[242] Ocena tekstu: Niesamowite przygody Florków



Tytuł: Niesamowite przygody Florków
Autor: Wcaletak
Gatunek: komedia, satyra
Ocenia: Skoiastel

Jako że tekstu jest sporo, w pierwszej kolejności wkleiłam do dokumentu Google jedynie 20 rozdziałów liczących ok. 150k zzs – w sumie prawie cztery arkusze wydawnicze. Z takiej ilości materiału będę mogła wyciągnąć głębsze wnioski o historii i twoim stylu oraz poprawności. Pozwól jednak, że pod względem technikaliów nie zbetuję całości – wypiszę jedynie jakieś niuanse, które wyjątkowo zakłują mnie w oczy.


PROLOG

Na pierwszy rzut oka widać, że masz problemy z interpunkcją dialogową – jakbyś wstawiał znaki zupełnie na czuja i… rzadko udaje ci się trafić. Nie tędy droga, zresztą sam zobacz:

Krzysztof otworzył drzwi do mieszkania i zawołał. [dwukropek zamiast kropki]
– Kochanie[,] jestem. – Brak przecinka przy wołaczu. Dalej podobnie:
– Cześć[,] Bubel, jestem tutaj.

– Operują mnie. [zbędna kropka] [w]Wyjaśniła sytuację Janina.
– Ale czemu? – jęknął Krzysiek, a przez ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
– Dostaliśmy zlecenie. [zbędna kropka][w]W głowie usłyszał [ten dreszcz?] metaliczny głos.

– Sie wie. – Istoty odpowiedziały chórem i zaśmiały się. – Szyk: odpowiedziały chórem istoty.

– Kochanie, uciekajmy – krzyknął Krzysztof. – Skoro krzyknął, warto połasić się o wykrzyknik.

– Nie da rady[,] Bubel, krwi nie ma co pompować[.] – Janina lekko się zarumieniła i przymknęła oczy.
– Brzydkie mają te pompki – Krzysztof usłyszał nieprzychylny komentarz kosmity. – Szyk: usłyszał Krzysztof…

– No. [zbędna kropka] [o]Odezwał sie[ę] drugi intruz i dodał. [dwukropek zamiast kropki] – Zawały i inne takie tam problemy techniczne.

Pod tym względem do korekty jest praktycznie cały prolog. Szczegółowe zasady tłumaczyłam w jednym z niedawno publikowanych na WS artykułów; zajrzyj [TUTAJ – podstawy] oraz [TUTAJ – więcej o dialogach]. Zapis dialogów stanowi podstawowy zakres wiedzy edytorskiej każdego autora i bez niego ani rusz.
No dobrze, a co o fabule? Powiem ci: nie zaintrygowałeś mnie głównie dlatego, że wszystko dzieje się w próżni. Całą scenę stanowi dialog, nie ma tu miejsca na żadną scenografię, więc trudno jakkolwiek rozruszać wyobraźnię. Poza tym odnoszę wrażenie, że mocno popędziłeś w przód, przez co nie potrafiłam się zaangażować, przystanąć, pomyśleć nad tym, co czytam. Poznałam imiona postaci oraz dotarło do mnie, że Krzysztofowi śnią się kosmici, ale też żadne elementy fantasmagorii nie zostały tak wprowadzone, by czytelnik mógł samodzielnie domyślać się snu. Nie mam pewności, czy taki był cel, czy tak jakoś wyszło.
Nie wzbudziłeś też moich emocji. Przeszłam obok całej tej dziwnej sytuacji dość obojętnie, ponieważ nie okazała się ani szczególnie zabawna, ani wstrząsająca. Krzysztof niby krzyczał do Janiny zestresowany, ale nie pokazałeś, jak drży w obawie czy że jest zszokowany obecnością kosmitów w swojej kuchni. Ot, tylko stał jak kołek i wydzierał się, nawet nie gestykulował, więc trudno było zobrazować sobie jego emocje, oprzeć je na czymś innym niż samym krzyku. A przez to, że bohater zdawał się nic nie czuć i nie przeżywać – i ja tego nie przeżyłam. Na moje? Za bardzo pognałeś na łeb, na szyję.


ROZDZIAŁ I. POZNAJEMY RODZINĘ FLORKÓW

Mimo mówienia o złośliwości rzeczy martwych one nie były złośliwe i spokojnie czekały na dalszy rozwój wypadków. // Przyczyna krzyku była przyziemna i nieobca większości kobiet.

Wysokich częstotliwości dźwięk, wydobywający się z gardła Janiny, obudził resztę rodziny (…) – rym kłujący w uszy: Janiny/rodziny.

Jego szeroko otwarte oczy, przypominające spodki, wpatrywały się w małżonkę, a mózg stopniowo przetwarzał informacje. W mgnieniu oka odnotował akrobatyczną pozę małżonki i przeszedł do dalszej analizy.

Wrzask jakby przeszedł na dalszy plan (…) – zszedł. Frazeologizm brzmi: schodzić na dalszy plan.

(…) a on patrzył to na piersi[,] to na usta, by znowu spoglądać na piękne brzoskwinki. – Nie wiem, czy taki był twój zamysł i stylizacja narracji celowo ma wykreować Krzysztofa na takiego (zresztą to akurat pewnie subiektywna kwestia…), ale osobiście na to zdanie mocno się skrzywiłam. Narrator brzmi mi tu zwyczajnie… obleśnie i nie jestem przekonana, czy pasować to będzie do całości.
Edit: Wracam tu po przeczytaniu nieco więcej treści i… nope. Nadal mi się nie podoba. Zbyt często podczas lektury miałam wrażenie, iż czytam tekst skierowany do znacznie młodszego odbiorcy, a pojedyncze sformułowania tego typu się z tym z gryzą, i to dość mocno.

Przybyli domownicy dodali otuchy Janinie, która wydobyła z siebie pierwsze tego dnia zrozumiałe słowa.
– Bubel, tam wszędzie są karaluchy. Zabij je! Na litość boską, zabij je!
Paniczna i ostra reakcja Janiny przerwała rozmyślania małżonka. – W sumie mógłbyś napisać po prostu: Jej paniczna i ostra reakcja…

Półprzytomny Krzysztof, wyrwany ze swych pięknych i niezbyt grzecznych myśli, rozejrzał się po kuchni. – Trochę tego za dużo. Nie dość, że już wcześniej wspomniałeś, o czym konkretnie myśli Krzysztof i na co patrzy, ukazałeś wprost również jego reakcję na widok, którym, cóż, się zachwycił, to jeszcze ledwo ze trzy zdania wcześniej nazwałeś te myśli kosmatymi… I teraz znów ujmujesz to samo podobnymi słowami. Okej, dotarło.

Faktycznie, na podłodze spokojnie przechadzało się kilka robaczków. Wystarczyło je rozdeptać i byłoby po sprawie. Niestety przybiegł na bosaka, a deptanie ich gołymi nogami wydawało mu się zdecydowanie zbyt odrażającą czynnością. No i dbałość o higienę osobistą nie pozwalała na takie postępowanie.
– Kochanie, lecę po klapki i załatwię problem. – Słowa jednak nie poszły w parze z czynami. Stał i wciąż patrzył na małżonkę. – Pięknie wyglądasz – powiedział rozmarzony.
– Idź żesz już po te cholerne klapki! – wrzasnęła Janina, ignorując komplement.
Widząc przerażenie i wściekłość ukochanej, Krzysztof obrócił się, by wybiec z kuchni i przynieść mordercze narzędzie. Niestety pech nie opuszczał rodziny, czego potwierdzeniem było wcześniejsze pojawienie się kota, który spokojnie pożarł pierwszego karalucha.
– Krzysiek, nie pozwól Żarłokowi zjadać tych ohydztw – krzyknęła mocno zniesmaczona Janina.
Szybszy od ojca był Tomek, który momentalnie chwycił kota i próbował z jego pyska wyciągnąć karalucha. Oczywiste było, iż był z góry na przegranej pozycji, wszak robal był już w dużym i obszernym brzuchu pupila. Oniemiały Krzysztof obserwował poczynania syna, próbując dociec, co on właściwie chce zrobić. Równie zaskoczona Janina wpatrywała się w niego intensywnie, chwilowo zapominając o strachu. Pierwszy otrząsnął się Krzysztof. Widząc Tomka otwierającego paszczę kota i wkładającego do niej rękę, stwierdził, iż są to działania niedorzeczne i stwarzające realne zagrożenie zarówno dla Tomka, jak i kota. Porzucił wcześniejszy zamiar szukania kapcia, zamiast tego podszedł do młodego i chwycił jego ręce, uwalniając zwierzaka. Przynajmniej na tym polu niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Niezrażony Żarłok, korzystając z przywróconej wolności, rzucił się na robactwo.
– Weźcie stąd Żarłoka, on pozjada wszystkie karaluchy. Ja ich potrzebuję do szkoły! – krzyczał Tomek.
– Do jakiej szkoły, co ty u diabła mówisz!? – spytał Krzysztof, przy okazji łapiąc kota i uniemożliwiając mu zjedzenie kolejnego insekta.
– Na biologię.
– Wy będziecie je ciąć? W tak młodym wieku? – Wypowiadając te słowa, Janina wyobraziła sobie Tomka, jak nożem kuchennym próbuje przeciąć niewielki brzuszek insekta. – To jest obrzydliwe. 

Pogrubiłam powtórzenia, za to podkreślone wyrazy to imiesłowy współczesne, z którymi konstrukcji zdecydowanie nadużywasz. Obie kwestie przyczyniają się do tego, że fragment wygląda dość amatorsko.
Spójrz też, jak ogromny jest akapit przedstawiający główną akcję. Zaczynasz go od Tomka, który podejmuje interwencję, przechodzisz przez wspomniane już oniemienie Krzysztofa, obserwację Janiny, ich powrót do rzeczywistości, wreszcie stwierdzenie czegoś (niepodane dialogiem), uwolnienie kota i tak oto na końcu mamy reakcję zwierzaka. W tak dużym akapicie wielokrotnie przechodziłeś od bohatera A do bohatera B, wszystko w jednym kociołku podane niezajmującą formą. Widać, że nie bawisz się tym tekstem, nie budujesz akapitów w taki sposób, by narastało napięcie, nie myślisz również o tym, czy na pewno warto na jedno zdanie przeskoczyć do innej postaci i po co, skoro odbiorca już ma dość sporo informacji o scenie, zaraz zrobi się chaos, a akcja trwa…
Ponadto męczy mnie twoje słownictwo. Z jednej strony wszystko jest proste i nawet zdania złożone wydają się płaskie, oklepane, zbudowane tak, by zrozumiało je dziecko; z drugiej – mam wrażenie, że część ze zdań już przy pisaniu sprawiała ci nie lada problemy, stąd właśnie dobór chociażby nienaturalnych synonimów. Na przykład:

No i dbałość o higienę osobistą nie pozwalała na takie postępowanie. – Tu aż by się prosiło o prostsze: zachowanie… Albo: na takie coś. Albo po prostu: na to nie pozwalała. Okej, twoja wersja też jest poprawna, ale sztywna, jakbyś się bał wychodzić z ogranych ram.

Dalej:
Niestety przybiegł na bosaka, a deptanie ich gołymi nogami wydawało mu się zdecydowanie zbyt odrażającą czynnością. – A czemu nie: wydawało mu się zbyt odrażające? Wiadomo, że deptanie to czynność.

Lubisz lać wodę, przez co pozornie krótka scena się dłuży, a narrator, zamiast pokazać mi ciekawe, może nawet śmieszne wydarzenie, rozpływa się nad nim i dowala kolejnego budulca. To zaś sprawia, że przytoczone wydarzenie przestaje być ciekawe, a zaczyna irytować i tylko czekam, aż się skończy, bym mogła pójść dalej. To marnowanie potencjału scenicznego. Zasypujesz mnie dywagacjami narratora, odwracając uwagę od tego, co najciekawsze. Od akcji.
I jeszcze:
Oczywiste było, iż był z góry na przegranej pozycji, wszak robal był już w dużym i obszernym brzuchu pupila. i wszak w jednym zdaniu dają wrażenie archaiczności, pewnej starawości fragmentu. Stylistycznie do pozostałych zdań ma się to nijak. O, znów, jakbyś chciał komuś pokazać, że takie spójniki istnieją. Dzieci, wypiszcie z tekstu przykłady spójników archaizujących styl oraz spójniki współczesne, których używacie na co dzień… – to dlatego praca ta kojarzy mi się z literaturą przeznaczoną dzieciom. Mieszasz w niej różne, ale nadal podstawowe stylizacje, by uczeń-czytelnik mógł poznać, wskazać wszystkie z nich. A sztuka polega jednak na tym, by wykorzystywać spójne, pasujące do siebie techniki, korzystać z nich świadomie i dać odbiorcy lekki, zręcznie napisany tekst.

(Inna sprawa, że znowu się okrutnie pieścisz, pisząc, że brzuch kota był nie tylko obszerny, ale i duży, jakby jedno wcale nie wynikało z drugiego).
O, albo to:
Widząc przerażenie i wściekłość ukochanej, Krzysztof obrócił się, by wybiec z kuchni i przynieść mordercze narzędzie. – Mieliśmy Janinę i małżonkę, więc ewidentnie zabrakło ci synonimu, połasiłeś się więc na ukochaną. Jednak we wcześniejszych fragmentach już za bardzo dałeś mi do zrozumienia, że Krzysztof kocha swoją żonę, więc teraz to słowo zwiększa moją frustrację. No bo skoro już od kilku stron wiem, że to jego ukochana, nie muszę znów się o tym przekonywać, prawda? Może po prostu:

– Idź żesz już po te cholerne klapki! – wrzasnęła Janina, ignorując komplement.
Widząc jej przerażenie i wściekłość, obrócił się (…).
Znacznie lżej.

Przy czym wróćmy jeszcze na moment do tego nieszczęsnego morderczego narzędzia. To naprawdę wygląda nieporadnie, jakbyś szukał na siłę synonimu klapka. No i to także naleciałość szkolna, bo dzieci faktycznie uczy się korzystania z innych słów, szukania nowych znaczeń (w celach edukacyjnych jak najbardziej ma to sens, poszerza możliwości językowe). Jednak proza literacka dla młodzieży i dorosłych to inna bajka, w której nie nazywa się wody przeźroczystą cieczą, a książki – grubym przedmiotem. Oczywiście, istnieją synekdochy, które dobrze jest wykorzystywać, podmieniając chociażby dom na cztery ściany, ale to właśnie wyczucie smaku i znajomość ich pozwala z nich korzystać. Odróżnić, co jest figurą stylistyczną, a co – śmiesznością na siłę.

No i tu dochodzi jeszcze kwestia gatunku. W tekstach groteskowych, w satyrze, często się przesadza, bo jednym z głównych środków konstrukcyjnych (czy to fabularnych, czy właśnie – stylistycznych) takiej prozy jest hiperbola. Ale w takim wypadku mordercze narzędzie warto zmienić na utarte: narzędzie zbrodni. A może nawet niedoszłe narzędzie zbrodni i po tym zdaniu od razu napisać, że karalucha tak właściwie to zeżarł kot.

Trochę się tego nazbierało, szczerze mówiąc, a i to nie koniec. Spójrzmy jeszcze raz:
Widząc przerażenie i wściekłość ukochanej, Krzysztof obrócił się, by wybiec z kuchni i przynieść mordercze narzędzie.
Na dobrą sprawę wycięłabym całe to podkreślone zdanie składowe. Dlaczego? Czytelnik sam się już zdążył domyślić, po co wyszedł Krzysztof, skoro wybiegł po jasnym poleceniu Janiny. Nie pisz, dlaczego to zrobił, ale daj mu zaraz wrócić z tym klapkiem w ręce albo pozwól wydarzeniom… dziać się. To będzie ciekawsze, nie – łopatologiczne. Ewentualnie: obrócił się i wyszedł. Po prostu.
Zresztą wiele zdań z zacytowanego wyżej, dłuższego fragmentu jest właśnie taką łopatą. Ewidentnie czuję, jak każdym z nich łupiesz mnie po głowie. Piszesz za dużo, za dokładnie, wszystko tłumacząc jak dziecku, przez co mam wrażenie, że tekst naprawdę nie jest skierowany do mnie jako osoby dorosłej, która rozumie znaczenie słów. Poza tym całość zajęła ledwie minutę, może dwie, a jednak – niesamowicie się dłuży. Trwa i trwa, i trwa. Co rusz robisz z igły widły. Przykłady? Bardzo proszę:

Niestety pech nie opuszczał rodziny, czego potwierdzeniem było wcześniejsze pojawienie się kota, który spokojnie pożarł pierwszego karalucha. – Zobacz, ile literek naprodukowałeś, żeby napisać, co zrobił kot. To nie jest dynamiczne, to nie jest nawet zabawne, tylko mocno frustrujące (nie pomijając, że znów wymuszasz na mnie swoją ocenę sytuacji, każąc mi sądzić, że zjedzenie karalucha przez kota jest ogromną tragedią i pechem dla całej rodziny).

Nie, nie jest nią. Mam trzy koty i gdybym za każdym razem miała przejmować się tym, że zeżarły niekoniecznie to, co mają w swoich miskach – dawno bym osiwiała… Dzisiaj, na przykład, Mikan próbował skonsumować gumową uszczelkę od czołgu z Cobi.

Gdybyś skrócił kwestie narratora wszystkowiedzącego, który wtrąca swoje opinie do tekstu, sama sytuacja – krzyki Janiny, zachowanie pozostałych bohaterów, w tym kota – byłaby bardziej zaskakująca, emocjonująca, budująca napięcie i wreszcie: zabawna. A tak ciągnie i staje w gardle jak rozgotowane nudle… Trudno to przeżyć, jakkolwiek się w to wczuć.
Zobacz też, jak wiele zdań potrzebowałeś, by podkreślić, co robi Tomek:

Szybszy od ojca był Tomek, który momentalnie chwycił kota i próbował z jego pyska wyciągnąć karalucha. [W tym miejscu oryginalnie znajdują się 4 zdania złożone z 47 wyrazów, ponad 320 znaków] Widząc Tomka otwierającego paszczę kota i wkładającego do niej rękę, stwierdził, iż są to działania niedorzeczne.

Nie działa tu również chronologia, przez co mam wrażenie, że zagiąłeś czasoprzestrzeń. Oto Tomek, który otwiera paszczę i próbuje wyciągnąć robala, oraz Krzysztof, który po chwili to widzi i się na tym zawiesza. Dopiero po czasie reaguje na zachowanie syna, w moim wyobrażeniu wciąż szarpiącego się z kotem, ale jednocześnie w akapicie pada jasna informacja, że bohater dopiero co otwiera zwierzęciu paszczę i wkłada tam rękę. Bez sensu. W takim wypadku Krzysztof nie miał się na czym zawiesić.

Oniemiały Krzysztof obserwował poczynania syna, próbując dociec, co on właściwie chce zrobić. – O, a tutaj też. Samo to, że Krzysztof jest oniemiały i obserwuje syna, daje mi do zrozumienia, że bohater jest skołowany i nie wie, co się dzieje. Właściwie wystarczyłoby napisać: Oniemiały Krzysztof obserwował poczynania syna. // „Co on w ogóle próbuje zrobić?”, a już byłoby trochę ciekawiej, mniej szablonowo. Wprowadziłbyś myśl bohatera wprost jako urozmaicenie narracji, poza tym przeszedłbyś wreszcie do nowego akapitu, więc czytelnik nie mierzyłby się ze zbitą ścianą tekstu.
Pamiętaj, że to jedynie sugestie, ale chciałabym, byś wiedział, jak wiele środków istnieje, by pobudzać zainteresowanie odbiorcy nie samą fabułą, lecz również (a może przede wszystkim) formą prozy. Nie inwestuj tylko w minimum środków, szczególnie gdy chcesz kierować swoje prace do bardziej niż mniej dorosłych, których nie przekonają trywialne problemy opisane w sposób z jednej strony egzaltowany (bo błahą sytuację życiową sprowadzasz do wielkiej tragedii), z drugiej – prosty (sztampową formą). No i to też trochę ogłupia ci głównego bohatera, który patrzy na syna wyjmującego karalucha z kociego pyska i zastanawia się, co ten w ogóle chce zrobić. No wiadomo, że przecież go tym nie karmi…
Ogólnie fajnie, gdy w tekstach groteskowych pojawiają się postaci bardziej lub mniej ogłupione, jednak na tym etapie jestem zmęczona całą tą rodziną…
Edit: i sąsiadką…
Edit2: i uczniami, wraz z nauczycielką.
Edit3: i znajomymi z pracy Krzysztofa, i policjantami-którzy-nimi-nie są.
A przecież to dopiero początek…




No właśnie. Twoje postaci wydają się ogłupione masowo. Okej, rzeczy, które przeżywają, są w jakiś sposób śmieszne, ale oni sami – już nie. Są męczący, bo ciągle krzyczą, melodramatyzują, przesadzają, ponadto są… głupi. Każdy na swój sposób, i o ile dzieciom to można wybaczyć (zresztą pozostawienie otwartego słoika z karaluchami w kuchni było całkiem niezłym wątkiem), o tyle dorosłym – już trudniej. Gdy wszyscy tylko przesadzają na każdym kroku i są po prostu mało inteligentni, nieraz prymitywni (tak, Krzysztof, patrzę na ciebie) – nikt się nie wyróżnia, wszyscy są tak samo uciążliwi. Ale gdyby każdy wyróżniał się na swój sposób, a tekst zręczniej ukazywałby różnice postaci – zawsze istniałaby szansa, że czytelnik polubiłby parę z nich bardziej, kilka mniej, kogoś wcale. Na obecnym etapie trudno mi napisać, że lubię kogokolwiek i życie kogokolwiek mnie ciekawi. Będę miała spory problem przy dalszym czytaniu, bo, powiem szczerze, bardzo nie lubię ani prozy wymuszonej, której brakuje zręcznego pióra, lekkości stylistycznej (za długo w tym siedzę, by potrafić się nią cieszyć), ani nie lubię opowiadań o obciążającej psychicznie fabule z męczącymi postaciami na czele. A u ciebie to się łączy w jeden tekst i daje mieszankę przesadzoną na każdym polu. Przez to wydawać by się mogło, że kierujesz tekst raczej do dzieci, które dopiero poznają klisze, muszą mieć więcej danych podanych na tacy, a postaci muszą dla nich zachowywać się skrajnie i kontrastowo. Takimi schematami rządzi się literatura dziecięca, ponieważ jej głównym odbiorcom brakuje obycia literackiego, a mniejsza skala doświadczeń życiowych i kulturowych mogłaby utrudniać im odbiór rzeczy w literaturze dla dorosłych podawanych między wierszami (na przykład o tym, po co gdzieś chce się udać bohater czy jak konkretnie ma zostać ocenione przedstawione wydarzenie; na szczęście postaciom coś się udało/na nieszczęście – nie udało się to i tamto). W końcu to od tego są teksty dla dzieci – mają wartość rozrywkową, ale i edukacyjną na poziomie literackim, także społecznym, kulturowym. Tylko że w tekście dla dzieci nie pisałbyś jednocześnie o brzoskwiniach i innych kobiecych atutach… Jakbyś sam nie wiedział, do jakich odbiorców kierujesz ten tekst. Dla dzieci jest zbyt wulgarny, dla dorosłych – zbyt nudny formą i łopatologiczny.

