[238] ocena: Dobre smoki


Ilustracja: https://iron-throne-roleplay.fandom.com/wiki


Tytuł: Dobre smoki
Autorka: Zuzka03K
Gatunek: fanfiction Gra o Tron
Oceniają: Forfeit i Skoiastel


Zanim przejdziemy do właściwej części oceny, wspomnimy tylko, kto i jak będzie oceniał twoją pracę. Otóż Forfeit, która czytała „Pieśń Lodu i Ognia”, zwróci uwagę na zgodności – i ewentualne niezgodności – fabularne, natomiast Skoia, która zna tylko serial, spojrzy na twój tekst okiem świeżynki, nieczytającej wcześniej Martina. Nie zna też ogólnej stylizacji „Pieśni…”, może więc zdarzyć się tak, że zwróci uwagę na pewne narracyjne niuanse, które jej nie podejdą, ale pasować będą do oryginału. Musisz jej to wybaczyć i, jak zwykle, wszystkie nasze uwagi niedotyczące technikaliów przesiać przez sitko własnych doświadczeń i preferencji. Pamiętaj, że niczego nie narzucamy.
Ale chętnie coś zasugerujemy.




Naerys I

Jeden z rozdziałów Siedmioramiennej Gwiazdy, księgi bogów
Doktryna Ekcepcjonalizmu – Ekscepcjonalizmu.

 

Razem z tym obowiązkiem, [przecinek zbędny] dostali również niesłychaną odporność.

 

Okej, rozumiem, że pierwsze akapity to cytaty pochodzące z księgi bogów i że ich stylizacja zapewne ma być nużąca i męcząca, ale nie do końca jestem przekonana, czy zaczynanie rozdziału od tak długiego, trudnego i wymagającego fragmentu jest dobrym pomysłem. Na końcu tego akapitu nie pamiętam już jego początku, ba, nie pamiętam nawet jego środka i właściwie nie wiem, co przeczytałam, więc czytam dwa razy. Przy pierwszym, zanim dotarłam do podpisu i poznałam, że to cytaty z księgi, a nie stylizacja narracji, napisałam spory akapit oceny o tym, jak szybko zdążyłam się znudzić. Edytowałam go, gdy trafiłam na sygnaturę, ale za chwilę pomyślałam: hej! no w porządku, może to być i cytat, tylko czy jednak dobrym pomysłem jest od niego zaczynać – tak bez uprzedzenia? Ilu odbiorców sprawdzi stylizację pierwszego akapitu i zniechęci się, odpuści, bo początek będzie wydawał się drętwy? Nie wiadomo, ale osobiście nie ryzykowałabym. Może wystarczyłoby go po prostu trochę skrócić, ograniczając do najważniejszych informacji, a może podzielić na mniejsze akapity – by już na wstępie nie odstraszać potencjalnego czytelnika ścianą tekstu? Może czasem przerwać ją reakcjami bohaterki, która też wydaje się coraz bardziej znużona, by nie czuł się on w tych rozmyśleniach samotny i przy okazji od razu mógł wczuwać się w postać…? Do przemyślenia.
Edit: W dalszej części tekstu okazuje się, że Naerys nie jest znużona lekturą, co właściwie mnie zaskoczyło. Zostawię tu jednak ten fragment, abyś miała świadomość, jak odbiorcy mogą interpretować tę scenę.

 

Tak więc, jako nagrodę za wykonanie tego zadania[,] i my powinniśmy uszanować ich tradycje (…).

Podpisano przez Septona Bartha, [przecinek zbędny]
Namiestnika Królewskiego i skromnego sługę bogów. [zbędna kropka]

Z wszystkimi innymi podpisami tak samo, np.:
Podpisano przez Jaehaerysa[,] Pierwszego Jego Imienia z rodu Targaryenów,
króla Rhoynarów, Andalów i Pierwszych Ludzi, obrońcę Siedmiu Królestw, [przecinek zbędny]
oraz przez jego siostro-żonę, królową Alysanne z rodu Targaryenów. [zbędna kropka]

 

Tak jak i listów elektronicznych nie kończy się:
Z wyrazami szacunku, [przecinek zbędny]
Alicja Gajda. [kropka zbędna]

Czy:
Pozdrawiam, [zbędny]
Skoiastel, [zbędny]
Oceniająca z ekipy WS. [zbędna]

Tak i pism urzędowych, publicznych i tak dalej nie kończy się przecinkami i innymi znakami, a – na przykład – tak: [KLIK] i po polsku: [KLIK].

(…) popełnią oni grzech ciężki, dla którego należy się kara. – Za który należy się kara.

Jednocześnie oświadczam, że członkowie dynastii Targaryenów mają pełne prawo na kontynuacje małżeństw pomiędzy braćmi a siostrami – bardziej oficjalnie: pełne prawo do kontynuowania…

Daję im na to moje błogosławieństwo, [przecinek zbędny] od teraz, aż do końca świata.

(…) odsunęła się od niej jak oparzona, [przecinek zbędny] tak szybko, że na chwilę zabrakło jej tchu.

Jasnoszara okładka, której widok zwykle jej [ją] uspokajał, przyprawiała teraz niemal o palpitacje serca. Teraz niemal obok siebie źle brzmią. Sugeruję: teraz przyprawiała niemal o palpitacje…

Wszyscy w Czerwonej Twierdzy wiedzieli o jej słabościach, dlatego jej pokoje były ustawione w ten sposób, by w łatwy sposób mogła dojść do komnat członków jej rodziny, omijając większość stromych schodów. – Zapewne sama widzisz, że ocena zaczyna przypominać betę. Nie przejmuj się – to normalne, ponieważ na tym etapie trudno coś więcej powiedzieć o samej fabule. Poznaliśmy jej za mało, jednocześnie w oczy rzucają się drobnostki z rodzaju tych wyszczególnionych powyżej. A to znaczy, że tekst jest względnie czysty (przy czym nadal warty redakcji) i zapowiada się naprawdę dobrze.
Może:
Wszyscy w Czerwonej Twierdzy wiedzieli o jej słabościach, dlatego pokoje Naerys były ustawione tak, by w łatwy sposób mogła dojść do komnat członków swojej rodziny, omijając większość stromych schodów.

Przerażała ją myśl, co by było, gdyby stało się to jeszcze raz i to wtedy, gdy jest [była] sama. – Może: Co by było, gdyby stało się to jeszcze raz i to akurat wtedy, gdy znalazłaby się całkiem sama…?

„Jednak musiała to zrobić, by uspokoić swoje serce, które podpowiadało jej, by spotykała się z nim tak długo, jak jest wolna. To tylko myśli, które pochodzą z mojego naiwnego, kobiecego serca, skarciła się”.

Gdy na ostatnim stopniu poczuła nawracający ból, zachwiała się i upadłaby, gdyby nie chwyciła się w porę muru. (…) gdyby w porę nie chwyciła się muru. Właściwie dziwnie brzmi tutaj również połączenie chwycić muru. Trochę kolokwialnie jak na tekst, który od początku stylizowany na kolokwialny nie jest, nie sądzisz? Może: przytrzymała się muru? Oparła się (lub plecy, dłoń, cokolwiek?) o niego?

Zacisnęła oczy i wypuściła powietrze, starając się nie myśleć o drugim bracie. – Lepiej: powieki.

Wzięła jeszcze jeden głęboki oddech i ostrożnie ruszyła dalej. Już słyszała brzęk stali i pojedyncze głośniejsze westchnienia. Ruszyła przed siebie, a w jej sercu pojawiła się na nowo radość, [przecinek zbędny] albo coś bardzo podobnego. – Szyk: (…) a w jej sercu na nowo pojawiła się (…).

Gdy wyszła zza rogu, jej spojrzenie natychmiast spoczęło na Aemonie. Swoje s[S]rebrne włosy związał w lekki kucyk, a na ciemnobeżowej koszuli widziała ślady zabrudzeń. Miał zaciętą minę, gdy atakował swojego przyjaciela, Corwyna Cole'a. – Dodatkowo nie za bardzo rozumiem, co właściwie oznacza w lekki kucyk. Związał włosy tak, że mimo wszystko luźne kosmyki spływały mu na ramiona czy może coś zupełnie innego...? Jeśli wstążka była lekko zaciśnięta, może: lekko związał w kucyk.

Zauważyła, że walczy zupełnie inaczej niż dotychczas - zwykle jego ruchy były przede wszystkich[m] finezyjne i szybkie.

Wiedziała, że Corwyn jest dobrym wojownikiem, ale z jej bratem mało kto mógł się równać. W pewnym momencie Aemon zrobił szybki fint i nagle znalazł się tuż przy przyjacielu, zmuszając go do gwałtownego odchylenia się do tyłu. Cole z ciężkim jękiem upadł na plecy, a zbrojmistrz Czerwonej Twierdzy, ser Rydwan[,] podszedł do nich [do tych pleców?] ze zmarszczonymi brwiami. – Ten fragment nie jest przesadnie dynamiczny. Mam wrażenie, że wypchałaś go do granic możliwości – jakbyś myślała, że każdy czasownik musi mieć swoje dookreślenie, jakiś przymiotnik czy przysłówek. Niepotrzebnie! Tak naprawdę to właśnie one sprawiają, że nie czyta się w tempie, wykonywane ruchy nie są dynamiczne, a więc akapit się dłuży. Spójrz:
Aemon zrobił szybki fint i znalazł się tuż przy Corwynie, zmuszając go do odchylenia w tył. Cole z ciężkim jękiem upadł na plecy, a zbrojmistrz Czerwonej Twierdzy, ser Rydwan, podszedł bliżej ze zmarszczonymi brwiami.

- Dobrze, ser Rydwanie. - Głos jej brata był bardziej suchy i zimny niż dotychczas. Odwrócił się [ten głos?] do nich plecami i jego mina natychmiast się zmieniła, gdy ją [tę minę?] zobaczył. – Trochę namieszałaś w podmiotach. Ponadto dziwny szyk; da się to ubrać chronologicznie, by reakcja następowała po akcji, nie odwrotnie:
- Dobrze, ser Rydwanie. - Głos jej brata był bardziej suchy i zimny niż dotychczas. // Aemon odwrócił się do nich plecami, a gdy tylko zobaczył siostrę, jego mina natychmiast się zmieniła.

- (…) Chłopak był już na nogach. Skinął głową w stronę Aemona. - Zostawię was już samych. // Aemon kiwnął głową, a na jego twarzy dostrzegła wiele emocji.

Zagryzła wargi, czując[,] jak łzy napływają jej do oczu.

Miała dwie harfy - jedną wyższą od siebie, ozdabianą masą perłową, która stała w jej komnacie[,] i drugą, mniejszą, z wyrzeźbionym śpiącym smokiem, którą dało się przenosić z miejsca na miejsce. – Mimo wszystko brzmi to tak, jakby w komnacie nie stała harfa, a masa perłowa. Może: Miała dwie harfy - jedną w zdobienia z masy perłowej, wyższą od siebie, która stała w jej komnacie, i drugą, mniejszą, z wyrzeźbionym śpiącym smokiem, którą dało się przenosić z miejsca na miejsce. Lub właściwie jakkolwiek inaczej – byleby masa i która nie znajdowały się bezpośrednio obok siebie.

- (…) Miał łagodny głos. - Bardzo zbladłaś, musiałaś się mocno zmęczyć.
Skąd wiesz, że zbladłam, skoro na co dzień wyglądam jak duch? Czasem miała wrażenie, że jej brat znał ją lepiej niż ona siebie. – Podoba mi się, jak nienachalnie, bez ekspozycji, za to naturalnie przemyciłaś ten element wyglądu głównej postaci. Zdecydowanie na plus.

Postawił harfę pod altaną, tak, by stała w cieniu i następnie przyniósł jeszcze krzesło z oparciem, by miała gdzie usiąść [ta harfa miała gdzie usiąść…?]. – Albo:
Postawił harfę pod altaną tak, by stała w cieniu.
Albo:
Postawił harfę pod altaną, tak by stała w cieniu.
Możesz sobie wybrać, w tym przypadku nie gra to większej roli, jednak dwa przecinki do zdecydowany przesyt.

Warto, żebyś zaczęła przykładać większą uwagę także do podmiotów. W pierwszej części zdania czasownik stała dotyczy harfy. Każdy kolejny odmieniony w żeńskiej osobie będzie więc dotyczył właśnie jej. Jeśli chcesz przejść do Naerys – musisz przytoczyć jej podmiot: imię, płeć (dziewczynka – biorąc pod uwagę wiek) lub chociażby status (księżniczka) albo pokrewieństwo z postacią, od której perspektywy wychodzisz we fragmencie (tu akurat masz Aemona, który przyniósł harfę dla siostry). Warto również trzymać się ścisłej puli określeń podmiotu – jeśli je namnożysz, czytelnik straci orientację, o kim właściwie w danym momencie mu opowiadasz. W dalszej części tekstu nie będę wypisywać podobnych potknięć, ewentualnie najbardziej rzucające się w oczy przykłady, jednak całość będziesz musiała przejrzeć pod tym kątem samodzielnie. 


O, ledwo kawałek dalej:
Tak naprawdę nie wiedziała[,] co chce zagrać, ale gdy ruszyła palcami, melodia popłynęła sama. Czuła [ta melodia?] spojrzenia swojego brata, gdy śpiewała kolejne zwrotki pieśni o Siedmiu, które wychwalały ich zalety. Jednak gdy doszła do ostatniej zwrotki, poczuła drżenie swojego głosu, a Aemon odwrócił wzrok.

Twój tekst pełen jest także powtórzeń. Jakbyś nie czytała go powoli i na głos przed publikacją, co jest absolutną podstawą i pozwala na wyeliminowanie podobnych potknięć. Powtórzenia naprawdę kłują w uszy (w oczy – zdecydowanie mniej); w ich eliminacji pomóc może „szukajka” wordowska czy ta z dokumentów Google (bez znaczenia, gdzie piszesz). Możesz wyszukać pojedynczy spójnik typu: „ i ” (celowo ze spacjami!) albo „gdy” i „któr” (koniecznie bez końcówki, by znaleźć wszystkie ewentualne odmiany). Na pewno jako autorka masz też jakieś swoje ulubione słówka (ja na przykład nadużywam: „potem”, „jednak”, „niemal” czy „tylko”) i je także możesz wyszukiwać. Teraz za wcześnie, bym mogła określić, jakie frazy występują za często; gdybym miała jednak od czegoś zacząć, w twoim przypadku zaczęłabym od „swój” (koniecznie przez „o”, by wyszukać również ewentualne „swoje” itp.), „czuł”, „gdy” oraz „jego”.


Aemon I

Jak tylko wszedł do komnaty, poczuł mocny zapach liliowych perfum. Uśmiechnął się pod nosem i przeszedł do salonu, w którym siedziała jego siostra. Gdy ją zobaczył, poczuł ukłucie w sercu.
O, i znów zgrabnie wplotłaś w scenę kolejny szczegół dotyczący Naerys, który pomaga mi ją sobie wyobrazić. Nie wrzuciłaś wszystkich detali naraz, ale dawkujesz je świadomie, pobudzając wyobraźnię: Naerys siedziała na stołku, a służąca upinała jej kaptur tak, by całkowicie zakrywał jej srebrno-złote włosy. – Jednocześnie For pamięta, że w książkach włosy niektórych kobiet z rodu Targaryenów były złotosrebrne. Pisownia oddzielna świadczy o tym, że dziewczyna ma np. pasemka i te dwa kolory się nie mieszają. Martin opisywał jednak włosy o jednolitej barwie – w takim wypadku obowiązuje zapis łączny.

