[224] ocena tekstu: Imp, pomógłbyś!


Tytuł: Imp, pomógłbyś! Autorka: Lexi
Tematyka: rural fantasy
Ocenia: Deneve


Ponieważ nie chciałaś oceny szablonu, nie widzę potrzeby, żeby się na nim skupiać. Jest czytelnie, to najważniejsze. Nie będę rozbijać osobno ocenkowania rozdziałów i poprawności/technikaliów, bo tego drugiego nie ma dużo, więc po co niepotrzebnie mnożyć byty?


Z tą ocenką żegnam się również ze wszystkimi czytelnikami WS. Niestety, ale dorosłe życie znacznie ogranicza wolny czas, a ja nie chcę, żeby autorzy zgłoszonych tekstów musieli czekać w nieskończoność na ocenę. Miło było, ale, wiecie, trzeba mieć jakieś priorytety i się na czas wywiązywać z obowiązków. ♥


Nie będzie to najdłuższa ocenka świata, głównie dlatego, że tekst jest krótki i poprawnie napisany.



Rozdział 1

Nie można było Arlecie Zakrzewskiej zarzucić, że działała bez rozmachu; świadomie czy też nie. – To bardziej kosmetyka, ale trudno odgadnąć, czy treść po średniku odnosi się do tego, czy „nie można zarzucić świadomie czy też nie” albo do „działała bez rozmachu świadomie czy też nie”.


Paradoksalnie – sprawczyni całego zamieszania odetchnęła z ulgą, zdając sobie sprawę z tego, że mogło być znacznie gorzej. – Skąd ta półpauza, tak właściwie? Zdanie ma dobrą dynamikę i bez niej. Gdybyś tworzyła konstrukcję typu „Paradoksalnie – sprawczyni całego zamieszania odetchnęła z ulgą – mogło być znacznie gorzej” fajnie działałoby to na zasadzie wyszczególnienia wtrącenia, ale w tej chwili wygląda na niepotrzebne.


Nawet fikuśny domek strzelił focha i wypluł kociołek ze stali nierdzewnej, zwalając młodą czarownicę z nóg. – Rozumiem, że całość jest utrzymana w lekkim tonie, ale nie jestem pewna, czy określenie „strzelił focha” pasuje do narracji. Po prostu reszta nie wskazuje na to, że będziesz używać aż takich kolokwializmów, więc – gdy już się pojawiają – wyglądają na wyciągnięte z innej bajki.


Członkowie Ostatecznej Grupy Ratunkowej znani byli z gwałtowności i rozmachu swoich działań. Jako że wysyłano ich do zadań, których wykonanie było równie niebezpieczne, co podejście do gniazda wściekłych harpii, zwykło się mawiać, że poranną kawę pijali z Kostuchą, a dopiero później ich dzień robił się ciekawy. – Powtórzenie byli/było.


Domek na kurzej stopie zaczyna biegać po polanie:

Młodzież rozpierzchła się na wszystkie strony, starając się czmychnąć przed śmiercionośną łapą i równocześnie nie trafić w zasięg oszalałych gałęzi.


Dalej piszesz, że:

Ku rozczarowaniu młodych czarodziejek i czarodziejów, domek został unieruchomiony, zanim zdołał uciec w głąb lasu. – Nie sądzisz, że to trochę kłóci się z tym, co napisałaś nieco wyżej?


Upaćkane okulary w prostokątnych czerwonych oprawkach założyła na głowę, więc zmuszona była mrużyć lekko oczy. – Zmuszona była lekko mrużyć oczy. Partykuła wzmacnia wyraz, przed którym stoi, więc powinno stawiać się je przed, nie po.


– Co się tam stało, Leta? – zapytała Sasza, wyciskając wodę z długiego blond warkocza. – To żaden zarzut, bo język ewoluuje i nie ma w tym nic złego, ale generalnie „Sasza” to u naszych rosyjskich sąsiadów zdrobnienie od „Aleksander” (bywa, że i od „Aleksandra”). Do dziś urzędy czasem nie chcą rejestrować tego imienia jako żeńskiego i samodzielnego.


W scenie, w której Arleta rozmawia z koleżankami, masz trzy dziewczyny, Arletę, Saszę, Elę.

Dziewczyna spróbowała wytrzeć twarz, ale skorzystanie z równie lepkiego rękawa w niczym nie pomogło, zaś czerwonoczarna chustka w smoki, którą wręczyła jej Sasza, już po chwili stała się niezdatna do użytku. – Drogą dedukcji można się domyślić, że nie chodzi o Saszę (występuje w dalszej części zdania), ale nadal nie wiadomo, czy to Arleta czy może Ela. Robisz tu coś o nazwie garden-path sentence. Czyli zdanie jest gramatycznie poprawne, jednak czytelnik musi się zastanowić, o co dokładnie chodzi. Czasem lepiej powtórzyć imię bohatera/ki niż pozostawiać pole do domysłów. A i przy okazji, skoro już tu jesteśmy: „zaś” stawiamy raczej na drugim miejscu w zdaniu. 


Saszka, nawet bez okularów na smukłym, orlim nosie, dostrzegła, jak Elka wywraca intensywnie zielonymi oczami i momentalnie stanęła w obronie przyjaciółki.

– Jakby tobie poszło lepiej!

– Przynajmniej nie próbowałam nikogo zabić!

– Ależ skąd, ty tylko przepowiadasz ludziom brutalną śmierć! – Ponieważ trudno odgadnąć, co i kto mówi, warto po „obronie przyjaciółki” zamiast kropki postawić dwukropek.


Leta uniosła pytająco brwi, więc Sasza poczuła się w obowiązku dodać: – Pytająco uniosła brwi (przykład jak wyżej).


Czuła się wystarczająco zmaltretowana i nie potrzebowała dodatkowych atrakcji w postaci zmiażdżonych nóg i nowiutkich butów do wyrzucenia. – Przed chwilą jej buty tonęły w magicznej pianie, czy i to nie mogło ich zniszczyć?


Arleta[,] zaskoczona odpowiedzią, przestała zwracać uwagę na osła. – „Zaskoczona odpowiedzią” można śmiało uznać za wtrącenie.


Krzyk brzmiał tak desperacko, że nawet Nastka oderwała się na chwilę od zbierania rozrzuconych po polanie, całkiem już zniszczonych[,] notatek. – A tutaj ostatni przecinek zbędny.