Istnieje jeszcze szansa, że być może to jedynie taki kłopotliwy początek i gdzieś na dalszym etapie zaskoczysz, coś w tym twoim stylu się rozluźni, unaturalni. To właśnie chyba tego luzu, lekkości pióra, sznytu brakuje mi najmocniej.

 

(…) rozległ się dźwięk dzwonka. Chcąc nie chcąc, Krzysztof ubrany jedynie w piżamę w paski, poszedł otworzyć drzwi. Na progu stała ich starsza sąsiadka. (…) Dodatkowo w jej prawej ręce znajdował się tłuczek. (…)
– Gdzie Janina? Co z nią zrobiłeś?
Nie czekając na odpowiedź, siłą próbowała wedrzeć się do mieszkania. (…) Janina, słysząc sąsiadkę, niejako z przymusu, ale też z troski o ukochanego, pojawiła się, by zapobiec rodzącej się awanturze. Z nieukrywanym zaskoczeniem wpatrywała się w męża szamoczącego się z kobietą uzbrojoną w tłuczek do mięsa.
– Co tu się u diabła dzieje?
Janina stanęła na wysokości zadania i niczym wytrawny mediator zakończyła rodzącą się bitwę.
Irena, widząc sąsiadkę całą i zdrową, odpuściła i wpatrywała się w nią, szukając śladów przemocy rodzinnej. Niczego się nie dopatrzywszy, co w jej opinii równie dobrze mogło świadczyć o jej słabym wzroku, odłożyła na później dalsze ewentualne rękoczyny.
– Nic pani nie jest? Czy ten sadysta bije panią? – Irena bez ogródek zadała pytania, które niejednemu nie przeszłyby przez gardło. Ona jednak uzbrojona w tłuczek, rozbudzona i gotowa do walki, nie bała się niczego. – Ech. Po prostu ech.

To nie tak, że nie piszesz o śmiesznych rzeczach; nastawiona bojowo sąsiadka słysząca hałasy i przybiegająca w trosce o zdrowie Janiny, uzbrojona w dodatku w tłuczek do ziemniaków, ma naprawdę spory potencjał humorystyczny i ja to doceniam. Jednak czuję znużenie przez to, że poświęcasz takim scenkom rodzajowym bardzo dużo miejsca i niektóre fakty (logiczne już odkąd wspominasz o nich pierwszy raz) przyklepujesz zanadto, dając do zrozumienia proste rzeczy nieraz po trzy razy (tak jak chociażby podkreśliłeś istotę tłuczka czy wystawiłeś wzmianki o agresywności całego zajścia). To nie jest subtelne, tylko podane wprost, wielokrotnie. A pokaż mi tę agresję – nie mów mi o niej. Pokaż szamotaninę wprost, nie eksponuj jej. Wiele elementów wprowadzasz tylko opisem, przez co mimo że mam przed sobą scenkę, przypomina ona jednak suchą relację.
Do tego streszczasz emocje towarzyszące bohaterom. Nie pokazujesz, że Janina wkracza i uspokaja wszystkich – tłumaczysz to narracją, a to czyni potencjalnie ciekawą akcję nudną i przegadaną. Spróbuj ograniczyć narratora i jego wywody, szczególnie podawane zdaniami wielokrotnie złożonymi. Tautologia nie służy emocjom, wręcz je zabija. Nie musisz też tych samych informacji podawać na kilka sposobów. Część możesz ukazać, przedstawiając faktyczne zachowanie postaci (np. Janina, zamiast skupiać się na tym, dlaczego interweniuje, niech… po prostu to zrobi), część – wyciąć, gdy jest już jasna (zresztą po awanturze wystarczająco widać, że Irena rzeczywiście była gotowa do walki i uzbrojona). Nie cackaj się tak.

Tomek popatrzył spode łba na mamę. Dla niej wszystko było takie łatwe. A przecież gdyby powiedział o insektach[,] to kazałaby mu je wyrzucić, [przecinek zbędny] albo zabić. A tak jakaś tam afera była, ale karaluchy do szkoły ma. Nie chcąc się kłócić, bąknął jedynie.[dwukropek zamiast kropki]
– Przepraszam. Następnym razem powiem o wszystkim.
Skrzyżowane za plecami palce, [przecinek zbędny] świadczyły o czymś zgoła innym. – O, bardzo przyjemne zakończenie rozdziału. Wiesz więc, jak działa cliffhanger, a to się ceni.

Wspomnę jeszcze o dwóch rzeczach. Mianowicie wyjaśnienie Tomka dotyczące pozostawionego w kuchni słoika sprawia, że wydaje się, iż Tomek jest dzieckiem w wieku wczesnoszkolnym, ale gdy wpierw wbiega do pokoju i rzuca się na kota – nie wiem dlaczego wyobrażam sobie rosłego nastolatka. Być może zamiast rozpisywać narratorowi szerokie kwestie o niczym ważnym, lepiej byłoby podsunąć kilka detali świadczących o miejscu akcji, o bohaterach (nie musisz zdradzać wprost, ile Tomek ma lat, możesz pokazać mi chłopca…). To raz.
A dwa: w e-mailu pytałeś mnie o dopisaną scenę z sąsiadką. Powiem ci, że nie wiem, co z nią zrobić. Pod względem fabularnym wygląda całkiem okej, ale przepisałabym ją i zredagowała, by nie była taka łopatologiczna. Obecnie widać też, że została, ot, wklejona – przerywa rozmowę nagle, trwa krótko, dzieje się szybko, a potem wszyscy jakby nigdy nic wracają do stołu, w ogóle nie komentując zajścia czy nie myśląc o nim. Kobieta nie zrobiła na twoich głównych bohaterach wrażenia, nie pozostawiła żadnego śladu na fabule. Myślę, że nawet gdybyś nie zaznaczył tekstu na czerwono, przez ten nienaturalny, szybki, jakby nigdy nic powrót do stołu domyśliłabym się, że scena została doklejona po czasie. Możesz ją wyciąć, chyba że stanowi hint do kolejnych wydarzeń (np. Florkowie będą zmuszeni przyjąć inspekcję sanitarną), ewentualnie możesz zatuszować ślady po kopiuj-wklejce, dbając o to, by wejście sąsiadki odbiło się jakoś na postaciach przy stole i na dalszym etapie fabuły.


Rozdział II. Szkoła

Krzysztof wraz z synem skierował się do forda, natomiast Janina wsiadła do mocno już wysłużonego Golfa. – Dlaczego forda zapisałeś od małej, a golfa – od wielkiej? Kiedy nie odnosisz się do firmy (producenta), ale samochodu, stosuj zapis od małej. Np.: Wsiadła do forda. Ale: samochód marki Ford.

Nieznaczne błędy w ruchach kierownicą, [przecinek zbędny] ozdabiały samochód wgnieceniami i otarciami.

– Wyłaź szybko – usłyszał Tomasz na odchodne i już go nie było w samochodzie. // Na szczęście z daleka zobaczył najlepszych przyjaciół Franka i Jasia. – Przydałby się myślnik, dwukropek albo chociaż przecinek przed Franka. Inaczej brzmi to tak, jakby Tomek zobaczył z oddali przyjaciół jakiegoś Franka, nie – swoich.

Franek jeszcze do niedawna był chłopakiem nijakim[,] w niczym specjalnie się niewyróżniającym.

Uśmiechnięty od ucha do ucha Franek, [przecinek zbędny] wydawał się usatysfakcjonowany obrotem sprawy.

Rodzice, [przecinek zbędny] nie pozwalają na marnotrawstwo.

Chłopaki wybuchli szczerym śmiechem, a Jasio stawał się coraz bardziej czerwony, a do oczu napłynęły mu łzy. – Chłopaki wybuchły. Albo: Chłopacy/chłopcy wybuchli.

Jaś zdecydował się wypić całą butelkę wody, a ja wiem już, że gdy tylko zacznie się lekcja, to albo będę świadkiem śmiesznego gagu, jak chłopak nie dobiegnie do toalety, albo cokolwiek w ten deseń.
Edit: Nie pomyliłam się aż tak – Jaś faktycznie wybiega do łazienki w czasie lekcji, i to dwa razy. Właściwie nie ma w tym nic złego, samo istnienie takich gagów w tekstach satyrycznych jest wręcz konieczne, ale niefajnie, gdy aż tak łatwo konkretne sytuacje przewidzieć. W takim wypadku mogą zaskakiwać i śmieszyć, ale – znów – tylko młodszych odbiorców, a nie czytelników, którzy na parodiach i kliszach zdążyli już zjeść zęby, ponadto dobrze wiedzą, jak działa literatura i o co chodzi ze strzelbą Czechowa.
Obecnie butelka i scena jej opróżniania za bardzo rzucają się w oczy, by nie do przewidzenia były tego konsekwencje już w niedalekich akapitach. Wspomniana strzelba wypala za szybko, czytelnik się jej spodziewa, bo i nie odwróciłeś jego uwagi czymś innym.

Wiesz, co jeszcze sprawia, że tekst naprawdę wygląda jak skierowany do młodszych odbiorców…? Opisy postaci. Dopiero co zaczęłam drugi rozdział, a przedstawiłeś mi troje nowych bohaterów: dwóch kolegów Tomka oraz nauczycielkę biologii. Przytaczasz wszystko od razu: kolor oczu, włosów, sylwetkę, ubranie i styl bycia, i to naraz, w jednym akapicie, jakbyś wykreślał elementy z checklisty. Okej, raz czy dwa może się tak zdarzyć, nie każdy opis musi być skrzętnie wpleciony w tekst, ważna jest różnorodność, autorski spryt i umiejętność przemycania takich informacji na różne sposoby, nie tylko – no cóż – szkolnie. Jednak w tym wypadku tak nie jest, ba, rzuca się w oczy tym bardziej, że sąsiadkę wcześniej wprowadziłeś tak samo. Tam nie miałam pretensji, bo kobieta wpadła na chwilę i zajęła naprawdę niewiele czasu antenowego. Ale tutaj, skoro Jan i Franek są przyjaciółmi Tomka, na pewno jeszcze nie raz, nie dwa pojawią się w tekście. Nie musisz ich prezentować w każdym calu już przy pierwszej okazji. Masz na to całą powieść.
Z jednej strony opis chociażby Janka przypomina mi charakterystykę Alcesta z serii „Mikołajek” René Goscinnego. Z drugiej – ten dotyczący nauczycielki za bardzo ją seksualizuje, przez co wrażenie to znika i kieruje się w stronę, hmm, bajki dla dorosłych? Spójrzmy:

Lekcja rozpoczęła się punktualnym wejściem pani Iwony Zacnej. Męska część klasy podkochiwała się w niej, co raczej nie powinno dziwić, gdyż była zwyczajnie cudowna. Długie, kręcone blond włosy, niebieskie duże oczy oraz figura, [przecinek zbędny] niejednego faceta mogły doprowadzić do obłędu. Co ważne[,] miała [ta figura?] niezły gust i umiała podkreślić atuty, którymi została hojnie obdarowana przez naturę. – Takie odczucie też miałam, gdy pisałeś o brzoskwinkach… Ugh. Wtedy jednak myślałam, że może to perspektywa sprośnego Krzysztofa, ale teraz okazuje się, że sprośny jest sam narrator. Nie podoba mi się to, szczerze mówiąc. Wrócę do tego w podsumowaniu.

Niby w szóstej B, [przecinek zbędny] byli sami grzeczni uczniowie, niby nikt z nauczycieli na nich nie narzekał, jednak zajęcia nie kleiły się. – Szyk: się nie kleiły.

Lekcja o owadach miała tę nienajlepszą passę przełamać. – Nie najlepszą.

Dzisiaj uczniowie mieli przynieść dowolnego owada i na podstawie tych żyjątek miały zostać omówione szczegóły w zakresie ich budowy, zachowania oraz innych charakterystycznych cech. Nadszedł czas kolejnej próby, mającej odpowiedzieć na pytanie, czy z szóstą B można nawiązać właściwy kontakt.

–[spacja]Dzisiaj będziemy się przyglądać owadom. Każdy z was miał jakiegoś przynieść i tutaj mam niespodziankę…[spacja]– zawiesiła głos.[spacja]– Kto przyniósł niepowtarzalnego owada, dostanie szóstkę.
– A co to znaczy "niepowtarzalny" – spytała się najchudsza i zarazem najmniejsza w klasie Marysia, a przez ciało nauczycielki przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
Niby ta uczennica była miła i kulturalna, ale biolożka uważała, że te [to] dziecko jest psychicznie chore. Po chwilowym milczeniu odpowiedziała z uśmiechem na twarzy.
– To oznacza, że tylko jeden z uczniów przyniósł takiego owada.

Albo mi się wydaje, albo pani Iwona Zacna jest wyjątkowo słabym pedagogiem. Nie dość, że świadomie podkreśla atuty swojego ciała, ucząc przecież ledwo chłopców, to w dodatku ma uprzedzenia do swoich uczniów i potrafi myśleć o nich jak o psychicznie chorych. Akcja nie toczy się w szkole integracyjnej, więc nie sądzę, by Marysia miała jakieś problemy, za to pani Iwona ma je na pewno. Biorę poprawkę na to, że piszesz satyrę, więc może scena ta ma przedstawiać słabe strony nauczania w Polsce, ale nie do końca jestem przekonana, czy moje wnioski na ten temat są zgodne z tym, co chciałeś przekazać, czy może taki obrazek wyszedł ci niekoniecznie celowo. To raz.
Dwa – stylizacja językowa nauczycielki nie różni się niczym od innych postaci tekstu. Wiem, że kobieta uczy dzieci, więc i nie będzie używać stylizacji, nie wiem, uniwersyteckiej, ale jednak jakiś poziom mogłaby prezentować, na przykład wyróżniając się poprawnością. Tymczasem jej zdania nie różnią się od zdań, które składa Janina czy Krzysztof, a nawet zdań, z których składają się partie narracyjne.

Ucieszyła się, gdyż uczeń ten rzadko przejawiał jakąkolwiek aktywność, może z wyłączeniem jedzenia, a tutaj taka niespodzianka.
– Co chciałeś powiedzieć? –[spacja]zapytała radośnie nauczycielka.
– Proszę pani, mogę iść do ubikacji?
Niestety nastąpiło zderzenie z szarą[,] szkolną rzeczywistością. Jasiu, [przecinek zbędny] tradycyjnie nie zamierzał aktywować się naukowo.
– Idź[,] Jasiu, jak musisz. – Skoro piszesz, że nastąpiło zderzenie z rzeczywistością, nie musisz już dopowiadać, że Jaś nie aktywował się tradycyjnie. Ja już to wiem, bo rozumiem znaczenie słów, których używasz. Tymczasem wprowadziłeś tę informację aż trzykrotnie. Spójrz, jak lżej mogłoby to brzmieć:

Ucieszyła się, gdyż uczeń ten rzadko przejawiał jakąkolwiek aktywność, no, może z wyłączeniem jedzenia… A tutaj taka niespodzianka!
– Co chciałeś powiedzieć? – zapytała radośnie nauczycielka.
– Proszę pani, mogę iść do ubikacji?
Szara, szkolna rzeczywistość uderzyła w nią znienacka. Kobieta jednak nie przestała się uśmiechać, powstrzymała nawet ciche westchnięcie.
– Idź, Jasiu, jak musisz.

Pamiętaj – to tylko przykład, jedna z nieskończonych możliwości. Chciałam ci pokazać, że zamiast pisać dwa trzy razy to samo, możesz wykorzystać potencjał sceniczny nieco inaczej, na przykład wprowadzając informacje o zachowaniu swoich postaci. Dzięki temu, że czytelnik widzi choćby i małe gesty jednej z nich, może ją sobie wyobrazić, a z tego wyobrażenia – wywnioskować jej emocje. To naprawdę jest proste!




Jeżeli nie[,] to wracamy do zajęć.
– Nie[,] Marysiu. Za przezwiska nie daje się szóstek.

Daniel dumnie kroczył między ławkami i pokazywał owada. Pewnie jeszcze większą czuł dumę ze swojej czarnej koszulki z czachą, ale tego nie było wiadomo na pewno. W tym czasie nauczycielka dzielnie dzieliła się wiedzą o tych owadach.
Przyglądajcie się temu niezwykłemu stworzeniu. Jest to gatunek (…). – Lepiej: przyjrzyjcie.
I znów łopata. Nie musisz uprzedzać, co nauczycielka zrobi dosłownie zdanie dalej. Zwyczajnie… daj jej to zrobić! Nie zapowiadaj, nie opisuj. Pokazuj.
Przy czytaniu na głos bardzo też kłuje w uszy to, że oba owady znalazły się na tej samej pozycji w zdaniu, i to jeszcze w miejscu akcentu.

– (…) Gatunek wszystkożerny może mieszkać wraz z nami. I[,] dzieci, tutaj niespodzianka –[spacja]zawiesiła głos nauczycielka. – W temperaturze dwudziestu dwóch stopni rozwój samców trwa pięćset piętnaście dni, a w temperaturze trzydziestu stopni skraca się do stu sześćdziesięciu dni. Niesamowite[,] prawda?

– To znaczy, że Czesiek ma w domu ciepło, bo ma już wąsa, a my jeszcze nie? – zapytała Marysia, a nauczycielce pociemniało w oczach i poczuła że traci kontrolę nad dzieciakami.
A ty masz za to zbyt zimno – odparował Czesiek, jasno wskazując, iż jak na dwanaście lat jest zbyt mała. – Tak, rozumiem, co zasugerował Czesiek, bo potrafię wnioskować z tego, co czytam.

– Nie[,] Marysiu[,] to znaczy[,] że on jest od was starszy i ma ciemniejszy zarost. [zbędna kropka] – przerwała niemoc Iwona i odpowiedziała dziewczynce. – A ty[,] Czesiek[,] nie dogryzaj innym. – Taki zapis sugeruje, że Czesiek jest dziewczynką. Komentarz dot. odpowiedzi pojawia się zbyt blisko kolejnej wypowiedzi. Sugeruję:
– Nie, Marysiu. To znaczy, że jest od was starszy i ma ciemniejszy zarost – odpowiedziała Iwona, przełamując niemoc. Spojrzała na chłopca i dodała: – A ty, Czesiek, nie dogryzaj innym.
Przy czym jak na nauczycielkę biologii, to pani Iwona plecie kompletne bzdury. U niektórych zarost pojawia się prędzej, a u niektórych później – zależy od genów. Do tego wyszło, jakoby kolor owłosienia miał wpływ na wiek, w którym się on pojawia. Bez sensu, prawda?
Być może pani Iwona zastosowała tu jakiś skrót myślowy albo trochę zmyśliła, biorąc poprawkę na to, że rozmawia z dziećmi, ale… właściwie która to klasa? Ile te dzieci mają lat? Czy to także element satyryczny – uczenie młodzieży ciekawostek o karaluchach i cofanie ich w rozwoju, zamiast prowadzenia sensownych zajęć? Frustruje mnie to, że nie umiem określić, czy to celowe zagranie w ramach gatunku, czy po prostu tak jakoś ci wyszło lub tego nie przemyślałeś. Ale wierzę, że gdyby napisane było zgrabniej – mogłabym uznać sytuację tę za śmieszną i nic nie wydawałoby mi się niezręczne.

Iwona wciąż walczyła o odzyskanie kontroli nad zajęciami, ale z tyłu głowy czuła, że i tak nic z tego nie wyjdzie. – Ta walka to sytuacje, które już przedstawiłeś, czy streszczenie rzeczy, których nie pokazałeś? Nie wiem, czy czytam podsumowanie, czy kolejne relację. Tak czy siak, znacznie lepiej byłoby, gdybyś po prostu pokazywał na przestrzeni całej sceny, jak Iwona walczy, jak sobie nie radzi i traci siły. Jak nie daje rady utrzymać przyklejonego do twarzy uśmiechu. W pewnym momencie kobieta mogłaby usiąść, westchnąć, zamknąć oczy i policzyć do trzech, mógłbyś nawet wprost – jej myślą – przedstawić obawy, że nic z tego nie wyjdzie. Właściwie cokolwiek, co zobrazowałoby mi to, co przytoczyłeś jedynie suchym opisem.