 

Zobaczył, że na jej kolanach leżała otwarta Siedmioramienna Gwiazda; wiedział, że była to zdecydowanie jej ulubiona książka i nie było praktycznie dnia, w którym by nie przeczytała przynajmniej jednego rozdziału. – Czy tytułu nie powinnaś zawrzeć w cudzysłowie?
Ach, więc to była ulubiona książka Naerys? Widzisz, a ja sądziłam, że bohaterka czytała ją, bo musiała (na przykład w ramach nauk), a nie dlatego, że ją lubiła. Jak wspomniałam na początku oceny, stylizacja cytatów książki była dla mnie męcząca i nużąca, a po nich od razu nastąpiło takie zdanie:
Gdy tylko Naerys przeczytała ostatnie zdanie, natychmiast zatrzasnęła grubą księgę i odsunęła się od niej jak oparzona, tak szybko, że na chwilę zabrakło jej tchu. – Wyobraziłam sobie wtedy, że tak jak ja, Naerys miała dość ciężkostrawności i natychmiastowe zatrzaśnięcie oraz odsunięcie się od książki było oznaką zniechęcenia lekturą.
Za to Forfeit, znająca kanon i historię Targaryenów, od razu zrozumiała, że Naerys jest zniesmaczona tym, co właśnie przeczytała, bo będzie się to wiązać z jej przyszłością, a przecież dziewczyna jest mocno wierząca. Zauważyła, że bardzo ważna religia i niestabilna przyszłość zetknęły się ze sobą, co spowodowało gwałtowne emocje.




Naerys uniosła głowę i wstała z uśmiechem. Podeszła do niego i przytuliła się mocno, a on przez chwilę czuł się tak, jakby ta cała decyzja nie została podjęta; tak[,] jakby wciąż mieli nadzieję. Gdy odsunęła się [ta decyzja?] od niego, skinął głową do służących.

- Możecie zostawić nas z siostrą samych.

Skłonili się i wyszli. Gdy Naerys odprowadziła ich wzrokiem, zobaczył, że ma nowe kolczyki.

 

On zaś usiłował powstrzymać narastającą w nim zazdrość, na myśl o tym, że już jutro Naerys będzie żoną Aegona. // - No cóż - odezwał się cicho. - Mam nadzieję, że będą pasowały do naszyjnika.

Uniosła ku niemu twarz, lekko zaskoczona. On zaś sięgnął do kieszeni wewnątrz kaftana i wyjął woreczek.

Niby nic, ale jednak – bardzo dużo słów i konstrukcji, powtarzanych w bliskiej od siebie odległości, czyni ten tekst poślednim. À propos: On zaś usiłował powstrzymać narastającą w nim zazdrość, na myśl o tym, że już jutro Naerys będzie żoną Aegona. – Lepiej: On zaś usiłował powstrzymać zazdrość, narastającą w nim na myśl o tym, że już jutro Naerys będzie żoną Aegona. 

 

Przedstawiał on dwa srebrne smoki, [przecinek zbędny] o ciemnofioletowych oczach. 

 

Ten fragment jest bardzo dobry:

Znów stanęła z nim twarzą w twarz i gdy tym razem uniosła ku niemu spojrzenie, w jej oczach zobaczył smutek. Ale także coś innego. Może nadzieję?

- Żałuję, że nie jestem w stanie kochać Aegona tak, jak kobieta kocha mężczyznę - szepnęła, lekko się rumieniąc. - Ale dziś w Siedmioramiennej Gwieździe czytałam, że jeśli kobieta przeżyła swoje przedmałżeńskie życie, będąc dobrą i pobożną sługą bogów, jej małżeństwo będzie przez nich siedmiokrotnie pobłogosławione. - Lekko ścisnęła jego dłoń. - Jak myślisz, Aemonie, czy udało mi się to zrobić? Czy udało mi się być dobrym człowiekiem? Dobrym sługą bogów?

Musiał zagryźć wargi, by powstrzymać łzy napływające do oczu. Czasem mam wrażenie, że jesteś świętsza od tych wszystkich septonów i sept, które spotykam w tym mieście. Czasem myślę, że jesteś lepsza od tych bóstw, w które tak mocno wierzymy.

Podoba mi się naturalność myśli twoich postaci oraz to, że emocje, które bohaterowie przeżywają, zdają się prawdziwe. Nie wskazujesz zachowań ani myśli, które byłyby nad wyraz, nie naciskasz tu i ówdzie za mocno, by przekonać mnie na siłę, że postaciom jest bardzo ciężko. Wyczytuje się to i przeżywa wraz z nimi, tekst na poziomie emocjonalnym działa bardzo dobrze. Nie budujesz dramą, a atmosfera tekstu od początku rozdziału, choć pozostaje spójna, nadal rozwija się z każdym kolejnym zdaniem. To się zwyczajnie czuje i łatwo wszystko kupić, współczując zarówno Naerys, jak i Aemonowi.

 

Kawałek dalej dostaję taki motyw:

- Oczywiście, że tak. - Pocałował jej czoło. - Muszę już iść, siostrzyczko. Pamiętaj, zjedz dziś wszystko[,] co ci dadzą. Dowiem się, jeśli tego nie zrobisz. - Zrobił niby srogą minę, a ona [ta mina?] się zaśmiała.

- Pamiętam o tym, Aemonie.

I to też jest bardzo fajne, bo chociaż myślą bohatera oddałaś przed chwilą dość emocjonalny ciężar, zachowanie postaci obrazuje coś zupełnie innego. Pokazujesz, że Aemon nie odkrywa wszystkich kart, można więc poznać, że przekłada spokój siostry nad własne żale. Takie fragmenty jak ten świetnie obrazują charakter bohatera. Przemycasz go w tekście; od początku nie dostrzegłam praktycznie ani jednej męczącej ekspozycji o tym, jakie są twoje postaci – ty to po prostu pokazujesz, wykorzystując każdą sposobność sceniczną. Czuję, że trudno będzie wypowiadać się na tematy fabularne i narracyjne inaczej, niż mówiąc ci: hej, Zuzka, dobra robota! Jednocześnie tym bardziej trochę jednak przypał, że tyle tu roboty, która uczyniłaby ten tekst bardziej poprawny pod względem technikaliów. Aż chciałoby się, by był już czyściutki, bo ewidentnie na to zasługuje. 

 

(…) w tamtym momencie się obudziłaś i byłaś przerażona[,] co bogowie sobie pomyślą. 

 

- Jutro jest twój wielki dzień i musisz być silna jak smok. – Oh, i te nawiązania do świata, nienachalnie przypominające czytelnikowi, w jakim uniwersum przebywa… Miód na serce!

 

- Wiem, że to głupie pytanie, ale... będziesz jutro?
Jeszcze raz zacisnął zęby i ścisnął wargi. Wiedział o tym, że ten ślub będzie dla niego torturą. Bo jak niby będzie mógł patrzeć, jak brat bierze jego Naerys za żonę?

 

Jedynie[,] co zrobił[,] to kiwnął głową, a następnie chwycił ją [tę głowę?] za dłoń.

 

Gdy przyglądał się[,] jak goście zbierają się w sepcie Czerwonej Twierdzy, spojrzał spod[e] łba na Aegona, który stał na podwyższeniu, żartując ze swoimi towarzyszami. – No to albo się przyglądał gościom, albo patrzył spode łba na Aegona. Bo to się wyklucza.

 

- (…) Poza tym, [przecinek zbędny] na pewno widziałeś ją w kapturze.

- Tak, te[,] którymi zakrywa głowę.Tak, w tych, którymi… Albo: Tak, to te, którymi…

 

Jeśli nie będziesz wiedział, co jej kupić na dzień imienia - który mam nadzieję, że pamiętasz[,] jest już za miesiąc - lub rocznicę, podaruj jej taki kaptur. 

 

Najlepiej srebrny, [przecinek zbędny] bądź liliowy czy purpurowy. 

 

Pierwsze[,] o czym będę musiał pamiętać, to ograniczenie tych jej wypraw do septu. 

 

Przyglądał się w milczeniu[,] jak Viserys prowadzi ją przez środek septu. 

 

Stamtąd w końcu pochodziła ich matka. (…) Larra Rogare odeszła jednak wiele lat temu i Aemon nie potrafił przypomnieć sobie twarzy matki. – Lżej: jej twarzy.

 

W milczeniu przyglądał się całej ceremonii, [przecinek zbędny] przeprowadzanej przez Wielkiego Septona. 

 

Scena, w której piszesz o zaślubinach, jest wyważona. Nieprzesadnie szczegółowa, bo wspominasz tylko o najważniejszych elementach ceremonii takich jak tradycja zarzucania płaszczu, za to bogata w przeżycia wewnętrzne Aemona. To dobrze – oto czas, by jeszcze bliżej przyjrzeć się jego sylwetce psychologicznej. Zdziwiłam się jednak, że Aemon na wspomnienie rozczarowującego go dialogu z Aegonem zareagował nijak. Ono pojawiło się w jego pamięci, zacytowałaś rozmowę, ale po niej Aemon wydawał się niewzruszony, pomyślał tylko: Ach, Naerys. Komu oddaje cię nasz ojciec?, jakby wspomnienie to nie było aż tak bolesne i poruszające; brakuje również gestów, mimiki ukazującej reakcję. A przecież wcześniej bohater realnie przejmował się losem siostry. 

 

Patrzył[,] jak jego ojciec zdejmuje płaszcz z pleców Naerys i jak Aegon zarzuca jej na ramiona swój. Nie odwrócił wzroku nawet wtedy, gdy Aegon pocałował ją, [przecinek zbędny] ani gdy zamknął ich dłonie w uścisku podczas mówienia przysiąg. – Może: podczas składania przysiąg?

 

Z każdym kolejnym elementem ceremonii zastanawiał się[,] kiedy w końcu obudzi się z tego koszmaru. – Chyba lubisz słowo „element”. Dobrze pamiętam kaptur jako element garderoby Naerys, ozdoby będące elementami jej sukienki, teraz mamy też element ceremonii… Szczerze? To słowo wydaje się sztywne i ogólnikowe, poza tym łatwo zastąpić je czymś bardziej plastycznym, literackim. Kaptur mógłby być po prostu częścią garderoby, czarna suknia mogłaby mieć czerwone zdobienia, a Aemon – zastanawiać się nad pobudką z każdym kolejnym etapem ceremonii. 

 

Uroczystość jednak trwała i w końcu wszyscy skierowali się na wesele, a myśl, że to tylko sen[,] coraz bardziej zanikała. 

 

Patrzył[,] jak Aegon śmieje się ze wszystkimi dookoła i pije kolejne porcje wina, a Naerys siedzi koło niego samotna. Po chwili wstał i wyciągnął dłoń w stronę siostry, zapraszając ją do tańca. Przyjęła jego zaproszenie i Aemon patrzył, jak powoli schodzi za bratem ze stopni. Nie zniosę tego na trzeźwo, pomyślał, nalewając sobie drugi kielich wina. – Powtórzone „wino” nie rzucałoby się w oczy tak bardzo, gdyby oba przykłady nie stały w miejscu akcentu.


Aemon znał tę melodię, więc wiedział[,] kiedy będzie koniec. 

 

- Zatańczysz ze mną, Aemonie? - Mała Rhaena pojawiła się za jego plecami. – Przecież to nie wypada, by kobieta prosiła do tańca. Czy na dworze Targaryenów nie obowiązywała etykieta? Wiem, że Rhaena ma tylko sześć lat, ale dziewczynki były uczone właściwego zachowania od urodzenia. 

 

„- Zawsze myślałam, że to ty ożenisz się z Naerys - powiedziała.

- Ja też tak myślałem. - Oboje tak myśleliśmy. Bądź co bądź, nie jesteśmy z głównej linii. Po co więc przestrzegać jakichś starożytnych zasad?

Wcześniej myśli zapisywałaś kursywą, teraz ustawiłaś pochyły tekst tylko dla fragmentu, który chcesz wyróżnić. Wygląda to więc jak mieszanie form formatowania. 

 

Mimowolnie zagryzł zęby, widząc[,] jak ten mocno trzyma dłoń Naerys. 

 

Pierwsze[,] czym się zajmiemy[,] to twoją wytrzymałością. Pierwszym, czym się zajmiemy, to twoją wytrzymałością. Albo: Pierwsze, czym się zajmiemy, to twoja wytrzymałość.

 

Rzuciłby się na niego, gdyby nie silne ramię, które złapało go od tylu. – Tyłu.

 

- Aemon, dosyć! - Głos Corwyna przywrócił mu zdrowy rozsądek. - A ty, Aegon, zostaw Naerys w spokoju. Widzisz przecież, że dziewczyna trzyma się ledwo co na nogach. – Czy Corwyn mimo wszystko nie powinien zwracać się tytułami do książąt? Szczególnie na weselu przy wielu gościach. Nadal jest przecież podwładnym. 

 

Gdy dotarli do schodów, praktycznie musiał ją nieść, więc tłum rozstąpił się przed nim. Rzucał [ten tłum?] wściekłe spojrzenia w stronę tych, co szeptali między sobą, aż w końcu dotarł do ich części sali. – Ich, czyli tych szeptających…?

 

- Co się stało, Naerys? - Usłyszał zmartwiony głos ojca. - Wezwać maestra? – Maestera. 

Według A. Wolańskiego, PWN: usłyszał od małej. [źródło] Dalej bez kropki:

- Nie, ojcze. [zbędna] - szepnęła. 

Przy kolejnych rozdziałach, gdy rozwinie się fabuła, nie będę już taka szczegółowa ad technikaliów.

 

- Jedyne[,] co się stało, to ten ślub. - On sam warknął cicho.

 

W milczeniu przyglądał się[,] jak ojciec schodzi po stopniach (…). 

 

Nie umiał mu odpowiedzieć, zamiast tego spojrzał w kierunku mężczyzn, którzy unieśli jego siostrę do góry i przy kolejnych żartach i słowach piosenki zrywali z niej resztki sukni.Pleonazm. Nie da się unieść do dołu. 

 

Doskonale wiedział[,] o co chodziło chłopakowi i zamierzał wprowadzić to w życie.


Do końca było bardzo emocjonująco. Potrafisz żonglować uczuciami w sposób zręczny – tak, by nie przypominało to męczącej sinusoidy; tego rollercoastera, o którym często piszemy. Potrafiłam wpierw cieszyć się z poznawania postaci, by następnie poznać Aegona, zacząć bardzo współczuć Aemonowi, z którego perspektywy poprowadziłaś scenę. Gdy Naerys osłabła w tańcu, jej także zrobiło mi się żal, poczułam realną troskę, która zmniejszyła się w czasie dialogu o ciastkach. Ucieszyła mnie ta drobnostka, jednak na krótko, bo kawałek dalej powrócił temat pokładzin, o których zdążyłam zapomnieć. I motyw ten naprawdę mną wstrząsnął, choć być może nie powinien, gdyż w obliczu brutalnego uniwersum, o którym piszesz, powinnam się na to przygotować i do tego przyzwyczaić. A jednak w dość krótkich – ledwo dwóch – rozdziałach tak zarysowałaś postaci, że po prostu zdążyło się je polubić i życzyć im jak najlepiej. To przywiązanie do dwójki bohaterów wzbudzające emocje przez dramatyczne tło wydarzeń działa i stanowi silną kartą przetargową. Kupiłaś moje zainteresowanie.




Naerys II

Aegon nawet nie poruszył się przez sen, a ona słyszała jego głośne chrapanie. Podeszła do szafki przy drzwiach, gdzie słudzy zostawili wczoraj ubrania. // Ubrała się po cichu, a przed oczami pojawiły jej się mroczki. Gdy więc wyszła z komnaty, praktycznie przez całą drogę podtrzymywała się ściany, a potem na dziedzińcu objęła się dłońmi. – Wielokrotnie powtarzane konstrukcje z jednym spójnikiem czynią tekst momentami jakby zmechanizowany – tym bardziej że trzy pierwsze to zdania podwójnie złożone, czyli z dwoma orzeczeniami. Akcenty padają przy przecinkach i kropce; mamy: Ple ple ple ple ple [pauza, bo przecinek] ple ple ple ple ple [pauza, bo kropka]. I tak trzy razy. I za trzecim robi się już jakby… hmm… zrobociale? Robotycznie? Na pewno wiesz, o co mi chodzi.

O, dalej to samo:

Wzdrygnęła się na dźwięk głosu, ale po chwili spojrzała za siebie na przyjaciela Aemona, Corwyna. Nie znała go zbyt dobrze, ale wiedziała, że jej brat mu ufa, więc wiedziała, że sama może to zrobić.

- Dziękuję, Corwynie. Wybacz, ale

 

„- Corwyn? - Nie wiedziała, dlaczego się na to zdecydowała. Ale musiała.

- Tak? - Spojrzał na nią zaskoczony.