Rozdział 2

Tym razem jednak musiała poświęcić upalne czerwcowe przedpołudnie na zrobienie czegoś, z czym sobie nie radziła. Musiała wziąć się w garść i udowodnić, że potrafi wykonać zadanie wylosowane na egzaminie, jeśli zamierzała podejść do drugiego terminu, oczywiście. – Pewnie wiesz, co zaraz powiem. ;) Partykuła na początek. Chyba że masz na myśli, że jednak musiała, a nie jednak tym razem. Przy okazji: powtórzenie.


W powietrzu, oprócz smrodu eliksiru, unosił się zapach świeżych ziół i czosnku przybitego nad łóżkiem (obok łapacza snów) dla obrony przed wampirami (i koszmarami), którego nie maskowała nawet miodowa woń dziewanny[,] zasadzonej pod oknem. – Czosnek w stanie surowym nie pachnie jakoś bardzo intensywnie. Chyba że się go obierze z łupinek i przekroi ząbek czy dwa. Ale to można zrzucić na jakieś, ja wiem, wzmocnienie magiczne? Ostatni przecinek zbędny.


Zazwyczaj czarne, szare i białe, choć zdarzały się nieco bardziej egzotyczne, czerwone lub zielone odmiany należące do papug. – To bardziej kosmetyka, ale po „egzotyczne” wstawiłabym dwukropek. 


Dyńcia była jednak za mała, aby je wszystkie pomieścić, dlatego na widoku pozostały tylko najpiękniejsze okazy, podczas gdy reszta leżała smętnie poupychana w pudłach. – Ponownie, partykuła przed wyraz, który wzmacnia. Zależnie od tego, czy „smętnie leżały” czy były „smętnie poupychane”.


Dziewczyna [Sasza] miała rękę do zaklęć, ale zupełnie nie radziła sobie z opieką nad roślinami; każdy kwiat pozostawiony pod jej opieką usychał w ciągu kilku dni. Właśnie dlatego oblała pierwszy termin egzaminu, który polegał na zaprezentowaniu trzech sposobów poradzenia sobie z mandragorą (choć odmówiła udzielenia konkretniejszych wyjaśnień). – Tak, wiemy, wspominałaś o tym w pierwszym rozdziale. Raz wystarczy, to dla czytelnika dość świeża informacja.



Rozdział 3

Koniec końców podpisy zdobywali prześladowcy-altruiści ("nie przestanę cię gnębić, dopóki nie pozwolisz mi sobie pomóc!") albo początkujący kryminaliści-wnuczkowie ("babcia mi świadkiem, tak cię przeklnę...!"). – W języku polskim stosujemy tzw. cudzysłowy drukarskie: „ jako otwierający i ” jako zamykający. Można sobie ustawić w Wordzie, żeby tworzyły się automatycznie. Da się również w Google Docs, jeśli nie masz Worda, a jeśli nie chcesz się z tym męczyć, to warto zapamiętać ich skróty klawiaturowe: alt + 0132 na klawiaturze numerycznej dla otwierającego oraz alt + 0148 dla zamykającego.


– Na pewno nie tutaj – powiedziała lekko poirytowana Baba Jaga, jak zwykle wyłaniając się z tajemniczych drzwi. Naprawdę muszę to kiedyś sprawdzić – pomyślała Arleta. – Co z ciebie za czarownica, skoro panikujesz na widok małej żmijki? Sasza, Arleta, mam nadzieję, że grządki nie noszą żadnych śladów użytkowania, w przeciwnym razie macie to natychmiast zmienić. Juglans... bądź po prostu mniej juglansowy. – Myśli Arlety powinny znaleźć się w osobnym akapicie, bo w tym wypadku można się pogubić z dialogiem Baby Jagi.



Rozdział 4

Nie dostrzegłszy nikogo, chwyciła krótką łodygę i zaparła się mocno nogami. – Mocno zaparła się nogami.


Uspokoiła się dopiero, gdy liście przestały drżeć. – Uspokoiła się, dopiero gdy liście przestały drżeć. Podobnie jak w przypadku „mimo że” przecinek stawiamy przed całym wyrażeniem.


Jak tylko zdjęła słuchawki, jej uszy zaatakowały dźwięki, na które zazwyczaj nie zwracała uwagi. Szum drzew, śpiew ptaków i szmer płynącego niedaleko strumyka wydały jej się niezwykle głośne. Z chwilowego oszołomienia wyrwał ją dopiero worek z resztkami nawozu, który przy pierwszym silniejszym podmuchu wylądował na jej twarzy. – Trochę zaimków się namnożyło. :) Plus – w moim odczuciu – lepiej brzmiałoby „wydały się jej”.


Bo jak ktoś trzymał mandragorę w wejściu, to co czaiło się za domem? Mantykora – zdawała się podpowiadać podświadomość. Wesoło pogwizdując, podeszła do studni. – Brakuje podmiotu. Teraz można się zastanawiać, czy to podświadomość podeszła do studni, wesoło przy tym gwiżdżąc.


– Ale tak na sto procent? – Juglaś kończył już pierwszy kufel Tyskiego. – Jesteś przedstawicielem marki Tyskie? :D A tak na poważnie: sugeruję napisanie po prostu „piwa”. Różnie bywa ze stosowaniem prawdziwych nazw produktów. Czasem jest to problematyczne, nie mówię oczywiście, że w tym przypadku, ale jeśli przedstawiciel firmy by to – w czysto hipotetycznej sytuacji – znalazł i uznał za niezbyt pochlebne… znasz ciąg dalszy.


Machał wolno ogonem, z nonszalancją, której niejeden rasowy kot mógłby mu pozazdrościć. – Wolno machał ogonem.



Rozdział 5

Nie, żeby temperatura miała jakiekolwiek znaczenie – cztery razy w roku szczyt Łysej Góry otaczano zaklęciem regulującym warunki klimatyczne, co pozwalało na zabawę do białego rana. – W konstrukcji „nie żeby coś tam…” nie używamy przecinka.



Rozdział 6

Imp obserwował swoją właścicielkę czujnie z mięciutkiej poduszki, gotów w każdej chwili wyskoczyć przez okno. – Imp czujnie obserwował… A „swoją” do wycięcia. Wiemy przecież, że nie kogoś innego.


Od kilku lat marzył jej się zakup porządnej, żaroodpornej chochli z kości smoka, ale na drodze zawsze stawały jej inne wydatki, jak choćby nowa miotła. – Warto ciąć zaimki wszędzie tam, gdzie to możliwe. Nawet jeśli nie są powtórzeniami. Jeśli zdanie ma bez nich sens – warto je wyrzucać, bo poprawia to dynamikę tekstu.


Sasza zamruczała pocieszająco, choć zupełnie nie rozumiała[,] dlaczego dla Lety to tak wielki problem.