W tym czasie obchód Daniela skończył się. – Szyk: się skończył. Albo w ogóle lepiej: W tym czasie Daniel skończył obchód. Staraj się unikać strony biernej, bo nie służy ona emocjom, za to oddała perspektywę.
Nie stawiaj też się na końcu zdań oznajmujących; to enklityka, czyli wyraz pozbawiony akcentu, tymczasem ostatnie miejsce zdania w języku polskim jest… miejscem akcentowym. Możesz tam postawić się, na przykład, w trybie rozkazującym, np. Ubierz się! Ale w pozostałych sytuacjach nie jest to mile widziane, bo nienaturalnie brzmi. Czytaj swoje teksty powoli, na głos. Powinieneś usłyszeć niedociągnięcia, wszystkie ostre krawędzie.

Iwona z niepokojem przyglądała się klasie. Dzieci siedziały ze spuszczonymi głowami i nie odzywały się. – Tutaj poprawny szyk (dzieci siedziały ze spuszczonymi głowami i się nie odzywały) może generować rym niedokładny, nie brzmi to dobrze. Może więc: siedziały ze spuszczonymi głowami, milcząc?

W końcu wstał wyrośnięty Czesiek, którego królestwem od niemal dwóch lat była ostatnia ławka.
– Proszę pani, ja mam innego owada, a nawet dwa.
– To, co przyniosłeś?
– Proszę pani, do słoika włożyłem wesz, których kilka mam we włosach. Czy przejść się po klasie i pokazać innym uczniom?
A to było dobre! Tego się ani nie spodziewałam, ani nie okazało się żartem wymuszonym. Wymagało też pewnej inteligencji od Cześka, który z przedstawieniem zwierzątka czekał na odpowiedni moment. Gdyby zaczął się przekrzykiwać wcześniej, uznając, że chce szóstkę i zdradziłby swój wybór od razu, fragment nie byłby już tak zabawny, a w tym wypadku – stał się punktem kulminacyjnym i wybrzmiał (to po nim Iwona poddała się zupełnie). I chociaż Czesiek ma wszy, prawdopodobnie roznosi je po szkole, to jest pierwszym spośród wszystkich twoich bohaterów, który mnie szczerze rozbawił, co poskutkowało tym, że go… polubiłam. Przy czym mam za sobą dwanaście stron tekstu i interakcje z głównymi postaciami, więc jeśli akurat tak mała rzecz jest pierwszą pozytywną, która zwróciła moją uwagę, to… no, średnio.

Bracia Boncowie, a było ich czterech[,] to niewątpliwie zakały szkoły i żadne[,] nawet te najbardziej wyrafinowane metody pedagogiczne nie przynosiły skutku. Najstarszy Boncel, Tadek, mający siedemnaście lat[,] uczęszczał do siódmej B i nawet na lekcjach palił papierosy. Skargi u rodziców nie przynosiły skutku, a on sam jedynie uśmiechał się głupio. Najmłodsi[,] będący bliźniakami, co prawda zaliczyli dopiero drugą klasę, ale mieli już jedenaście lat. Oni po prostu obowiązek szkolny traktowali nadzwyczaj lekko, można by rzec[,] nonszalancko. Czesio wydawał się najbardziej solidny, co nie oznaczało, że był rozgarnięty, bo po prostu nie był. Nauczycielka wolała się od Bonclów trzymać z daleka, jednak chłopaka nie mogła tak po prostu zignorować. – A jednak… go zignorowała. Wprawdzie dała mu szóstkę na zachętę, ale jednocześnie w ogóle nie zareagowała na problem wszy, zresztą nie tylko na jego głowie, ale i prawdopodobnie na głowach innych uczniów. Potwierdza się teza o nikłych zdolnościach pedagogicznych u nauczycielki. Niemniej podejrzewam, że to element groteski przedstawiającej realia wczesnoszkolne w krzywym zwierciadle.

Inna sprawa, że nie umiem oprzeć się wrażeniu, że realia te są bardziej starawe niż współczesne, jakbyś nawiązywał do szkół polskich z czasów co najmniej mojego dzieciństwa, czyli… ze dwadzieścia lat temu. Zresztą nic jeszcze do tej pory nie świadczyło o tym, by akcja działa się w Polsce, w czasach obecnych, chociażby bardziej scyfryzowanych. Swoją drogą, nie ma w tym nic złego, przedstawiam ci jedynie moją dedukcję na temat czasu akcji. Nie wiem, czy jest słuszna, możesz więc rozjaśnić mi tę kwestię w komentarzu.

Za to strasznie topornie się ciebie czyta ze względu na notoryczne powtarzanie podmiotów. Nie znaczy to, że masz szukać synonimów; polecam przede wszystkim zaimki oraz podmioty domyślne. Na przykład:
– Ja mam, ja mam – radośnie zapiszczała Marysia. ­– Tam jest zdechła mucha[,] to jest owad[,] proszę pani. Nikt muchy nie przyniósł, dostanę szóstkę?
Marysia p[P]odskakiwała wesoło na swych chudych nóżkach, co wprawiało w ruch jej dwa rude warkocze, wesoło kołyszące się na głowie.

Możesz także nieco bardziej pokombinować, pobawić się konstrukcjami zdaniowymi. Niedawno zajmowałam się pełną redakcją powieści kryminalnej i tam również zdarzały się podobne problemy, na które moją odpowiedzią było zawsze: nie szukaj środków doraźnych. Jeśli musisz, przekształć większy kawałek, ustawiając zdania w taki sposób, by w ogóle nie generować konieczności szukania synonimu. Nie bój się znaczącej edycji, to tylko jeden z elementów pracy każdego pisarza. U ciebie również sens miałaby praca z większymi akapitami, nie – pojedynczymi słówkami. Tutaj, na przykład, mamy taki oto fragment, w którym zaimek jej już występuje, kolejny – tak czy siak wygenerowałby powtórzenie:

Nauczycielka zmęczona zajęciami pośpiesznie wyszła z sali. Wystarczyła jedna lekcja z szóstą B, by jej optymizm stopniał niemal do zera, a czekało ją jeszcze pięć kolejnych zajęć. Uczniowie nie zwrócili uwagi na ponury nastrój nauczycielki. Zresztą, kogo to obchodziło.

Gdybyś to ze mną nawiązał współpracę redakcyjną, zasugerowałabym ci:

Zmęczona nauczycielka wyszła pospiesznie, na co nikt nawet nie zwrócił uwagi. Zresztą kogo by to obchodziło…? Wystarczyła jedna lekcja z szóstą B, by jej optymizm stopniał niemal do zera, a czekało ją jeszcze pięć kolejnych.

Zwróć uwagę zarówno na obecność dodatkowych znaków interpunkcyjnych, które tworzą zróżnicowane pauzy oddechowe, urozmaicając tekst, jak i na zmianę szyku w pierwszym zdaniu oraz połączenie go z innym. To właśnie ono pozwoliło uniknąć powtórzenia. Jak widzisz, zabawa dłuższym fragmentem pozwoliła tchnąć w niego nieco ducha. Nie jest już taki nijaki, bez polotu, na oko poprawny, ale nic więcej. Fakt, taka zabawa może należeć do redaktora, ale zanim ten otrzyma tekst, sam autor pewnie i tak czyta go z pięć razy. To na tym etapie bawić powinieneś się ty.


Rozdział III. Karaluchy

(…) większość chłopaków otoczyła kolegę i czekała na wyjaśnienia. A ten uśmiechał się tajemniczo i nic nie mówił.
– Weź, gadaj – Czesio groźnie spojrzał na kolegę. – W końcu mogliśmy ci ich nie dać.
Zastanawiam się, co jeszcze ci polecić, by twój styl stał się bardziej… hmm, lekki i zręczny. Spójrz na podkreślone zdanie. Niby nic, jest poprawne, ale możesz częściej brać pod uwagę, że miejsce akcentowe – o którym już pisałam – stanowi ostatni wyraz w zdaniu. To też miejsce, gdzie stawiać się powinno kluczowe dla zdania informacje. Dlatego gdybym zajmowała się redakcją twojego tekstu, zaproponowałabym ci szyk:
– Weź, gadaj – Czesio spojrzał na niego groźnie. – Nacechowane słowo oddające konkretną emocję stoi na końcu, budzi więc pewne napięcie. Można też uznać, że najważniejsze wcale w tym przypadku nie było, na kogo spojrzał Czesio, ale właśnie to, jak spojrzał. Podobne sztuczki, stosowane to tu – to tam, sprawią, że praca stanie się atrakcyjniejsza dla czytelnika, stylistycznie bardziej zręczna. Wyjdziesz przy tym na autora świadomego, który wie, jakimi środkami poruszać odbiorców nawet w tak pozornie błahych momentach. Nauczysz się wykorzystywać każdą okazję.

Czesio rzucił pomysłem i był wyraźnie dumny z niego. – Szyk: i wyraźnie był z niego dumny. Znów: najważniejsze jest o, co czuł względem pomysłu bohater.

Co jak co, ale ta koncepcja musiała przypaść do gustu kolegom Niestety, spotkał się z daleko posuniętym brakiem zrozumienia.
– Zwariowałeś! – To Jasio zaprotestował i z nerwów zaczął drapać się po łepetynie. – To jest męczenie zwierząt! – Spoiler alert!
Po co zapowiadasz, że niestety bohater zaraz nie spotka się ze zrozumieniem? Przecież ledwo zdanie dalej i tak pokazujesz mi to dialogiem. Nie spoileruj, bo stracisz czyjeś zainteresowanie.
Wróćmy jednak na moment do całego dialogu:

– Chciałem zorganizować zawody – odpowiedział [Tomek] i uśmiechnął się promiennie.
– Że będą biegać? – prychnął Franek. – A[,] bo to raz była taka zabawa – dodał i wzruszył ramionami.
– Też mi coś – dodał Czesio. – Fajnie byłoby sprawdzić, który z nich wytrzymalszy. (…)
– Zwariowałeś! – To Jasio zaprotestował i z nerwów zaczął drapać się po łepetynie. – To jest męczenie zwierząt!
To karaluchy[,] kretynie! – Czesio miał zasady i z pewnością nie zaproponowałby torturowania zwierząt. – I je się tępi. Dotarło!
– Chłopaki, spokojnie. Nie będziemy na nie dawać żadnych odważników. – Florek uspokoił kolegów i kontynuował. – Po prostu zrobimy zawody pływackie.

Dwa zwierzęta stoją na tej samej pozycji w zdaniu, są tak samo odmienione w dopełniaczu (kogo? czego?), przez co mocno kłują w uszy. A to nie jedyny problem tego fragmentu. Do rzeczy:

Nie każda wypowiedź musi mieć swój komentarz narracyjny. Wiem, że postaci jest dużo i chcesz podkreślić, do kogo należy dana kwestia, ale w tym wypadku narracja staje się zbyt monotonna. To dlatego, że każdy z dopisków dotyczy mówienia (zwróć uwagę na podkreślone czasowniki). Dobrym pomysłem byłoby więc urozmaicić komentarze – te mogą przecież przedstawiać nie tylko sposób wypowiadania słów, ale i chociażby samo zachowanie postaci. Ponadto niektóre z nich w tym gąszczu mają nawet po dwie reakcje; niepotrzebnie, bo możesz rozdzielić je pomiędzy wszystkich, postawić na jakość, nie – ilość. Coś w stylu:

– Chciałem zorganizować zawody – odpowiedział Tomek i uśmiechnął się promiennie.
– Że będą biegać? – prychnął Franek. – Bo to raz była taka zabawa…
Czesio wzruszył na to ramionami.
– Też mi coś. Ale fajnie byłoby sprawdzić, który z nich więcej wytrzyma. (…)
– Zwariowałeś! – usłyszał i odwrócił się w stronę Jaśka.
Ten podrapał się po łepetynie nerwowo, po czym dodał:
– To jest męczenie zwierząt.
– To karaluchy, kretynie! I je się tępi! Dotarło?
Jako człowiek z zasadami, Czesio z pewnością nie torturowałby psa albo innego kota; Tomek wiedział o tym, ale widział też minę Jasia. Podszedł więc do obu i położył im dłonie na ramionach.
– Spokojnie, chłopaki. Nie będziemy im dawać żadnych odważników, po prostu zrobimy zawody pływackie.

I znów: pamiętaj, nie wymuszam tego, byś kopiował mnie 1:1. To jedynie przykład, jak możesz poradzić sobie z problemem monotonnej formy dialogowej, którą obrałeś w pierwowzorze. Zwróć uwagę na różnice, szczególnie na wykluczenie ekspozycji. Zamiast wspominać sucho o tym, że Tomek uspokaja kolegów – faktycznie pokazałam to jego gestem. Zamiast powtórzenia (zwierzę) skorzystałam z synekdochy gatunku (pies albo inny kot). Skorzystałam też ze słowa usłyszał, co sprawiło, że dłużej pobyłam przy Czesiu, a reakcję Janka (tę o drapaniu) przenieść mogłam do nowego akapitu, co wprowadziło pewne urozmaicenie – końcu pojawiło się kilka linijek bez początkowej pauzy dialogowej. Dzięki temu odbiorca nie będzie odnosił wrażenia, że forma przypomina pewien mechanizm. Nie jest już tak przewidywalnie.

Zwróć uwagę, jak zbudowany jest kolejny fragment:
Tomek poczerwieniał, a Czesio z trudem utrzymywał powagę. Do tej pory to jego pomysły krytykowano. Teraz zaś spotkało to Tomka. I to nie był koniec jego kłopotów, gdyż Czesio także postanowił dopiec koledze. – Cztery zdania: podwójnie złożone, proste, proste, podwójnie złożone. Przy czym te złożone łączą spójniki (a, gdyż), a drugie proste zaczyna spójnik zaś, który tak naprawdę wprowadza informację podrzędną do poprzedniego zdania, tak czy siak pozornie łącząc oba proste w jedno złożone. Mamy więc: przecinek, kropka, kropka (ale o sile przecinka), kropka, przecinek, kropka.
Nu-da!
Ponadto w omawianym tekście ogólnie zdania złożone wielokrotnie (dłuższe niż te złożone podwójnie) występują bardzo rzadko, jakbyś faktycznie pisał dla młodszych odbiorców, mając świadomość, że oni sami jeszcze nie radzą sobie z bardziej skomplikowanymi formami.
No i to nie tak, że proste zdania czy zdania podwójnie złożone są niepoprawne. Właśnie o to chodzi, że poprawne są, ale nadużywane i niczym nieprzeplatane – nużą.




Dlaczego ani trochę nie bawisz się tym tekstem? Czemu on jest tak bardzo nijaki? Przecież mógłbyś zapisać to:

Tomek poczerwieniał, a Boncel z trudem utrzymywał powagę. Do tej pory to na niego spadała krytyka… Teraz? Spadła na Tomka, i wcale nie był to koniec jego kłopotów – Czesio także postanowił mu dopiec.

W tej wersji mamy: przecinek, kropka, wielokropek, znak zapytania, przecinek, myślnik, kropka. Zdania: podwójnie złożone, podwójnie złożone, równoważnik zdania, zdanie potrójnie złożone. Fragment zyskał pewien dynamizm, różne znaki wprowadziły pauzy oddechowe o zmiennym nasileniu, do tego celowe powtórzenie to efekt zastosowania środka stylistycznego. Może przesadzam, może nie musi być tego tak dużo, chciałam ci tylko pokazać wersję mocno zróżnicowaną, byś wiedział, jak bawić się choćby i większymi niż ta partiami tekstu. Tu w rzeczywistości gdybyś namieszał choćby odrobinę, coś skrócił, coś gdzieś podzielił na pół, coś gdzieś indziej wydłużył – twoje akapity nabrałyby charakteru, czytanie ich byłoby bardziej zajmujące, a przy tym mniej mechaniczne, nudne.

– To wymyślcie coś lepszego? – Poirytowany Florek zaatakował kolegów. – Dlaczego znak zapytania? Przecież on nie pyta, a rozkazuje. Chyba że miało być: To wymyślicie coś lepszego czy nie? Inna sprawa, że irytację Florka i atak widzę w wypowiedzi dialogowej, komentarz narracyjny mógłbyś więc poświęcić czemuś innemu, co nie będzie przyklepaniem tego, co już wiem, co zdążyłam sama zauważyć…

– Można je po prostu wypuścić. – Odpowiedź wyszła ustami Jasia. – Nie udziwniaj i nie stawiaj na truizmy. Każdy wie, że mówi się ustami.
– Można je po prostu wypuścić – odpowiedział Jaś.
– Można je po prostu wypuścić – odezwał się Jaś.
– Można je po prostu wypuścić. – Odpowiedź zaskoczyła wszystkich.
– Można je po prostu wypuścić. Odpowiedź ta nikomu się nie spodobała.

Na tym etapie opowiadanie liczy czternaście stron, a ocena – dwadzieścia pięć (część akapitów zdążyłam stworzyć już na potrzeby podsumowania). Przeczytam kilka następnych rozdziałów, sprawdzając, czy widać postęp i czy gdzieś przypadkiem nie znajdę jeszcze nieomówionych rzeczy, które zwróciłyby moją uwagę. Ale jeśli nadal będzie szło mi aż tak topornie (wierz albo nie, ale praca z tak krótkim tekstem zajęła mi naprawdę sporo czasu…), przejdę do podsumowania.
A, i jeszcze jedno. Na tym etapie nie będę już w każdym cytacie pogrubiać powtórzeń. Jest ich po prostu za dużo, więc zajmuje to zbyt długi czas.


Rozdział IV. Praca

Krzysztof punkt ósma dotarł do pracy i należy to uznać za niewątpliwy sukces. – Do tej pory pisałeś w czasie przeszłym, więc sugerowałabym: należało. Nie widzę tu dobrego powodu do zmiany.

Po prostu wydawał się miłym, pracowitym i ciepłym człowiekiem, [przecinek zbędny] do czasu[,] aż ujawnił swoje obrzydliwe natręctwo. Każdego dnia, nieudolnie ukrywając się przed wścibskimi oczami współpracowników, dłubał niczym górnik w swoim napoleońskim nosie. Gdyby to była jedynie sporadyczna czynność, temat ten nie stałby się przyczyną stałych konfliktów z małżonką. – W sumie ekspozycja. Bohaterowie już wcześniej spędzali czas razem, mogłeś więc w dowolnym momencie pokazać, że Krzysztof ma taki nawyk, zamiast teraz zaklinać go narracją. Ekspozycja sprawia, że trudniej odbiorcy uwierzyć, że coś ma miejsce wystarczająco często. Sposobem znacznie lepszym – bardziej satysfakcjonującym, ale i dającym czytelnikom możliwość łatwego zapamiętania nawyków postaci – jest oddawanie tych nawyków wprost, czyli scenicznie.

Miała rację, niestety dla dłubaczy w nosie nie było grup wsparcia, [przecinek zbędny] ani specjalnych programów rządowych. Z nałogiem został sam, bez wsparcia rodziny i znajomych, a w pojedynkę trudno wygrać z nieestetyczną słabością. – Podoba mi się to zdanie, szczególnie jego początek. Gdybym mogła coś doradzić, pokombinowałabym z zakończeniem, by ładnie puentowało cały akapit, na przykład: Z nałogiem został sam, bez pomocy rodziny i znajomych, a z nieestetyczną słabością trudno wygrać w pojedynkę. – Zauważ, że w takiej konstrukcji oba pogrubione elementy ukazujące realny dramat stoją na miejscu akcentowym (przed znakiem interpunkcyjnym), zwracając więc mocniejszą uwagę odbiorcy na problematykę oraz dają wrażenie spójności.

Tym razem cel był zgoła inny. [Krzysztof] [p]Położył neseser na błyszczących białych kafelkach (…). – Pomieszane podmioty.

Ponownie wyglądał jak idealny pracownik biurowy. // Zadowolony z siebie dotarł do biura, w którym już pracowali współpracownicy: Janek, Wiesiek oraz Ania. – Niech zgadnę. Teraz nastąpi zapewne ogromny akapit zawierający szczegółowe opisy wyglądu (standardowo: oczy, włosy, ubrania) wszystkich trzech nowo poznanych z imion postaci…




Widzisz, jakie to przewidywalne…? Mało tego, jeszcze zanim przeszedłeś do Ani, byłam w stu procentach pewna, że poruszysz kwestię jej biustu, i tu również się nie pomyliłam:

Ubierała się mało wyzywająco, przychodząc często w dżinsach oraz koszulkach, co jednak nie stanowiło przeszkody w stwierdzeniu, iż jest niesamowicie zgrabna i[,] jak to się mówi, ma czym oddychać.


Jeśli nie zechcesz nic z tym fragmentem robić, bo stwierdzisz, że zalewanie czytelnika charakterystykami może być atrakcyjne, zlituj się i podziel chociaż tę ścianę tekstu na akapity. Obecnie mamy troje bohaterów tłoczących się ze sobą. Pamiętaj też, że postać nie musi mieć dla siebie tylko pojedynczego akapitu; stawiaj je, gdy przechodzisz do nowego wątku. Na przykład:

Janek będący najstarszym w zespole [–] i z tego też powodu nazywany "Profesorem" [–] starał się pracować sumiennie i starannie, dzięki czemu miał nadzieję na dotrwanie do emerytury. Jego siwe włosy oraz takiegoż samego koloru wąs wraz z twarzą ozdobioną pierwszymi wyraźnymi zmarszczkami mogły sugerować, iż jego podeszły wiek może być przeszkodą w zawodzie architekta. Niestety facet, [przecinek zbędny] mający sześćdziesiątkę na karku, [przecinek zbędny] jest za stary na pracę, a za młody na emeryturę. [akapit] Przeklęty wiek spychający człowieka na margines społeczny. [akapit] Dlatego też [Janek] chciał, by ocena jego dokonań związana była z osiąganymi wynikami, a nie ze słabnącą kondycją fizyczną.