- Jakie są sposoby na anulowanie małżeństwa oprócz nieskonsumowania?

Pokręcił głową.

- Nie mam pojęcia. Chyba nie ma innego wyjścia.

W tym momencie pierwsza łza opadła na jej policzek.

- Nie ma innej opcji? - zapytała, czując narastający strach. Nie dam rady, pomyślała. Nie dam rady być żoną Aegona. Nie dam rady”. – Trochę mnie dziwi, że Naerys myśli o tym teraz, tak nagle. Rozumiem, że to może być skutkiem pokładzin, jednak wcześniej nie wyrażała swoich myśli aż tak wprost. Ponadto to niebezpieczne rozmawiać o takich rzeczach w publicznym miejscu – Naerys powinna zdawać sobie sprawę, że ściany mają uszy, a za wyrzekanie się małżeństwa może ją spotkać nie lada kara. 

 

- Nie, to nie może być prawda. Nie chcę tego. Boję się. Bardzo się boję. – Wciąż nie rozumiem. Szczególnie dlatego, że Naerys mówi to Corwynowi. Wcześniej nie rozmawiali – skąd nagle aż takie zaufanie do mężczyzny? Nie kupuję jego przyjaźni z Aemonem, bo słowa Naerys są zbyt poufne, by wypowiadać je komuś ot tak. 

Pisałaś niedawno: Nie znała go zbyt dobrze, ale wiedziała, że jej brat mu ufa, więc wiedziała, że sama może to zrobić. – Czy na pewno to wystarczający powód? Tym bardziej że Naerys nie zdradza jakichś supertajemnic, ale otwiera się i wylewa z siebie emocje. Do tego jednak jakieś głębsze zaufanie by się przydało.

 

Wolała nie myśleć, co o o niej teraz sądzi. – Zbędne o

 

[spacja]Naerys, bardzo źle się czujesz? Chcesz, bym wezwał maestra? – ponownie – maestera. Niżej również. Nie będę już wymieniać tego błędu, ale przejrzyj tekst pod tym kątem. 

 

Wizyta u maestra wiązała się z oględzinami, na co nie była gotowa. Pokręciła gwałtownie głową, myśląc o tym, że ktoś miałby ją teraz zobaczyć bez ubrań. Aemon zagryzł wargę, a następnie kiwnął głową. Poprowadził ją [tę głowę?] powoli do jej komnaty, a gdy już się w niej znalazła, odwróciła głowę i spojrzała na lustro, znajdujące się tuż przy łóżku. – To nie jest tak, że się czepiam, naprawdę! Istnieje sporo sposobów na to, by unikać takich jawnych powtórzeń. Spójrz:

Wizyta u maestera wiązała się z oględzinami, na co nie była gotowa. Pokręciła gwałtownie głową, myśląc o tym, że ktoś miałby ją teraz zobaczyć bez ubrań. Aemon zagryzł wargę, a następnie przytaknął kiwnięciem. Powoli poprowadził Naerys do jej komnaty. Gdy już się w niej znalazła, odwróciła twarz i spojrzała na lustro przy łóżku.

Bardzo chciałabym pisać więcej o fabule i wyrównać poziom oceny, by nie sprowadzać jej tylko do bety. Stety-niestety… niewiele jest do napisania poza tym, że trzymasz poziom i nadal jest bardzo emocjonalnie. Skupiasz się głównie na postaciach – ich zachowaniach i odczuciach, przemyśleniach. Być może brakuje mi jedynie opisów miejsc. Wiadomo, nie takich chamskich i eksponujących; to leżało tu, to stało tam, a tamto wisiało na lewej ścianie od drzwi, za to na prawo od okna. Chodzi mi raczej o budowanie atmosfery, by poczuć nie tylko postaci, ale klimat miejsca, w którym się znajdujemy. Opisuj, poruszając zmysły odbiorców. Możesz wspominać to tu, to tam o światłach, dźwiękach czy zapachach, bym mogła bardziej poczuć, gdzie jestem. Wtedy też tekst da jeszcze pełniejszy obraz. 

Inna sprawa to ta, że Naerys jest księżniczką i mieszka na zamku. Mam wrażenie, że to miejsce jest takie… dość spokojne i mimo wszystko puste. Nie ma służby, ludzi poruszających się w środku, na korytarzach. Jest to dziwne tym bardziej, że dzień wcześniej organizowano huczne przyjęcie – ktoś pewnie sprzątał, ktoś inny już pewnie się obudził, być może gros osób zaczynało wracać do swoich domostw. Tymczasem Naerys spotyka tylko (i akurat!) Corwyna. Nawet nie minęła straży. Przez to w pewnym momencie zapomniałam, że już jest rano; w pierwszych chwilach wyobrażałam sobie bardzo młodą godzinę, być może taką jeszcze przed wschodem słońca i już miałam pytać o oświetlenie sceniczne – pochodnie, świece czy kaganki w komnacie Naerys. Dopiero Forfeit przypomniała mi, że przecież nastał ranek i zapewne do komnaty bohaterki wpadało przez okno światło słoneczne (mimo tego nie pojawiła się służąca, która rozsunęłaby zasłony). Dlaczego więc zamek wydaje się taki… cichy i zupełnie pusty? Że aż trochę mroczny w takim opustoszeniu.

 

Były całe poplątane, a suknia, którą miała na sobie[,] pokrzywiona. – Możesz w miejscu przecinka wstawić także myślnik, wtedy zapis będzie graficznie bardziej klarowny, a akcentowanie w zdaniu – intuicyjne.

 

„U innych dziewczyn, z którymi to robił[,] pewnie pojawiały się jedynie zaczerwienienia, pomyślała”. 

 

Dlaczego nie pozwoliłeś mi zostać septą, ojcze? Byłabym wtedy szczęśliwa, otoczona modlitwami, naszymi bogami i dobrymi słowami. Znalazłabym tam spokój. A ty mi tego odmówiłeś, oddając mnie bratu” – podoba mi się, że cały czas delikatnie przemycasz zaznaczoną na początku religijność Naerys. Widać, że wiara jest dla dziewczyny bardzo ważna i podsuwasz to nienachalnie. 

 

„Wyjdź już, bracie. Wyjdź i daj mi uciec. Niech bogowie mi wybaczą, ale jestem za słaba, by dotrzymać tych przysiąg, które złożyłam” – A to nie wydaje mi się prawdopodobne. Wiele kobiet w Westeros godziło się na aranżowane małżeństwa, często z brutalami. Wiedziały, z czym wiążą się pokładziny oraz że będą musiały przysiąc i żyć u boku mężów, służyć im i rodzić dzieci. Szczególnie księżniczka – wydaje się, że wykształcona – powinna zdawać sobie z tego sprawę. Na moje oko przed ślubem Naerys nie przeżywała tego tak, jak po pierwszej nocy. Wiem, że ma traumę po gwałcie, ale był on spodziewany i takie myśli wydają mi się zbyt przesadzone. Przywołanej ucieczki spodziewałabym się raczej po jakimś czasie, gdy Naerys byłaby zmęczona ciągłymi gwałtami, a nie od razu, po jednej, w dodatku półprzytomnej nocy. 

Czegoś jeszcze brakuje mi w tym dialogu – jest emocjonujący, lecz nie wyobrażam sobie chociażby ruchów, gestów postaci; trzęsącego się głosu, drżącej dłoni, niepewnego uścisku ręki. To zbudowałoby napięcie. W scenie statycznej tym bardziej możesz sobie pozwolić na budowanie klimatu, więc daj się temu ponieść i przedstaw czytelnikowi pełen obraz.

 

- Napiszę do każdego Najpobożniejszego, do Wielkiego Septona. To jest dłuższa droga. - Jego spojrzenie stało się twardsze. - Albo po prostu go zabiję. – Wielkiego Septona? Chodzi o Aegona, ale brakuje mi tu jakiejś pauzy, która wskazywałaby zmianę myśli Aemona: z napisania listu do zabójstwa brata. 

 

Podoba mi się, że choć we wcześniejszym rozdziale myśl o zabójstwie Aegona zaświtała już w głowie Aemona, nie była ona tak jasna i podana odbiorcy jakby na tacy. Ot, bohaterowi coś przeszło przez myśl, ale być może wcale nie o to najbrutalniejsze rozwiązanie chodzi – dałaś czytelnikowi tych kilka stron niepewności, budując napięcie. Dopiero tutaj informacja ta wybrzmiewa w bardzo emocjonującym dialogu. To sprawia, że czytelnik ma w tym tekście co robić. Nie napisałaś opowiadania, którego nie trzeba samodzielnie przetwarzać i o którym nie trzeba wnioskować; ot, wystarczyłoby czytać, by przyswoić podane jak na dłoni informacje, ale nic więcej. To dobrze, bo strasznie nie lubię tak płaskiej literatury i męczę się w obcowaniu z nią. Uważam, że poniekąd samodzielne odkrywanie kart fabuły to dodatkowa rozrywka, którą czytelnikom zapewniają najlepsi autorzy – niezależnie od gatunku. Dzięki temu z taką samą przyjemnością mogę cieszyć się kryminałem Cobena, jak sagą Martina. Jest o czym myśleć, co przeżywać, pewne rzeczy są poukrywane, wielu można się domyślać, jednocześnie nie jest przewidywalnie. Równie dobrze Aemon mógłby przecież skończyć dialog na tym, że napisze do Wielkiego Septona – i to też zadowoliłoby czytelnika, bo to też brzmi jak plan; zabójstwo jest przy tym trudniejsze i myśl o nim w Aemonie mogłaby trochę dojrzeć. Z innej strony Aemon jest pełen emocji, a pod ich wpływem podejmuje się czasem skrajne decyzje. No mniejsza. W każdym razie to naprawdę świetnie, że piszesz w ten sposób, nie zdradzając wszystkiego od razu, nie eksponując, nie streszczając, nie zapowiadając, nie dając przewidzieć, a otwierając czytelnikowi furtki, mówiąc: hej, zgadnij, co mam na myśli? Jak sądzisz, jak to się dalej potoczy? Grasz ze mną w grę i widać, że napisałaś ten tekst nie tylko dla siebie, a również – a może przede wszystkim – dla odbiorcy. I to się ceni.

 

To[,] co zrobiliśmy[,] to grzech, pomyślała przerażona”. 

 

W dziwnym przypływie odwagi, [przecinek zbędny] podeszła bliżej i złapała go za dłonie. 

 

Po tym[,] jak pokiwał głową, widziała, że zrozumiał. 

 

Doceniam również zakończenie. To, że konsekwentnie prowadzisz sylwetkę psychologiczną Naerys i mimo pocałunku bohaterka pomyślała o Aemonie jak o bracie. Jako postać, dla której bardzo ważna jest wiara, wypada realistycznie. Ładnie godzisz w niej cechy zarówno chorowitej kobiety-żony, jak i ledwo czternastolatki wychowanej na podstawie religijnych doktryn. Cieszę się, że w rzeczywistości dziewczynka nie wyszła ci infantylnie; tego się bałam, gdy przeczytałam, ile ma lat. Bałam się też skrajności w drugą stronę – że będzie zbyt poważna i zbyt dojrzała emocjonalnie. Jednak jej myśli stylizujesz w sposób naturalny, wbrew pozorom dość prosty, i faktycznie oddają młodziutką bohaterkę, której postawy życiowe są zwyczajnie jasno określone przez wychowanie – nie dziwne, że dziewczynka ich przestrzega. Nie ma tam niepotrzebnych komplikacji wynikających z przesadnej dojrzałości. Udało ci się Naerys wyważyć i nie odczuwa się żadnego dziwnego dysonansu. Gratuluję, bo podejrzewam, ile wysiłku i umiejętności to kosztowało.



Aemon II

Były też słone, [przecinek zbędny] od jej łez.

Jak mogłeś jej to zrobić? Jak mogłeś doprowadzić ją do takiego stanu? Zadrżał ze złości, zastanawiając się[,] co zrobi, gdy spotka się z Aegonem. Jeśli jego brat rzuci jakimś komentarzem o Naerys przy rozmowie o nocy poślubnej... Siniaki, ona miała siniaki na dłoniach i dekolcie. Kopnął w ścianę. Jak ojciec mógł pozwolić na ten ślub? Jak mógł to zrobić Naerys?”.

Komnaty króla Aegona nie należały do jego ulubionych pomieszczeń. – Zakończyłabym na: do jego ulubionych. (W domyśle pozostałoby: komnat). Pomieszczenie brzmi tu trochę sztywno, technicznie.

Wydawały się być aż za dobrze dopasowane do charakteru władcy (…). – Wydawały się aż za dobrze dopasowane. [KLIK]

Aemon wiedział jednak, że jeśli chce zrobić to[,] co planował, musi się zwrócić do niego.Do niego zwrócić – bardziej płynnie, ponieważ wcześniejsze zdania złożone również kończą się orzeczeniami, zachowasz więc konsekwencję. Chyba że chciałabyś postawić nacisk na to, że chodzi właśnie o niego – króla – i to słowo celowo ma stać na miejscu akcentowym; w takim wypadku dodałabym np. musi się zwrócić akurat/właśnie do niego. Dzięki temu zaakcentujesz to mocniej i ta celowość w pełni wybrzmi.

(…) jego ojciec prędzej ukręciłby mu łeb[,] niż pomógł.

– Wasza Wysokość. Pragnąłbym z tobą porozmawiać o pewnej rzeczy.
– Mam nadzieję, że nie o ślubie twojej siostry. – Odwrócił się do niego.
[Aemon] Z[z]agryzł wargę, by nie rzucić jakiegoś komentarza. – Samo przejście do nowego akapitu nie oznacza jeszcze zmiany podmiotu. Dzieje się tak w dialogu, ale nie, gdy przechodzisz już do narracji. Stąd moja sugestia, by dodać imię.

– Nie. Chciałbym prosić cię o honor przyjęcia mnie do Gwardii Królewskiej. Po śmierci ser Arysa Valeryona rycerzy jest teraz sześciu, nie siedmiu. – Ser Arys jako jeden z nielicznych miał zaszczyt umrzeć ze starości, we własnym łożu. – Dopisek narracyjny nie odnosi się do osoby wypowiadającej się. Konieczne jest więc przejście do nowego akapitu.

Będziesz za to cieniem moim, mojego syna i jego kolejnych synów, aż do twojego grobu. – Lepiej: swojego.

Moja matka myślała, że da radę władać Siedmioma Królestwami, co skończyło się jej pożarciem przez smoka. – W pierwszej kolejności: jej pożarcie brzmi trochę tak, jakby to kobieta coś zjadła, dopiero dalej okazuje się, że to zjedli ją. Sugeruję: co skończyło się pożarciem jej przez smoka albo bez strony biernej, więc trochę mniej kwadratowo, a bardziej naturalnie: więc skończyła pożarta przez smoka.

Gdy to powiedział, odwrócił się, a Aemon wyszedł. (…) Gdy wszedł do sali tronowej, zastygł w bezruchu. Mógł się naprawdę tego spodziewać. Jednak gdy zobaczył Aegona, który beztrosko śmiał się wśród rycerzy i dam w swoim wieku, poczuł narastający gniew. Skrzywdził Naerys, a teraz jeszcze śmie się śmiać na dworze? – Naprawdę mógł się tego spodziewać (nie: naprawdę tego; w tym wypadku naprawdę powinno wzmacniać orzeczenie).

No już bez przesady:
Jego brat musiał wyczuć jego spojrzenie, ponieważ pożegnawszy się z towarzyszami, ruszył w jego stronę pewnym krokiem. – Sugestia: Brat musiał wyczuć jego spojrzenie, ponieważ pożegnawszy się z towarzyszami, ruszył ku niemu pewnym krokiem.

Wiesz[,] jaka była zapłakana?

Zacisnął palce w pięść, widząc lekki uśmiech brata.
– Jak widzę, już była się tobie poskarżyć.

W złości złapał pięścią za jego bluzę. – Bluzę? Czy nie za prymitywne ubranie jak na członka rodu królewskiego? Jednocześnie brzmi dość współcześnie i przez to może wprowadzać czytelnika w błąd – bez detali wyobraźnia zadziała w niewłaściwym kierunku.