Czemu twoi bohaterowie są tacy niemądrzy? To naprawdę nie świadczy o nich dobrze, gdy dziwią się zwolnieniu z pracy po nazwaniu szefa idiotą. Trudno z nimi sympatyzować, bo jeśli Sasza zachowuje się bucowato, nie zaskarbisz tym jej sympatii.


Zabieg z przydzieleniem Artura jako korepetytora Arlecie jest okropnie przewidywalny – wiem, że celujesz tym tekstem w coś lekkiego i przyjemnego, ale byłoby fajnie czasem zaskoczyć czytelnika. 


Sasza rozpaliła już ogień, a Arleta nie zauważyła nawet, kiedy pojawiły się przed nimi kociołki z potrzebnymi składnikami. – Sasza już rozpaliła ogień.


Arleta zapaliła z powrotem ogień i mieszała eliksir, dopóki łopian całkowicie się nie rozpuścił. – Arleta z powrotem rozpaliła ogień. Zapalić można palenisko pod kociołkiem. Ogień można rozpalić. No i, oczywiście, partykuła.


– Masz jakiś problem ze sposobem, w jaki prowadzę moje zajęcia? – zapytała złowieszczym tonem Baba Jaga, trzymając w ręce dymiącą jeszcze różdżkę. – Jeszcze dymiącą.


Ze wszystkich korepetytorów, to właśnie Artur przychodzi poznać Arletę. Mierżą też trochę opisy wskazujące na to, że Artur jest bożyszczem wszystkich młodych czarownic. Gary Stu jak się patrzy. Wchodzi do chatki Baby Jagi jak do siebie, przerywa jej zajęcia i choć wcześniej za nieposłuszeństwo ta częściowo zamienia Arletę w osła, to nic sobie nie robi z Artura. I jeszcze chłopak, jakby nigdy nic, drapie Arletę za uchem – gdybym miała korepetytora, który naruszałby w ten sposób moją przestrzeń osobistą, uciekałabym, gdzie pieprz rośnie.



Rozdział 7

Wbrew sobie, jej uszy wypełniała właśnie ta symfonia, za każdym razem, gdy miała złe przeczucia. – Arleta sama mogłaby zrobić coś wbrew sobie i tego nie rozumieć. Ale gdy coś działo się poza jej kontrolą: „wbrew jej woli, uszy wypełniała…”.


Nie mniej jednak Dyńcia chyba jeszcze nigdy nie była tak wysprzątana. – W tym wypadku niemniej, łącznie. Bo to znaczy tyle, co mimo to.


Lub – jak kto woli – szafa w rogu tak napęczniała. Wystawało z niej pojedyncze postrzępione pióro w kolorze wyblakłej zieleni. Leta z trudem zwalczyła chęć otworzenia szafy, żeby wepchnąć je na miejsce – już raz popełniła ten błąd i została pogrzebana żywcem w stercie ubrań, opasłych tomiszczy (auć!), piór, przyrządów do warzenia eliksirów (niektórych całkiem ostro zakończonych) i wielu, wielu innych upchniętych byle jak rzeczy. – Powtórzenie. Przy okazji, właśnie o takiej komedii na siłę mówię. Arleta jest niezdarna, nieokrzesana, nieporadna… wszystko robi na opak. I pewnie, to byłoby śmieszne, gdyby nie fakt, że Arleta jest wyjątkowa inaczej na każdym polu. Jeden zabawny przymiot, może dwa – pewnie. Ale absolutnie wszystko? Taką postać trudno lubić, bo jest tak wyjątkowa, że aż męcząca.


Jak pamięć sięga[,] Stefan był w stosunku do niej mocno nadopiekuńczy, ale jego reakcje zazwyczaj ograniczały się do zarośnięcia wejścia, ewentualnie lekkiego zaczepienia o ubranie gościa.



Rozdział 8

Tak właśnie zginę: spalona na wiór przez smoczy ogień – pomyślała teatralnie młoda wiedźma, aktualnie sparaliżowana strachem. – No i dobrze, przynajmniej nie zbłaźnię się bardziej przed Arturem. Może nawet czasem mnie wspomni? – Jak na sparaliżowanie strachem to całkiem trzeźwe myśli, nie sądzisz?


Powinna była wiedzieć, że Saszka, podająca jej adres swojej nowej pracy, nie powinna być aż tak szczęśliwa.


Dudniący odgłos wydobywający się ze smoczych trzewi przybrał na sile, Arleta czuła już żar ognia na twarzy, a na myśl o mdlącym zapachu zwęglonej skóry zrobiło jej się słabo. Ale nic nie przygotowało jej na smród, który nadszedł ze smoczej paszczy, ani na towarzyszący mu dźwięk.


Ok, ślinienie się do Artura i rozpływanie się nad jego uśmiechem co drugą linijkę jest dość żenujące.


Odłożyła miotłę na swoje miejsce przy drzwiach, koniecznie witkami do góry, żeby Imp ich nie odgryzł, choć tak naprawdę było jej już wszystko jedno. – Tak, wiemy, powtarzałaś to już… kilka razy. To całkowicie zrozumiałe, że życie pożera czas i nie zawsze jest go dość na pisanie, ale możliwe, że to, co dla ciebie wydarzyło się w tekście kilka miesięcy temu lub nawet rok wcześniej, dla czytelnika było ledwie na poprzedniej stronie. Warto wziąć to pod uwagę.


Co[,] jeśli straci magię? Co[,] jeśli naprawdę się jej wyrzekną?


(choć[,] prawdę powiedziawszy[,] i z magią pewnie nie odważyłaby się wkroczyć na ich terytorium; trolle były wielkie, śmierdzące, a człowieka tolerowały tylko jako źródło szybkiego zarobku albo krwawą miazgę na ich maczudze)


Nie mogła pobierać opłat za usługi magiczne, dopóki nie otrzyma licencji na czarowanie, a nic innego nie potrafiła robić. – Problem polega na tym, że Arleta i czarować za bardzo nie potrafi, a przynajmniej jako taką nieporadną dziewczynkę ją przedstawiasz.


Kiedy Arleta po raz pierwszy odwiedziła Saszę w domu, została wytarmoszona za policzki, zwymyślana od anemicznych patyków i nakarmiona schabowym z ziemniakami, a później dopchana trzema dokładkami ciasta z rabarbarem. W skrytości ducha zastanawiała się, czy nie jest tuczona tak jak Jaś i Małgosia, na obiad dla wiedźmy, ale z ustami pełnymi najlepszej pod słońcem babki cytrynowej stwierdziła, że nawet jeśli, to było, kurczę, warto! – Wiem, że to świat magii, ale warto pilnować, żeby ciasto z rabarbarem nie transformowało się niespodziewanie w babkę cytrynową. :)


Zaklęła pod nosem i zwyzywała go całkiem na głos, nie przebierając w słowach. – A można zwyzywać kogoś nie całkiem na głos? Albo być nie całkiem w ciąży? Po prostu: na głos.