Przy okazji: niepoprawny cudzysłów i nietrafiony dobór słownictwa: starać się starannie. Zwróć uwagę również na to, jak bardzo podobnie budujesz wszystkie z trzech opisów. Nie da się tego nie zauważyć!

Janek będący najstarszym w zespole i z tego też powodu nazywany "Profesorem" starał się pracować sumiennie i starannie, dzięki czemu miał nadzieję na dotrwanie do emerytury. Jego siwe włosy (…) mogły sugerować, jego podeszły wiek może być przeszkodą w zawodzie architekta. Dlatego też chciał, by ocena jego dokonań związana była z osiąganymi wynikami, a nie ze słabnącą kondycją fizyczną.
Ania z kolei była najmłodsza i czasami jej zachowanie było, delikatnie mówiąc nietypowe. Nie przeszkadzało to jednak reszcie zespołu, gdyż wszelkie mankamenty w zachowaniu niwelowała wyglądem zewnętrznym i przyjemnym sposobem bycia. (…) Ubierała się mało wyzywająco (…) co jednak nie stanowiło przeszkody w stwierdzeniu, jest niesamowicie zgrabna. (…)
Trzecim ze współpracowników był Wiesiek. Zbliżający się tak jak i Krzysztof do czterdziestki, dbał o formę, dzięki czemu mógł pochwalić się szczupłym i umięśnionym ciałem. (…) Jednak znalezienie czegokolwiek zawsze troszkę trwało, ale któż by się tym przejmował. Włosy ogolone miał niemal na zero, dzięki czemu początki łysienia nie były widoczne.

Na plaży odgrywał rolę "ciacha". (…) dzięki czemu początki łysienia nie były widoczne, a przydomek "Łysy" pasował jak ulał. – Niepoprawne cudzysłowy. Te polskie wyglądają tak: „(…)”.

– Z piwnicy zniknęło ciało.
Bubel podrapał się po głowie. Tego się nie spodziewał. Raczej nie jest możliwe, aby wyrzucił je jakiś pracownik biurowca. Sprzątaczki zbyt kruche, konserwator [–] zbyt leniwy, a dozorca miał wszystko gdzieś. A jak ochroniarz znalazł trupa [zbędna spacja] ?
– Nie[,] to niemożliwe – wybełkotał [Bubel].

Nie da się nie zauważyć również, że rozmowa Krzyśka ze współpracownikami niewiele różni się od rozmowy Tomka z kolegami z klasy. Nie czuję żadnych, nawet subtelnych różnic, a przecież bohaterowie różnią się nie tylko wiekiem, ale i dojrzałością emocjonalną czy doświadczeniem życiowym. Przykład:

Jaś w szkole:
– Zwariowałeś! – To Jasio zaprotestował i z nerwów zaczął drapać się po łepetynie. – To jest męczenie zwierząt!

Łysy w pracy:
– Zwariowałeś, jakbym się jej spytał[,] to wszyscy w biurowcu myśleliby, że zabijamy psy. Za kogo by nas uznali?

Chyba że… zrobiłeś to celowo, a twoim zamiarem było świadome ukazanie podobieństw sytuacyjnych i że niektórzy dorośli nadal zachowują się jak dzieci – w porządku. Tylko że w momencie, kiedy tekst jest stylistycznie tak bardzo niedopracowany, ta celowość może być niezauważona lub uznana za jeden z efektów tego niedopracowania.
Wciąż też odczuwam pewien dysonans. Szczególnie po tym fragmencie:

– Nie wiem, czy już państwo wiedzą, ale dzieją się tutaj dziwne rzeczy. Znaczy się, w biurowcu bardzo dziwne rzeczy się dzieją – skorygował wypowiedź gruby policjant. (…)
Pierwszy nie wytrzymał Łysy.
– Czy mogę wyjść na chwilę do ubikacji? Strasznie mnie kręci w brzuchu i obawiam się, iż nie wytrzymam zbyt długo.
Mówiąc to, ukradkiem wyciągnął z szuflady dwie buteleczki bimbru i włożył je dyskretnie do kieszeni spodni.
– Proszę, jeżeli pan musi, to proszę iść – zapiszczał chudy policjant i machnął do niego ręką. – I tak nie chodzi o pana – dodał. (…)
Ciężka atmosfera została zakłócona przez nietypowe stwierdzenie Ani. [zbędna strona bierna]
– W ubikacji, [przecinek zbędny] nie ma papieru toaletowego. [zbędna kropka] - P[p]owiedziała to drżącym z emocji głosem. (…)
– Papieru nie ma? – pisnął chudzielec. – U nas zawsze jest.
– Zawsze! – dodał grubszy i znacząco popatrzył na kolegę. – A bidety może macie? No wiecie, tak jest w Japonii.
– Nie rozumiem – wyjąkał Bubel.
– Co tu rozumieć, tam się myje pupę.

Z jednej strony pojawiają się tu żarty z podmywania pup i z braku papieru toaletowego w łazience, co faktycznie może bawić szczególnie dzieciaki i sugerowałoby, że tekst przeznaczony jest głównie dla nich. Z drugiej strony jeden z bohaterów chowa przed policją bimber, za moment wspomniane zostaną gumowe lale i prezerwatywy, a przy scrollowaniu stron w Wordzie mignęło mi zdanie o łykaniu metaamfetaminy. To by oznaczało, że „Niesamowite przygody Florków” w ogóle, nawet w najmniejszym stopniu, nie są skierowane do dzieci. W takim razie dlaczego od początku właśnie to sugerują swoją narracją, stylizacją, prostotą formy i niewybrednymi żartami z rzeczy de facto nie aż tak śmiesznych…? Przy czym wiem, że poczucie humoru to akurat kwestia gustu, jednak w gronie obcujących z literaturą znajomych, w tym redaktorów czy innych oceniających z WS, z którymi rozmawiałam o przywołanym fragmencie (oraz o tym z psem żrącym karaczana), zdanie o pupie nikogo z nich nie rozbawiło. Rozbawiło za to moje dwie jedenastoletnie siostrzenice. Coś więc jest na rzeczy.

Skąd oni[,] u licha[,] wiedzą. – A to chyba miało być pytanie…?

Jeden zbyt gruby[,] niemieszczący się w mundurze, drugi zaś chudziutki, a mundur był na niego ewidentnie zbyt duży. Wyglądało [na] to, że obaj mieli ten sam rozmiar ubrania, jednak gabaryty zdecydowanie inne. To, co ich łączyło[,] to niemal identyczny wzrost.

Absurd goni absurd, policjanci znajdują zakrwawioną koszulę Krzysztofa i zaczynają go o coś podejrzewać. Krzysztof, zamiast przyznać się, że to krew z nosa, w którym wcześniej dłubał (właściwie nie wiadomo, co stało się z wacikami, odkąd na początku sceny zatkał nimi obie dziurki…), na poczekaniu wymyślił, że zwali winę na Annę. To jest bez sensu. To znaczy: miałoby więcej sensu, gdyby na przykład Krzysztof zaczął się stresować – jako nałogowiec dłubania w nosie – że kolejna osoba odkryje jego sekret i po prostu wszystko będzie lepsze niż zdradzenie go… Ale w twoim tekście Krzysztof praktycznie o niczym nie myśli, zresztą tak samo jak i pozostali bohaterowie. Nic nie ma żadnego punktu zaczepienia, zdania i decyzje postaci wynikają z niczego, nic się tu z niczym nie łączy. Skutki nie mają swoich przyczyn, a powinny nawet wtedy, gdy poruszasz się po tematyce absurdu. To właśnie przyczyny i decyzje oparte na dziwnych (ale sensownych dla ludzi żyjących w krzywym zwierciadle) faktach byłyby atrakcyjne. Nadal byłyby w jakiś sposób pokrętnie logiczne i inteligentne, wymagające od bohaterów i odbiorców pewnej dedukcji. Oparte na czymkolwiek, choćby pozornie bzdurnym. Czytelnik wszedłby w świat, który jest surrealistyczny, ale na swój sposób panuje w nim chaos kontrolowany, czymś obroniony. Ostatecznie, czemu nie, Krzysztof mógłby zwalić winę na Annę, a Anna – pobiec po narkotyki i przynieść je policji. Po prostu chciałabym wiedzieć, dlaczego to zrobili i zrozumieć, co się dzieje w opowiadaniu na poziomie fabularnym. Poznać sposób rozumowania twoich karykaturalnych postaci żyjących w cudacznej rzeczywistości. Obecnie jednak nie mam tu czego rozumieć i z czego dedukować, rzeczy dzieją się zupełnie od czapy, nic nie jest kontrolowane, a narrator wyrzuca z siebie kolejne zdania ot tak, jak z karabinu, jakbyś sam wymyślał wszystko na poczekaniu i zamiast opowiadania oddał mi first draft, zaledwie szkic pomysłu. Ciężko się w tym odnaleźć.




O co tu[,] do cholery[,] chodzi? Jaka kochanka, jakie zabójstwa? A ksiądz? – Też chciałabym wiedzieć…

– To absurd! – krzyknęła. – Ja tylko czasami zapalę trawkę, ewentualnie łyknę metę. Nie tknęłabym Krzysztofa, mam fajniejszych wkoło siebie. A kogoś zabić? Zwariowaliście! Nawet karaluchowi nie zrobię krzywdy. Odpieprzcie się ode mnie! – Ani wyraźnie pękły hamulce (…).




Nie dość, że kolejny raz (a robisz to praktycznie co chwilę) piszesz mi coś, czego sama zdążyłam się domyślić, to znów mamy tu zwrot: zwariowaliście, tym razem w stylizacji językowej Anny. Marnujesz potencjał swoich postaci do bycia indywidualnymi jednostkami, nie – jedną zbitą masą.

Teraz Krzysztof już wiedział, gdzie podział się ich pies. Czy to jest możliwe, iż porwała go Ania i użyła do swoich chorych praktyk? Czasami wydawało mu się, żę [że] ich piękność zachowuje się nieco dziwnie, ale bez przesady. Zna ją dobrze i raczej nie jest psychopatką! – A więc Krzysztof wie, gdzie jest pies, czy dopiero co podejrzewa Annę? Jeśli jest przekonany o jej winie, dlaczego za moment zaprzecza sam sobie, że wcale nie mogła tego zrobić…? Przecież to się wyklucza.

Policjant leżący na podłodze podniósł się i przybrał poważny wyraz twarzy. Dla niego sprawy przybrały zupełnie nieoczekiwany kierunek (…). – Ale już bez przesady…

– Panowie[,] to jest wszystko, co mam. One były na własny użytek. – Przerażona i wystraszona oddała część narkotyków. – Przecież to jest to samo…

Chudzielec z satysfakcją schował je do kieszeni.
– To się nazywa wzorowa współpraca (…) – Chudzielec uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Musi być perfektoperfecto. Możesz także użyć kursywy bądź cudzysłowu, zaznaczając, że wyraz jest obcego pochodzenia.

Nie mam pojęcia, co myśleć o tym rozdziale. Jest chaotyczny i nie wyniosłam z niego nic poza niebawiącymi mnie żartami, o których już wspominałam. Nie wiem, o co chodziło z ciałem martwego psa, dlaczego Anna przyznała się do posiadania narkotyków i dlaczego w obliczu tego Jan czy też Wiesiek (nie pamiętam…) chował swój bimber. Nie wiem też, dlaczego chudy policjant wciąż piszczał (jak piszczałka?), w ogóle co to za biuro i czym się zajmują pracujący tam ludzie. I skąd w biurku znalazły się kajdanki, prezerwatywy i gumowe lalki; dlaczego nikogo one nie zdziwiły, jakby naprawdę bohaterowie w miejscu pracy regularnie uprawiali seks? Wiem, że to groteska i absurd, ale strasznie niskopoziomowy, jakbyś dawno przekroczył granicę kiczu i jakiegokolwiek dobrego smaku, a to sprawia, że nie mam ochoty czytać dalej. Każdy z rozdziałów, który przeczytałam, był niesmaczny, niezręczny, w dodatku napisany nieumiejętnie.


Rozdział V. Tajny plan

Krzysztof nie był w stanie, [przecinek zbędny] wydukać nic więcej, gdyż w jego ustach pojawiła się skarpeta momentalnie zabezpieczona plastrem, a na głowie [–] niegrzeszący świeżością worek. Czuł [ten worek?], jak ruszyło auto i w końcu zdał sobie sprawę, że to nie byli prawdziwi policjanci.

Zgodnie zarechotali i kolejny raz tego dnia przybili piątkę. – To brzmi, jakby robili tak przesadnie często, tymczasem przybili ją dopiero… drugi raz.

Znaleźli się w zdecydowanie nieciekawym miejscu i gdyby nie odżywająca przyroda, można by w tym miejscu kręcić filmy katastroficzne.

Powybijane szyby w oknach, brudne stłuczone szkło wokół nich, [przecinek zbędny] oraz ściany przyozdobione graffiti, [przecinek zbędny] nadawały temu miejscu ponury wygląd.

(…) jednak wciąż posiadały szyby w oknach, a wokół nich było nieco czyściej. Czy to wysoka trawa maskowała brud, czy też faktycznie były w lepszym stanie, przebierańcy nie byli w stanie ocenić. – …


– Dobra[,] lecimy[,] to nie film katastroficzny, a robota – porównanie do tego gatunku filmu pojawiło się niedawno w narracji i, szczerze mówiąc, nie daje to dobrego efektu.

– Dobra[,] goguś, przebieraj nóżkami (…).

On zaś coraz bardziej przestraszony stąpał po podłożu, czując otaczającą go wysoką trawę. Cholernie się bał, a każdy krok tylko potęgował to uczucie. – Znacznie lepiej byłoby, gdybyś pokazał mi ten strach wprost. Zastanów się, jak zachowuje się wystraszony człowiek, a potem… przedstaw, że właśnie to dzieje się z Krzysztofem. Show, don’t tell.
Za to podobają mi się pytania, które Krzysztof mnoży w swojej głowie mową pozornie zależną. To światełko w tunelu, że pewne środki jednak świtają ci w głowie:

Czy był w lesie, gdzie wkrótce zostanie wykonany na nim wyrok? Czy taki miał być jego koniec? Dlaczego on? Komu się narażał? Czy martwy pies, którego buchnęli z Łysym[,] był własnością gangstera? – Przy czym zwróć uwagę na pierwsze zdanie. Jest nieco poetyckie, poza tym poprowadzone stroną bierną, ani trochę nie pasuje do Krzysztofa, którego przedstawiałeś wcześniej jako gościa nieokrzesanego i niezbyt inteligentnego. Zadbaj o jego stylizację językową zarówno wypowiedzi dialogowych, jak i myśli. Niech pasują do całego wizerunku postaci, dzięki temu zacznie wypadać ona naturalnie.

Ostatecznie poczuł pod stopami betonową posadzkę i aż zamarł z przerażenia. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa i zawisł między fałszywymi policjantami. Ci zaś przytrzymali go, podeszli do starej skórzanej kanapy i posadzili go na niej. Zdjęli worek z głowy i włączyli film Davida Lyncha „Głowa do wycierania”. – Cztery zdania, wszystkie połączone jednym spójnikiem, trzy z nich podwójnie złożone… Wiem, że teraz wychodzę na okropną marudę i w dodatku jakąś przewrażliwioną, która jak nie liczy znaków, to spójniki, ale nie robiłabym tego, gdyby to właśnie ten brak różnorodności nie przyciągał mnie bardziej niż sam tekst. Widzę to, zwraca moją uwagę i mierzi. No i też tak zwyczajnie próbuję zrozumieć, dlaczego każdy z akapitów prezentuje takie ubóstwo formy, dlaczego nie korzystasz z innych środków, znaków, technik, sztuczek narracyjnych i stylistycznych…




– Dodał [zbędna podwójna spacja] i razem z kolegą wyszli z magazynu. – Widzisz, o zbirach piszesz tak samo, jak o kolegach z klasy Tomka. Mimo że zmienia się atmosfera sceny, zmieniają się ludzie, zmienia się tło – to tylko pozory, w rzeczywistości wszędzie używasz tych samych słów, znaczeń, połączeń. Nie ubarwiasz, ale grasz najprostszymi środkami, jakbyś trzymał się jakiejś bezpiecznej ramy, którą poznałeś, i nie wyściubiał z niej nosa, nie rozwijał się już. A przecież scena porwania dorosłego człowieka dynamicznie i emocjonalnie powinna się różnić od sceny, w której dzieci dywagują, czy zorganizować wyścig karaczanów, nie sądzisz?

Początkowo Krzysztof nie zorientował się co to za film, gdyż jego myśli pochłonęły niewesołe rozmyślania, krążące wobec dzisiejszych wydarzeń. W końcu dotarło do niego, co ogląda i zniesmaczony zamknął oczy. – No, ten to się namyślał… Chwaliłam cię za wcześniejszą namiastkę mowy pozornie zależnej, tej perspektywy porwanego Krzysztofa, ale teraz, gdy oto przyszedł na nią najwyższy czas – wszystkie przeżycia emocjonalne bohatera streściłeś w jednym zdaniu. Po nim Krzysztof zaczął sobie oglądać film jak gdyby nigdy nic, nie czuć więc w ogóle, że czymkolwiek się przejął.
Edit: Okej, mowa pozornie zależna powraca kilka zdań dalej. Dobrze, jednak szkoda, że tam, a nie tutaj – zamiast streszczenia. To właśnie nią mógłbyś pokazać, że choćby i przez chwilę Krzysztof naprawdę nie skupia się na filmie, nie wie, co ogląda. Udowodniłbyś to, więc nie potrzebowałbyś suchego opisu.

(...) porąbany film, który tak naprawdę chyba dla każdego oglądającego jest niesmacznym koszmarem. Obserwował robale w brzuchu dziecka, słyszał jego płacz i coraz bardziej zniesmaczony wgapiał się w ekran. – Tak, to też się liczy.

– Proszę mnie nie zabijać[,] to ciało psa ukradliśmy od weterynarza. (...) Na pewno je znajdę – gadał bezsensu, byle tylko wyrzucić z siebie paraliżujący go strach. – Bez sensu.

Usłyszany chichot, [przecinek zbędny] zaskoczył go. Znał ten głos. To był głos jego żony!

– To ty[,] kochanie?
– Oczywiście[,] ty mój głuptasku – zaśmiała się rozbawiona Janina.
– Ale, [zbędny przecinek] po co to wszystko?

Kłamstewko wypłynęło z jego ust Krzysztofa, [przecinek zbędny] niczym prawda objawiona.

Bubel od razu przeszedł do rzeczy, chwilowo zapominając o porwaniu. Już miał ręce położone na jej krągłościach, już przesunął palce w kierunku guziczków, ciesząc się z nieoczekiwanej okazji, gdy niespodziewanie małżonka odsunęła się od niego. – O, a to pod względem stylistycznym to chyba najlepiej zbudowany fragment do tej pory; wykorzystałeś w nim celowe powtórzenie i nawet zdublowanie konstrukcji z imiesłowem współczesnym (zapominając/ciesząc się) nie zwraca uwagi.
Proszę częściej!
Ale! Szyk: gdy małżonka niespodziewanie odsunęła… 

– To może przedłużymy "przeprosiny"[.]

[spacja]Nie mamy czasu na to. – Mało naturalnie, ciężko. Nie mamy na to czasu.

– Ja mam dużo czasu, w końcu jestem przesłuchiwany. – Wstał i zaatakował żonę. – Ale że zaatakował słownie czy fizycznie? Nie wiem, jak mam to rozumieć i co sobie wyobrazić.

– Przestaniesz! – Bezceremonialnie odepchnęła go. – To chyba miało wybrzmieć jak pytanie…?

– Czekaj, czekaj. O czym tu[,] u diabła[,] mówisz? – wyjąkał zaskoczony. – Mam kogoś zabić!
– Zabić to możesz siebie. – Do tej pory sądziłam, że Janina jest raczej sympatyczna. Krzykliwa, melodramatyczna, ale, mimo wszystko, miła. A tu nie dość, że porywa własnego męża właściwie nie wiadomo po co (wprawdzie wskazała powód, ale, szczerze mówiąc, mocno naciągany…), to jeszcze rzuca mu w twarz czymś takim. Powiedz mi, kogo niby miałabym według ciebie polubić w twoim tekście, jak prawie wszyscy są dla siebie tacy okropni? Właściwie tylko dzieci ze szkoły wydają się bardzo empatyczne, ciekawe świata i sympatyczne, a to zastanawiające, biorąc pod uwagę, że za wzory do naśladowania mają tak daremnych dorosłych.
Wróćmy jeszcze do motywu porwania. Janina przyznaje, że wynajęła aktorów, którzy mieli porwać jej męża, ponieważ… rano nie interweniował on w sprawie z karaluchami, narażając kobietę na stres. Zauważ jednak, że Krzysztof dopiero co wszedł do pracy, jeszcze nie rozsiadł się porządnie za biurkiem, a już do biura weszli policjanci. Akcja tej sceny działa się w tym samym czasie, w którym Tomek przebywał na lekcji biologii. Janina miała bardzo mało czasu na zorganizowanie takiej akcji, choć pewnie dałoby się to czymś wytłumaczyć; pamiętaj, że to, czego nie ma w tekście, w rzeczywistości… nie ma znaczenia, nie istnieje dla czytelnika.