Najpierw zmierzyli się ze sobą rycerze z Doliny, jeden z proporcem Arrynów, drugi Royce'ów. Starszy z zawodników już za pierwszym razem zrzucił rywala, zyskując tym oklaski widowni i jęki współczucia dla zrzuconego. Aemon obserwował zawodników jedynie kątem oka, sam kłusując na placu za widownią. (…) Kolejni rycerze startowali, niektórzy wychodzili o własnych siłach, inni nie. W końcu, po sześciu turach, nadeszła jego kolej. – Scena turnieju zaczyna się szybko, a wszystko, co poprzedza pierwsze starcie Aemona, wygląda jak zwykły wstęp. Czy to dobrze?





Szczególnie w przypadku scen, w których tło mocniej żyje – chciałoby się również to żyjące tło poczuć. Turniej rycerski to do tej pory druga po ślubie księżniczki atrakcja ludu, a także scena o wysokim znaczeniu fabularnym; ostatnio postawiłaś narratora za plecami bohatera i skupiłaś się raczej na przeżyciach wewnętrznych tej postaci niż na ceremonii zawierania związku małżeńskiego, więc tutaj mogłoby być inaczej, mogłoby w tle dziać się więcej. I o ile ślub przedstawiłaś bardziej z perspektywy Aemona, który myśli o przyszłości Naerys, martwi się o siostrę i wspomina złe zachowania swojego brata, nie skupiając się aż tak na scenerii i atmosferze weseliska, o tyle tutaj nie mamy nawet tego pierwszego, za to podrzucasz mi same ogólniki narratora wszystkowiedzącego, przez co nie jest już tak kolorowo. Mam wrażenie, że się spieszyłaś i początek przypomina klasyczny wstęp aż za bardzo. Jasne, nie ma nic złego we wprowadzeniach do kluczowych momentów scenicznych, jednak gdy czuć, że są trochę szkolne, bo odbębnione i nie budują zbytnio atmosfery, opisują, ale nic tam w rzeczywistości nie żyje – wtedy efekt jest średni. A przecież turniej rycerski aż się prosi o to, by poczuć jego atmosferę i jednocześnie dzięki opisom lepiej poznać miejsce akcji, wczuć się w emocje towarzyszące rozgorączkowanemu tłumowi widzów. Tymczasem ty ograniczasz się do komunałów takich jak jednozdaniowe przedstawienie obecnych walczących (nazwisko + herb) oraz że Aemon kłusuje gdzieś za widownią, bo rozgrzewa konia. Nie miałabym takich odczuć ad wstępu, gdyby, jak na ślubie, bohater mową pozornie zależną czy swoimi myślami wplecionymi w narrację znów oddawał swoją perspektywę – kolejne obawy, stres przed wydarzeniem, a może (wprost przeciwnie) pewność siebie, motywację i tak dalej. Skoro napisałaś, że kątem oka mimo wszystko obserwował starcia, mógłby też je chociażby trochę pooceniać, pokomentować, być może wyciągnąć jakieś wnioski z tego, jak mierzą jego przeciwnicy, by lepiej przygotować się do starć z wygranymi. Cokolwiek, co uzupełniłoby ten obrazek, bo obecnie wygląda on na mocno spłaszczony i odfajkowany, byleby już przejść do tych ważniejszych i pozornie fajniejszych rzeczy. Tylko że te wcale nie będą fajne, gdy nie zbudujesz tła, aby wybrzmiały.

 

Wiedział, że dużo osób nie ufało kasztanom, sądząc, że są za bardzo wybuchowe, tak jak klaczom, za ich charakter. On wolał jednak dosiadać ich, a nie ogierów, które podniecały się każdym koniem, który stał w odległości paru mil. – To znaczy, że wolał kasztany czy klacze? Jeśli klacze, to: wolał jednak dosiadać (biernik: kogo? co?) je, a nie ogiery. Sugeruję także myślnik zamiast przecinka za klaczom.

 

Pierwszy pojedynek poszedł szybko i po pierwszym starciu zrzucił chłopaka z Dorzecza. Został na placu i poczekał[,] aż nadjedzie jego przeciwnik, którym tym razem był Lynn Reyne z Castamere. – Myślałam, że tylko wstęp do sceny stanowić będą takie ogólnikowe informacje, tymczasem kluczowe walki z udziałem głównego bohatera także przedstawiasz w tak suchy sposób. Naprawdę trudno się wczuć. Nie tylko dlatego, że opis nie jest rozwinięty (chociaż to wydaje się najistotniejszym problemem), ale i też poniekąd z powodu – tak, ja znów o tym – powtarzalnej formy. Dalej na przykład mamy trzy zdania dwukrotnie złożone:

Przeciwko niemu musiał pojechać dwa razy, ale i jego zrzucił z gniadego wałacha. Zjechał z placu i poluźnił wodze klaczy. Uniósł zasłonkę hełmu, tym razem przypatrując się wszystkim pojedynkom. 

Czyta się więc jakby mechanicznie, brakuje dynamizmu, nie czuć żadnej energii tego wydarzenia.

Inna sprawa, że brakuje również emocji. Co czuł Aemon? Czy wierzył w zwycięstwo i do starcia podchodził na luzie, a może jednak był choć minimalnie zestresowany? Z powyższych fragmentów niczego takiego nie można wywnioskować, bo narrator nagle zrobił się zupełnie obiektywny. To sprawia, że mimo iż do tej pory polubiłam Aemona, tutaj nie czuję z nim zażyłości i też nie umiem mu kibicować. Niestety podtrzymujesz ten obiektywizm praktycznie do końca sceny. Więcej uwagi poświęcasz temu, kto z kim i na jakim koniu niż emocjom. Dalej, na przykład, wspominasz, że Aemon chciał dobrze zaprezentować się w czasie ostatniej wygranej, a to sprawia, że mogę wysunąć wniosek, iż jest pewny siebie, może nawet trochę butny. Ale czy był taki od początku? Trudno to wywnioskować, bo tekst tego nie mówi, choćby i między wierszami.

 

Jego przyjaciel, Corwyn, został zrzucony przez Rickarda Blackwooda, a ogier ser Osmunda przewrócił się, gdy ten jechał przeciw Lannisterowi. Gdy powrócił na plac, tym razem był o wiele bardziej skupiony. Zaraz po otrzymaniu nowej kopii, ruszył galopem na Titusa. – Zgubiłam się. Kto powrócił: Aemon czy ser Osmund?

 

Gdy za trzecim razem zobaczył[,] jak wystawia broń przed siebie, zamarkował unik i uderzył swoją ruchem zza biodra, uderzając go w bok brzucha. 

 

Titus zachwiał się, a gdy chciał powrócić w siodło, stracił strzemię i runął na ziemię. Po tym pojedynku przegalopował koło widowni, ciesząc się z aplauzu. – Titus przegalopował? 

 

Zaraz po nim Edrik Tyrell walczył ze Steffordem Baratheonem, przez którego został wysadzony z siodła dopiero w trzeciej rundzie. // Następną walkę wygrał znów za pierwszym razem, zrzucając drugiego syna lorda Freya, na którego tarczy pojawiła się podłużna rysa rozdzielająca dwie wieże.Edrik wygrał następną walkę? Wciąż gubisz podmioty. Wiem, że chodzi o Aemona, ale musisz go przywoływać, by wydarzenia miały sens – ciąg logiczny.

W rzeczywistości błąd ten pojawia się tak często, że wypisuję tylko najbardziej rzucające się w oczy przykłady. Powoli będę od tego odchodzić, wiedz jednak, że to nie dlatego, iż tekst nagle zaczyna być pod tym względem czystszy. Spójrz chociażby na początek tej sceny:

Turniej, który zorganizowano dwa tygodnie później, wydawał mu się wprost nierealny. Czuł się tak, jakby to miał być jego pierwszy raz (…) – ewidentnie to turniej się czuł, nie Aemon. Mnożysz bzdurne konstrukcje, które łatwo wyeliminować, poświęcając nieco czasu na sprawdzenie tekstu przed publikacją.

 

Dopiero tutaj, po tak długim fragmencie, otrzymujemy szczątkowe emocje. Nie da się ich jednak odczuć, a więc jakkolwiek z nimi utożsamić, bo wszystko eksponujesz, jak leci:

Jego kolejnym przeciwnikiem był stary Blackwood, który był jednym z tych, których się bardziej obawiał. Po jego drugiej szarży, [przecinek zbędny] bał się, że nie utrzyma się na koniu. Gdy jednak usiadł pewniej w siodło, zobaczył siebie w białym płaszczu, stojącego obok króla. Poczuł przez chwilę tę chwałę. Poczuł zachwyt Naerys, zazdrość Aegona, wszystkie rzeczy, o których marzył i zaszarżował. // Dwa razy musiał uchylać się przed jego kopią [jego, czyli Aegona?].

Szczególnie w oczy rzuca się słowo: poczuł. Nie poświęciłaś większej uwagi, by przytoczyć, jak Aemon zachowuje się w stresie, a potem jak zmienia się jego stan, aby czytelnik mógł jakby na własnej skórze przekonać się o następującej zmianie. Nie, mamy za to: bał się, ale coś sobie wyobraził i mu przeszło. Gdybyś choć zdanie-dwa poświęciła na to, by napisać, jak zachowuje się zestresowany i wystraszony Aemon (nie wiem, mógłby na przykład drżeć, nerwowo przełknąć ślinę, zacisnąć ręce na wodzy, mocniej docisnąć drżące kolana do konia), a potem, jak zachowuje się w czasie odczuwania chwały – różnica byłaby nie tylko przytoczona, ale wręcz odczuwalna. Tymczasem tak nie jest.

 

Bardzo lubisz wyrażenie tym razem i często łączysz nim zdania. Rzuca się to w oczy:
Tym razem jednak jego cios nie był oddany w brzuch, tylko w wyżej, pod kątem, w mostek. (...) Cały czas pełen euforii, stanął tym razem w szrankach z Lordem Dowódcą. Za pierwszym razem zrobił unik.
Poczuł szybsze bicie serca, gdy ruszył przeciwko niego [niemu], tym razem planując przyjąć cios na tarczę. 

 

Rickard zachwiał się, ale nie spadł. Postanowił, że czwarta szarża będzie ostatnią. Gdy starszy rycerz zaatakował, przyjął cios na zbroję. – Tu to już kompletnie nie wiem, czy o szarży postanowił Aemon czy Rickard i dlaczego ten drugi, atakując, sam przyjął cios.

 

I znów też kłania się brak dynamizmu. Sceny walki piszesz dokładnie tak samo jak sceny statyczne, zdania są wielokrotnie złożone i powypychane do granic możliwości różnymi dookreśleniami, na przykład czasu. Mamy chociażby:
Poczuł gwałtowne pchnięcie, a w tym samym momencie uderzył Blackwooda w miejsce pod pachą, gdzie był osłaniany jedynie przez cienką kolczugę. 

A gdyby tak napisać:
Poczuł gwałtowne pchnięcie, ale uderzył Blackwooda pod pachą, gdzie osłaniała go tylko cienka kolczuga? No bo po co pisać, że pacha to miejsce i że ruch wydarzył się w tym samym momencie, skoro spokojnie informacja ta mogłaby pozostać domyślna?
Dalej podobnie:

Nie zauważył jednak szybkiej zmiany pozycji przez Stefforda, który zastosował jego wcześniejszy ruch, którym zrzucił z siodła Titusa – wyprowadził cios zza biodra i uderzył go pod tarczą, w brzuch. Aemon poczuł[,] jak gwałtownie traci równowagę i nagle wypada za tylni łęk siodła. Szarpnął za wodze, próbując zatrzymać klacz, jednak gdy wypadło mu lewe strzemię[,] przechylił się na prawą stronę i upadł, obracając się w locie na kolana. 

Moja sugestia?

Nie zauważył jednak, że Stefford szybko zmienił pozycję. Tak jak wcześniej Aemon zrzucił z siodła Titusa – tak teraz on wyprowadził cios zza biodra i uderzył pod tarczą, w brzuch. Aemon stracił równowagę, wypadł za tylni łęk siodła. Szarpnął za wodze, próbując zatrzymać klacz, ale gdy zgubił lewe strzemię, przechylił się w prawo. Spadł na kolana.

Na moje za bardzo kombinujesz, przez co wychodzą ci kwadratowe konstrukcje jak ta ze zmianą pozycji przez Stefforda. Spróbuj pisać lżej, bardziej wprost; czasem im prościej – tym lepiej. Sens pozostanie ten sam, ale czytanie będzie płynniejsze i nabierze tempa. A przez to czytelnik poczuje, że naprawdę jest w środku akcji. 
Do tego dobrze byłoby mimo wszystko gdzieniegdzie porozstawiać jakieś zdania dotyczące emocji – to one wygenerowałyby napięcie. Po tym, jak Aemon stracił równowagę, mógłby na przykład zakląć w myśli, zacisnąć zęby lub wiedząc już, że spadnie, napiąć mięśnie (co jest niezdrowe, ale jednocześnie dość instynktowne). Mam wrażenie, że okrajasz fragmenty akcji ze wszystkiego, co stanowi niezły pretekst do pobudzenia czytelnika. Galopująca klacz, którą trudno zatrzymać, mogłaby sprawić więcej problemów; jedno zdanie o tym, że szarpie się i nie zatrzymuje, zainteresowałoby czytelnika, że aż przybliżyłby się do ekranu. Pisz sceny takie, jakie sama chciałabyś czytać, czyli emocjonujące. Szukaj pretekstów do tego, by wygenerować napięcie i zdrowy, bo minimalny dramatyzm. Nie rób tego tylko po scenie, gdy czytelnik doszedł już do zakończenia i widzi porażkę bohatera. Daj tę porażkę z nim przeżyć, pozwól jej wybrzmieć.

 

Słysząc dźwięk kopyt, obrócił się w stronę zmierzającego ku niemu Lordzie Dowódcy. – W stronę zmierzającego (kogo?) Lorda Dowódcy. Sugeruję też tętent kopyt, nie dźwięk – bardziej plastycznie (figura retoryczna: pars pro toto; KLIK).

 

– Z uwagi na to, że przegrywając ten pojedynek[,] zajmujesz automatycznie trzecie miejsce, będąc najmłodszym z uczestników, którzy dotarli tak daleko [w] turnieju – zaczął król. [zbędna kropka] – chciałbym, w ramach nagrodzenia twych umiejętności, byś zajął miejsce jako jeden z moich Siedmiu.

 

Gdy mężczyzna go wyciągnął, Aemon wciągnął powietrze. Wyciągnął i wciągnął obok siebie źle brzmi. Może: wstrzymał oddech?

 

Była to Mroczna Siostra, jeden z valyriańskich mieczy, który należał wcześniej do królowej Visenyi. Miecz legenda, rozpoznawalny na równi z Blackfyre'em, z tak samo czarnym ostrzem. – Cieszę się, że tak bardzo dbasz o drobnostki, trzymasz się kanonu. Miło się czyta, wiedząc, że zrobiłaś porządny research. A i reakcja Aemona bardzo adekwatna do legendy miecza. 

Przy czym mam wrażenie, że za każdym komplementem stoi uwaga dotycząca tego, że jednak nie przykładasz się aż tak. Wprawdzie research masz opanowany, ale emocji w tekście nadal brakuje. Aemon składa przysięgę, to bardzo ważna dla niego chwila, a ty ograniczyłaś się do wspomnienia, że bohater na chwilę wstrzymał oddech. Spójrz, jaki ten dialog jest pusty:

 

– Czy przysięgasz na swój miecz zrzec się wszystkich ziem, tytułów, dziedzictwa na rzecz zostania jednym z Siedmiu króla?

– Przysięgam.

– Czy przysięgasz chronić go, jego rodzinę i królestwo całą swoją mocą, nawet za cenę swojego życia?

– Przysięgam.

– Czy przysięgasz nie wziąć sobie żadnej żony i nie spłodzić dzieci, aż do końca swoich dni?

– Przysięgam.

– Czy przyjmujesz ten biały płaszcz, na symbol naszego bractwa?

– Przyjmuję.