Rozdział 9

– Nie tym razem, kolego! – wykrzyknął radośnie blondyn, przeskakując nad rośliną, czym przyprawił Arletę o palpitację serca, bo przyszedł całe trzy minuty przed czasem i nie wszystko zostało jeszcze wepchnięte do szafy w ramach sprzątania. – Co ile tak właściwie odbywały się korepetycje? Bo wygląda na to, jakby Arleta codziennie musiała robić porządki stulecia. No i ciągle humorek typu upychanie wszystkiego w szafie niczym w kreskówce. Brakuje tylko tego, żeby szafa wybuchła. Aż chciałoby się Arletą potrząsnąć i zapytać, dlaczego nie posprząta jak normalny człowiek.



Rozdział 10

Problem z twoim tekstem mam taki, że zapowiadał się naprawdę dobrze, ale im dalej, tym więcej ślinienia się do Artura, a poza tym wszystko kręci się wokół pecha Arlety. Rozumiem zamysł na tekst, ale w tej formie naprawdę trudno czuć jakieś pozytywne uczucia do bohaterów. Artur jest panem idealnym, w dodatku absolutnie każda inna postać do niego wzdycha – jakoś od połowy tekstu kręcimy się wokół tych dwóch motywów.


– O, Arletko, obudziłaś się już? – Artur wszedł do Dyńci, w ślad za Impem. – Bez przecinka po „Dyńci”.


– Nie powinnaś wstawać, wracaj do łóżka. Nakarmię tylko Impa i podam ci eliksir leczniczy. – Tylko nakarmię Impa. Teraz wygląda tak, jakby w domu Arlety było więcej zwierząt, ale Artur chciał nakarmić wyłącznie Impa. Wiem, że to dialog, a ludzie nie zawsze mówią hiperpoprawnie, ale błędnie umieszczone partykuły to twoja największa bolączka, jeśli chodzi o poprawność.


– Gdzie w takim razie jestem? – zapytał Artur, konspiracyjnym szeptem. – Przecinek niepotrzebny.


I ponownie, już któryś raz jest tak, że pojedyncze wydarzenie z końcówki rozdziału popycha fabułę do przodu, mówiąc coś o Impie. Ale i tak doceniam, że w ogóle coś w tym kierunku się dzieje.



Rozdział 11

Pokręciła tylko głową, zmieszana, z lekkim uśmiechem na twarzy – miną zarezerwowaną dla swojej pechowej przyjaciółki. – Tylko pokręciła głową. Teraz wychodzi na to, że pokręciła wyłącznie głową, a reszta ciała pozostała niewzruszona.


Otworzyła ostrożnie jedno oko i zobaczyła, że Zeflik dziwnie na nią patrzył. – Po prostu: oko. W języku polskim liczba pojedyncza warunkuje to, że to jedno oko. Nie trzeba dookreślać.


Czy trzy siatki słodyczy na pewno wystarczą? – zastanawiała się Arleta, wychodząc ze sklepu z lizakiem w ustach. Choć reklamówki ważyły kilka kilogramów, zamiast dociążać obolałe stopy, zdawały się dodawać im skrzydeł. – O, właśnie o tym mówię. Cała komedia opierająca się na przesadzie. Jak słodycze, to kilka kg i trzy siatki, jak pech, to cały czas, jak postać jest lubiana, to tak bardzo, że aż wszyscy dookoła mają mokre majtki na samo jej wspomnienie. To trochę taki jeden żart, który jest już okropnie wytarty, bo od początku opowiadania nie dajesz nam niczego innego. Trudno oczekiwać, żeby ciągle jechać na tym samym repertuarze i oczekiwać, że ta sama publika ciągle będzie się śmiać.


Kostek, zaintrygowany szelestem, uchylił leniwie jedno oko, skanując otoczenie. – Leniwie uchylił oko.


Z poczuciem spełnionego obowiązku i reklamówką pełną jarzębiny, zeszła z drzewa. – Bez przecinka.



Podsumowanie

Twój tekst to nie do końca moja bajka (oczywiście to nic złego, są różne gusta i guściki, zwłaszcza że nie piszesz źle). Niektóre żarty są w porządku (bluzgające kociołki – swoją drogą nie myślałaś o nazwaniu ich gaciołki? W końcu to połączenie „gaduły” i „kociołka”, ale… z odwróconą kolejnością użytych wyrazów) i trafiają do czytelnika, kiedy większość wydaje się dość infantylna i z użyciem naprawdę mocno przesadzonej hiperboli (np. dochodzący z oddali krzyk, który słyszy Sasza, gdy Arleta decyduje się kąpać kota czy kupowanie kilku siatek słodyczy, kiedy Arlety nie stać na nową miotłę). Mam problem z określeniem targetu tego tekstu – zdecydowanie nie masz zamiaru pisać dla dzieci, jednak ten rodzaj humoru w takim natężeniu bardziej pasuje mi do dzieci właśnie.


A czasem wpadają również żarty niezbyt smaczne, jak ten, gdy mdłości wywołane patroszeniem zwierzęcia (czyli sprawa raczej daleka od śmieszności) wieńczysz żarcikiem o wymiotowaniu na grządkę marchwi. A dalej już „beczka śmiechu” w postaci cucenia koleżanki w poprzez położenie na jej brzuchu żmii (nie, to tak nie działa, nieprzytomna osoba nie ocknie się tylko dlatego, że coś się na niej położyło), co czytałam z lekkim zmieszaniem oraz ciarkami wstydu. Wiem, że ma być lekko i zabawnie, ale trochę tego za dużo i zbyt nachalnie.


Koniec końców humor opiera się ciągle na tym samym: ktoś się przewraca, wpada na kogoś, ktoś wymiotuje, nikt nie umie za dobrze latać na miotle i ma twarde lądowanie. Przy piątym rozdziale stało się to naprawdę nużące.


Dużym problemem twojego tekstu jest to, że na siłę starasz się każde zdanie uczynić zabawnym i momentami sięgasz po żarty z repertuaru wujka Staszka, gwoździa każdej imprezy. A czasem już w ogóle – zwłaszcza z salamandrą, której pomylono płeć – trąciło humorkiem z polskich kabaretów i najśmieszniejszym żartem wszech czasów: CHŁOPEM PRZEBRANYM ZA BABĘ. Może odbiór tych humorystycznych wtrętów byłby w moim przypadku lepszy, gdybyś dała mi czas na oddech i przetrawienie żartów, nie atakując kolejnym co linijkę.