Poza tym tu nawet nie do końca chodzi tylko o to, że samo zdarzenie jest nieprawdopodobne, znów – rzecz w tym, że Krzysztof w żaden sposób na nie nie reaguje, niczego nie podważa czy nie przeżywa. Niby piszesz, że był zszokowany i powoli dochodził do siebie oraz pojawił się u niego gniew, ale to ekspozycje pozbawione realnie odczuwanych emocji, nie mają żadnej głębi. Krzysztof w rzeczywistości nie poświęca ani sekundy uwagi sprawie z żoną, za to samo rozwiązanie fabularne jest zwyczajnie naiwne. Z jednej strony zaskakujące, bo czytelnik się go nie spodziewa, z drugiej – rozczarowuje, ponieważ dość szybko wychodzi na jaw, że wcale nie miało wydarzyć się nic wielkiego. Ot, po prostu wróciliśmy do tematu karaluchów. Liczyłam na naprawdę mocny, interesujący wątek, pchnięcie akcji w przód, a całość okazała się żartem. No i okej – w pewnym stopniu pasuje on do gatunku, ale jednak nie umiem się pozbyć wrażenia, że rozwiązanie, które wprowadziłeś, wygląło jak wymyślone na poczekaniu. Nie zapowiadały go żadne hinty (na przykład dziwne zachowanie Janiny przy rodzinnym stole) czy sugestie aktorów-policjantów na pierwszy rzut oka niedostrzegalne, ale przy drugim czytaniu dające do zrozumienia, o co im chodzi. To tak zwana technika foreshadowingu, która pozwala budować tekst (szczególnie groteskowy!) świadomie, by nawet najbardziej absurdalne rozwiązania fabularne w ostateczności okazały się prawdopodobne i po rozwiązaniu tajemnicy – sensowne, choćby w najbardziej pokrętny sposób. Tymczasem „Niesamowite Przygody Florków” na ten moment wyglądają, jakbyś pisał je bez najmniejszego planu i w nadziei, że czytelnik łyknie dosłownie wszystko, bez żadnej refleksji i oczekiwań, że cokolwiek będzie tu pokrętne – zważając na gatunek – ale jednak logiczne. Jakbyś usiadł i machnął dwa ostatnie rozdziały ot tak, sam nie wiedząc, co ostatecznie ci wyjdzie. To właśnie stąd moje odczucia, że rozwiązanie tego wątku jest naiwne. Fakt, absurdalne, więc niby pasuje do gatunku, ale trudno się nim cieszyć i czuć satysfakcję, jakkolwiek w nie uwierzyć.

Przy czym to akurat prawda, że karaluchy nie są winą Krzysztofa i Janina dobrze o tym wie. Mimo to tak silny argument nijak jej nie przekonuje. No tak, karaluchy były winą Tomka, ale Janina mogłaby wcale nie mieć ochoty karać własnej pociechy. Domyślam się, że może jest na to zbyt troskliwa i matczyna (a mężowi w tym czasie pozwala iść się zabić…), ale to już moje dopowiedzenia, bo narracja mi tego nie daje. Jako czytelnik nie powinnam jednak szukać sobie tłumaczeń niektórych sytuacji i decyzji podejmowanych przez postać. Powinnam być ich pewna, tekst, choćby między wierszami, powinien mi wszystko naświetlać, bym miała z czego wnioskować. Jak Krzysztof mógłby w pracy naprędce stwierdzić, że nie przyzna się do dłubania w nosie, stąd jego kłamstwa, tak i tutaj Janina mogłaby sobie jakoś wytłumaczyć przed sobą, czemu argument męża w ogóle do niej nie przemawia i dlaczego więc warto go zignorować.

A może właśnie – skoro hintem, gdzieś między scenami wspomniałeś, że Janina nie cierpi, gdy mąż dłubie w nosie – to rozwiązanie bardziej sprawdziłoby się jako motyw porwania? Może dlatego mężczyźni szukaliby zakrwawionej koszuli i kazali otworzyć neseser, którego zawartość potajemnie Janina sprawdza codziennie, szukając dowodów na to, że Krzysztof ulega słabościom? Rzadko zdarza mi się dostrzegać inne rozwiązania fabularne w nieswoich tekstach, ale tu – praktycznie samo się wymyśliło, podejrzewam, że dlatego, że obecny motyw rozczarowuje. Janinie nie chodziło o nic więcej, nic głębiej. Zobacz, zaproponowane rozwinięcie wątku nadal byłoby absurdalne i śmieszne (bo w świecie rzeczywistym tak czym siak nikt nie porywa ludzi za dłubanie w nosie), ale miałoby większy sens – dłubanie to mogłoby stać się paralelą chociażby alkoholizmu, z którego problemem nie radzi sobie również Jadwiga, jako żona nałogowca próbująca kontrolować męża. Właśnie w ten sposób – z pozornie absurdalnych rozwiązań tworzących logiczny ciąg wątków metaforycznych – powstaje czarny humor, komediowe (ale jednak) dramaty.

Nie ukazujesz też relacji międzyludzkich utworzonych w oparciu o interakcje i/lub przeżycia wewnętrzne, czy to syn-rodzice, czy mąż-żona; wiszą sobie ci bohaterowie w tekście jakby po nic i po prostu wypowiadają kolejne kwestie. Janina i tutaj zwraca się do męża per głuptasku, on do niej mówi kochanie, ale słowa te wydają się puste, gdy nie pokrywają się z niczym więcej. Mogłyby być uzupełnieniem, gdyby relacja między małżonkami była przedstawiona i odczuwalna, lecz obecnie to one stanowią jedyny jej dowód, a to za mało, by w tę zażyłość uwierzyć.
Edit: Niby nieco dalej piszesz o pocałunkach, po których Krzysztof ma nadzieję na coś więcej (co też przewidziałam praktycznie od razu, gdy tylko o nich przeczytałam…), ale to również nie jest do końca to, o co mi chodzi, gdy wspominam, że brakuje mi realnie ukazanych w tekście więzi międzyludzkich i relacji. Krzysztof seksualizuje swoją żonę od pierwszego rozdziału, skupiając się jedynie na jej fizyczności, jednak nie patrzy na nią przez inny pryzmat i nie myśli o niej jak o kimś bliskim (kto go na przykład rozgniewał, zaskoczył czy wpłynął na niego jakkolwiek). Janina jest dla niego słodka, ale jednocześnie znów przypomnę, jak chamsko się do niego odniosła; tak nie wygląda miłość, dlatego nie potrafię w nią uwierzyć, widzę u twoich postaci dorosłych praktycznie same negatywne cechy. Dlaczego? Bo prowadzisz ich tak, jak masz ochotę, mam wrażenie, że bez pomyślunku. Dopasowujesz zachowanie dowolnej postaci do swojego pomysłu na śmieszną scenkę, kiedy w rzeczywistości powinno być odwrotnie. Postać, w zależności od wpierw ustalonego przez autora charakteru, reaguje na rzeczy w scenach i ukazuje ten charakter, czytelnik odbiera go, jest spójnie, a postaci się od siebie różnią. Odwrotnie to nigdy nie działa – wtedy wszyscy się zlewają się w jedną masę i pozbawieni są charakteru. Zresztą kwestia nie dotyczy jedynie relacji tej dwójki. Twoje postaci ogólnie mało myślą, mało w tekście żyją. Raczej nazwałabym je papierowymi; ot, wygłaszają swoje niewystylizowane kwestie i czasem w komentarzu dialogowym wykonują jakiś randomowy gest, ale nie da się realnie ich poczuć, wczuć się w nie, zaangażować w ich życie. 

Masz to, [przecinek zbędny] jak w banku.
Ona zawsze miała dziwne pomysły, ale ten?



PODSUMOWANIE

NARRACJA I STYL

No dobrze, przeczytałam niewiele, a oto ocena fragmentu liczącego 24 strony A4 jest praktycznie dwukrotnie dłuższa. Nazbierało się całkiem sporo uwag, które powinny stanowić całkiem niezłą bazę wiedzy, przynajmniej na jakiś czas. Nie ma sensu zagłębiać się dalej, tym bardziej gdy problemy nie dotyczą tu tylko mało interesującej mnie fabuły, a również (a może przede wszystkim) twojego stylu. Jest nieoszlifowany, dlatego ciężko czyta się poszczególne akapity, przechodzi przez kolejne zdania, a co dopiero rozdziały…
Od praktycznie początku aż do tego momentu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że czytam tekst osoby albo bardzo młodej, która dopiero co uczy się pisać (i nigdy nie współpracowała z betą czy redaktorem), albo osoby, która mało czyta i nie jest z literaturą osłuchana. Widać to szczególnie po konstrukcji większości zdań – niby poprawnych, ale bez płynności, literackiego sznytu; zdań o jednolitej konstrukcji, z nieraz nienaturalnym dla ludzkiego ucha szykiem (szczególnie męczącym przy czytaniu na głos), w którym – przykładowo – enklityka się stoi na końcu zdania oznajmującego. Jakbyś nie słyszał i nie czuł, że to, co piszesz, brzmi sztywno i nienaturalnie…
Ponadto tekst do tej pory jest dość nudny formą. Nie urozmaicają go chociażby różnorodne znaki interpunkcyjne – ograniczasz się tylko do kropek i przecinków, przez co każda pauza oddechowa ma taką samą długość i siłę, a przez to – czyta się mechanicznie, zrobociale. A jednak pauzy oddechowe mogą mieć różną wartość:

Bracia Boncowie, a było ich czterech, to niewątpliwie zakały szkoły.
Bracia Boncowie – a było ich czterech – to niewątpliwie zakały szkoły.
Bracia Boncowie (a było ich czterech) to niewątpliwie zakały szkoły.

W rzeczywistości każde z tych zdań czyta się nieco inaczej, pierwsze – z krótkimi pauzami oddechowymi wyznaczanymi przez przecinki; drugie z pauzami bardziej nasilonymi; trzecie – o pauzach najsilniejszych, gdzie w trakcie czytania na głos wydzielone wtrącenie (bo tak nazywa się ta część zdania) słychać najmocniej. No dobrze, nie każdy autor musi być fanem nawiasów; przez to, że wydzielają wtrącenia aż tak wyraźnie, sama stosuję je raczej w tekstach o lekkiej narracji trzecioosobowej prowadzonej narratorem wszechwiedzącym, dla którego korzystanie z nich jest naturalne, szczególnie właśnie przy groteskach i w literaturze YA. Za to myślniki stosowane równolegle z przecinkami naprawdę potrafią zdziałać cuda, tak samo jak świadomie stawiany wielokropek, który też może odpowiadać za oddech i pauzę.

Bracia Boncowie – a było ich czterech – to niewątpliwie… zakały szkoły.

W „Niesamowitych przygodach…” nie spotkałam chyba żadnego wielokropka, o takich ewenementach jak średnik nawet nie wspominając. Przez to tekst czyta się strasznie mechanicznie, każde zdanie brzmi tak samo, bo u ciebie pauzy wyznaczają tylko dwie wartości (ta, którą wyznacza przecinek, i ta wyznaczona przez kropkę). Ponadto nie da się nie wziąć pod uwagę konstrukcji zdaniowych (głównie opartych na spójnikach, często starawych, np. czy gdyż, które kompletnie nie pasują do charakteru tak luźnego i współczesnego tekstu, gdzie bohaterowie rozmawiają choćby o jaraniu zioła czy wciąganiu koksu). Do szewskiej pasji doprowadzały mnie też masowe powtórzenia oraz tendencja do przekazywania tych samych informacji różnymi słowami (jak usilne informowanie mnie o podnieceniu Krzysztofa)… W dodatku zdania mają podobną długość, bez pomyślunku dobierasz także szyk (nie zwracając uwagi na to, jaki potencjał kryje w sobie chociażby miejsce akcentowe w zdaniu), nie korzystasz z żadnych technik poza pisaniem samym w sobie, by już na poziomie stylistycznym wywoływać w odbiorcy emocje. Tekst jest płytki i nudny, ale, jak widzisz, tym razem nie odpowiada za to fabuła. Musisz pamiętać, że nie liczy się jedynie to, że coś jest po prostu napisane – liczy się również, jak zostało podane odbiorcy. Niestety narrator nie jest tu wprawionym gawędziarzem, więc w efekcie tekst wydaje się kanciasty, kwadratowy, jakbym co rusz obijała się o ostre krawędzie.

Aby nie być gołosłowną, pokazałam scenę z kotem żrącym karalucha (oraz tę z dialogiem o higienie pupy) innym oceniającym i niektórym znajomym redaktorom, ocena była dodatkowo betowana przez dwie oceniające. Chciałam wiedzieć, czy moje odczucia pokrywają się z opiniami innych, czy może tylko to ja się czepiam. Kiedy zapytałam, co myślą o tych fragmentach, okazało się, że ich opinie jak najbardziej pokrywają się z moją. Usłyszałam, że tekst jest chociażby bardzo… szkolny.

Opisałbym ten styl krótko, jako: szkolny. Albo lepiej: jałowy; zdania po prostu wpadają jednym okiem i wypadają drugim, a kartka pozostaje bez zmian, podobnie jak obraz w głowie.


(…) ten fragment, Sko, brzmi jak czytanka z podręcznika do trzeciej klasy mojej siostry. Zdania są sztywne i poprawne, krótkie i dużo w nich powtórzeń podmiotów, jakby autor pisał dla dzieci i chciał je nauczyć podmiotu i orzeczenia na podstawie podstawowych konstrukcji.


I to wrażenie również potwierdza moje obawy. Część twoich zadań jest, ot, poprawna, ale pozbawiona tego, co wyróżnia te wyrwane z podręcznika dla dzieci od zdań, którymi tworzy się emocjonujące powieści dla starszych odbiorców. Szczególnie gdy są oni już osłuchani i częściej niż młodzieżowe teksty amatorskie, czytają treści wydane, w pełni zredagowane.

Co jeszcze?


Czyta się automatycznie, ale brakuje emocji. Mamy tu zdania proste oraz złożone, jednak nawet te drugie przedstawiają krótką, prostą formę. Brakuje też jakiejkolwiek dynamiki, wszystko dzieje się mechanicznie.


O tym też już pisałam, ale pozwolę sobie nieco rozwinąć myśl. Zwróć uwagę na to, że fragmenty akcji, kiedy ktoś krzyczy czy biegnie na bosaka, czy momentalnie chwyta kota, nie różnią się od tych, kiedy ktoś stoi oniemiały czy siedzi przy stole. Nie bawisz się dynamiką, tempem akcji, przez co wszystko brzmi tak samo. No i masowe powtórzenia, szczególnie konstrukcje zdaniowe oparte na orzeczeniach być i mieć, strasznie spłaszczyły ci warsztat.


Skoia, możesz też dopisać, że tekst jest wypchany do granic możliwości rzeczami, które nie są interesujące i niewiele wnoszą do samej fabuły i rozwoju wątków; długie zdania bądź ich mnogość sprawiają, że w zasadzie nie wiemy, co się dzieje w scenie. Najpierw mamy jakieś wydarzenie, potem przerywniki narracyjne tak rozbudowane, że gdy następuje kontynuacja wątku, zwyczajnie nie wiadomo już, o co właściwie chodziło. Działa to na tej samej zasadzie, jak w przypadku zbyt długich zdań, gdy po kropce zauważasz, że nic nie dotarło, nie zostało w głowie i nawet nie wiesz, co miało być kluczową informacją – tutaj jednak problem dotyczy akapitu. To sprawia, że czytelnik ciągle ma mętlik w głowie, nie wie, na co zwracać uwagę, męczy się przez ciągłą konieczność skupienia, a w dodatku się gubi, mimo że ekspozycja przecież wykłada wszystko wprost… Wtręty narracyjne co rusz odwracają uwagę od tego, co najważniejsze. Przez tekst ma się ochotę przebrnąć jak najszybciej i o nim zapomnieć, bo to po prostu łatwe i dzieje się tak czy siak (przynajmniej takie wrażenie miałam przy scenie z kotem i karaluchami).


O, to to. Narracja jest wprawdzie pozbawiona emocji i charakteru, ale jednocześnie jakby na siłę co rusz narrator próbuje mi narzucić, jak oceniać mam sytuacje zawarte w scenach. A przecież sama wiem, które zachowania są pozytywne, które negatywne, co jest dobre, a co złe; zresztą sama powinnam mieć prawo odbierać te rzeczy po swojemu, bez narzucania mi opinii. Męczy mnie to, bo na ogół – znów to powtórzę – tak się pisze dzieciom. Dorosły odbiorca nie potrzebuje sugestii, jak interpretować, co czyta. Tymczasem bardzo dużo u ciebie wszystkich: na szczęście czy niestety oraz tłumaczeń, dlaczego ktoś zdecydował się coś zrobić. 
Takie rzeczy świetnie pasowałyby do tekstu pisanego innym typem narracji – gdyby schować narratora za plecami bohatera, pisząc w tak zwanym limited POV (ograniczonym punkcie widzenia). Gdyby zdania przedstawiały perspektywę postaci, która może przecież oceniać to, co się wokół niej dzieje – dałoby się to obronić. Jednak ty połasiłeś się na narratora wszystkowiedzącego, a tego charakteryzować powinien głównie obiektywizm oraz reporterski, choć lekki i gawędziarski sznyt. Pisał tak fragmentami chociażby Pratchett – jego narrator po prostu opisywał, co dzieje się na przykład w Ankh Morpork. Nie ukazywał własnego stosunku do wątków i postaci; gdy stolica płonęła i wokół umierali ludzie, nie oceniał tego słowem niestety, rolę tę oddając czytelnikowi. Słowa jednak dobierał rozsądnie i nieraz to od nich zależało, co poczuje odbiorca i właśnie to stanowi sedno pracy autora: przewidywać i planować, co i jak mają poczuć w którym miejscu czytelnicy, i sterować tymi emocjami – przekazywać wszystkie dane, w tym uczucia postaci nie – wprost, a w sposób sprytny, niby ukradkiem, pozwalając czytelnikowi wierzyć, że do wszystkiego doszedł tylko… on sam. To dlatego narrator wszechwiedzący pozostaje jednocześnie i dostrzegalny gawędziarstwem, i niewidzialny przez swój brak ingerencji w to, co się dzieje na planie. Nie tłumaczy też gagów, scen, oczywistości, nie zdradza tajemnic i tego, co za chwilę się stanie – w przeciwieństwie, niestety, do twojego narratora.
Sam na pewno już widzisz, że pisanie narratorem trzecioosobowym wszystkowiedzącym nie jest łatwą sztuką (choć mimo wszystko nadal uchodzi za najprostszą…). Niby wystarczy jedynie napisać tekst, niby można napisać wszystko. Jednak aby wszystko działało i dopasowane było do grupy dorosłych odbiorców – to jest poniekąd wyzwanie i by mu podołać, potrzeba warsztatu, lat pracy i przemyśleń o tym, co i jak chce się pisać.
Wróćmy na chwilę do Pratchetta. Jego narrator – w przeciwieństwie do twojego – nie cieszył się z sukcesów ani nie smucił z tragedii, jego nastawienie pozostawało niezmienne, a on sam – bezstronny, mimo że często opowiadał przewrotnie, żartobliwie. To sprawiło, że jego narratora można nazwać charyzmatycznym, ale wciąż obiektywnym. Korzystał przy tym z wielu atrakcyjnych dla czytelnika środków stylistycznych takich jak porównania, anafory, synekdochy (by chociażby unikać powtórzeń), budował również napięcie znakami interpunkcyjnymi – rozsądnie, ale jednak korzystał z wielokropka czy wykrzyknika, a elipsy wprowadzał półpauzą. Twój tekst uchodzi za szkolny, bo wykorzystujesz w nim minimum możliwości, przez co można odnieść wrażenie, że posiadasz minimum umiejętności, ostatecznie spełniając minimum oczekiwań. To praca poprawna na etapie podstawowym; podejrzewam, że w szkole dostałbyś za nią wysoką ocenę (o ile wyciąłbyś różnego rodzaju brzoskwinki), ale żeby to wpuścić na rynek jako coś więcej… powiem ci, będzie ciężko. A nawet jeśli ktoś się zdecyduje, redaktor będzie miał tu co robić i koniec końców i tak się naprzepisujesz, bo tu zwykła beta i kosmetyka nie wystarczą. Na twoim miejscu już teraz zaczęłabym od nowa albo na jakiś czas porzuciła tak ogromny projekt. Spróbuj się najpierw w jakichś krótszych formach, na których oszlifujesz styl i poćwiczysz narrację. Bez tego trudno ci będzie napisać cokolwiek lekkiego i rozrywkowego, czego lektura nie będzie męczyła co zdanie.