 

Jestem w stanie zrozumieć, że nie chcesz przerywać pełnej przemowy, ale jednocześnie nie umiem pozbyć się wrażenia, że Aemonowi ta przysięga wisi teraz i powiewa. Nie podsunęłaś żadnej najmniejszej wskazówki, bym mogła czytać to inaczej. Mogłaś zaznaczyć, że bohater coś czuł, pokazać, jak bardzo był zaszczycony i że to wszystko było dla niego ważne. Od momentu, w którym bohater dowiedział się, że wygrał, do chwili, kiedy składał przysięgę, mam wrażenie, że minęło kilka minut, w czasie których Aemon świetnie się odnalazł. Trudno to kupić.

 

Ser Corlys Tyrell obszedł go [symbol?] i zarzucił mi [mu] na plecy ciężki, biały płaszcz. 

 

(…) widząc niezadowoloną minę Aegona i nie zważającą na męża Naerys, która również się śmiała (…) – niezważającą. 



Naerys III

Jej małżeństwo pozwoliło jej zrozumieć jedną rzecz (...). – A gdyby tak zacząć od: Małżeństwo pozwoliło jej zrozumieć …? Czasem naprawdę wystarczy przeczytać tekst na głos. Takie kwiatki aż kłują w uszy.

 

Nie powinnam tego robić, to jest grzech, pomyślała. Ale może bogowie mi wybaczą, że robię to tylko po to, by uniknąć bólu. – A nie dlatego, by móc sumiennie realizować powinności wobec męża? Czy takie myślenie nie bardziej pasowałoby do Naerys, którą już wcześniej prezentowałaś jako oddaną i bogobojną jednocześnie?

Inna sprawa, że wcześniej Naerys nie potrafiła bezpiecznie zejść po schodach, by nie zrobić sobie większej krzywdy (przypomina mi się sam początek historii i moment, w którym dziewczyna nie może pójść po swoją harfę), tymczasem teraz bardzo płynnie przechodzisz do tematu współżycia – jakby nigdy nic. Naerys podobno nauczyła się walczyć z bólem w czasie stosunku, ale co z jej niepokojącym wcześniej stanem zdrowia, który pogarszał się w trakcie wysiłku, chociażby przy schodzeniu ze schodów? Czy nie przeszkadza jej już w czasie zbliżenia? Wygląda to trochę, jakbyś próbowała omijać mniej wygodne tematy, skupiając się na podkreślaniu trudności w obliczu pozornie mniej angażujących kwestii, co niespecjalnie współgra, biorąc pod uwagę, czyje uniwersum obrałaś za cel.


- Podobasz mi się w tej zbroi - przyznała, a on wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Uśmiechał się już, podchodząc do bohaterki, kilka zdań wcześniej. 

 

Teraz będziesz mnie widzieć jeszcze częściej, więc jakbyś patrzyła na mnie z obrzydzeniem, zraniłoby to moje serce. – Nie rozumiem, czemu miałaby patrzeć na niego z obrzydzeniem. To do niej niepodobne – nie patrzy tak nawet na Aegona; raczej ze strachem. Ten komentarz wydaje się nieadekwatny. A jeśli to miał być żart Aemona rozładowujący atmosferę posłany w stronę Naerys lub jakaś dziwna próba flirtu z nią, to nie jestem pewna, czy ma sens i czy bohaterka nie odebrałaby go dosłownie – w końcu wcześniej nie przedstawiałaś jej jako flirciary z poczuciem humoru. No i też nie zapominajmy, że Aemon do tej pory traktował ją z szacunkiem i troską, raczej z niej nie żartował. Coś mi się tu gryzie.

Szkoda, że nie przedstawiłaś tego złego samopoczucia księżniczki. Rozdział zaczynasz informacją, że do Naerys dotarło już, iż miłosne historie, którymi wszyscy się tak zachwycali, nie miały prawa istnieć w rzeczywistości, co dało mi do zrozumienia, że bohaterka pogodziła się ze swoim losem. Dalej wspominasz, że do porozumienia doszła również ze swoim mężem, którego musi postarać się pokochać. To wszystko nie brzmi jak dowód złego samopoczucia, a powolne przyzwyczajanie do pewnej rutyny i stabilność emocjonalna. Dlatego teraz mam wrażenie, że to złe samopoczucie, o którym wspominasz, wzięło się znikąd. Wprawdzie pamiętam horror, jaki Naerys przeżyła pierwszej nocy z Aegonem, jednak mam wrażenie, że od tego wydarzenia fabularnie minęło już sporo czasu.

 

- Znakomicie. - Uśmiechnął się do niej i szybko pocałował. - Przyjdziesz wtedy do mnie, prawda, kochana siostro? Dawno nie dzieliłem z tobą łoża[.] - Dawno? Wyszedłeś z niego dzisiaj zaraz po północy. - przez całą noc”. – Ostatnie zdanie od wielkiej litery; dopisek narracyjny zakończyłaś kropką.

 

Choć to, co teraz powiedział [,] było jedynie drobną sugestią, Naerys czuła się źle z tym, że było to powiedziane przy Aemonie. – Jak objawiało się to czucie? Jak zachowywała się Naerys? Gdybyś większość jedynie przytoczonych ekspozycją odczuć pokazała, zamiast opisać, czytelnik sam mógłby zdefiniować samopoczucie bohaterki. 

A może coś w stylu:

Naerys przygryza wargę, mimowolnie zaciskając pięści. Choć to, co teraz powiedział, było jedynie drobną sugestią, wcale nie musiało paść przy Aemonie.To tylko jedna z nieograniczonej liczby możliwości; nie musisz z niej korzystać. Chcę ci pokazać, że możesz pisać znacznie bardziej obrazowo, plastycznie, nie mówiąc o odczuciach wprost, ale… po prostu dając je czytelnikowi samodzielnie przetworzyć, zrozumieć i odczuć. To też sprawiłoby, że bardziej mogłabym utożsamić się z twoimi postaciami. Mogłabym je sobie lepiej wyobrażać oraz wnioskować o ich stanie psychicznym. Aemonowi serce stanęło w przełyku, oddech uwiązł w gardle, ręce drżały, a nogi zdawały się być jak z waty? Bohater jest zdenerwowany. Naerys przygryza wargę, zaciska i prostuje palce, marszczy brwi? Jest rozgoryczona, może trochę zła, na pewno nie jest spokojna, bo nie spodobało jej się zachowanie męża. Widzisz, jak wiele można sobie dopowiedzieć po takich szczegółach? Tym bardziej nie musisz zdradzać od razu tych odczuć, wykładać ich wprost. To nudne i spłyca ci tekst.

 

Ale to[,] jak traktuje mnie, jak odzywa się do Aemona... jak on się na mnie patrzył [na] końcu, pomyślała zasmucona”. – Rym Aemona/zasmucona kłuje w uszy. 

 

A co[,] jeśli Aegon zwracał się tak do mnie, [przecinek zbędny] nie tylko[,] by mnie upokorzyć, ale zasugerować Aemonowi, że wcale tak źle się nie dogadujemy?

 

Jak w amoku spięła swoje włosy pod siatką i trzymając ręce założone na brzuchu, by powstrzymać ich drżenie, wyszła z Warowni Maegora, przekroczyła most zwodzony i skierowała się do wieży, gdzie mieszkali rycerze Gwardii Królewskiej. – Wcześniej Naerys była na zamkowym korytarzu, gdzie spotkała męża i Aemona. Potem poszła do swojej komnaty i zdenerwowana chodziła po niej tam i z powrotem. Teraz nagle wyszła z warowni. Czy to znaczy, że komnata księżniczki mieściła się właśnie tam? To bez sensu. Wcześniej pisałaś, że przez chorobę dziewczynki ustawiono jej komnaty blisko komnat członków rodziny Naerys. Nie sądzę, by zamek zbudowany był w ten sposób, aby komnaty sypialniane znajdowały się blisko warowni. Czy te w ogóle nie powinny budowane być przy murach i bramach? W końcu pełnią konkretne funkcje obronne.

Edit [Skoia]: Ahaaa…! Forfeit właśnie wyjaśniła mi, że Warownia Maegora to nie typowa warownia, ale zamek wewnątrz zamku, gdzie znajdują się królewskie apartamenty. Nie miałam o tym pojęcia! Czy tekst nie powinien jakoś tego zawierać, wyjaśniać – dla czytelników, którzy nie znają/nie pamiętają kanonu aż tak perfekcyjnie? Rozumiem, że wyjaśnianie może być trudne z perspektywy Naerys, która mieszka tam na co dzień i nie musi mieć powodu, by tłumaczyć sobie, gdzie mieszka (choć pewnie istniałby jakiś sprytny sposób przemycenia nawet tego), ale piszesz w limited POV, więc czasem i tak korzystasz z narratora wszystkowiedzącego. Ten sobie może opisywać de facto, co chce.

 

Przez chwilę poczuła niepewność, stojąc przed jej drzwiami - naprawdę nie czuła się dobrze - ale w końcu zdecydowała się podjąć ryzyko. 

 

Podejrzewam, że lubisz sceny spotkań Naerys z Aemonem. Te wychodzą ci płynnie i są bogate w emocje, myśli postaci, korzystasz też z mowy pozornie zależnej i znów czuć, że jednak wiesz, jak budować atmosferę, wykorzystując punkty widzenia bohaterów. To, trzeba przyznać, opanowałaś (choć też nie zawsze z tego korzystasz – przypomina mi się scena turnieju – przez co tekst wydaje mi się nierówny; wrócę do tego w podsumowaniu). Przy czym nadal trochę brakuje mi choćby opisów miejsc. Rozumiem jednak, że pisząc z perspektywy zdenerwowanej Naerys, zbytnio nie ma teraz pod nie pola – bohaterce brakuje czasu i chęci na podziwianie widoków. Z drugiej strony Naerys nie czuła się najlepiej, idąc na spotkanie, i wcale nie musi niczego podziwiać – każdy opis może wywoływać emocje, ale nikt nie powiedział, że te muszą być jedynie pozytywne. Na skrzętne przemycanie opisów istnieje znacznie więcej sposobów, spójrz:

Księżniczka przeszła przez most łączący warownię z wieżą i w moim wyobrażeniu faktycznie widzę budynek A, most i połączony z nim budynek B. Ale tło oraz detale w tym wyobrażeniu nie istnieją. Gdyby jednak Naerys spojrzała na słońce w oddali, by spróbować ustalić godzinę czy kojąco lub bardziej stresująco mogłyby zadziałać na nią dźwięki dobiegające gdzieś z dołu – fragment zmiany miejsca akcji nabrałby głębi. Skoro Naerys kręci sięobok wieży rycerskiej, pewnie niedaleko są też stajnie, pewnie któraś z bram, być może w pobliżu trenują rycerze. Naerys mogłaby, na przykład, rozejrzeć się, czy Aemona nie ma właśnie tam, bo skąd wiedziała, że siedzi w wieży? Lub regularne dudnienie mogłoby pogorszyć jej stan zdrowia, chociażby powodując ból głowy. Okazji jest wiele, by zbudować bardziej poruszający zmysły i wyobrażenia opis. Tymczasem momentami mam wrażenie, że twoje postaci poruszają się w próżni. Nie ma tu gry świateł, nie słychać oddającego dźwięki podłoża, które byłoby okazją również do tego, by wskazać czytelnikowi, jakie obuwie nosi Naerys lub po jakim gruncie się porusza (co również pozwoliłoby na podkreślenie zmiany miejsca akcji). To nie muszą być przecież długie, pokrętne zdania, które oderwą czytelnika od akcji bieżącej i tego, co naprawdę ważne. Ale zdań, które osądzą go w tej akcji, poza najważniejszymi, budującymi ją, też u ciebie czasem jak na lekarstwo. To nie jest bardzo źle – takie teksty też da się czytać, na ogół sceny pasywne piszesz lekko i płynnie. Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że twoja praca mogłaby być pełniejsza, jeszcze bardziej obrazowa i poruszająca wyobraźnię. Wciąż wydaje mi się, że gdzieś się spieszysz.

O, nieco dalej pojawia się opis miejsca wieży rycerskiej:

Usłyszała[,] jak drzwi się za nią zamykają. Uniosła głowę i omiotła pomieszczenie wzrokiem. Było skromne, a jedynymi meblami było łóżko, szafka i biurko z krzesłem.

Trudno mi po nim wywnioskować, czy Naerys znajduje się tam po raz pierwszy. Z jednej strony przytaczasz wyposażenie i określasz je skromnym, a skoro do tej pory piszesz scenę z perspektywy bohaterki, wydaje mi się, że ta krótka ocena należy właśnie do niej, nie do narratora wszystkowiedzącego. Z drugiej strony taka szybka rozpiska wyposażenia nie buduje klimatu. Okej, uzupełnia obraz w głowie odbiorcy, ale ta rzeczowość i styl nie pasują mi do raczej wrażliwej i do tej pory myślącej bardziej okrągło Naerys. Poza tym bohaterka jest księżniczką, wyżej wspominała, że powinna być wdzięczna za życie w dostatku; tutaj jednak może doświadczyć tego, w jakich warunkach zdecydował się żyć od tej pory jej brat. Czy więc przyzwyczajona do większych luksusów księżniczka nie powinna zareagować na ten smutny widok jakoś bardziej znacząco? Tak, wiem, nadal ma na głowie ważniejsze rzeczy, w końcu przyszła do Aemona coś wyjaśniać, jednak teraz sam opis bez uzupełnienia wygląda szkolnie. Tym bardziej przez to powtórzenie: było skromnie/było łóżko.

 

Lub nie ze chce na nią patrzeć? – Zechce. 

 

Po prostu nie chciałem, by zobaczył, że mną to nie ruszyło, bo przeciągałby to przedstawienie jeszcze bardziej. – A nie przypadkiem: chciałem, by zobaczył, że mną to nie ruszyło albo nie chciałem, by zobaczył, że to mną ruszyło?


Spodobała mi się moment, w którym Naerys straciła przytomność. To rzeczywiście pokazuje, że jej organizm jest słaby i że silny stres bardzo źle wpływa na jej zdrowie. Mamy kolejny dowód na chorowitość dziewczyny – to nie tylko powtarzane zapewnienie, na które dowodów brakuje scen, a coś, co faktycznie jest pokazane. Dzięki temu naprawdę czuję, że Naerys może w każdej chwili przy większym stresie lub wysiłku poczuć się źle. Jej osłabienie nie jest już tak sztuczne, wiszące w tekście bez pokrycia. 

Edit: Dalej pojawia się wzmianka o ciąży Naerys. To również ładnie wplata się w tekst. Nie czuję, by było to wymuszone bądź by nic na to nie wskazywało. Dobrze to rozegrałaś.

 

- Naerys, rozpoznajesz nas? - zapytał cicho, a gdy kiwnęła głową, odetchnął. - Dobrze. Przestraszyłaś nas. – Dwukrotny akcent na nas trochę kłuje w uszy przy czytaniu na głos. Może: trochę nas przestraszyłaś?



Aemon III

Gdyby Aemon miał wskazać najgorszy rok swojego życia, zdecydowanie wybrałby ten. Nie dość, że najpierw musiał obserwować farsę w postaci ślubu Naerys z Aegonem, to później przeżywał kolejne stany przedzawałowe, gdy stan jego siostry podczas ciąży zmieniał się z dnia na dzień, niekoniecznie na lepsze. – Powiem ci, że mnie zaskoczyłaś. Sądziłam, że teraz nadejdzie moment, w którym Aemon zareaguje na informację o ciąży. Biorąc pod uwagę, jak bohater bardzo związany był emocjonalnie z siostrą, akurat ta scena wydawała mi się kluczowa – właśnie pod względem emocji, napięcia, narastającego konfliktu. Tym bardziej że Aemon dopiero co tłumaczył Naerys, że rozumie jej sytuację i nie chciał pokazywać Aegonowi, iż wydarzenie na korytarzu jakkolwiek go poruszyło. Aemon powiedział Naerys: zrobiłem to, byś nie musiała się bardziej zamartwiać. Ale jednocześnie być może zrobił to też dla siebie, by nie musieć tego dłużej słuchać i nie narażać się na większe cierpienie. A może oba powody naraz były tak samo dobre? Tymczasem mimo wycofania się z życia małżeństwa dla dobra swojego i Naerys nagle bohater dowiaduje się o ciąży. Zapewne spada to na niego jak grom z jasnego nieba. Na pewno mocno to przeżył, a jednak scenę rozpoczynasz w taki sposób, jakbyś chciała nam dać do zrozumienia, iż jednak minęło od tej informacji trochę czasu i Aemon się z nią pogodził, już wszystko spoko. Trochę ciężko, ale stabilnie. Szkoda, że nie pokazałaś, jak Aemon wypracowuje sobie tę stabilność, jak wymusza ją na sobie. Wcześniej przy ślubie do głowy przychodziły mu tak drastyczne myśli, by zabić brata; bohater zastanawiał się wtedy, dlaczego akurat jego mała siostrzyczka musi przechodzić przez takie piekło. Te myśli nie powróciły? Aemonowi nie przyszło na myśl, iż teraz za późno na cokolwiek, bo dziecko musi mieć ojca i tak dalej? Jeśli tam pojawił się hint, jakaś strzelba, na której wypalenie bohater się nie zdecydował, mógłby chociaż ją pogrzebać, inaczej dalej tkwi ona w zawieszeniu. Czytelnik pamięta o tym, jak Aemon zachowywał się wcześniej. A teraz jakby nigdy nic dostaję krótkie zarysowanie problemu, ale nic więcej. Widzę w tym kolejny zmarnowany potencjał. Jedna scena z udziałem Aemona, który myśli o ciąży, martwi się o siostrę, wie, że mimo tytułu rycerskiego pozostaje bezsilny – taka scena dałaby mi bardzo dużo.