Przy żartach tak dalece przehiperbolizowanych (jest takie słowo? Nie ma? To tworzę!) fabuła, której i tak tu niewiele, schodzi na dalszy plan.


Mam wrażenie, że nie przemyślałaś również tego, co i w jakim czasie dzieje się w twoim tekście. Adepci przychodzą na zajęcia, a te się kończą, ledwie je rozpoczęto. Wszak Baba Jaga omówiła niezdane egzaminy, po czym wzięła wiewiórkę, wykroiła z niej bebechy i – ledwie linijkę czy dwie później – koniec zajęć. Jeśli tak wyglądały wszystkie lekcje magii, to trudno się dziwić, że aż tyle osób nie zdało.


Podobnie miała się sprawa nieco wcześniej, gdzie Arletę odwiedziła koleżanka – zamieniła z nią dwa słowa, a następnie wyszła. Postacie wchodzą gdzieś, rzucają kwestię i wychodzą. To dość nienaturalne. Warto zadbać, żeby takie sceny miały odbicie w rzeczywistości. Nie musisz szczegółowo opisywać trwającego godzinę spotkania, ale warto zasugerować czytelnikowi, że pewne rzeczy działy się gdzieś poza deskami teatru. Chociaż zdecydowanie chętniej poczytałabym o takich magicznych zajęciach właśnie niż o ślinieniu się do Artura czy kupowaniu kilku siatek słodyczy.


Nie wiem również, jak długie planujesz to opowiadanie – oczywistym jest, że im krótsze, tym trudniej powiedzieć coś o bohaterach i trzeba korzystać, kiedy tylko można, ale masz w tekście ogrom ekspozycji. Przyznam, że są to ekspozycje ładnie napisane – nie ma tu mowy o opisywaniu postaci od stóp do głów z całym bagażem określeń pokroju „zielonooki” czy „czarnowłosa”. Jednocześnie – jako czytelnik – wolałabym, żeby pewne rzeczy wynikały z tekstu, a nie szybkiego wypisania backstory bohatera. Wiemy na przykład, że Juglans bał się magicznych stworzeń po nieprzyjemnym starciu z jednym. Niech to da się dostrzec w jego zachowaniu, kiedy na jakieś stworzenie wpadnie (właściwie na samym początku dałaś znać – w końcu oblał przez to egzamin), zamiast pisać wprost, że Juglans bał się stworzeń i kazać czytelnikowi wierzyć na słowo. Niech to będzie dla czytelnika oczywiste dzięki zachowaniu Juglansa, a nie suchym stwierdzeniom faktów. Niech bohater zadrży, myląc cień na ścianie z postacią domowika, niech zapyta, czy ten odgłos, którzy wszyscy inni zignorowali, to nie był stękający domowik. Będzie bardziej naturalnie.


Skoro już przy opisach bohaterów jesteśmy, kolejnym mankamentem jest to, że masz tendencję do powtarzania raz już podanych informacji. Nie ma w tym nic złego, o ile przypominasz coś czytelnikowi po jakimś czasie. Problem pojawia się, gdy, jak w tym przypadku, łopatologicznie przypominasz o czymś rozdział po rozdziale. W pierwszym zaznaczyłaś, że Ela oblała egzamin, bo nigdy nie radziła sobie z roślinami, w drugim napisałaś to samo, tylko innymi słowami.


Nadal pozostając przy samych bohaterach, choć już nie ich opisach: Arlecie dzieje się tyle nieszczęśliwych przypadków i tylu rzeczy nie potrafi, że to taka Mary Sue – ale w drugą stronę (trąci Bellą Swan). Tylko w ciągu kilku chwil latający dywan odmawia współpracy, studnię zajmuje złośliwe stworzenie, magiczna roślina na niego nie działa, Imp nie chce Arlecie pomóc; ta brudzi się błotem, nie może wystartować miotłą, a gdy już tego dokonuje, lądowanie wygląda jak numer cyrkowy. A to wszystko na przestrzeni jednej strony A4. Trochę się przejadłam.


I nie jest to problem tylko Arlety, bo humor w Imp, pomógłbyś! opiera się wyłącznie na tym, że coś komuś znowu się nie udaje lub że bohater wykazał się wybitnym brakiem pomyślunku – szczyt zażenowania osiągnęłam, gdy Sasza była niesamowicie zdziwiona, gdy została zwolniona z pracy po tym, jak nazwała szefa kompletnym idiotą.


Trochę szkoda, że postacie w tym opowiadaniu są jednowymiarowe – definiujesz ich przez jeden przymiot ich charakteru. Juglaś na wszystko trzęsie portkami, Sasza fiksuje się na smokach, Elka ślini się do Artura, Leta jest życiową ciamajdą. Niby coś tam próbujesz przekazać, że Sasza nie jest najlepsza w przypadku roślin, ale – ponownie – musimy wierzyć na słowo.


Jeśli miałabym do czegoś jeszcze zastrzeżenie, to chyba do imion. Mamy tu niezłą mieszankę. Są imiona typowo słowiańskie, ale przy tym dość współczesne (Sasza, Arleta, Ela), aż tu nagle pojawia się Cederella czy Belvina. Trochę dziwnie to brzmi z typowo polskimi, wspólnymi nazwiskami typu „Iwaszkiewicz” (którego właściciele w dodatku pochodzą z Rosji). Nawet biorąc pod uwagę konwencję rural fantasy i nieco inne realia od naszych, trochę tu namieszałaś. I, tak właściwie, nie sposób określić, w jakim czasie wszystko się dzieje, bo miejscami jakby czas się zatrzymał, a miejscami są też magiczne radioodbiorniki, rozmowy o Pokemonach.


Jak na mój gust nieco za dużo tu pustych słów oraz pisku nad cudownością Artura, a za mało fabuły. Tak, tekst ma być lekki, wiem, rozumiem, ale miejscami to takie hajskulowe opko, że momentami trochę obrażasz inteligencję czytelnika. A szkoda, bo – jeśli chodzi o poprawność i styl – jest naprawdę dobrze. Gdyby tylko nie te natrętne śmieszki wpychane na siłę, w każdej linijce, zdaniu, a najlepiej słowie, nieco bardziej złożeni bohaterowie i rzadsze wzdychanie do Artura, byłoby naprawdę super. 