Bez szczególnej płynności i przesadnego kombinowania przejdźmy teraz do samej fabuły. Generalnie po ocenie możesz uważać, że wygląda ona tak, a nie inaczej, bo mam problem z gatunkiem, który wybrałeś. Od razu zaznaczam: to nieprawda, a do antologii organizowanej przez Fabrykę Słów niedawno poleciało moje napisane wspólnie z autorem Jackiem Pelczarem opowiadanie osadzone właśnie w gatunku parodii satyrycznej (hej, ludzie, trzymajcie za nas kciuki!). Parodiujemy tam popularne utwory fantastyczne oraz poruszamy się po wielu kliszach fabularnych (na czele z antagonistą w punkcie kulminacyjnym wygłaszającym monolog o zgładzeniu ludzkości…). A więc tak: bardzo lubię wszelkiego rodzaju parodie, groteski, absurdy, w tym zastosowane w nich klisze i hiperbole. Jednak i z tego trzeba korzystać świadomie. Trzeba znać umiar, a jednocześnie wykorzystać maksymalny potencjał gagów, by sceny takie jak wejście przewrażliwionej sąsiadki czy kłótnia o karaluchy naprawdę bawiły, a nie – zniesmaczały. Gdzieś trzeba odpuścić, by podkreślić coś innego, nie bać się czasem przestawić czytelnikowi nieco pozornej normalności, by kolejny absurd zaskoczył mocniej.
Często też teksty groteskowe zaczynają się techniką ab ovo, czyli od jajka, gdzie najpierw bohaterowie żyją w (wydawać by się mogło) normalnym świecie, a różne dziwactwa wychodzą na jaw dopiero po drodze, ich poziom wzrasta, budzi ciekawość, podświadomie przyciąga i zatrzymuje odbiorcę, pochłania go nawet nie wiadomo kiedy. Ty jednak zacząłeś techniką medias in res (w środku akcji), już w prologu umieszczając bardzo dynamiczną i chaotyczną scenę snu, w której udział brali kosmici. Było bardzo nieskładnie, akcja działa się w próżni, że aż nie dało się niczego zrozumieć ani w to wczuć, a potem od razu przeszliśmy do dalszych krzyków w kuchni, by zaraz gwóźdź do trumny wbiła sąsiadka; w szkole, jak to w szkole, także za cicho nie było i już myślałam, że to właśnie tam osiągam apogeum zmęczenia i zniechęcenia, lecz prawdziwe rozżalenie poczułam dopiero po scenie w biurze, gdy ciekawy wątek okazał się powracać do trywialnej kwestii karaluchów. Główny bohater okazał się jeszcze większym erotomanem, a jego żona – chamska i głupsza, niż za jaką ją miałam. Naprawdę do ostatniej chwili wierzyłam, że faktycznie będzie jej chodziło o co najmniej niepokojące (lecz interesujące jako wątek) zwłoki psa bądź właśnie o to… dłubanie w nosie jako metaforę prawdziwego nałogu. Teraz, po zakończeniu tych pięciu rozdziałów, mam wrażenie, że nic tu nie jest metaforą niczego, wszystko wynika z przypadku, twojego autorskiego widzimisie, imperatywów, uproszczeń, ergo: nieprzygotowania. I wszystko naraz, na równym poziomie, okazało się do tego przedobrzone, krzykliwe, melodramatyczne – ciągle, w równomiernym tempie. To wszystko dolało oliwy do ognia słabego stylu i doprowadziło do mojego zbyt szybkiego wypalenia. No i rozczarowania gatunkiem, bo choć piszesz groteskową komedię, nic mnie nie zaskoczyło ani nie zszokowało, mimo że rzeczywistość uniwersum oparta jest na samych absurdach.


POSTACI

Strasznie męczyły mnie także twoje postaci, o czym już wspominałam. Praktycznie żadnej głównej i istotnej nie polubiłam, z żadną nie mogłam się utożsamić, żadnej w niczym nie kibicowałam ani przez moment. To właściwie same imiona scharakteryzowane schematycznymi opisami. Kukiełki o włosach takich, oczach siakich i noszące jakieś tam ubrania, mające też wyeksponowany charakter, który co scenę ulega zmianie, a koniec końców i tak części z nich nie pamiętam.
Tak właśnie działają ściany tekstu i masowe ekspozycje. Nic z tego nie zostaje w głowie; pozostaje jedynie to, co czytelnik mógł wyciągnąć ze scen. A tam…? Wszyscy i tak wypowiadali się jednolitą stylizacją, nawet gdy różnili się od siebie wiekiem, płcią, kulturą osobistą, obyczajowością. Wszyscy się ze sobą zlali, zresztą postaci jest zdecydowanie za dużo, albo po prostu poznaję je zbyt szybko. Przeczytałam ledwo pięć naprawdę krótkich rozdziałów, a poznałam (wymieniam z pamięci): Krzysztofa i Janinę, Tomka, sąsiadkę (nie pamiętam imienia), nauczycielkę (nie pamiętam imienia), dwóch policjantów (grubego i chudego), Czesia, Marysię, Jasia, Franka, tego chłopaka, co chodził po klasie i miał bluzkę z czaszką (imienia, jak widzisz, nie pamiętam), Wieśka, Ankę, Jana i psa, którego imię też chyba padło. Przy czym imion postaci, których nie zapamiętałam, nie wymieniłam nie dlatego, by zrobić ci na złość – to było zupełnie szczere. Mogłabym się wprawdzie cofnąć do tekstu i uzupełnić dane w ocenie, jednak wtedy nie zobrazowałabym ci skali problemu.
No i, co jest dość istotne, wszystkie twoje dorosłe postaci są uciążliwie głupie. Rozumiem, że piszesz komedię, w dodatku satyryczną, więc na pewne ich zachowania należy wziąć poprawkę, przepuścić je przez to sitko absurdu i zawiesić niewiarę – to zupełnie normalne i mam to na uwadze.

W końcu niejedną groteskę na WS oceniałam:

Ale – o czym też już wspominałam – nie może być tak, że nagle wszyscy dorośli bohaterowie są po prostu mało inteligentni, wręcz prymitywni, w dodatku łykają wszystko jak karp pączki. Egzystują pozbawieni emocji i celu, gdzieś w próżni, nad niczym się nie zastanawiając. Poza tym ich niesamowite przygody wcale mnie nie rozbawiły, chociaż to faktycznie może być kwestia gustu. Jednak napiszę to raz jeszcze: nie wiem, w jakich czasach osadzona jest akcja twojej powieści. Niemniej w XXI wieku ani seks, ani tym bardziej utrzymywanie higieny intymnej nie jest kwestią tabu i praktycznie nikogo już nie szokuje. Gdy było się młodszym, rzeczywiście dało się pośmiać, że he-he, a ktoś chowa gumkę w portfelu, a ktoś inny dłubie w nosie, ma wszy czy nie umył pupy, ale obecnie większość tych żartów mocniej mnie żenuje niż śmieszy i kojarzy się trochę z, no cóż, boomerstwem i januszostwem. Tym bardziej gdy dochodzi do tego ciągłe zwracanie uwagi narracją na biusty i inne walory twoich postaci żeńskich.


KWESTIA KREACJI POSTACI ŻEŃSKICH

Zauważyłeś w ogóle, że kiedy przedstawiałeś Wieśka, pisałeś o jego ambicjach i zamiarze odsunięcia emerytury w czasie? Przy Janku za to wspomniałeś wprawdzie, że dba on o formę, ale można to było odczytać w kontekście troski o swoje zdrowie, co jest właściwie godne pochwały. Tymczasem w przypadku Anny pisałeś tylko i wyłącznie o jej urodzie, i niczym więcej. Ba, mamy tam zdanie: czasami jej zachowanie było, delikatnie mówiąc nietypowe. Nie przeszkadzało to jednak reszcie zespołu, gdyż wszelkie mankamenty w zachowaniu niwelowała wyglądem zewnętrznym. Przy czym czytelnik nie dowiedział się przecież, co dokładnie miał na myśli narrator, mówiąc o jej zachowaniu. W końcu kogo to obchodzi, najważniejsze, że Anka ma czym oddychać.

Co ciekawe, w kontekście atrakcyjności (jej braku, który sprawiłby, że o randce mogłaby tylko pomarzyć – cyt.) narrator opisywał też sąsiadkę, mamy więc w tekście trzy dorosłe postaci kobiece i charakterystykę każdej z nich w głównej mierze skupiającą się na fizyczności. Nie podoba mi się to. To znaczy rozumiem i jak najbardziej w porządku jest mieć bohaterki różnorodne, mniej czy bardziej atrakcyjne, lecz sposób, w jaki narrator zabiera się za prezentację tych drugich, znacząco podkreślając walory (używając nacechowanych słów takich jak: cudowny, obłęd, atuty) już aż tak mi nie odpowiada. Możesz mnie przy tym uznać za zakompleksioną, ale w rzeczywistości nie mam problemów ze swoją atrakcyjnością. Po prostu nie uważam, by wygląd wszystkich postaci żeńskich był aż tak kosmicznie istotny dla fabuły powieści i samego narratora, poza tym to nie jest tak, że te postaci cechuje ci coś jeszcze. Nie – piszesz o ich wyglądzie, jakby był najważniejszy, a w parze z nim nie idą żadne inne interesujące cechy, w twoim tekście na tym etapie nie pojawiła się żadna postać kobieca, która wnosiłaby do powieści coś innego niż swój wygląd albo, ewentualnie, głupotę. Ponadto kreowanie cudownych z wyglądu i och-ach bohaterek o bardzo niskim ilorazie inteligencji i poczuciu własnej wartości może za chwilę oscylować ci na granicach kreacji Mary Sue, do tego dochodzi stereotypowe podejście: brzydka sąsiadka jest zła i agresywna w stosunku do mężczyzn, wydając osąd na Krzysztofie zbyt pochopnie, a te ładne, wzbudzające zainteresowanie narratora, są albo uroczo nieporadne (Janina, nauczycielka), albo o zachowaniu niestosownym (Anna), ale im – wszystko można przecież wybaczyć…
A! No właśnie. Do tego dochodzi kwestia ambitnej uczennicy – dziewczynki – która jako dziecko chciała się po prostu popisać, tymczasem określona została mianem chorej psychicznie. A przecież wszyscy wiemy, że Marysia była lekko w szoku, dumna w pełni, całkiem zdrowa, długoterminowa i niegłupia…

Powiedz wprost: czy napisałeś tę powieść, biorąc w ogóle pod uwagę, że czytać będą cię również kobiety? A jeśli tak: czym chciałbyś je do tego zachęcić? Rozumiem, że nie każda książka jest dedykowana wszystkim odbiorcom; rozumiem, że istnieje literatura męska (nie: dedykowana tylko mężczyznom, ale o charakterze bardziej zuchwałym), uchodząca za bezwzględną, a pozbawioną romantyzmu, i nieprzyzwoitą czy nawet wulgarną. I znów: to nie tak, że takich książek nie lubię; po redakcji antologii horroru erotycznego niewiele jest w stanie mnie zdziwić, a jedną z cenionych książek na mojej półce jest… „Gra” Neila Straussa. Przy czym mam świadomość, że obok niej stoi doskonałe w swojej okrutnej obrzydliwości i płyciźnie moralnej „Pokolenie Ikea” wydane w Novae Res. Stoi tam i przytula się do świetnej narracyjnie „Gry” właściwie tylko po to, by przypominać mi, jak cienka jest granica między kontrowersyjną, ale dobrą w smaku literaturą o ruchaniu a paskudnym i co rusz żenującym grafomaństwem o sraniu z deski windsurfingowej, stanowiącym dowód, że dziś i tak wydać można praktycznie wszystko. Nie każda książka musi być dla każdego i ja to jak najbardziej rozumiem. Tylko wiesz, w przypadku „Florków…” nie mam pewności, czy taki był twój cel – dotrzeć tylko do jednej części ogromnej czytelniczej społeczności i uchodzić za kontrowersyjnego autora, który dedykuje teksty niszy. Waham się, bo wydaje mi się, że nie jest aż tak źle jak w „Ikei…” i że gdyby nad tym popracować, nie wyszłoby aż tak niesmacznie.

Wróćmy jednak ogólnie do postaci. Przypomina mi się jeszcze jedna ocena tekstu groteskowego na WS: [104] Zaginął lokaj. Główną bohaterkę, która była dość naiwna, ale nie głupia, co rusz spotykały dziwne rzeczy. Wiązały się one albo z parodią naszej rzeczywistości (krzywe zwierciadło), albo właśnie z absurdem, pod którym autorka zaszufladkowała coś do odkrycia. Poza tym w tekście – mimo że miał sporo niedociągnięć – postaci różniły się od siebie czy to językiem, a więc stylizacją wypowiedzi dialogowych, czy to charakterem i poziomem inteligencji, naiwności. Nie każdy był głupi dla… samej istoty bycia głupim, bo ktoś uznałby, że bycie głupim jest śmieszne samo w sobie. Tak, w przypadku jednej postaci albo dwóch może tak być, ale bez przesady, bo na dobrą sprawę nadmiar głupoty też męczy. Aby stworzyć niezłą fabułę, która porwała odbiorcę, potrzeba czegoś więcej.

Szczerze polecam ci wszystkie z tych czterech wspomnianych ocen oraz teksty Mrożka (np. pełen zbiór opowiadań „Wesele w Atomicach”), Pratchetta czy Pilipiuka i jego powieści o Wędrowiczu – dla zręczności pióra i sprawdzenia, jak można operować narracją, robiąc z narratora wszechwiedzącego lekkiego, ironicznego gawędziarza, ale jednak z pewnym smakiem, nie – pozostawiając czytelnika w srogim zażenowaniu, nawet gdy autor śmieje się z produkcji bimbru, tradycji weselnych, braku higieny czy fetyszy seksualnych. Satyra ma to do siebie, że pod powierzchnią, która jest dziwna i absurdalna, i szokuje, coś się pod nią kryje, jakaś metafora do zrozumienia (jak, na przykład, u Mrożka) albo coś jest elementem parodii samym w sobie, lecz dającym się poznać i porównać z oryginałem. Ponadto stanowi żart, mimo wszystko, na jakimś poziomie, w dobrym smaku. Nikt nie broni przecież śmiać się z tyłków, fetyszy czy metod antykoncepcji, wszy, karaluchów i z dłubania w nosie. To też może być śmieszne! Ale pisać o tym tak, by bawiło, a nie było przaśne; komicznie w niesmaku, ale nie obleśnie; lekkie i przystępne, lecz nie płaskie i infantylnie – to jest dopiero sztuka! Pisałam już: granice między komedią literacką a kiczem są cienkie. Na moje – kilka przekroczyłeś.

Trudno również nie poruszyć kwestii twojej poprawności, a raczej jej braku. Przecinki często wstawiasz w zupełnie losowych miejscach (zapominając o tych przy wołaczu) oraz błędnie zapisujesz dialogi, czasem zdarzało ci się zapomnieć chociażby kropki na końcu zdania. Wiem, że korektorzy nie śpią, redaktorzy także, ale bez przesady. Schludniejszy tekst po choćby podstawowej becie zawsze będzie robił lepsze wrażenie. Nikt nie wymaga cudów, ale jednak warto czasem wymagać… czegokolwiek.


BETA/REDAKCJA/KOREKTA A PISANIE KSIĄŻKI

Nie wiem, czy tworzyłabym ten punkt w okolicznościach, w których wysłałbyś mi tekst, nie nazywając go książką (choć książki nie przypomina ni w ząb) oraz w których nie przeczytałabym na twoim profilu o tym, że jesteś aktywnym członkiem dwóch popularnych portali literackich. Wiesz, chodzi o to, że… wcale mnie to nie zdziwiło, bo dobrze znam te miejsca. Nawet gdybym nie spojrzała na profil, i tak miałabym przeczucie, że publikujesz właśnie tam. Szczerze mówiąc, już po kilku akapitach twojego tekstu nawet pomyślałam sobie o tym, że… kurczę, czuję się tak, jakbym cofnęła się w czasie! 
Komuś, kto spędził masę czasu na tego typu portalach, na jednym organizował też bitwy literackie, na drugim – skomentował gros opowiadań konkursowych, trudno nie zauważyć pewnych zbieżności. Dzieje się tak dlatego, że twój tekst jest strasznie schematyczny – zarówno fabularnie, jak i konstrukcyjnie – oraz prezentuje wzorce typowe dla literatury amatorskiej, głównie dla opowiadań internetowych. Wzorce te – stety-niestety – po tylu latach obcowania z blogosferą wyczuwam na kilometr (zresztą znam je z autopsji), nie są więc dla mnie interesujące ani nie zaskakują, a jednocześnie rzadko spotykam je w tekstach wydawanych inaczej niż w selfach, nieczęsto nawet w wydawnictwach vanity, bo, nie oszukujmy się, nawet oni nie biorą wszystkiego jak leci. No, może poza Sagą Egmont, gdzie najprawdopodobniej autor sam musi znaleźć sobie redaktora… albo nie, biorąc pod uwagę, że na LC sporo książek od nich ma ocenę poniżej 4/10…


[kliknij na obrazek, by powiększyć]
Po lewej: „Zerwane Kajdany” T. Biedrzycki (4.4/10)
Po prawej: „Wrota kłamstw” M. Mroczkowska (1.4/10)


Wróćmy jednak do tematu.
Sądzę, że jako autorzy budujący swoje doświadczenie właśnie w oparciu o opowiadania sieciowe czy selfy wydawane bez korekty, bo po co ona komu, podświadomie stopujemy swój rozwój, nie robiąc nic więcej niż pisząc tak, jak potrafimy. Jednocześnie uznajemy, że umiemy już wszystko, bo nasz styl przecież niewiele różni się od naszych przyjaciół, innych twórców internetowych. Zamykamy się w ich ramach warsztatowych, we wspólnym kółeczku. Uciekamy do sposobów pisania (takich jak my) amatorów, którzy…, nie ma się co oszukiwać, niekoniecznie piszą dobrze; niektórym będzie brakowało lekkości, u innych wystąpią widoczne od razu luki fabularne czy sztampowe klisze i szkodliwe stereotypy, jeszcze u kogoś pojawią się masowe ekspozycje i streszczenia fabuły przypominające wypracowanie szkolne. Mało tego, część użytkowników nie nazwie tego po imieniu, nie wytknie palcem, bo albo nie zna tych błędów (skąd miałaby je znać?), albo dlatego, że próba jakiejkolwiek ingerencji mogłoby grozić popsuciem miłej atmosfery na forum i kłótnią, wykluczeniem ze społeczności. A może ktoś nie chce, byśmy się rozwijali, bo lubi cały czas czuć się lepszym…? Nie wiemy tego. Tak czy siak, to zamknięte koło, bo nie mówiąc o błędach – popularyzujemy je. Nie dajemy autorom szansy ich poprawić, a gdy już chcemy jakiś wypisać – robimy to chamsko i nie uczymy, pokazując na przykładach, jak coś mogłoby brzmieć; nie zachęcamy, ale wyśmiewamy. W takim wypadku autor po prostu czuje się zhejtowany, może wierzyć, że bezpodstawnie. W efekcie czego nieświadomy błędów może nawet wydać książkę za własne oszczędności i stracić je, narażając się na jeszcze ostrzejsze uwagi – jak w komentarzach na LC pod książkami Sagi Egmont. Czytelnicy książek wydanych, za które zapłacili własne pieniądze, nie są tak cierpliwi jak beta i rzadko wybaczają.

To wszystko, o czym piszę, to nie jest to reguła, wiadomo, bo sieć jest pełna świetnych, wartościowych prac, ale nie da się ukryć, że zjawisko, o którym piszę, istnieje i jest całkiem powszechne. Stąd też chociażby – czego tobie na szczęście zarzucić nie mogę – tendencja autorów sieciowych do określania swoich postaci kolorami oczu czy włosów albo – co już mogę zarzucić – szkolne charakterystyki postaci bądź szukanie wymyślnych synonimów, by nie powtarzać jakiegoś słowa. Sama tak robiłam, i to kilka lat! Pięknych w swej nieświadomości, ale w pewnym stopniu zmarnowanych – mój warsztat stanął wtedy w miejscu.
I wiesz co? Pewnie tkwiłabym w tym sobie tak do dziś, na szczęście zaczęłam pracować z naprawdę dobrą betą, która wytłumaczyła mi, że niektóre rzeczy można pisać inaczej, by działać na odbiorców różnymi środkami. To właśnie praca nad wspólnym tekstem z kimś, kto wie trochę więcej i zależy mu, by emocje odbiorców działały, sprawia, że stale się rozwijamy, uczymy nowych rzeczy, w tym trików narracyjnych. Zaczynamy być świadomi i rozumieć chociażby narrację, podnosząc wartość swoich obecnych, ale i przyszłych tekstów. Te nie będą już potrzebować ingerencji bety; nauczysz się patrzeć na swój tekst jej bardziej obiektywnym okiem.

W takim momencie kolejnym etapem jest już tylko praca z profesjonalnym redaktorem – już z myślą o wydawnictwie. Z tekstem, który pokochają czytelnicy i którego redakcja ograniczy się do jakichś drobiazgów. Nikt nie mówił, że to prosta droga, ale najbardziej satysfakcjonująca. To dlatego polecam ci pracę z betą lub redaktorem, kimś, kto się zna i komu zaufałbyś na tyle, by dopuścić go do swoich prac, nawet jeśli wydaje ci się to w pewien sposób uwłaczające.

(Pamiętaj też, że praca z betą czy redaktorem nie wygląda wcale jak ocena, która mimo wszystko na potrzeby portalu i naszych czytelników musi być trochę bardziej kontentowa. W przypadku betowania wszystko dzieje się na priv i nie jest okraszone ironią; dobra beta będzie wiedziała, jak i co sugerować, by współpraca była jak najbardziej komfortowa dla obu stron, często zresztą kończy się wieloletnią przyjaźnią zbudowaną właśnie na zaufaniu).

Bo wiesz, to trochę jak z muzyką; osoby, które same uczą się śpiewać, ale nie dają posłuchać swoich utworów zawodowcom, nigdy nie dowiedzą się, że popełniają wiele błędów wpływających na to, że ich śpiew jest ostatecznie nieprzyjemny dla ucha. Więc śpiewając dalej, nie redukują błędów, o których nie mają przecież pojęcia, wręcz się do nich przyzwyczajają, a ich śpiew staje się w końcu zmanierowany, pełen złych nawyków. Te z czasem osadzają się tak, że potem trudno się ich pozbyć. Początkujący autor i początkujący śpiewak niezależnie od wieku będzie popełniał błędy i nie ma w tym nic dziwnego czy złego, to też nie problem, gdy chce się rozwijać, uczyć i starać być lepszym. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy złe nawyki z lenistwa lub dumy zaczynamy nazywać stylem – a to wcale nie działa w ten sposób. Podpinanie manier pod styl, gdy w rzeczywistości tuszują braki, jest zbyt naiwne i nikt, kto traktuje śpiew czy pisanie poważnie, w to nie uwierzy.
Zastój, o którym tu wspominałam, grozi również tym autorom, którzy ogólnie mało czytają poprawnie redagowanej literatury wydawanej w poważnych wydawnictwach. Jasne, mogą to być parodie, komedie, pastisze; żaden gatunek nie będzie usprawiedliwieniem dla nieoszlifowanego pióra. Twoje ewidentnie takie jest, więc wydaje mi się, że albo piszesz krótko i jesteś na początku tej drogi (świetnie! teraz będzie tylko lepiej, największa zabawa przed tobą!) albo piszesz już jakiś czas, ale piszesz ciągle tak samo i nie pracujesz nad warsztatem, może utknąłeś w sieci wśród średnich autorów i mało wzorców czerpiesz z prawidłowo komponowanej literatury publikowanej przez zawodowców. Być może tak dużo publikujesz i czytasz w sieci, że nie masz czasu na książki. Te jednak, czytane nie tylko dla rozrywki, ale z myślą o podpatrywaniu, jak są złożone i jaki prezentują literacki sznyt, to ważny element rozwoju.


