tak samo zresztą było z Alicją – tak bardzo zależało ci na kreacji grzecznej dziewczynki o smutnej historii, że łapałeś się wszystkich możliwości, by takową nam zobrazować, przez co w naszym odczuciu Alicja była nie tyle grzeczna, co naiwna i zbytnio bezkrytyczna, wręcz cielęca. Zapamiętaj po prostu, że czasem mniej znaczy więcej, i odnosi się to do praktycznie każdego elementu twojej twórczości (no, może poza opisami miejsc, których de facto nie było wcale). 

 

A skoro już przy Tomaszu i jego problemach z rodzicami jesteśmy…

 

For: Twój bohater przedstawił problem opiekunów swoich podopiecznych w charakterze osób roszczeniowych i czepialskich. Jako nauczyciel wiem, że tacy rodzice istnieją (niestety jest ich całkiem sporo…). Wiem też, jaki to ból dla pedagoga współpracować z takimi ludźmi, szczególnie będąc osobą, która stara się w pracy. Tomek natomiast się nie stara. W moim otoczeniu na szczęście znaczna część nauczycieli jest bardzo aktywna zawodowo, wprowadza mnóstwo ciekawych rozwiązań na lekcjach, organizuje dużo szkolnych konkursów i zajęć dodatkowych. Aż serce się raduje, widząc osoby tak zaangażowane w kształtowanie młodzieży, która dzięki temu odnosi niemałe sukcesy. I owszem, są też słabi nauczyciele, pewnie każdy w swoim życiu takich spotkał – ja też. Jednakże co innego czytać o fajnej szkole z fajną kadrą, która jest źle traktowana przez obcesowych rodziców, i na tej podstawie zgodzić się z Tomkiem w jego wpisie, a co innego czytać o nieodpowiedzialnych ludziach opiekujących się dziećmi, którzy narzekają na opiekunów swoich pociech, gdy w zasadzie… prawie wszyscy ci opiekunowie są w porządku. Bo to, że na meczu jeden ojciec pyta, czy syn zagra na obronie, nie jest toksycznym zachowaniem, co najwyżej uznałabym je za męczące. Raczej czytając twoje opowiadanie, jest mi mega przykro, bo widzę nauczyciela mającego problem z alkoholem, kompletnie nieodpowiedzialnego, niezorganizowanego, nieprzygotowanego do swojej pracy, a jednocześnie okropnie roszczeniowego. Rozumiem też, że ten zawód to spore obciążenie psychiczne i prędko prowadzi do znużenia, ale, kurczę!, Tomasz nie wykonuje żadnych podstawowych obowiązków poza pojawianiem się w szkole. Podobnie z piłką nożną – zabrał dzieci na mecz, nie organizując im wcześniej żadnego treningu przygotowawczego, jednocześnie oczekując świetnych rezultatów, by dostać premię od prezesa klubu. Tomek nawet nie myśli o dobru podopiecznych czy swojej jednej czy drugiej pracy. Po prostu ma wszystko gdzieś i sądzi, że wszystko mu się należy, nie dając od siebie nic w zamian i nie mając żadnych podstaw, by w taki sposób się zachowywać. 

Co jeszcze mogę dodać? Ano to, że Tomasz jest przedszkolankiem, czyli pedagogiem zajmującym się jedną grupą małych dzieci, które obserwuje na co dzień. Dlaczego po spotkaniu z nietrzeźwym Pieczarowskim od razu nie zgłosił tego incydentu do dyrekcji? OD RAZU. To facet, który powinien skupić się na wychowaniu małej grupki osób. Nauczyciel starszych klas ma pod sobą dużo więcej podopiecznych, problemy, z którymi się mierzy, są już innej natury, często bardziej skomplikowanej. I mając, przykładowo, jedną czy dwie lekcje w tygodniu z trzydziestoosobową klasą, nie da się być świadomym wszystkich trudności uczniów, ciężko zauważyć złą sytuację dziecka czy jego zaburzenia psychiczne. A mimo to trzeba próbować i trzeba również tak poważne tematy podejmować z opiekunami dzieci. Wiem, że w przedszkolu rodzice także mogą walczyć z placówką, ale w opowiadaniu żadne kłopoty – poza wspominanym już alkoholizmem jednego ojca – nie występują. W przypadku przedszkola nie pokażesz pięciolatka z depresją czy anoreksją i rodziców bagatelizujących ten problem, oraz długiej drogi, którą Tomasz musiałby przejść, by dojść z nimi do porozumienia. Nie masz tu takiego pola do popisu, jakie byś mógł mieć w przypadku starszych dzieci. Więc tym bardziej dlaczego przy tej jedynej scenie ukazującej jakikolwiek szkolny problem twój bohater nic nie zrobił? Czemu nie pociągnąłeś tego wątku dalej? Dlaczego widzę tylko przedszkolanka-alkoholika olewającego swoją pracę i narzekającego na cały świat, jednocześnie niedostrzegającego swoich własnych poważnych wad czy nałogów? W dodatku nie jestem w stanie uwierzyć, że w przypadku Tomka sięganie po alkohol ma związek z wyczerpaniem psychicznym w pracy, bo… on nie ma czym być wyczerpany. 