Na przestrzeni przeszło dziesięciu rozdziałów fabuła prawie wcale nie posunęła się do przodu a z wielu scen nic nie wynika – są ładne i okrąglutkie, ale to tyle. Nie rozwijają relacji bohaterów, niespecjalnie budują też tło ani nie popychają fabuły do przodu (w końcu Arlecie cały rozdział zajmuje to, by w ogóle zebrać się do czytania notatek przygotowanych przez Artura i dopiero na samiusieńkim końcu jest krztyna informacji, która może sugerować, że Imp rzeczywiście może nie być normalnym kotem). Jakby na koniec rozdziału przypominało ci się, że wypadałoby też dodać coś dla rozwoju fabuły.


Zajęcia są tylko wspomniane, ale nic się na nich nie dzieje, a Artur, zamiast udzielać Arlecie obiecanych korepetycji, tylko zachwyca się ogrodem albo nagle decyduje się nią opiekować, kiedy jest chora. Rety, przecież to niemalże zupełnie obcy człowiek – nie wydaje ci się to dziwne, żeby tak po prostu wchodził do mieszkania, parzył ziółka, sprzątał, a ostatecznie kładł się spać i doglądał niemal obcej koleżanki? I robi to Artur, a nie któreś z rzekomych przyjaciół Arlety. Gdzie oni się podziewali? Sasza ma pracę, to jeszcze zrozumiałe, ale w takim razie czy Artur ma nieograniczone zasoby wolnego czasu, że może sobie tak siedzieć dzień i noc? I jeszcze to, jak mówi do niej Arletko, ugh, aż mam ciarki niepokoju i zażenowania wykwitające na skórze.


Wersja podsumowania tl;dr

Trochę mniej śmieszków (to, że tekst ma być lekki i zabawny, nie znaczy, że hehe żarcik musi być w każdym zdaniu i słowie). Jeśli już się pojawiają: przydałby się nieco bogatszy repertuar. Męczenie tego samego i – w moim odczuciu – wcale nie tak zabawnego żartu nie jest ani fajne, ani nie pomaga twoim postaciom. Przeciwnie. Budowanie każdego bohatera na jednej cesze (Sasza: smoki, Arleta: pech, Juglans: strach przed magicznymi stworzeniami, Artur: idealność) sprawia, że są płytkie, trudno z nimi sympatyzować i z chęcią śledzić ich poczynania. Bo czytelnik wie, co stanie się zaraz: Arlecie znowu coś się nie uda, Sasza będzie paplać o smokach, Juglans będzie się czegoś bał, Artur będzie miał głębokie spojrzenie i będzie idealny. Nuda. Nic więcej o tych postaciach powiedzieć nie potrafię, a Elki prawie w ogóle nie pamiętam. W ogóle od momentu korków z Arturem paczka przyjaciół Arlety pojawia się tylko po to, żeby powiedzieć dwa, może trzy słowa i na tym kończy się ich rola w tekście. Dziwny dobór imion czy powtarzanie tych samych informacji rozdział po rozdziale to naprawdę nieduże mankamenty. Sporo problemów przynosi ci szyk, zwłaszcza miejsce partykuły w zdaniu, w efekcie czego tworzą się dziwne potworki językowe i zmienia się sens wypowiedzi czy narracji. Poza tym poziom poprawności jest naprawdę przyzwoity, a samą narrację odbiera się przyjemnie (gdyby nie to wiadro śmieszków, które rozlewa się co chwilę). Fabuły jest jak na lekarstwo – na przestrzeni ponad dziesięciu rozdziałów wydarzyły się może trzy czy cztery rzeczy naprawdę warte uwagi (chociaż może sporo mi umyka, nie wiem). To, że Imp niekoniecznie jest kotem, oblanie egzaminu + korepetycje (chociaż ten wątek wydaje się być spłycony na rzecz wpatrywania się w Artura jak w obrazek) i to, że do domu Arlety same przychodzą rośliny oraz stworzenia. A także pech głównej bohaterki, którego naprawdę trudno nie zauważyć. Opowiadanie jest ładnie i całkiem poprawnie napisane, ale w moim odczuciu to jednak wydmuszka. Trochę szkoda, bo początek zapowiadał się naprawdę fajnie – w końcu grupa wiedźm nie zdała egzaminów, bo każdy wylosował to, w czym był najsłabszy. I właśnie o tej nauce do poprawki oraz o dochodzeniu, dlaczego tak się stało z losowaniem, wolałabym przeczytać, zamiast co rozdział wzdychać ze zmęczeniem nad pięknymi oczami Artura – bo tak bardzo starałaś się mnie przekonać, że jest super i idealny, że osiągnęłaś odwrotny efekt.


Ogólnie tekst nie jest zły. Ale z drugiej strony nie potrafię też nazwać go dobrym.


Przeciętny z małym plusem.


Za betę ocenki dziękuję Fen i Elektrowni. ♥


7 komentarzy:

  1. Dziękuję za ocenę. Nie uważam, że musiałam na nią długo czekać. Poszło ci znacznie szybciej niż mnie napisanie rozdziału :D
    Nie będę się odnosić do wszystkich uwag językowych, bo myślę, że to bez sensu, odpowiem na te bardziej. Dziękuję, że wypisałaś wszystko, co wpadło ci w oko, na pewno każdą uwagę przeanalizuję. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że przestawianie wyrazów jest błędem, według mnie zdania napisane w ten sposób czasem po prostu lepiej brzmią, aczkolwiek na pewno je poprawię :)
    Ogółem akcja toczy się w alternatywnej Polsce, więc zakładam pewne zmiany w stosunku do obecnej sytuacji, stąd imiona takie jak Belvina, Cedrella, Juglans, które pochodzą od łacińskich nazw roślin, wymieszane są ze staropolskim Jaromirem, popularną Elżbietą, czy dość nowoczesną Arletą. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mogłoby to komuś wadzić. Sasza wzięła się stąd, że żadne imię nie pasowało mi do tej postaci, aż zdecydowałam się na Aleksandrę, ale że to moje własne imię, to dziwnie się go używało, dlatego Ola zyskała rosyjskie korzenie i stała się Saszką (jest to imię zarówno męskie, jak i żeńskie, więc raczej nie będę go zmieniać, może gdzieś dopiszę wyjaśnienie, że "w papierach" jest Aleksandrą). Jeśli chodzi o jej nazwisko, oparłam się na Wikipedii "Od XV wieku za szczególny przywilej uznawano dodanie do imienia ojca końcówki -wicz: Jarosławowicz, Wsiesławowicz, Dobrynowicz", zrobiłam więc "Iwaszkiewicz", bo "Iwankiewicz" jakoś mi nie odpowiadało.
    Również za względu na to piwo Tyskie pojawiło się imiennie, wymieszane z Jasnym Elfem, żeby dać znać, że akcja rozgrywa się w Polsce,ale takiej alternatywnej.