Inna sprawa, że w kolejnych zdaniach dowiaduję się o tym, iż: Maestrzy byli pod wrażeniem tego, że zaszła w ciążę, a jeszcze bardziej tego, że donosiła ją tak długo. Teraz jednak ich miny były bardziej ponure z każdym powrotem do sali, gdzie przebiegał jej poród. Czyli co, minęło dziewięć miesięcy? I żadnej sceny z perspektywy Naerys o tym, jak i ona dowiedziała się o ciąży i ją przeżyła? Dziewczynka ma czternaście lat, może już piętnaście. To, że udało jej się donosić ciążę, to jedno, ale ważniejsze wydaje mi się pochylenie nad stanem psychicznym bohaterki. Pisałam wcześniej, że podziwiam, iż udało ci się połączyć w niej cechy takie jak bogobojność, wrażliwość, dojrzałość, ale i tę pozostałość dzieciństwa, lekką naiwność. Przedstawianie takiej bohaterki wychodziło ci znakomicie i nie rozumiem, dlaczego zrezygnowałaś z tego, by oddać jej scenę czy dwie, aby pokazać czytelnikowi, jak postać złożona z takich cech radzi sobie z wizją przyszłości jako przyszła mama, w dodatku przy okrutnym dla niej mężu. Na pewno było jej ciężko. Musiało być! Tymczasem przeskok czasowy i u Aemona, i u Naerys wygląda tak trochę na hop-siup, jakby-nigdy-nic. Zasugeruję raz jeszcze: dwa dodatkowe rozdziały – jeden dla Aemona i jeden dla Naerys – w których bohaterowie po swojemu odnajdują się w nowej dla siebie rzeczywistości, byłby naprawdę złotym pomysłem. 

Ponadto byłam ciekawa, jak sam Aegon zareagował na ciążę Naerys, jak ją traktował podczas tych miesięcy. Czy to nie był kolejny powód, by szydzić z brata? A może obudziły się w nim inne emocje – zostanie ojcem, być może właśnie niedługo jego żona wyda na świat dziedzica, co sprawi, że jeden z głównych obowiązków króla zostanie spełniony. A może wręcz się zezłości, że Naerys tak szybko zaszła w ciążę i nie będzie mógł uprawiać seksu przy jej wątłym zdrowiu? To również ciekawy aspekt, którego nam poskąpiłaś.

Jeszcze inna sprawa: Aemon teraz jest przecież rycerzem, na pewno ma sporo na głowie i nie skupia się tylko na Naerys. Wybrał takie powołanie, by służyć obecnemu królowi, bratu i jego żonie – księżniczce, ale do tej pory Aemon właściwie nie miał okazji, by jakkolwiek się wykazać. Jakby był rycerzem od parady i bez sensu. No i dobra – rycerze gwardii królewskiej głównie pilnowali króla; chodzili po pałacu i uczestniczyli w wydarzeniach, w których król mógł być zagrożony. Towarzyszyli w podróżach do innych królestw, uczestniczyli w audiencjach, wyruszali z władcą na polowania. Tymczasem nie wykreowałaś żadnej sceny, która przedstawiałaby cokolwiek podobnego. Piszesz, że cały rok minął Aemonowi szybko właśnie przez te wszystkie rzeczy, które dotyczyły tylko jego ukochanej siostrzyczki. To wygląda więc tak, jakby bohater po prostu nie miał nic do roboty.





Naerys nagle zatrzepotała oczami – a nie powiekami lub rzęsami?

(…) a on zwrócił się koło niej, ignorując słowa maest[e]ra, że nic się nie da zrobić. – Podkreślenie brzmi trochę dziwnie. Już wcześniej pisałaś, że Aemon klęczał obok niej. Może teraz: zwrócił się do niej/ku niej.

- Już prawie - odpowiedział tak samo cicho. - Proszę, siostro.
Ścisnął jej spoconą dłoń.
- Już prawie, Naerys. Bądź silna. Jestem tutaj. Nie zostawię cię.
Raczej:
– Już prawie – odpowiedział tak samo cicho. – Proszę, siostro. – Ścisnął jej spoconą dłoń. – Już prawie, Naerys. Bądź silna. Jestem tutaj. Nie zostawię cię.

Sam się popłakał, jednak z radości. Naerys uczepiła się jego dłoni, ciężko oddychając, a on czuł[,] jak jej włosy łaskoczą [go w] ramię. Siedzieli tak chwilę, aż w końcu zostali rozdzieleni przez płacz dziecka, które zostało podsunięte jego siostrze. Niepewnie wzięła je na ręce, a na jej twarzy widział szok i ulgę. Sam również odetchnął, w końcu spokojny. – Skoro dziecko zostało podsunięte mamie, to bohaterów rozdzieliło właśnie dziecko, nie jego płacz; ten mógł zwrócić ich uwagę, przerwać im chwilę odetchnienia, ale nie mógł niczego fizycznie rozdzielić. Sugeruję coś w stylu: Siedzieli tak chwilę, dopóki nie rozdzieliło ich wciąż płaczące dziecko, które maester podsunął Naerys.

Mężczyzna pokręcił zaniepokojony głową, a jemu włosy zjeżyły się na głowie. – Szyk: Mężczyzna pokręcił głową, zaniepokojony. Nie rozdzielałabym przymiotnikiem kręcenia od głowy.

Jednak jeśli [chodzi] o księżniczkę...

Drzwi do komnaty otworzyły się i do komnaty wpadł ich ojciec, z przestraszoną miną. – Ale bez przesady… i do środka wpadł…

Viserys westchnął z ulgą.[Skoia] Jaki Viserys? W sensie… to ojcem Naerys, Aegona i Aemona nie jest król Aegon…?
Edit [Skoia]: Okej, drzewo genealogiczne Targaryenów (oraz twój wstęp, który wprawdzie czytałam przed rozpoczęciem oceny, ale najwyraźniej i tak niewiele z niego zapamiętałam) pozwoliło mi rozwiać wątpliwości. Aegon nie był ojcem Aegona, Aemona i Naerys. Był nim Viserys II, jednak jego imię chyba nigdy do tej pory nie padło w twoim tekście, a jeśli tak, to zupełnie tego nie pamiętam. W ogóle jak to się stało, że mogłam się tak pomylić i pomyłka ta utrwaliła się we mnie przez tyle rozdziałów? Naprawdę szczerze wierzyłam, że księżniczka Naerys jest córką króla Aegona, a jej bracia są jego synami. Może właśnie dlatego, że nazywałaś ją księżniczką. Wiem, że słownikowo w języku polskim tym słowem tytułuje się córki książąt, ale jednocześnie obecna popkultura przyzwyczaiła nas, że księżniczkę/królewnę wykorzystuje się zamiennie chociażby w bajkach.
Edit [Forfeit]: Z drugiej strony For wszystko ogarniała, aczkolwiek rozumie zdumienie Skoi. Czytanie książek i odświeżanie sobie kanonu przed oceną sporo pomogło, jednak w przypadku kogoś, kto obejrzał serial i przeczytał paręnaście stron kroniki, może to być problematyczne. Szczególnie, że nie wspominałaś wcześniej, co się dzieje z Viserysem.
Edit 2 [Skoia]: Z ciekawości przejrzałam rozdziały i wiesz co? Imię Viserysa pojawia się jedynie w scenie ślubu księżniczki, i też tylko dwukrotnie; praktycznie mi umknęło. Mamy tam chociażby taki fragment:
Ach, Naerys. Komu oddaje cię nasz ojciec? Przyglądał się w milczeniu jak Viserys prowadzi ją przez środek septu. – Jednak wtedy w ogóle nie pomyślałam, że to ojciec dosłownie odprowadza swoją córkę. Sądziłam, że Aemon wspomina oddanie ojca bardziej metaforycznie, a przytacza imię być może jakiegoś rycerza…? W końcu w narracji personalnej Aemon nie nazywałby swojego ojca tak wprost, po imieniu. Trzeba by poszukać innego miejsca i sposobu, by to imię przemycić i wcześniej dość mocno zaznaczyć w tekście, jaką funkcję sprawuje w królestwie ta postać. Wydaje mi się, że sam tekst niewystarczająco podkreśla też różnice między królem Aegonem a ojcem bohaterów – Viserysem. Myślałam, że on i król Aegon to jedna i ta sama postać, bo niewyczuwalna była różnica charakterów, dialektu i tak dalej. Obie postaci mówią i zachowują się praktycznie tak samo.

- Ci kretyni nie przekazali mi żadnej informacji, ponieważ prowadziłem zebranie Małej Rady. Cholera jasna, tak jakbym nie przerwałbym jej gdybym tylko się dowiedział, że to już. Jak się czuje moja córka? – Czy kretyn nie jest trochę zbyt współczesnym określeniem dla tego uniwersum? Jakoś zupełnie mi nie pasuje, mam wrażenie, że trochę się gryzie. Użyłam szukajki na niektórych ebookach serii, ale w żadnej przeszukanej części nie znalazłam takiego określenia.

- Nie zniosła najlepiej porodu. Prawdę mówiąc, uratował ją tylko cud, bo była jedną nogą na tamtym świecie. – Nie wyczułam w tekście, by Naerys była półżywa. Cierpiała, była też osłabiona i wyczerpana, ale mówiła do Aemona. Nie przeraziło go też nic, poza jej wyglądem. Nie zauważył, by działo się z nią coś bardzo niedobrego. Nie trzeba być medykiem, by zauważyć, że ktoś umiera.

- Naprawdę? - Jak śmiesz nie wyglądać nawet na przejętego? - Czy jej stan jest poważny? – O nie, nie. Jeśli myśli należą do innego bohatera niż ten, który się wypowiada, trzeba przenieść je do nowej linijki.

Mrugnął okiem do Aemona, który chciał go w tym momencie walnąć w twarz. Gdy wzburzony ojciec chciał coś jeszcze dodać, powiedział.

Kiwnął głową.
- Zawsze będę to robić. Gdybyś mnie dobrze znał, wiedziałbyś i nie prosiłbyś o to.
Viserys pochylił głowę.

Gdy uniosła głowę, Aemon poczuł, że serce mu spokojniej bije na widok tego uśmiechu. – Szyk: że na widok tego uśmiechu spokojniej bije mu serce.

Ostatnia scena jest kanoniczna, dialog wzięłam ze Świata Lodu i Ognia[.] :) – Tytuł dobrze byłoby wziąć w cudzysłów. Ponadto ten dopisek może być mylący, ponieważ nie wskazałaś, jak wiele zaczerpnęłaś. Obawiałam się, że większą część, co przecież nie byłoby wcale w porządku, jednak przeglądając wskazany tytuł, natrafiłam na cytat i okazało się, że zapożyczyłaś jedynie dwie ostatnie wypowiedzi, a nie cały dialog. To stawia sprawę w zupełnie innym świetle. I tu należy ci się pochwała, bo bardzo ładnie wplotłaś ten cytat w scenę. Aegon zachowuje się dokładnie tak, jak powinien, biorąc pod uwagę sylwetkę psychologiczną zarysowaną w „Świecie…”. Z drugiej strony właśnie tam przeczytałam, że to Aemon „wysławiany był przez wszystkich”. I tego już nie odczułam, od początku nie zwróciło to mojej uwagi. Choćby w czasie turnieju nie dostrzegłam, by ktokolwiek jakkolwiek mu szczególnie kibicował czy już w czasie ślubu Naerys zagajał go i chwalił.


Naerys IV

Naerys zatrzymała ramieniem Daerona, gdy jej czteroletni syn chciał podejść do stosu pogrzebowego. Aegon, który stanął koło chłopczyka, bezwiednie poczochrał jego prawie białe włosy. W milczeniu przypatrywali się[,] jak ciało króla Aegona jest wynoszone przez Gwardzistów i kładzione na stos. What? Czy przez cztery lata w życiu Naerys, która stała się młodą matką, naprawdę nie wydarzyło się nic ciekawego, że timeskip objął aż tyle? Na życie tej bohaterki składa się wiele etapów; dziewczynka szybko musiała przecież dorosnąć najpierw do roli żony – o czym prawie nie było scen – a potem do roli przyszłej mamy (o czym scen nie było w ogóle) i teraz nagle przeskakujemy sobie do śmierci króla. Niefajnie!
Wiesz, jak to wygląda? Poprzednimi odsłonami naotwierałaś od groma furtek, których odpowiednio nie podomykałaś, za to nagle mocno trzasnęłaś drzwiami. W efekcie tego nie przeszłam przez życie głównej bohaterki, za to ledwo go liznęłam, dziewczynka nie miała szansy rozwinąć się w moich oczach, ot: wczoraj była taka, a dziś, po czterech latach, jest już taka. Tkwi już w innym miejscu swojego życia, a ja mam się z tym pogodzić… Za chwilę jej nie poznam i przestanie mnie interesować. Będzie dla mnie obcą kobietą.

Przy czym to też nie jest tak, że upieram się, bo chcę czytać pamiętnik o niczym nieistotnym, ale też nie wierzę, że te rzeczy, które pominęłaś, są aż tak bardzo nieważne. Tym bardziej że przyzwyczaiłaś mnie, iż sceny piszesz w limited POV, czyli w ograniczonym punkcie widzenia, często stawiając narratora za plecami swojej bohaterki. Teraz wychodzi na to, że przez cztery lata nie miała ona nic ciekawego do przedstawienia. Tymczasem wydaje mi się, że dla kobiety – szczególnie młodziutkiej, schorowanej, pewnie wystraszonej i jeszcze nieszczęśliwej w związku z gwałcącycm ją mężem – i wreszcie kobiety, która rodzi mu pierwsze dziecko, to właśnie wczesne chwile spędzone w nowej roli są wręcz kluczowe. Nie musisz pisać skrupulatnie, krok po kroku, jak dziecko stawia pierwsze kroki, uczy się jadać łyżeczką, wypowiada pierwsze mamo (lub tato, choć wątpię, chyba że do Aemona – uuu, taka scena to byłby sztos) czy coś tam, ale pojedyncze rzeczy, w których podobne rzeczy dzieją się w tle i w których mimo wszystko gdzieś też w tle pojawiają się Aemon i Aegon, pozwoliłyby się tej fabule rozwinąć. Nie: skakać. Cztery lata to ogromny przeskok. Już ten dziewięciomiesięczny, gdy dowiedzieliśmy się o ciąży, a scenę dalej z marszu obserwowaliśmy poród, był negatywnie zaskakujący. Twoi bohaterowie tak bardzo się nudzą? Nic godnego przytoczenia nie działo się przez ten cały czas w ich życiu? Nie wymyśliłaś scen, które mogłyby się wydarzyć? Przez cztery lata Aemon na pewno przywiązał się do siostrzeńca – nawet jeśli chciał tego unikać, pewnie nie umiał unikać Naerys, którą przecież kochał nad życie. Czy było mu ciężko? Nie wiem. Czy zbliżył się do Daerona bardziej niż Aegon? Nie mam pojęcia. Czy Naerys w ogóle pokochała tego chłopca, potrafiła obudzić w sobie matczyne emocje, a jeśli nie od razu, to kiedy i pod czego wpływem?