O ile For miała swoje uwagi dotyczące kwestii Tomasza i problematycznych rodziców, o tyle Skoia ze swojej branży także ma ci co nieco do przekazania:


Skoia: Jako że przekleiłyśmy tekst do docsa, nie miałyśmy okazji czytać go w Wordzie, niemniej na tamtym pliku pojawiło się coś, co dość mocno zwróciło moją uwagę. Mianowicie – dzielenie wyrazów przy braku justowania. Nie rozumiem, dlaczego skorzystałeś z tej opcji, niewyjustowawszy tekstu oraz nie zadbawszy o jego edycję na żadnym innym, bardziej podstawowym polu. Wspomniane dzielenie zwykle na dokumencie .docx omija się szerokim łukiem, gdyż jest dość kłopotliwe. Nie wiem, czy skorzystałeś tu z gotowej, automatycznej opcji, którą oferuje program, czy wstawiałeś dywizy ręcznie, nie wszystkie jednak są poprawnie i zdecydowanie większą przysługę zrobiłbyś zarówno czytelnikom, jak i przyszłemu ewentualnemu składaczowi, gdybyś je wszystkie usunął. A jeśli już się zabrałeś za dzielenie, powinieneś zadbać również o wprowadzenie w życie pozostałych zasad dobrego składu, takich jak redukcja (wchłonięcie na poprzednią stronę) ostatniego wiersza akapitu, który przeniosło na stronę następną (zapoznaj się z terminami: bękart, wdowa, sioerota, szewc) czy też przerzucenie do następnej linijki wszystkich pojedynczych: a, i, o, u, z, w itp. Sam pomyśl, czy naprawdę nazwałbyś te stronice estetycznymi?


kliknij w obrazek, aby powiększyć
lub otwórz w nowym oknie


Na załączonym obrazku widać zarówno niewyjustowany tekst, jak i kłopotliwe dzielenie wyrazów, ostatni wers akapitu przerzucony na nową stronę czy ledwo kilka literek słowa przerzuconych do nowego wersu, a nawet pojedyncze literki kończące linijki. Brakuje też paru wcięć akapitowych, czyli kwestii zupełnie podstawowej. Tekst jest pod kątem edycji po prostu niechlujny i lepiej prezentowałby się, gdybyś zastosował justowanie i wcięcie dla każdego akapitu – nic więcej:


kliknij w obrazek, aby powiększyć
lub otwórz w nowym oknie


A jeśli kiedyś będziesz chciał pobawić się w skład, potrzebne ci będą do tego inne narzędzia (np. program Adobe InDesign czy jego darmowe alternatywy), w których nie tylko będziesz mógł skorzystać z opcji dzielenia wyrazów lub przeniesienia pojedynczych liter do nowych linijek, ale też manewrować odległościami (tzw. światłem) między znakami, by pozbywać się wdów oraz by justowanie nie rozciągało tekstu w sposób typowy dla dokumentów cyfrowych, a zachował jednakie spacje charakterystyczne dla profesjonalnych e-booków czy książek drukowanych. Jeśli już chcesz bawić się w skład, powinien on prezentować się raczej w ten sposób:


kliknij w obrazek, aby powiększyć
lub otwórz w nowym oknie


Przy czym na ten moment skład to ostatnie, czym powinieneś zawracać sobie głowę. Wpierw zatroszcz się o swój tekst i jego podstawową edycję oraz technikalia, a dopiero później podnoś poprzeczkę. W końcu by nauczyć się biegać, trzeba najpierw umieć chodzić.



I tak oto w końcu dotarłyśmy do brzegu.

Na dzień dzisiejszy „Pan Przedszkolanek” – i obyś wziął to sobie do serca – ma bardzo duży potencjał, ale równie wiele problemówNie da się ukryć, że aby opowiadanie mogło zaprezentować się porządnie, czeka cię ogrom pracy. W obecnej wersji jedynymi jego pozytywami, które udało nam się odkryć, były pomysł na fabułę (ogólny koncept wychowawcy grupy przedszkolnej, mającego realne problemy z rodzicami swoich podopiecznych oraz mierzącego się z demonami przeszłości, co utrudnia mu środowisko, w tym przyjaciel będący jednostką toksyczną oraz własna szefowa poszukująca mocnych wrażeń) i te z rzadka trafiające do nas przebłyski pisarstwa. Scena snu Szymona czy wybudzenia się z koszmaru albo monolog wewnętrzny przełamujący czwartą ścianę niewątpliwie świadczyły o tym, że coś tam potrafisz. Doceniamy także, że stosunkowo mało u ciebie ekspozycji, jak na twórczość amatorską, a i POV-y miejscami wypadały przekonująco, z tym że zdecydowanie za mało różnorodnie. Fajnie też, że większość wątków zawiązywała się na przestrzeni scen (nawet jeśli część z nich działa się w domu i robiła wrażenie rozlazłych, monotematycznych), a pewne fakty wychodziły na jaw z opóźnieniem. Gdyby praca tak po prostu prezentowała wyższy poziom zarówno pod kątem poprawności językowej, jak i powagi sytuacji, o których piszesz, byłoby o niebo lepiej. Dziś jednak nie możemy wystawić ci noty wyższej niż bardzo słaby (2-), twój warsztat nie odbiega od poziomu ocenianych na łamach WS autorów, którzy mierzyli się z podobnymi do twoich problemami i uzyskali jednaką notę. Być może poniższe oceny okażą się więc pomocne również i dla ciebie:

 

[242] ocena tekstu: Niesamowite przygody Florków

[244] ocena tekstu: Nas to łątki nie obchodzą

[152] ocena tekstu: Narodziny boga

[151] ocena bloga: bajkipanahyde.blogspot.com

[105] ocena tekstu: Samotna królewna

 

Tymczasem już teraz życzymy ci powodzenia w rozwijaniu warsztatu, bo, jak widzisz, niewątpliwie jest nad czym pracować. 

I warto.

 

A za betę dziękujemy wspaniałej Ayi! 

0 Comments:

Prześlij komentarz