    Ogółem po ocenie w Konstruktywnej Krytyce Blogów mocno wzięłam się za opowiadanie. Większość zmian póki co leży na dysku, na bloga wrzuciłam tylko niewielkie poprawki (zmieniłam niektóre zdania, wyeliminowałam powtórzenia, zaimki, które rzuciły mi się w oczy itd.). W wersji "dyskowej" zmian jest więcej, np. pierwszy rozdział zaczyna się teraz tak: "Arleta Zakrzewska była wiedźmą drobnej postury, ale swoją obecność zaznaczała z nawiązką i z przytupem ogromem pecha, który wisiał nad nią niczym sęp nad dogorywającą padliną." (ale możliwe, że nie jest to ostateczna wersja :D). W kwestii większych zmian: zrezygnowałam z lekcji powtórzeniowych u Baby Jagi (nie ma więc w ogóle haruspicji), jest tylko pojedyncza wizyta, na której Baba Jaga rozdziela namiary na korepetytorów, a Arleta kończy z oślimi uszami i poznaje Artura (do postaci Artura i Arlety oraz pecha tej drugiej wrócę trochę później). Dopisałam też nowy rozdział (między dotychczasowym rozdziałem 2 i 3), w którym Arleta dla odmiany zalicza zadanie z egzaminu, żeby pokazać, że jest w stanie coś zrobić dobrze, choć nie obywa się bez małego potknięcia. Rozwinęłam znacząco sabat, który zajmuje teraz dwa rozdziały (6 i 7), w którym poznajemy między innymi rodzinę Arlety z wiecznie "idealnym" kuzynostwem, dowiadujemy się o tym, że jako dziecko Arleta sprowadziła do domu Licho i pomimo tego, że szybko się go pozbyto, Arlecie pech pozostał. Rozpisałam też trochę bardziej pierwsze korki Arlety i rozwinęłam wątek zepsutej miotły.
    W gruncie rzeczy wszystko to, co pojawiło się do tej pory, w tym korki Artura, które będą czasem odnosiły pozytywny skutek, choroba roślin, zepsuta miotła i wizyta dębu Bartka będzie miała istotny wpływ na dalszą fabułę.

    Jeśli chodzi o pecha Arlety - sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, niżby się na pierwszy rzut oka mogło wydawać. Zaczęłam już zostawiać pewne wskazówki tu i tam (w wersji dyskowej), że to nie jest takie zwykłe roztrzepanie, staram się też pokazać trochę bardziej proaktywną postawę w walce z Pechem (stąd poradniki, amulety szczęścia, czasem coś jej wyjdzie, jak się bardzo mocno postara, brak funduszy wynika z tego, że odkłada na wizytę u klątwiarza, a na pracę nie ma co liczyć, bo momentalnie atakuje Pech). Spróbuję jeszcze przystopować z pechowymi przygodami, ale zamysł był taki, żeby nikt nie miał wątpliwości, że coś jest nie tak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kwestia Artura - wziął się on stąd, że miałam dość typowych badboyów w wątkach romantycznych. Chciałam kogoś tak miłego i pomocnego, jak to tylko możliwe. Być może przesadziłam z jego opisem, to moja pierwsza próba pisania humorystycznej historii i cały czas szukam równowagi - wiadomo, jeden żart wyjdzie lepiej, jeden gorzej. Zasadniczo zachwyty Arlety miały na początku być takim szczenięcym idealizowaniem chłopaka, w którym się podkochuje, a wraz z kolejnymi korkami miała dostrzegać, że jednak nie jest idealny.
      "I jeszcze to, jak mówi do niej Arletko, ugh, aż mam ciarki niepokoju i zażenowania wykwitające na skórze." - czemu? Że niby traktuje ją jak dziecko?

      Co do pozostałych przyjaciół - o ile w przypadku Juglasia i Elki mogę się zgodzić, że są słabo opisani, bo nie odgrywają specjalnie dużej roli w życiu Arlety, to Sasza, myślę, nie jest całkiem ok. Pomijając jej fascynację smokami, jest też przyzwoitą przyjaciółką, i jest dość szara moralnie. Możesz rozwinąć, dlaczego uważasz, że jest postacią, nazwijmy to, jednej cechy?

      Możliwe, że zauważyłaś, że opowiadanie zaczęłam pisać aż 6 lat temu. Sama już nie wiem, czy powtórzenia wynikają z tego faktu, czy z późniejszych poprawek. To z Saszą i roślinami już zauważyłam i poprawiłam (znowu - na dysku).

      A tak jeszcze przy okazji zapytam, co sądzisz o sposobie rozpoczynania kolejnych rozdziałów w połączeniu z ostatnimi zdaniami poprzednich rozdziałów?
      Pisałam rozdziały w tak dużych przerwach, że starałam się zawsze rozpoczynać jakimś chwytliwym zdaniem, ale mam wrażenie, że jak się czyta rozdział po rozdziale, bez żadnej przerwy, to mogą się trochę gryźć. Nie wiem tylko, czy faktycznie jest to problem, czy jestem przewrażliwiona.

      Usuń
    2. Generalnie no ok, rozumiem tłumaczenia, ale z drugiej strony... nie rozumiem po co mi się tłumaczysz? W sensie ja oceniałam tekst dostępny na blogu, nie gdzieś na Twoim dysku. Fajnie, że nad nim pracujesz i on tam gdzieś jest, ale to nie jest clou tej oceny.

      Problem z Arturem mam taki, że na siłę czynisz go idealnym - takich ludzi nie ma. Nie trzeba lecieć ze skrajności w skrajność. Bohater może być miłym i prostym człowiekiem, łagodnym i cierpliwym, ale jednocześnie być np. niechlujny – dla zachowania rónowagi. Ja w tej chwili mam wrażenie, że Artur należy do jakiejś religijnej sekty pokroju świadków Jehowy, którzy są milutcy do wymiotów, ale jednocześnie jest w nich coś niepokojącego, jak na nich patrzysz. A za zamkniętymi drzwiami typ morduje rodzinę z psychopatycznym uśmiechem na ustach.