Ju noł nofing, Sko.

Kolejny nieporuszony wątek: wcześniej bardzo dużo czasu antenowego poświęciłaś, by przedstawić Aegona jako tego złego męża, który nie daje żonie odpocząć. Czy przez cztery lata się zmienił? A może raczej tak, jak uprzedzał, wrócił do łoża żony już po miesiącu? Ale Naerys nadal żyje i widać, że ma się dobrze. Być może poprosiła maestera, by jakoś zabezpieczyć się przed kolejnymi ciążami…? Nie oszukujmy się, seks dla Aegona jest kwestią kluczową, o czym czytałam również w „Świecie…”, bohater na pewno nie zrezygnował ot tak z Naerys, a wątek ten wydawał się jednym z głównych w twojej pracy. Tymczasem nagle go urwałaś – przytoczyłaś ostrzeżenia maestera, rozmowę króla z butnym synem i cytowany dialog o więzi rodzinnej, a potem… nic z tego nie wyniknęło. Nie zamknęłaś tej furtki.

Gdy tak teraz o tym myślę, zastanawiam się, co właściwie jest tu głównym wątkiem powieści i co tę powieść napędza. Aby fabuła, szczególnie prowadzona w limited POV, działała płynnie, trzeba mieć o czym pisać, w życiu bohaterów musi się coś dziać, a każdy z nich musi mieć jakiś cel. Cel jest zawsze kluczowy, bo czytelnik musi wiedzieć, w czym postaci kibicować. U ciebie nagle wszystko się rozmyło. Na początku celem Aemona było strzec księżniczkę, a więc bohater stał się rycerzem i… nie ma to obecnie znaczenia. Tamten cel został osiągnięty, a nowy się nie pojawił. A przecież Aemon wciąż ma o czym myśleć, gdyż wcale nie ma spokojnego życia, kiedy krucha i chorowita ukochana wciąż narażana jest na niebezpieczeństwo (czy faktycznie jest? nie wiem, tak mi się wydaje, ale brakuje scen, by to potwierdzić). Nie napisałaś, jak Aemon sobie z tym radzi albo że może w ogóle sobie nie radzi – po prostu to przeskoczyłaś, jakby było niewygodne albo jakby ci się spieszyło do jakichś grubszych spraw. Naerys za to jako twoja główna bohaterka też nie ma określonego celu, nie ma co jej fabularnie napędzać. Na początku chciała być dobrą żoną, nawet w tym sobie jakoś pomagała, była zaangażowana, chciała też nieskutecznie odsunąć miłość do Aemona, potem została matką, która prawie zginęła w czasie porodu. Czy jakkolwiek to na nią wpłynęło? Nie wiadomo. Bała się kolejnych zbliżeń? Strach o własne życie to silna emocje, trudno ją tak po prostu wypierać – szczególnie, gdy żyje się jeszcze dla osób trzecich, ergo: swoich dzieci.

Kolejna furtka? Końcowa rozmowa ojca z synem. Aemon dowiedział się, że wprawdzie może mieć romans, ale musi być przy tym ostrożny. Słowa ojca go zażenowały, ale przecież zostały wypowiedziane. Być może Aemon zrezygnował z wizji romansu, wiedząc, że, Naerys na pewno była osłabiona, poza tym wierzył w jej bogobojność i oddanie, więc nie zamierzał się angażować – logiczne. Ale przecież bohaterowie nie odkochali się w sobie z dnia na dzień, ot tak. Być może przeprowadzili jeszcze jakąś rozmowę, być może Aemon nie potrafił wyzbyć się wszystkich emocji i propozycja ojca zakorzeniła się gdzieś na końcu jego świadomości. Nic z nią nie zrobił, ten dialog wybrzmiał, ale ostatecznie nic nie wniósł i gdyby się nie pojawił, czytelnik nawet nie by zauważył różnicy. Jeszcze inna sprawa? Śmierć króla Aegona. Nawet nie wiemy, na co umarł i jak przebiegała jego choroba (jeśli na cokolwiek cierpiał – kto pierwszy się o tym dowiedział i w jakich okolicznościach), czy ktokolwiek go doglądał i się o niego martwił. W takim razie… o czym jest ta historia? Wszystko, co poruszyłaś do tej pory, przestało mieć znaczenie fabularne, jakbyśmy zaczynali od nowa. Czy to po prostu streszczenie życia postaci historycznych rodu Targaryenów, i to takie po łebkach, dotyczące jedynie najważniejszych wydarzeń uniwersum? Coś takiego napisał już Martin, nie trzeba tego powielać. Początek tak nie wyglądał, za to ściśle rysował fabułę, psychologię postaci, ich rozwój, a teraz wszystko nagle się rozmydliło i przytaczasz tylko jakby wyrwane z kontekstu sceny z życia bohaterów, te niby najważniejsze, ale bez niczego rozwijającego pomiędzy. Przestaje to powoli przypominać powieść personalną, fabularną, a staje się, nie wiem, czymś na wzór może biografii scenicznej…? Ale nawet w takich tekstach wątki się raczej zawiązuje i rozwiązuje, a nie przerywa ot tak i przechodzi do innych, ważniejszych rzeczy z przyszłości, pomijając wszystko, co do tej pory budowało tekst. Czuję się trochę tak, jakbym dopiero teraz rozpoczęła czytanie. Postaci są dla mnie nowe, poznaję je od zera, bo przecież przez cztery lata zapewne zmieniły się gdzieś poza kadrem. Niemożliwe, by nie zmieniły się wcale, bo wydarzenia, które pominęłaś, musiały mieć na nich ogromny wpływ i zmienić ich rzeczywistość.

 

Dwie dziewczyny, Jeyne i Marya[,] były od niej młodsze o parę lat i Naerys nie zdążyła ich jeszcze dobrze poznać, ponieważ były jej towarzyszkami od tygodnia. Sama podeszła do Aemona, który w milczeniu przypatrywał się całej ceremonii. Gdy się odwróciła, zobaczyła, że Daeron biegnie za nią. Widząc go, mimowolnie się uśmiechnęła. Taką właśnie musiał zobaczyć ją Aemon, gdy odwrócił się w jej stronę. Jej brat uśmiechnął się do niej lekko, a jego wzrok powędrował w stronę Daerona, który przytulił się do jej nóg. Podniosła syna na ręce. – Nie wypisuję już wszystkiego, ale nadal nie znaczy to, że tekst pod względem redakcji prezentuje się dobrze. Spójrz, ile tu powtórzeń! Na pewno potrafiłabyś ich uniknąć, gdybyś choć chwilę poświęciła na uważne przejrzenie materiału. Coś w stylu:

Gdy się odwróciła, dostrzegła, że Daeron biegnie za nią. Uśmiechnęła się mimowolnie; taką właśnie musiał zobaczyć ją Aemon, kiedy obrócił ku niej twarz. Także uśmiechał się lekko, a jego wzrok powędrował w stronę chłopca, który już przytulał się do matczynych nóg. Naerys wzięła go na ręce. Zauważ, że wzięła na ręce jest znacznie bardziej rozpowszechnionym połączeniem, mam wrażenie, że unaturalniałoby zdanie i dodaje mu pewnej czułości. 

Pamiętaj jednak, że to ledwo wskazówki, sugestie. Spróbuj znaleźć własny sposób na eliminację powtórzeń. Ja, by pozbywać się chociażby tych dotyczących spójnika który, wypracowałam sobie chociażby taki: usuwam zdublowany spójnik, a stojący za nim czasownik przekształcam w imiesłów przymiotnikowy, na przykład:

Sama podeszła do Aemona, który w milczeniu przypatrywał się całej ceremonii.

Sama podeszła do Aemona, w milczeniu przypatrującemu się całej ceremonii.

Albo:

(…) jego wzrok powędrował w stronę Daerona, który przytulił się do jej nóg. 

(…) jego wzrok powędrował w stronę Daerona, przytulającego się do jej nóg. 

A to tylko jedna z wielu sztuczek wartych zapamiętania. Inną, w przypadku słów, które trudno jakkolwiek zastąpić – na przykład czasownik: uśmiechać się – jest nadanie powtórzeniu celowości. Dodając przed czasownik partykułę: też, również czy także, sprawisz, że czytelnik przejdzie obok powtórzenia obojętnie, uznając je za celowe, albo może nawet doceni je jako zabieg stylistyczny, urozmaicający tekst. Jednak w takim wypadku inne niecelowe powtórzenia powinny zniknąć – aby te celowe mogły prawidłowo wybrzmieć i zrobić dobre wrażenie. No i też nie ma co z tym przesadzać, bo za chwilę namnoży się partykuł.

 

Już gotowa odczekała[,] aż obie opuszczą pomieszczenie i pomknęła w stronę septu. Sprzyjało jej szczęście, bowiem większość korytarzy była pusta. – Za to ja mam wrażenie, że ten zamek zawsze jest pusty i mieszka w nim pięć osób na krzyż.

 

Dlatego, [przecinek zbędny] gdy w zaułku przy wejściu do świątyni zauważyła Aemona, bez lęku wpadli w swoje objęcia. Poczuła[,] jak całuje jej włosy i przymknęła oczy, ciesząc się chwilą samotności. Mimo że wiedziała, że nawet tu nie powinni okazywać sobie sympatii zbyt otwarcie, jej egoistyczna część pragnęła tych momentów. – O, o tym właśnie mówiłam: Postaci są dla mnie nowe, poznaję je od zera, bo przecież przez cztery lata zapewne zmieniły się gdzieś poza kadrem. To właśnie dlatego relacja Naerys z Aemonem trochę mnie dziwi; szczególnie czułości przy sepcie, gdy Naerys niedawno jeszcze była postacią dość mocno bogobojną. Tak ją zapamiętałam, a teraz pozwala sobie na takie rzeczy.

Poza tym jak długo to trwa? Od czego się zaczęło, skoro jeszcze zanim Naerys była w ciąży, odmówiła Aemonowi? Pamiętam scenę pierwszego pocałunku i reakcji bohaterki, do tego sam Aemon w ostatnim dialogu z ojcem dał mi do zrozumienia, że musi odpuścić. Pisałaś:

Dziękuję ci, ojcze, pomyślał sarkastycznie. Za to, że dajesz mi zgodę na romans z siostrą. Jakbyś naprawdę znał Naerys, wiedziałbyś, że nie mam na to szans. Teraz nagle okazało się, że nie tylko szansa istnieje, ale już się ziściła i generalnie nie ma problemu. Czy kiedyś do tego wrócimy i poznamy background tej relacji, na przykład w formie retrospekcji – tak jak powróciliśmy do tematu kochanic Aegona? Przynajmniej ta postać pozostaje niezmienna i jestem w stanie za nią nadążyć, bo główni bohaterowie zmieniający zdanie gdzieś poza kadrem i rozwijający też tam swoje relacje, mnie nie przekonują.

Edit: Dopiero dalej dookreślasz, że Naerys i Aemon – choć wcześniej pisałaś, iż okazują sobie sympatię dość otwarcie – wcale nie rozwinęli tej relacji przesadnie; Naerys na przykład okropnie miota się między tym, że chce pocałować brata jak w dniu ślubu (a więc to daje do zrozumienia, że nie całowali się w ciągu kolejnych czterech lat), a jednocześnie. że nie powinna, bo ma męża i takie tam. Czyli to nie tak, że ich stosunki mocno się rozwinęły gdzieś poza kadrem. One… stały w miejscu, jakby przez cztery lata nie doszło do żadnej sytuacji, konfrontacji, czegokolwiek, co nasiliłoby romans. Naerys w dalszej części tekstu kreuje swoje myśli w taki sposób, jakby te cztery lata wcale nie minęły, nic nie ruszyło w przód. W to też trudno uwierzyć, bo przecież bohaterowie mieszkają na jednym zamku, od początku byli sobie bliscy, wspierali się, zresztą Aemon miał księżniczce służyć i o nią dbać – z rozkazu ojca. Mimo to emocje głównych bohaterów przez cztery lata pozostawały na tym samym poziomie, jakby tak długi czas wcale nie minął…? Teraz nie wiem, które rozwiązanie byłoby gorszym. Czy to, że cztery lata nic nie wniosłyby do życia bohaterów, a może opcja, że jednak coś wniosłyby, ale po prostu nie wspomniałabyś o tym…? Druga możliwość wydaje się jednak bardziej realna, biorąc pod uwagę, że bohaterowie powinni być ludzcy i na pewno trudno im przez taki czas było tłumić te wszystkie emocje. Coś musiało się między nimi dziać, w końcu Aemon nie wyjechał gdzieś na cztery lata. Musieli się spotykać, musieli wciąż czuć do siebie to samo. Wciąż musiało między nimi iskrzyć.

 

Obróciła się[,] by poszukać wzrokiem Aemona. Zobaczyła, że gdy ona odeszła do ołtarza Wojownika[,] on do niego powrócił jeszcze raz. Chwilę stała w milczeniu[,] obserwując jego sylwetkę i w końcu podeszła bliżej. – Może po prostu: on do niego powrócił. Nie musisz wspominać, że zrobił to raz jeszcze. Samo słowo powracać wystarczająco to definiuje.

 


Aemon IV

Naerys już zbyt wiele cierpiała przy Aegonie, by on ją jeszcze wciągał w niebezpieczny romans. – …by jeszcze on wciągał ją…

 

Poza tym, [przecinek zbędny] ona nie kochała go w ten sposób co on. – Co on kochał jakiegoś go…? Warto skonkretyzować: Poza tym ona nie kochała go w taki sposób, w jaki on kochał ją.

 

Był pewien, że wielu na dworze sądziło, że faktycznie mają romans. – A może: że wielu na dworze faktycznie podejrzewało ich o romans?

 

Wiedzą, że by tego nie zrobiła. – Że nie zrobiłaby tego. Że by zbyt bliźniaczo przypomina żeby, więc źle to i wygląda, i brzmi.

 

- Aemon!

Odwrócił się w stronę swojego kuzyna. Daeron miał na sobie czarny wams ozdobiony czerwoną opończą, która była przypięta spinką w kształcie głowy smoka. Jego srebrno-złote włosy opadały niezwiązane na ramiona. 

- Wasza Wysokość - powiedział i skłonił się. – Z zapisu wynika, że to król Dareon skłonił się Aemonowi. 

I srebrnozłote.

 

- Wasza Wysokość - przedrzeźnił go. - Bogowie, jak to brzmi. Czuje się przez to jak mój ojciec.

Aemon uśmiechnął się lekko.

- Tak, Wasza Wysokość. Czy życzysz sobie, bym popilnował drzwi twojego wychodka? – Cudowne! <3 Zaskoczyła mnie relacja Daerona z Aemonem, ale cieszę się, że jest taka lekka i wypada naturalnie. 

Z drugiej strony tak zupełnie przy okazji przypomniał mi się Corwyn. Mam wrażenie, że nie czytałam o nim od wieków, a przecież podejrzewałam, iż przyjaźnił się z bohaterami. Chłopak zdawał sobie sprawę z więzi łączącej Naerys i Aemona plus księżniczka w jednej ze scen sama mu się zwierzała, pytając o anulowanie małżeństwa, które jej się nie podoba. To sprawiło, że byłabym w stanie uwierzyć w szczerą przyjaźń ich trójki, zapewne trwającą od dziecka. Tymczasem bodajże od turnieju, kiedy to Corwyn spadł z konia, praktycznie nie pojawiła się o nim ani jedna informacja. Czy to oznacza, że… może on tam umarł? Albo może po wygranym turnieju Aemonowi woda sodowa uderzyła do głowy i nie chciał zadawać się już z byle kim, tylko właśnie z królami i samymi wysoko postawionymi rycerzami?





Wiem, że Corwyn nie był bohaterem pierwszoplanowym, ale mimo wszystko dziwi mnie, że od tamtych wydarzeń nie kręcił się nigdy nigdzie obok. Wygląda to trochę tak, jakby był ci potrzebny na początku, a potem już nie, więc po prostu porzuciłaś go lub w natłoku innych rzeczy w ogóle o nim zapomniałaś. Nie jestem pewna, czy to powinno tak działać. Tym bardziej że teraz mam wrażenie, że relacja Aemona z Daeronem jest bliźniaczo podobna do tamtej. 