Na dzień dzisiejszy? Jest bardzo słabo (2-/6). Chciałabym, byś na zakończenie zapoznał się jeszcze z ocenami nr: [207] „Dream Wars: Dziedzictwo Krwi” oraz: [221] „Śmierć z głębin” autorstwa Artura Tojzy. Obie prace omówiłam szeroko pod względem problemów ze stylizacją, poprawnością, brakiem lekkości pióra i nadmiarem oczywistości oraz ekspozycji. Zachęcam też do odwiedzenia naszej encyklopedii, gdzie znajdziesz artykuły zarówno o fabulariach, jak i narracji czy poprawności językowej oraz konstrukcji prozy (w tym wpisy dotyczące opisów miejsc akcji, budowy scen dynamicznych czy o tym, jak pisać, by nie nudzić odbiorcy). Liczę, że wskazane źródła pomogą ci rozwinąć skrzydła. Aby treści, które już masz, oszlifować, a nowe – z marszu tworzyć na poziomie zawodowym.

Tego ci właśnie życzę i na takie poczekam. ;)




19 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Cześć!
      Ode mnie też krótko, ale bez przesady.

      Mianowicie biorąc pod uwagę czas, który poświęciłam na zapoznanie się z twoją twórczością i na wystawienie merytorycznej oceny (której notabene długość znacząco przekracza aż dwa arkusze wydawnicze…), to jednak taki komentarz z twojej strony jest poniżej jakiegokolwiek poziomu i daleki od szacunku do mojej pracy.
      Inaczej go odebrać nie potrafię.

      Usuń
  2. To ja coś dorzucę od siebie, jako że oceniany nie pokwapił się nawet, by napisać coś dłuższego niż dwie linijki machnięte na ekranie telefonu, no i żebyś Ty, Skoi, nie czuła się wykorzystana, przeżuta i wypluta. Bo to, co robisz Ty i pozostałe dziewczyny, zasługuje naprawdę na medal. Dajecie naprawdę dużo świetnych rad, w zasadzie dzięki stronom takim jak Wasza nauczyłam się unikać wielu błędów. Czasami pisząc coś, mam z tyłu głowy "ale w jakiejś ocenie pisano, żeby tak nie robić!", także to naprawdę działa i jestem Wam za to osobiście wdzięczna ;3
    "Krzysztof niby krzyczał do Janiny zestresowany, ale nie pokazałeś, jak drży w obawie czy że jest zszokowany obecnością kosmitów w swojej kuchni. Ot, tylko stał jak kołek i wydzierał się, nawet nie gestykulował, więc trudno było zobrazować sobie jego emocje, oprzeć je na czymś innym niż samym krzyku." ~ Jeju, to mi tak przypomniało moje początki z pisaniem. Wszystko statyczne, bo przecież wiadomo - postać jak smutna, to tylko płacze, jak zła, to ino krzyczy i nic więcej. Żadnych gestów, łapania się za głowę, rzucenia czymś, bo po co? Wiadomo, każdy przeżywa coś "po swojemu", ale wtedy wydawało mi się to całkiem "normalne", jakoś nie przyszło mi do głowy do jedynki dodać drugą jedynkę. Było zero albo jeden i kropka. To z Waszych ocen nauczyłam układać sobie jako takie równania <3
    "Do tego streszczasz emocje towarzyszące bohaterom. Nie pokazujesz, że Janina wkracza i uspokaja wszystkich – tłumaczysz to narracją, a to czyni potencjalnie ciekawą akcję nudną i przegadaną. Spróbuj ograniczyć narratora i jego wywody, szczególnie podawane zdaniami wielokrotnie złożonymi." ~ Taaak, to też jest problem, z którym się zmagałam (i zmagam nadal, bo wydaje mi się, że czasami całkiem bezmyślnie zdarza mi się coś właśnie streszczać, zamiast zwyczajnie pokazać). Wydaje mi się, że tu chodzi o proste pójście na łatwiznę: szybciej i prościej jest napisać, że bohater czuł się tak czy owak, niż pokazać to i umotywować sceną, którą wpierw trzeba jakoś rozwinąć i nadać jej sens. To dlatego pisanie jednego rozdziału zajmuje mi średnio miesiąc-dwa (w skrajnych przypadkach nawet cztery), choć ja ogólnie nie lubię się spieszyć z pisaniem :>
    "„Niesamowite Przygody Florków” na ten moment wyglądają, jakbyś pisał je bez najmniejszego planu i w nadziei, że czytelnik łyknie dosłownie wszystko, bez żadnej refleksji i oczekiwań, że cokolwiek będzie tu pokrętne – zważając na gatunek – ale jednak logiczne. Jakbyś usiadł i machnął dwa ostatnie rozdziały ot tak, sam nie wiedząc, co ostatecznie ci wyjdzie." O to to. Właśnie też odniosłam takie wrażenie, że autor pisze wszystko jakby "na bieżąco" beż choćby z grubsza zarysowanego planu. Ja rozumiem, że często w trakcie pisania coś nas olśni, na coś wpadniemy i chcemy to jakoś wpleść, ale tutaj miałam wrażenie, że autor sam gubi się w tym, co pisze (i że nie czyta tego, co już napisał), poza tym bardzo słaby poziom tych "żartów" tudzież "dowcipów". Czułam po prostu... taką jakby żenadę? Miałam ochotę zasłonić sobie oczy i pójść dalej. Gdzieś napisałaś też, że tekst ten lepiej odczuły jedenastolatki niż osoby dorosłe i całkowicie się z tym zgadzam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cz. 2 - limity znaków mnie ewidentnie nie lubią :(

      "Ponadto kreowanie cudownych z wyglądu i och-ach bohaterek o bardzo niskim ilorazie inteligencji i poczuciu własnej wartości może za chwilę oscylować ci na granicach kreacji Mary Sue, do tego dochodzi stereotypowe podejście" ~ O kurczę, mój kolejny grzech z dawnych lat :D Miło tak czasami poczytać inne oceny, wspominam sobie wtedy moją drogę z "idealnymi" bohaterkami albo "stereotypowymi" złolami (w moim przypadku koniecznie barczyści mężczyźni z dużymi "łapami" i mieczem tudzież toporem, oczywiście stali bywalcy domów publicznych, nie dbający o uzębienie, najczęściej głupi i bez drugiej strony, no bo oni mogli być tylko tacy źli i mhroczni). Aż się łezka w oku kręci :D
      "Początkujący autor i początkujący śpiewak niezależnie od wieku będzie popełniał błędy i nie ma w tym nic dziwnego czy złego, to też nie problem, gdy chce się rozwijać, uczyć i starać być lepszym. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy złe nawyki z lenistwa lub dumy zaczynamy nazywać stylem" ~ Podpisuję się pod tym obiema rękami i nogami! Bardzo mądre słowa, daję głowę, że większość autorów-pisarzy nie zdaje sobie z tego nawet sprawy. A szkoda, bo może dzięki temu mielibyśmy na rynku o wiele więcej ciekawszych i godnych zawieszenia oka tytułów :/

      Tak sobie teraz myślę, że moja praca również czeka na ocenę, także ciekawa jestem, czy któryś z tych wyżej przytoczonych przeze mnie przykładów i tam się pojawi :D (pewnie tak, bo wciąż się uczę, ale i tak nie mogę się doczekać!)

      Podsumowując: bardzo ciekawa i rzetelna ocena - mam nadzieję, że sam autor również wziął ją sobie do serca (mimo oszczędności słownej) i wykaże się czymś jeszcze w przyszłości.
      Pozdrawiam cieplutko! <3

      Usuń
    2. O rety, ale fajniutko!
      (Ostatnio lubię to słowo; w sumie powinnam w tej najnowszej ocence przytoczyć je zamiast luźno… Hm…)
      Ślicznie dziękuję za uskrzydlający, ale i jakże merytoryczny komentarz.

      Jeju, to mi tak przypomniało moje początki z pisaniem. Wszystko statyczne, bo przecież wiadomo - postać jak smutna, to tylko płacze, jak zła, to ino krzyczy i nic więcej. – Tak, to wszystko, o czym piszesz, to domena tekstów amatorskich autorów początkujących (lub autorów o jakimś tam doświadczeniu, którzy twierdzą, że nie muszą nic ponadto, bo to im wystarcza). Przy czym zawsze zaskakuje mnie, że tak trudno wyjść ze swojej bańki i zacząć się rozwijać. Wydawałoby się, że to naturalny proces, ale jednak okazuje się, że nie zawsze…

      Wydaje mi się, że tu chodzi o proste pójście na łatwiznę: szybciej i prościej jest napisać, że bohater czuł się tak czy owak, niż pokazać to i umotywować sceną, którą wpierw trzeba jakoś rozwinąć i nadać jej sens. – Tak, bo ekspozycje i masowe streszczenia zabijają i emocje, i zainteresowanie odbiorcy. Nikt nie chce i nie lubi czytać streszczeń i szkolnych wypracowań, ale pisanie ich jest faktycznie łatwe. Nawet za łatwe, dlatego kuszące. Cieszę się, że działalność WS odczarowała ci ekspozycje. ;) Nie masz pojęcia, jak wielkim zastrzykiem energii jest przeczytać tyle ciepłych słów odnośnie do swojej pracy, szczególnie że stanowi ona czysty wolontariat i komentarze stanowią jedyną zapłatę, której możemy oczekiwać. Chyba nie pozostaje mi teraz nic innego, jak zabrać się za kolejną ocenę. Aż nie mogę się doczekać, spotkamy się pod twoją! :D

      Miło tak czasami poczytać inne oceny, wspominam sobie wtedy moją drogę z "idealnymi" bohaterkami albo "stereotypowymi" złolami (w moim przypadku koniecznie barczyści mężczyźni z dużymi "łapami" i mieczem tudzież toporem, oczywiście stali bywalcy domów publicznych, nie dbający o uzębienie, najczęściej głupi i bez drugiej strony, no bo oni mogli być tylko tacy źli i mhroczni). Aż się łezka w oku kręci :D – O, to to, Chociaż parodie i teksty satyryczne często, wbrew pozorom, bazują na kliszach – przedstawiając je, poniekąd je obśmiewają. Jednak aby to zadziałało, ważny jest umiar i autorski spryt. We wszystkim można przesadzić, a to przesada sprawia, że czytelnik się nie śmieje, a odczuwa zażenowanie. Granica jest cienka, ale istnieje.

      Usuń
  3. Zbyt pochopne wnioski. Czasami trzeba trochę poczekać. Podziękowałem i teraz przygotowałem parę słów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam cię bardzo!
      O rety, teraz strasznie mi głupio ;_____; mogłeś uprzedzić w tym pierwszym komentarzu, że coś jeszcze będziesz dopisywał, bo naprawdę myślałam, że pozostawiłeś mnie z tylko takim feedbackiem. Nauczka dla mnie, by następnym razem faktycznie poczekać nieco dłużej.

      Usuń
  4. Jako że znalazłem troszkę czasu to ustosunkuję się do oceny.

    Na początek podziękowania za włożony wysiłek. Nadmienię, że nie będą poruszał obszarów z którymi się zgadzam. Na samym początku chciałem zwrócić uwagę, że nie jest to typowa groteska, raczej bizarro, ja bym to określił jako "w oparach absurdu". Wiem, że część odbiorców reaguje na tego typu literaturę alergicznie i zauważyłem, że ty też do nich należysz. Po prostu nienawidzisz tej książki i uważam to za duży cud, że tak dużo spędziłaś z nią czasu. Pewnie uważasz, że żeby je przeczytać, trzeba mózg ustawić obok głowy, a i to pewnie nie wystarczy. Podobny, a może wręcz identyczny odbiór miałem w przypadku utworu: "Artykuły Gospodarstwa Domowego, czyli mikrotrylogia o dwóch zakończeniach". Fortune nienawidził go szczerze i nie dał rady przeczytać. Dla niego głupota była nie do zniesienia. Znasz to uczycie, prawda? Jakoś tak wyszło, że opowiadanko wygrało zanonimizowany konkurs na stronie Pióromanów. http://www.pioromani.pl/archiwum_aktualnosci.php.
    Żeby nie było, że słowa rzucam na wiatr, to podam parę cytatów z oceny:
    "Są męczący, bo ciągle krzyczą, melodramatyzują, przesadzają, ponadto są… głupi." "Tak, w przypadku jednej postaci albo dwóch może tak być, ale bez przesady, bo na dobrą sprawę nadmiar głupoty też męczy."; "Twoje postaci wydają się ogłupione masowo."; "No i, co jest dość istotne, wszystkie twoje dorosłe postaci są uciążliwie głupie";"Ale pisać o tym tak, by bawiło, a nie było przaśne; komicznie w niesmaku, ale nie obleśnie..." "Narrator brzmi mi tu zwyczajnie… obleśnie..."; "Gdy wszyscy tylko przesadzają na każdym kroku i są po prostu mało inteligentni, nieraz prymitywni (tak, Krzysztof, patrzę na ciebie) – nikt się nie wyróżnia, wszyscy są tak samo uciążliwi."
    Nadmienię, że w teksie nie ma żadnych wulgaryzmów nie ma także zachowań uważanych za wulgarne. Ty jednak twierdzisz, że narrator jest obleśny i wystarczy ci tylko to, że mężczyźnie podoba się kobieta. Wiem, że czasy się zmieniają i nawet patrzenie na kobietę może być uważane za niestosowne. Niemniej wygląd zewnętrzny jest istotny. Nie na darmo tyle kobiet i coraz więcej mężczyzn robi operacje plastyczne. Chyba jakieś masowe ogłupienie:). W naszym świecie trzeba być idealnym: wygląd, głos, itp. Co do głupoty bohaterów to wystarczy, że zachowują się nieszablonowo i ty już je zakwalifikowałaś jako głupie, a oni tylko myślą inaczej (odwrotnie). Wiem, że duża cześć ludzi żyje jak zombie, tj. chodzi do pracy, po pracy komórka, telewizor, spanie i tak w kółko. Brak zainteresowań, brak pomysłu na wolne popołudnie i wieczór. Chyba, że wakacje, wtedy trzeba jechać do ciepłych krajów i pochwalić się zdjęciem na facebooku. Odbiegłem nieco od tematu, a więc kończę ten wątek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na samym początku chciałem zwrócić uwagę, że nie jest to typowa groteska, raczej bizarro, ja bym to określił jako "w oparach absurdu". Wiem, że część odbiorców reaguje na tego typu literaturę alergicznie i zauważyłem, że ty też do nich należysz.
      Mylisz się, i pisałam o tym w ocenie:
      Generalnie po ocenie możesz uważać, że wygląda ona tak, a nie inaczej, bo mam problem z gatunkiem, który wybrałeś. Od razu zaznaczam: to nieprawda, a do antologii organizowanej przez Fabrykę Słów niedawno poleciało moje napisane wspólnie z autorem Jackiem Pelczarem opowiadanie osadzone właśnie w gatunku parodii satyrycznej (hej, ludzie, trzymajcie za nas kciuki!).
      Raz jeszcze: dobrze wiem, czym jest bizarro [Wikipedia: Bizarro fiction, neosurrealizm, avant punk) – współczesny gatunek literacki, którego autorzy używają takich środków wyrazu jak absurd, groteska czy satyra w celu stworzenia wyłamującej się ze schematów prozy. I wiem też, że za daleko wcale nie pada ono od klimatów, w których sama się poruszam i w których publikuję, i o których wspomniałam w ocenie. To nie tak, że nienawidzę gatunku i książek w nim pisanym (nie istnieją gatunki, do których miałabym uraz czy uprzedzenie, zaznaczałam to wielokrotnie; jako redaktorka sięgam po wszystko, bo tylko poruszanie się po wielu gatunkach rozwija i pozwala dostrzegać różnice). Po prostu twoja książka jest zbyt niedopracowana, by w ogóle móc nazywać ją książką, jakiegokolwiek gatunku – szczerze mówiąc.

      Nadmienię, że w teksie nie ma żadnych wulgaryzmów nie ma także zachowań uważanych za wulgarne. Ty jednak twierdzisz, że narrator jest obleśny i wystarczy ci tylko to, że mężczyźnie podoba się kobieta. Wiem, że czasy się zmieniają i nawet patrzenie na kobietę może być uważane za niestosowne. Niemniej wygląd zewnętrzny jest istotny. Nie na darmo tyle kobiet i coraz więcej mężczyzn robi operacje plastyczne.
      I znów pudło, bo w ocenie napisałam tak:
      Takie odczucie też miałam, gdy pisałeś o brzoskwinkach… Ugh. Wtedy jednak myślałam, że może to perspektywa sprośnego Krzysztofa, ale teraz okazuje się, że sprośny jest sam narrator.
      Więc nie, to nie tak, że twojemu bohaterowi podoba się jego żona czy po prostu kobiety. To narratorowi w tekście pisanym narracją 3os, n.wszechwiedzącym podobają się wszystkie bohaterki. Jest różnica między pisaniem narracją personalną a narratorem obiektywnym trzecioosobowym. Nie uwzględniłeś tej różnicy przy pisaniu.

      Nigdzie nie napisałam również, że kobiety nie mogą dobrze się prezentować. Problemem twojego tekstu jest to, że atrakcyjność lub jej brak to jedyne cechy, które przypisujesz kobietom. To z tym mam problem. Znów nie doczytałeś ze zrozumieniem:
      Nie – piszesz o ich wyglądzie, jakby był najważniejszy, a w parze z nim nie idą żadne inne interesujące cechy, w twoim tekście na tym etapie nie pojawiła się żadna postać kobieca, która wnosiłaby do powieści coś innego niż swój wygląd (…).

      Usuń
    2. Co do głupoty bohaterów to wystarczy, że zachowują się nieszablonowo i ty już je zakwalifikowałaś jako głupie, a oni tylko myślą inaczej (odwrotnie). Wiem, że to postaci, które miały pasować do konwencji tekstu satyrycznego, ukazującego świat w krzywym zwierciadle. Pisałam także i o tym:

      W twoim tekście Krzysztof praktycznie o niczym nie myśli, zresztą tak samo jak i pozostali bohaterowie. Nic nie ma żadnego punktu zaczepienia, zdania i decyzje postaci wynikają z niczego, nic się tu z niczym nie łączy. Skutki nie mają swoich przyczyn, a powinny nawet wtedy, gdy poruszasz się po tematyce absurdu. To właśnie przyczyny i decyzje oparte na dziwnych (ale sensownych dla ludzi żyjących w krzywym zwierciadle) faktach byłyby atrakcyjne. Nadal byłyby w jakiś sposób pokrętnie logiczne i inteligentne, wymagające od bohaterów i odbiorców pewnej dedukcji. Oparte na czymkolwiek, choćby pozornie bzdurnym. Czytelnik wszedłby w świat, który jest surrealistyczny [bizarro], ale na swój sposób panuje w nim chaos kontrolowany, czymś obroniony. Ostatecznie, czemu nie, Krzysztof mógłby zwalić winę na Annę, a Anna – pobiec po narkotyki i przynieść je policji. Po prostu chciałabym wiedzieć, dlaczego to zrobili i zrozumieć, co się dzieje w opowiadaniu na poziomie fabularnym. Poznać sposób rozumowania twoich karykaturalnych postaci żyjących w cudacznej rzeczywistości.

      I dalej:
      Krzysztof w żaden sposób na nie nie reaguje, niczego nie podważa czy nie przeżywa. (...) Jako czytelnik nie powinnam jednak szukać sobie tłumaczeń niektórych sytuacji i decyzji podejmowanych przez postać. Powinnam być ich pewna, tekst, choćby między wierszami, powinien mi wszystko naświetlać, bym miała z czego wnioskować. Jak Krzysztof mógłby w pracy naprędce stwierdzić, że nie przyzna się do dłubania w nosie, stąd jego kłamstwa, tak i tutaj Janina mogłaby sobie jakoś wytłumaczyć przed sobą, czemu argument męża w ogóle do niej nie przemawia i dlaczego więc warto go zignorować.

      Podobne rzeczy pojawiły się na przestrzeni całej oceny.
      Generalnie w tym wszystkim chodzi tylko o to, że decyzje podejmowane przez twoje postaci mogą być absurdalne, niecodzienne, podejrzane. Ba, nawet MUSZĄ, bo tego wymaga gatunek. Ale muszą być obronione tym, że te postaci wiedzą, co robią, myślą o tym, co robią, są logiczne dla siebie w swoim nielogicznym świecie i czytelnik jest w stanie to dostrzec, zrozumieć - dopiero wtedy można to docenić. Dopóki nie pokażesz mi myślących postaci - fabuła będzie się wydawała tylko dziwna, ale nadal niezrozumiała, wszystko będzie się wydawało w niej od czapy, a postaci – odbierane za głupie, bo niemyślące. Ponieważ nawet w pokrętny sposób nad niczym nie rozważają.