      (piszę z anonima, bo jestem w pracy)

      Usuń
    3. "I jeszcze to, jak mówi do niej Arletko, ugh, aż mam ciarki niepokoju i zażenowania wykwitające na skórze." - czemu? Że niby traktuje ją jak dziecko? – nie, zupełnie. Jakby mi jakiś niemalże obcy typ, który w dodatku ma być moim korepetytorem (a więc być jakoś profesjonalny) zaczął Izusiować albo Izabelkować, to czułabym się niekomfortowo.

      Możesz rozwinąć, dlaczego uważasz, że jest postacią, nazwijmy to, jednej cechy? – Sasza, jak i inni bohaterowie, pojawia się na dwie chwilę, wyrzuci dwie kwestie, z czego jedna jest o smokach, i znika. Rozumiem, że nie każda postać musi mieć strasznie długi czas antenowy, ale Twoim postaciom po prostu brakuje tła. Bo nawet jeśli, jak sama mówisz, robisz Saszę szarą moralnie, to nadal przedstawiasz to jako śmieszny hehe żarcik, taka tam klątewka – a postacie przechodzą obok tego zupełnie na luzie, dzień jak co dzień, Sasza znowu zrobiła komuś krzywdę. Komedia czy nie, ludzie tak nie reagują.

      Możliwe, że zauważyłaś, że opowiadanie zaczęłam pisać aż 6 lat temu. – No dobrze, ale co z tego? Ja swój tekst też piszę długo, od ośmiu lat, jak nie więcej (jeśli liczyć, powiedzmy, prototyp mojego tekstu, to byłoby i dziesięć). I obecna wersja zupełnie nie przypomina tej sprzed niemal dekady. Pewnie, chciałabym mieć więcej czasu i napisać wszystko szybko, ale dużo czasu poświęcam na wracanie i szlifowanie tego, co już mam. Nieraz wywracałam wszystko do góry nogami albo po prostu wszystko wyrzucałam. Mam wrażenie, że trochę bardziej próbujesz usprawiedliwić się przed samą sobą niż przede mną.

      A tak jeszcze przy okazji zapytam, co sądzisz o sposobie rozpoczynania kolejnych rozdziałów w połączeniu z ostatnimi zdaniami poprzednich rozdziałów? – moim zdaniem zabieg jak zabieg, jeśli ma sens (znam na przykład osobę, której tekstu zwyczajnie nie ma jak podzielić na części, bo trudno wyznaczyć granicę, więc np. u niej by się to sprawdziło), to się sprawdzi. Jeśli od nowego rozdziału zmienia się perspektywa na innego bohatera lub jest jakiś przeskok w czasie, wtedy raczej trudno z tego korzystać. :)

      Usuń
    4. Daję po prostu znać, że pracuję nad historią i napomykam, w jakim kierunku poszłam. Nie kłócę się z twoją oceną, po prostu rozmowa w komentarzach na innej ocenialni dała mi wiele nowych pomysłów :)

      Rozumiem. Trochę się w takim razie rozminęłam z zamysłem w przypadku Artura. Zasadniczo jego wadą na tym etapie miało być to, że się zafiksował na punkcie zagadki ogródka do tego stopnia, że zapomniał o obowiązkach.

      Co do Saszy - to jest lekkie, humorystyczne opowiadanie, więc ciężko w wybranych momentach nagle traktować je ze stuprocentową powagą. Jakoś mi do konwencji wzywanie policji przez Letę nie pasowało xD Musiałabym w takim razie zrezygnować z szarej moralności (i możliwe, że z innych tematów też), a to by jeszcze bardziej wypłaszczyło postać Saszy. Osobiście lubię tę postać taką, jaka jest, a tę scenę uważam za całkiem udaną :)

      Co do pisania tego opowiadania od 6 lat, chodziło mi o to, że w tym czasie powstało zaledwie 11 rozdziałów, więc nie da się ukryć, że piszę dość nieregularnie. Im więcej razy czytam napisane już rozdziały, tym pobieżniej na nie patrzę (niezamierzenie, po prostu pewne fragmenty znam na pamięć, pewne wyrzuciłam, więc coś może się wydawać nie do końca wyjaśnione, jeszcze inne dopisałam). Stwierdzam tylko fakt, że niektóre aspekty, jak powtarzanie pewnych wiadomości, może wynikać właśnie z tego. Nie mam wątpliwości co do tego, że jest to błąd, który należy poprawić.

      Jeszcze raz dzięki za ocenę :)

      Usuń
    5. W porządku, po prostu źle to odebrałam w takim razie. :)

      Myślę, że wystarczyłaby jedna, krótka myśl Arlety, że Artur zdaje się być bardziej zainteresowany jej ogródkiem niż korepetycjami, które miał prowadzić.

      No i to jest w porządku – różnie są ludzie i różne gusta. Pewnie po prostu mamy różne poczucie humoru i różne rzeczy do nas trafiają. :)

      A to sama gdzieś w ocenie zauważyłam, że pewnie niektóre rzeczy wynikają z tego, że mało kiedy siadasz do tekstu. Niech sobie te powtórzenia będą, nie przejmuj się nimi – na spokojnie napisz pierwszy szkic tego tekstu, a dopiero potem bierz się za jego konkretne poprawianie. Tym bardziej, że to rzecz, którą dość łatwo wybaczyć, to nie jest jakiś karygodny błąd, który wykręca na lewą stronę przy czytaniu. Z doświadczenia wiem, że jeśli zafiksujesz się na samym poprawianiu, to zamiast pisać dalej, będziesz w kółko poprawiać to, co już napisałaś. Dokończ historię, a potem dopiero dokładaj kolejne wątki, które przyjdą Ci do głowy i szukaj dla nich sensownego miejsca w tekście, usuwaj to, czego jest za dużo i przepisuj to, co nie do końca w Twoim odczuciu wyszło. :)

      Usuń
  2. Edit:
    "Nie będę się odnosić do wszystkich uwag językowych, bo myślę, że to bez sensu, odpowiem na te bardziej [ogólne]." - coś mi zjadło słowo :D
    "Jeśli chodzi o jej nazwisko, oparłam się na Wikipedii "Od XV wieku za szczególny przywilej uznawano dodanie do imienia ojca końcówki -wicz: Jarosławowicz, Wsiesławowicz, Dobrynowicz", zrobiłam więc "Iwaszkiewicz", bo "Iwankiewicz" jakoś mi nie odpowiadało." - tu zapomniałam dopisać, że Iwanowicz też mi nie pasowało, bo "Sasza Iwanowicz" miało według mnie wydźwięk męski, więc po małych perturbacjach stanęło na "Iwaszkiewicz", co też fajnie brzmi w odmienionej formie "Iwaszkiewiczówna".

    OdpowiedzUsuń