      Usuń
  5. 1. "Egzystują pozbawieni emocji i celu, gdzieś w próżni, nad niczym się nie zastanawiając." "Są męczący, bo ciągle krzyczą, melodramatyzują, przesadzają, ponadto są… głupi." – To są emocje, czy ich nie ma?
    2. "Na pierwszy rzut oka widać, że masz problemy z interpunkcją dialogową – jakbyś wstawiał znaki zupełnie na czuja i… rzadko udaje ci się trafić"
    W dialogach staram się pisać z małej litery wtedy, gdy pojawiają się czynności związane z mówieniem, pozostałe piszę z dużej i oczywiście z kropeczką. Nie jest to więc losowo, rozumiem że muszę jeszcze do tej zasady dodać czynności słuchowe. Może coś przegapiłem, nie przeczę, niemniej staram się trzymać tej zasady.
    3. Za bardzo nie rozumiem o co chodzi. Z jednej strony zarzucasz mi, że od razu opisuję bohatera: "Dopiero co zaczęłam drugi rozdział, a przedstawiłeś mi troje nowych bohaterów: dwóch kolegów Tomka oraz nauczycielkę biologii. Przytaczasz wszystko od razu: kolor oczu, włosów, sylwetkę, ubranie i styl bycia, i to naraz, w jednym akapicie, jakbyś wykreślał elementy z checklisty. ";
    Z drugie zaś, że nie opisuję dokładnie, bo inaczej go sobie wyobrażasz. "iż Tomek jest dzieckiem w wieku wczesnoszkolnym,(...) nie wiem dlaczego wyobrażam sobie rosłego nastolatka."
    Mam pytanie, jak zrobić, by wilk był syty i owca cała? W końcu jeżeli nie zarysuję danej osoby, to początkowe wyobrażenie o bohaterze może być błędne. Z drugiej strony jak opiszę postać, to też jest źle. Mam oba te zarzuty i jestem nieco skołowany.
    4. "Obecnie widać też, że została, ot, wklejona – przerywa rozmowę nagle, trwa krótko,..." – dotyczy sceny z sąsiadką. Scena jest od początku, tylko postanowiłem nie ciągnąć tego wątku. Jednak ją wytnę.
    5. – Nie da rady[,] Bubel, krwi nie ma co pompować[.] – tutaj mam pytanie, czy aby na pewno po słowie "rady" wstawiamy przecinek. Jak tak, to przyjmuję.
    6. "Dla dzieci jest zbyt wulgarny, dla dorosłych – zbyt nudny formą i łopatologiczny."
    Twoim zdaniem "brzoskwinki" są wulgarne, tym samym nie wiem, co wulgaryzmem nie jest. Nie wiem też skąd twierdzenie, że dwunastolatkowi nie może podobać się nauczycielka. Może coś się w świecie zmieniło i teraz nastolatkowi podoba się jedynie smarfon. Nie wiem. Odbiorcy - twierdzisz, że raczej nie jest to dla dzieci i nie dla dorosłych. Moim zdaniem utwór nadaje się jak najbardziej dla osób powyżej lat dwunastu. Nie ma wulgaryzmów, seksu itp. Porównując to z "Dziećmi z dwora zoo" to niemal bajka (ciekawe, czy to zacytujesz:))
    7. "Nie[,] Marysiu[,] to znaczy[,] że on jest od was starszy i ma ciemniejszy zarost."
    "Przy czym jak na nauczycielkę biologii, to pani Iwona plecie kompletne bzdury. U niektórych zarost pojawia się prędzej, a u niektórych później – zależy od genów. Do tego wyszło, jakoby kolor owłosienia miał wpływ na wiek, w którym się on pojawia. Bez sensu, prawda?"
    Nauczycielka nie plecie bzdur. Czesiek jest starszy tym samym jest większe prawdopodobieństwo pojawienia się zarostu. Dodatkowo jak ktoś ma ciemne włosy to siłą rzeczy widzi się zarost wcześniej (kontrast). Moim zdaniem wyjaśnienie logiczne i spójne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Egzystują pozbawieni emocji i celu, gdzieś w próżni, nad niczym się nie zastanawiając." "Są męczący, bo ciągle krzyczą, melodramatyzują, przesadzają, ponadto są… głupi." – To są emocje, czy ich nie ma? – Nie ma. Ponieważ to, że postać ciągle krzyczy, nie generuje w czytelniku emocji, tylko zmęczenie. Krzyk działałby, gdybyś przytaczał go w najbardziej pasujących do tego momentach. Jeśli czegoś nadużywasz, przestaje robić wrażenie, a robi się przewidywalne.P
      Natomiast pozostałe emocje zwykle eksponowałeś, a to się nie liczy. Jest różnica między pisaniem (wymyślam): Bohater był wystraszony a pokazaniem, jak postać pobladła czy zdrętwiała, nogi miała jak z waty, trzęsły jej się dłonie, a po plecach spłynął zimny pot. Twój tekst i twoje postaci pozbawione są emocji, bo nie ukazujesz tych emocji, raz na ruski rok tylko o nich wspomnisz, że postać coś poczuła.
      To za mało.

      Za bardzo nie rozumiem o co chodzi. Z jednej strony zarzucasz mi, że od razu opisuję bohatera: "Dopiero co zaczęłam drugi rozdział, a przedstawiłeś mi troje nowych bohaterów: dwóch kolegów Tomka oraz nauczycielkę biologii. Przytaczasz wszystko od razu: kolor oczu, włosów, sylwetkę, ubranie i styl bycia, i to naraz, w jednym akapicie, jakbyś wykreślał elementy z checklisty. ";
      Z drugie zaś, że nie opisuję dokładnie, bo inaczej go sobie wyobrażasz. "iż Tomek jest dzieckiem w wieku wczesnoszkolnym,(...) nie wiem dlaczego wyobrażam sobie rosłego nastolatka."

      Nie istnieje tylko jeden sposób opisywania postaci. Wiek Tomka możesz przemycić do tekstu inaczej niż zdaniem: bohater miał X lat i chodził do X klasy. Mógłbyś wpleść w tekst jakieś wskazówki, które pomogłyby czytelnikowi odkryć, w jakim mniej-więcej Tomek może być wieku. Jeśli byłby dzieckiem, mógłbyś napisać, nie wiem, że dopiero od niedawna potrafił sięgnąć do kuchennego blatu albo że staje na palcach, by czegoś dosięgnąć. Niech zachowuje się jak dziecko – odgadnę, że jest dzieckiem. Dopasowuj również stylizację językową (dialogową) do swoich postaci, daj mi odczuć, że czytam o dziecku lub nastolatku.

      Ponadto, o czym też już pisałam, strasznie rzuca się w oczy schematyczność twoich opisów. Dla ciebie każdy opis postaci wiąże się z przedstawieniem jej od razu od deski do deski, dlatego każda twoja postać została wprowadzona checklistą i szybko odczułam rutynę w tej kwestii i twój brak kreatywności i sprytu do przemycania informacji o postaciach, zręcznie wplatając je w tekst:
      Ważna jest różnorodność, autorski spryt i umiejętność przemycania takich informacji na różne sposoby, nie tylko – no cóż – szkolnie. (…) Nie musisz ich prezentować w każdym calu już przy pierwszej okazji. Masz na to całą powieść.

      Myślę, że gdybyś przeczytał ocenę uważniej, zrozumiałbyś, co chcę ci przekazać, a nie wyciągał pokrętne wnioski, wmawiając mi rzeczy, których nie napisałam, i zarzucając niezdecydowanie.

      Usuń
    2. – Nie da rady[,] Bubel, krwi nie ma co pompować[.] – tutaj mam pytanie, czy aby na pewno po słowie "rady" wstawiamy przecinek. Jak tak, to przyjmuję. – Oczywiście. Zawsze przed wołaczem bądź po nim stawia się przecinek: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/wolacz-i-przecinek;15164.html

      Twoim zdaniem "brzoskwinki" są wulgarne, tym samym nie wiem, co wulgaryzmem nie jest. – Zastanów się po prostu, czy piszesz opowiadanie erotyczne i do jakich odbiorców na pewno kierujesz swój tekst. Brzoskwinki w ustach narratora są… cringe'owe i nie będą pasować nigdzie indziej niż do tekstów o zabarwieniu erotycznym.
      Ponadto przypominam: w narracji 3.os n.wszechwiedzący narrator =/= bohater.

      Moim zdaniem utwór nadaje się jak najbardziej dla osób powyżej lat dwunastu. Nie ma wulgaryzmów, seksu itp. Porównując to z "Dziećmi z dwora zoo" to niemal bajka (ciekawe, czy to zacytujesz:)) – Muszę cię zmartwić, aktualna wersja utworu przez swoje kompletnie niedopracowanie nadaje się jedynie do szuflady. :)

      Nauczycielka nie plecie bzdur. Czesiek jest starszy tym samym jest większe prawdopodobieństwo pojawienia się zarostu. Dodatkowo jak ktoś ma ciemne włosy to siłą rzeczy widzi się zarost wcześniej (kontrast). Moim zdaniem wyjaśnienie logiczne i spójne. – Gdyby pani nauczycielka to wyjaśniła, a nie używała skrótów myślowych, które mogą być rozumiane opacznie, to pewnie byłoby logicznie.

      Usuń
  6. 8. Inna sprawa, że nie umiem oprzeć się wrażeniu, że realia te są bardziej starawe niż współczesne, jakbyś nawiązywał do szkół polskich z czasów co najmniej mojego dzieciństwa, czyli… ze dwadzieścia lat temu. – Oczywiście, że to nie szkoła współczesna. W takiej szkole rządziłyby smarfony (niestety).
    9. Nie każda wypowiedź musi mieć swój komentarz narracyjny. – Szczerze mówiąc to nie wiem jak to zrobić przy więcej niż dwóch osobach. Wyjdzie misz masz.
    10. Chyba że… zrobiłeś to celowo, a twoim zamiarem było świadome ukazanie podobieństw sytuacyjnych i że niektórzy dorośli nadal zachowują się jak dzieci – w porządku. Akcja książki jest prowadzona dwuwątkowo i zmierz do wspólnego końca. Jako, że zauważyłaś, że występuje zbiorowe ogłupienie to raczej nie ma potrzeby, by nastolatkowe w jakimś znacznym zakresie inaczej mówiły od dorosłych. Polecam debaty polityczne, wtedy okazuje się, że dzieci są oazą rozsądku.
    11. "Absurd goni absurd, policjanci znajdują zakrwawioną koszulę Krzysztofa i zaczynają go o coś podejrzewać." "Nic nie ma żadnego punktu zaczepienia, zdania i decyzje postaci wynikają z niczego, nic się tu z niczym nie łączy. Skutki nie mają swoich przyczyn, a powinny nawet wtedy, gdy poruszasz się po tematyce absurdu." Zaczynasz się gubić i nie ma chyba tej "łopaty", o której piszesz. A ja się obawiam, że jest. Naprawdę dziwne, że nie dostrzegłaś, że chodzi o Krzysztofa, że to nie są prawdziwi policjanci. Tym samym nie wiem, czy miałem jeszcze dodać, że to fałszywi policjanci? A bohaterowie myślą niestandardowo (odwrotnie, nieco jak szaleńcy). Chodzi o to, że mamy pozornie normalny świat i nienormalnych/dziwnych/szalonych bohaterów. Można także odwrotnie.
    12. Teraz Krzysztof już wiedział, gdzie podział się ich pies. Czy to jest możliwe, iż porwała go Ania i użyła do swoich chorych praktyk – A więc Krzysztof wie, gdzie jest pies, czy dopiero co podejrzewa Annę?
    Narrator także się myli, bo czemu by nie. Niby wszystko wie, ale tak naprawdę to mu się wydaje. Co do psa, to sprawa wyglądała inaczej.
    13. "Nie wiem też, dlaczego chudy policjant wciąż piszczał (jak piszczałka?), w ogóle co to za biuro i czym się zajmują pracujący tam ludzie. – Akcja jeszcze będzie działa się w biurze, więc dowiesz się, co to za biuro. Będzie także wyjaśnienie dlaczego tak się wszyscy zachowują. Nie chciałem spoilerować:)
    14. "I skąd w biurku znalazły się kajdanki, prezerwatywy i gumowe lalki; dlaczego nikogo one nie zdziwiły, jakby naprawdę bohaterowie w miejscu pracy regularnie uprawiali seks? – Po prostu mają gadżety i nic z tego nie wynika. Wyciągasz zbyt daleko idące wnioski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie każda wypowiedź musi mieć swój komentarz narracyjny. – Szczerze mówiąc to nie wiem jak to zrobić przy więcej niż dwóch osobach. Wyjdzie misz masz.

      Proszę bardzo:


      – Chciałem zorganizować zawody – odpowiedział Tomek i uśmiechnął się promiennie.
      – Że będą biegać? – prychnął Franek. – Bo to raz była taka zabawa…
      Czesio wzruszył na to ramionami.
      – Też mi coś. Ale fajnie byłoby sprawdzić, który z nich więcej wytrzyma. (…)
      – Zwariowałeś! – usłyszał i odwrócił się w stronę Jaśka.
      Ten podrapał się po łepetynie nerwowo, po czym dodał:
      – To jest męczenie zwierząt.
      – To karaluchy, kretynie! I je się tępi! Dotarło?
      Jako człowiek z zasadami, Czesio z pewnością nie torturowałby psa albo innego kota; Tomek wiedział o tym, ale widział też minę Jasia. Podszedł więc do obu i położył im dłonie na ramionach.
      – Spokojnie, chłopaki. Nie będziemy im dawać żadnych odważników, po prostu zrobimy zawody pływackie.


      Możesz to przecież przeanalizować, co zresztą także zrobiłam za ciebie:


      To jedynie przykład, jak możesz poradzić sobie z problemem monotonnej formy dialogowej, którą obrałeś w pierwowzorze. Zwróć uwagę na różnice, szczególnie na wykluczenie ekspozycji. Zamiast wspominać sucho o tym, że Tomek uspokaja kolegów – faktycznie pokazałam to jego gestem. Zamiast powtórzenia (zwierzę) skorzystałam z synekdochy gatunku (pies albo inny kot). Skorzystałam też ze słowa usłyszał, co sprawiło, że dłużej pobyłam przy Czesiu, a reakcję Janka (tę o drapaniu) przenieść mogłam do nowego akapitu, co wprowadziło pewne urozmaicenie – końcu pojawiło się kilka linijek bez początkowej pauzy dialogowej. Dzięki temu odbiorca nie będzie odnosił wrażenia, że forma przypomina pewien mechanizm. Nie jest już tak przewidywalnie.



      Naprawdę dziwne, że nie dostrzegłaś, że chodzi o Krzysztofa, że to nie są prawdziwi policjanci. Tym samym nie wiem, czy miałem jeszcze dodać, że to fałszywi policjanci? A bohaterowie myślą niestandardowo (odwrotnie, nieco jak szaleńcy). – Niby jak mogłabym poznać, że to podstawieni aktorzy, a nie prawdziwa policjanci, skoro od dosłownie prologu każda twoja postać zachowuje się absurdalnie? W takich okolicznościach niemożliwe jest rozpoznanie, czy policjanci są prawdziwi, ale nierozgarnięci jak cała reszta, czy fałszywi. Mało tego – nie mam pewności, czy inne osoby z biura wiedziały, że to fałszywi policjanci, czy wierzyli, że normalni (skoro chowali bimber i inne rzeczy). Skoro oni tego nie poznali, naturale dla nich jest, że policja w ich habitacie zawsze zachowuje się w sposób dziwny (nikt nie miał problemu z podejrzanym zachowaniem). Więc jak miałabym to poznać, skoro ani postaci poboczne, ani sam Krzysztof nie poświęcił dosłownie minuty na przeanalizowanie prawdopodobieństwa wydarzeń…? No ciekawe.

      Narrator także się myli, bo czemu by nie. Niby wszystko wie, ale tak naprawdę to mu się wydaje. Co do psa, to sprawa wyglądała inaczej. – Narrator wszystkowiedzący obiektywny, którym piszesz, nie może się mylić ani kłamać. Nie angażuje się emocjonalnie w relacjonowanie fabuły. Pisałam o tym (bardzo) szeroko w ocenie, w podsumowaniu.

      14. "I skąd w biurku znalazły się kajdanki, prezerwatywy i gumowe lalki; dlaczego nikogo one nie zdziwiły, jakby naprawdę bohaterowie w miejscu pracy regularnie uprawiali seks? – Po prostu mają gadżety i nic z tego nie wynika. Wyciągasz zbyt daleko idące wnioski. – Moje wnioski biorą się z tego, iż zdaję sobie sprawę, jakie środki wykorzystywać powinni twórcy w czasie konstruowania powieści. W grę wchodzą:

      Strzelba Czechowa:
      https://www.wspolnymi-silami.pl/2020/01/infografiki-sowniczek.html#sc

      Oraz Brzytwa Ockhama:
      https://www.wspolnymi-silami.pl/2020/01/infografiki-sowniczek.html#bo

      Słowem: jeśli w szufladzie są jakieś gadżety, istnieje spore prawdopodobieństwo, że narrator nie zwraca na nie uwagi zupełnie bez powodu.

      Usuń
  7. 15. "Cztery zdania: podwójnie złożone, proste, proste, podwójnie złożone."
    "W dodatku zdania mają podobną długość, bez pomyślunku dobierasz także szyk" "Skoia, możesz też dopisać, że tekst jest wypchany do granic możliwości rzeczami, które nie są interesujące i niewiele wnoszą do samej fabuły i rozwoju wątków; długie zdania bądź ich mnogość sprawiają, że w zasadzie nie wiemy, co się dzieje w scenie." Jak dla mnie te opinie się wykluczają.
    16. "Spróbuj się najpierw w jakichś krótszych formach, na których oszlifujesz styl i poćwiczysz narrację." – zapraszam na mojego bloga, pomiń jednak komedie, bo one są pisane prostym językiem i czytając je możesz poczuć duży dyskonfort.
    17. Niemniej w XXI wieku ani seks, ani tym bardziej utrzymywanie higieny intymnej nie jest kwestią tabu i praktycznie nikogo już nie szokuje. – nie wiem o co ci chodzi z tym seksem. Nigdzie go nie ma, ty jednak wciąż do niego wracasz. Jest opis postaci i lala w szafie. Na tym koniec, to nie jest erotyk, ale to chyba widać.
    18. Poproszę o zmianę oceny na 1/6. Należy ci się nieco satysfakcji.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Cztery zdania: podwójnie złożone, proste, proste, podwójnie złożone."
      "W dodatku zdania mają podobną długość, bez pomyślunku dobierasz także szyk" "Skoia, możesz też dopisać, że tekst jest wypchany do granic możliwości rzeczami, które nie są interesujące i niewiele wnoszą do samej fabuły i rozwoju wątków; długie zdania bądź ich mnogość sprawiają, że w zasadzie nie wiemy, co się dzieje w scenie." Jak dla mnie te opinie się wykluczają.


      No niekoniecznie, bo cytowana opinia koleżanki po fachu odnosiła się (co podkreślałam) tylko do 2 scen (tej z kotem oraz tej z policjantami i bidetem).

      18. Poproszę o zmianę oceny na 1/6. Należy ci się nieco satysfakcji. – Absolutnie. Były u nas oceniane opowiadania 1/6 i, wierz mi, bywało gorzej. ;)

      Również pozdrawiam!

      Usuń
  8. Dzięki za wyjaśnienia. Jak coś mi się urodzi w głowie, to będę się dopytywał. Na razie się wyłączam.

    OdpowiedzUsuń
  9. To ja tak przyjdę kompletnie od czapy, bo mi się tu zawsze dobrze w komciach rozmawia, odnośnie tego fragmentu: "Jednocześnie uznajemy, że umiemy już wszystko, bo nasz styl przecież niewiele różni się od naszych przyjaciół, innych twórców internetowych. Zamykamy się w ich ramach warsztatowych, we wspólnym kółeczku. Uciekamy do sposobów pisania (takich jak my) amatorów, którzy…, nie ma się co oszukiwać, niekoniecznie piszą dobrze; [...]. Mało tego, część użytkowników nie nazwie tego po imieniu, nie wytknie palcem, bo albo nie zna tych błędów (skąd miałaby je znać?), albo dlatego, że próba jakiejkolwiek ingerencji mogłoby grozić popsuciem miłej atmosfery na forum i kłótnią, wykluczeniem ze społeczności." Kurczę, to tak dobrze oddaje moje uczucia pod względem tkwienia w fandomie - w którym już od jakiegoś czasu czuję, że siedzę bardziej z przymusu niż z przyjemności, ale nie widzę innego wyjścia. Moi stali czytelnicy są okopani w fandomie po uszy i każdy tekst pisany o np innym dziele czy chociażby teksty własne spotykały się z niechętnym odbiorem (zdarzały się nawet sytuacje, że ktoś mi pisał wprost, że nie zamierza czegoś czytać, bo nie jest o tym i o tym). Rodzi się przez to sytuacja, w której nie chcę już pisać ciągle tego samego, ale doskonale wiem, że każda próba sięgnięcia po coś nowego, próba rozwoju czy liźnięcia czegoś innego niż dotychczas spotka się w najlepszym wypadku z murem obojętności. Pod względem warsztatowym też stoję w miejscu, bo w akurat tej grupie uznano, że piszę dobrze i co najwyżej wytknie mi ktoś powtórzenie czy literówkę. Jak z takiej sytuacji wyjść, kiedy nie chce się tracić czytelników i zostać w tej blogosferze samemu, ale nie chce się też tkwić po wieki wieków w kółku tych samych schematów, postaci i rozwiązań fabularnych?

    Mam wrażenie, że odpłynęłam już kompletnie, także pozdrawiam serdecznie całą ekipę i miłego wieczoru/dnia życzę :)

    OdpowiedzUsuń