 

- A proszę cię bardzo, możesz mi nawet trzymać nocnik, jeśli chcesz. - Ruszyli w stronę sali tronowej. - Rozmawiałem z twoim ojcem, Aemon. Nie będę miał regenta. – Nie jestem pewna, czy zwracanie się imieniem odmienionym w mianowniku przystoi władcom lub chociażby szlachcie. Rozumiem żarty o wychodku, jednak nadal stylizacją utrzymałaś tam pewien poziom (w końcu nikt nie użył znacznie współcześniejszego kibla). Odmiana imion w mianowniku również zalatuje taką współczesnością. Mimo wszystko napisałabym: Aemonie. 

 

Historia mówiła, że Żelazny Tron powstał w ogniu Baleriona Czarnego Strachu z tysiąca mieczy poległych wrogów Aegona, jednak stojąc u podnóża tronu, Aemon miał wrażenie, że mieczy mogło tam być nawet więcej. Tam Wielki Septon odprawił ceremonię koronacji, a Daeron z księcia stał się królem. – W pierwszej chwili nie rozpoznałam zakończenia retrospekcji i przejścia do bieżącej akcji. Już ten akapit poprzedziłaś wspomnieniami na temat ojca i wuja Aemona, więc pewnie dlatego aż tak się zapędziłam. Dopiero kolejne zdanie: Jego kuzyn z koroną na głowie wstał z kolan uświadomiło mi, że to wszystko dzieje się teraz. Halo, Daeron koronowany jest właśnie w tej chwili…! Dlaczego prawie to przegapiłam? 


Dziwi mnie też, że Aemon, zamiast myśleć chociaż trochę o bieżących wydarzeniach i wpływie koronacji Daerona na przyszłe losy rodu oraz królestwa, bardziej skupia się na wspominaniu zamierzchłych czasów i podziwianiu tronu (który zapewne jako jeden z Siedmiu Gwardzistów miał okazję widywać już wcześniej). Myślę, że tu wyjątkowo czuć, że research masz opanowany, ale efekt końcowy jest taki, że scena koronacji wygląda jak przeplatanka z kroniką i nie wybrzmiewa chyba tak, jak powinna. Czy to nie jest przypadkiem ważne dla rodu i królestwa wydarzenie? Śmiem twierdzić, że tak. A tymczasem znów zupełnie nie potrafię wczuć się w bieżącą akcję, nie czuję żadnej wagi chwili ani podniosłości; jak w przypadku turnieju – mam wrażenie, że nie zbudowałaś atmosfery, żebym mogła wczuć się w tę scenę, a zanim domyśliłam się, o co chodzi, ona już minęła. Poza tym samo przejęcie rządów przez Daerona też nie ma dla mnie znaczenia. Może poniekąd dlatego, że nie znam tego bohatera, właściwie pierwszy raz o nim słyszę, a gość od razu zostaje królem…? 




W sumie mogłabym się jakoś do tego wyboru władcy odnieść, gdyby Aemon mi jakkolwiek w tym pomógł i sam zaczął o tym rozmyślać. Ale tak się nie dzieje, więc zostaję zupełnie z niczym. Mam tylko gros wspomnień z przeszłości, opis tronu plus kilka suchych zdań o ceremonii koronacji kuzyna, która jest tak nagła, że nijak nie zdążyłam się do niej przygotować. Przy tej scenie szczególnie czuję się zaskoczona i zagubiona, ale jednocześnie bohaterowie przejawiają tak mało emocji i myśli na ten temat, jakby był on dla nich od dawna jasny. A przez to czuję się też dodatkowo samotna.

W dodatku czy coś mnie ominęło, czy ceremonia koronacji odbyła chwilę po pogrzebie Aegona? A czas na żałobę? Na przygotowania do koronacji…? Coś zbyt szybko to wszystko się dzieje. Chcieli zaoszczędzić i machnąć dwie imprezy za jednym razem? W sumie goście też nie traciliby czasu na dojazdy...

 

Stojąc za plecami Daerona[,] przyglądał się[,] jak młody król wyciąga pestkę z brzoskwini, a Aegon całuje na oczach tłumu Naerys, trzymając w dłoni kielich złotego arborskiego. Nie cierpiał tych momentów, w których jego brat ustawiał się tuż pod jego nosem i bawił się w dobrego męża jego siostry. – Pierwsza część ostatniego zdania sugeruje, że nie cierpiał momentów Aegon. Podmioty. 

Na czarne[j] bluzie widniał wyhaftowany czerwony trójgłowy smok, a spodnie podtrzymywał czarny pas ze złoceniami. Poprawił jeszcze broszkę z głowami smoka (…).

Znowu podmioty. 

Spojrzał w stronę Lorda Dowódcy, który skinął lekko głową. Skłonił głowę w stronę króla i wyszedł szybkim krokiem. 

Wszędzie podmioty! Czasem bywa to tak po prostu upierdliwe.

Poza tym w ostatnim przykładzie szyk: lekko skinął głową

 

(…) gdyby król najpierw zatańczył z córką jakiegokolwiek innego lorda, nie zależnie od jej nazwiska.

– Niezależnie łącznie. 

 

Może uda mi się zatańczyć jeszcze z Naerys. – To by oznaczało, że wpierw Aemon zatańczyłby z kimś innym. Sugeruję szyk: jeszcze zatańczyć z Naerys.

 

Uśmiechnął się lekko [do] grupki młodych dziewcząt, które mu się przyglądały, przez co dwie z nich gwałtownie się zarumieniły. Przechodził koło kolejnych grup ludzi, kiwając głową do biesiadników, aż w końcu dotarł do swojego brata, który trzymając dłoń na talii Naerys, flirtował z jakąś dziewczyną. – Słowo flirt również wydaje się dość nowoczesne i odstawać od stylizacji całości. Przekształciłabym również pierwsze zdanie, gdyż w pierwszej kolejności może ono sugerować, iż dziewczyny rumieniły się przez swoje przyglądanie, a nie uśmiech Aemona. Może, od razu pozbywając się powtórzenia: Lekko uśmiechnął się do grupki przyglądających mu się dziewcząt, na co dwie z nich od razu się zarumieniły. Słowo gwałtownie, mam wrażenie, też lubisz; często go używasz przy bardziej dynamicznych reakcjach i łatwo mi dostrzec, że pada ono systematycznie.


Gdy tylko jego siostra go zobaczyła (…) Gdy tylko siostra go zobaczyła… Inaczej wychodzi na to, że Naerys ma tylko jednego brata. 

 

Gdy tylko jego siostra go zobaczyła, natychmiast wyswobodziła się z objęć męża. Aegon jedynie rzucił w jej stronę spojrzenie, ale nie zauważył Aemona. Jego siostra pociągnęła go za to w stronę innych ludzi, jakby chciała skryć się za tłumem. 

- Przyprowadził swoją Meg – rzuciła jedynie, a na jej twarzy widział rumieńce i zmrużone w złości oczy. - I zmusił mnie, by stała tam i patrzyła[,] jak się do niej ślini. – Pamiętaj, że w zdaniach, w których po spójniku jak stoi czasownik, trzeba postawić przecinek. Pomijasz go w większości przypadków:

Zawsze będę patrzył[,] jak ją znieważa?

Z jednej strony Aegon zmuszał Naerys, by patrzyła na faworytę, a z drugiej, gdy odeszła, nic sobie z tego nie zrobił, bo nie zauważył Aemona. Więc… czemu nie odeszła wcześniej? Gdyby czekała, aż ktoś ją poprosi do tańca bądź na rozmowę, to rozumiem, ale w oczach Aegona po prostu sobie poszła, a potem mówi o zmuszaniu.

 

(…) miał wrażenie, że gdyby uśmiechnęła się do niego, unosząc twarz w jego stronę, nie dałby radę się powstrzymać. – Nie dałby (kogo? czego) rady.

 

Myślenie o tym, że gdyby urodził się choć dwa lata wcześniej, to on byłby następcą ojca i to on mógłby ożenić się z Naerys, wciąż było bolesne. – To Aegon dostał za żonę Naerys, bo jest starszy czy żeby go kontrolowała i uspokoiła jego burzliwy charakter? Raz twierdzisz tak, a raz inaczej. Wspominałaś, że ludzie spodziewali się ślubu Naerys z Aemonem, a więc była na to szansa. Tutaj zwracasz uwagę na to, że wystarczyłoby urodzić się przed Aegonem. Ostatecznie to przecież Viserys (pewnie z pomocą króla Aegona) łączył ich w pary. 



Naerys V

Poczuła strach, gdy powiedział te słowa. Podniosła głowę i spojrzała w ciemnofioletowe oczy Aemona. On w przeciwieństwie do niej nie wyglądał na przerażonego. Był spokojny. Jak on może się nie bać? Przecież jedzie do Dorne. 

[Skoia] Jak wspominałam już, nie czytałam książek Martina, ale oglądałam serial. I muszę przyznać, że bardzo doceniałam sceny, które przedstawiały posiedzenia władców i Małej Rady przy stole, czy to na dworze Lannisterów, czy też narady Daenerys Targaryen z jej lojalistami, na przykład Jorahem Mormontem. Dzięki nim (nie jedynie, ale to dobry przykład) nie miałam problemu, by zawsze być na bieżąco i rozumieć sytuacje i nastroje panujące nie tylko w pojedynczym królestwie, lecz całej krainie. Znałam stawki, ryzyko oraz ewentualne konsekwencje, jednak przede wszystkim dowiadywałam się, o co w ogóle toczone mają być bitwy czy wojny. Gdybym za podstawę miała tylko twój tekst, pomijając chociażby „Świat Lodu i Ognia”, nie miałabym pojęcia, o co tak dokładnie chodzi i po co tak właściwie król wysyła wojsko na front oraz dlaczego akurat tam, a nie gdzieś indziej. Jeśli poruszałaś ten temat, robiłaś to szczątkowo i ekspozycją, dlatego praktycznie niczego nie zapamiętałam. Nie zbudowałaś żadnego większego backgroundu, by przygotować mnie na to i uzupełnić braki mojej wiedzy w sposób bardziej sceniczny niż nudnym opisem. Teraz zauważyłam, że to nie jest problem tylko tego rozdziału, ale ogólnie całego twojego tekstu i trudno to będzie z tego miejsca nadrobić. 

Do tej pory głównym i chyba jedynym wątkiem opowiadania była miłość Aemona i Naerys, ale dotarło do mnie, że kiedy pisze się o bohaterach osadzonych w świecie quasi-średniowiecznym o naprawdę bogatym tle historycznym, ciężko udawać, że to tło nie ma żadnego znaczenia i pisać jedynie romans, szczególnie gdy Aemon jako od dawna rycerz powinien mieć świadomość, że kiedyś może go zabraknąć przy Naerys. 

W każdym razie obecnie jako czytelniczka po prostu przyswajam pewne informacje na bieżąco, no, jest wojna, Aemon ma wyjechać, no to Naerys będzie smutna i tyle. Ale nawet nie mam możliwości, by samodzielnie ocenić, czy decyzje króla są okej (nie są dla bohaterów, bo rozłąka, ale jakie mają znaczenie dla całego rodu?) i czy gra jest warta świeczki, w ogóle nie rozumiem konotacji między królestwami, nie mam żadnej bazy. Nie wiem, jaką politykę prowadził chociażby poprzedni władca, podejrzewam, że pokojową, bo Aemon chyba nigdzie do tej pory nie wyjechał, ale to nadal niewiele. 

Wydaje mi się, że mimo wszystko historii, którą prezentujesz, brakuje głębi, którą zbudowałby drugi, albo nawet i trzeci wątek. Brakuje scen – zapowiedzi wydarzeń, przygotowań, hintów. Obecnie opowiadanie jest mocno jednoliniowe: bohaterowie się kochają, ich miłość przerywa ślub, następnie ciąża, poród i nagle jeden król umiera, drugi pragnie wojny, więc trzeba jechać gdzieś tam po coś tam – nieważne; ważne jest tylko to, że trzeba porzucić swoją miłość. I to na tym etapie jest trochę nudne, bo mimo że przeszkody, by Aemon i Naerys byli wreszcie razem, ciągle się piętrzą, to nic innego w tekście się nie dzieje, w dodatku jest przewidywalne. W końcu już gdy Naerys wyszła za mąż, nie spodziewałam się niczego innego (tzn. do pewnego momentu spodziewałam się wprawdzie, że Aemon zabije Aegona, ale potem Naerys praktycznie od razu zaszła w ciążę, więc automatycznie zwątpiłam w takie rozwiązanie, poza tym później przeczytałam „Świat…”). Ta jednoliniowość wątku romantycznego po prawie dziesięciu rozdziałach tym mocniej zaczęła mnie kłuć, bo rzuca się w oczy jako trochę nudnawa, bo do przewidzenia. Przyzwyczaiłaś odbiorcę do pewnej rutyny: mimo że mija trochę czasu, miłość między głównymi bohaterami się nie wypala, nie gaśnie, ale też nie kwitnie, bo nie ma na to w tym świecie warunków. Ja to już od dawna wiem, więc teraz to nihil novi, ale jednocześnie nie mam innego wątku, który by mnie zaciekawił i lekturę odświeżył, pokazał może z innej strony. Za to przez tylko jeden motyw całość pod tym względem zaczyna niebezpiecznie przypominać nieco przydługą, ciągnącą się miniaturę zbudowaną ze scen rodzajowych z życia szlachty na dworze królewskim: tu wesele, tam turniej, tam poród czy też pogrzeb i koronacja; umarł król, niech żyje król i jakoś się to wszystko kręci. Masz odpowiedni zasób wiedzy o uniwersum, by te sceny ukazywały tradycje, kulturę i tak dalej – i tak jest, to plus – jednak nadal mam wrażenie, że świat w jakimś stopniu pozostaje martwy i właśnie mocno okazjonalny. Zdecydowanie brakuje wiążących scen, w których bohaterowie po prostu by trochę pożyli po ludzku, porozwijali, podojrzewali (co robią poza kadrem), podowiadywali się też jakichś tajemniczych i ciekawych rzeczy, oraz takich, które poodbiegałyby jedynie od tematu ich miłości, a dodały głębi, przedstawiły świat, w którym tym bohaterom przyszło żyć i jego warunki, także tło historyczne. To też jest na swój sposób niepokojące, że w opowiadaniu o znamienitym rodzie Targaryenów i ogólnie na bazie „Gry o Tron” brakuje konfliktu, jakiegoś może spisku, tajemnic i kreatywnych sposobów na ich odkrywanie. Ta historia aż się o to prosi!





– Wyruszamy pojutrze o świcie. – W dwa dni czternastoletni król zebrał wojska z prawie całego kontynentu, by zaatakować królestwo, którego całkowicie nie pokonali przez setki lat? Kariny są rozległe, nie da się tak szybko maszerować, uzgodnić na radzie planu strategii wojennej. Władcy krain muszą przecież zdążyć dotrzeć do Królewskiej Przystani! Zapewne nie wszyscy byli na pogrzebie lub/i koronacji, co dopiero powiadamianie ich listownie i oczekiwanie na odpowiedź…

 

Na myśl o wszystkich okropieństwach, które mogły ich spotkać, po twarzy Naerys powoli zaczęły lecieć łzy. – Myślę, że spływać byłoby nie tylko bardziej plastyczne, ale i mniej kolokwialne, a w klimacie.

 

– Wtedy w końcu zaznasz szczęście. – Zaznasz (kogo? czego?) szczęścia. 

 

Dołączysz do wiary Siedmiu, będziesz służyć bogom i pomagać ludziom, tak jak zawsze marzyłaś. – A nie będzie przypadkiem wraz z mamkami wychowywać syna na ewentualnego przyszłego władcę? Poza tym gdzie się podział niepokój o kruchą i chorowitą siostrę, której może stać się krzywda pod nieobecność Aemona? Bohater nie martwi się czy tylko mówi od rzeczy, by nie robić Naerys przykrości? W końcu mimo że Aegon wyjeżdża i nie będzie sprawiać jej bólu, to zostaje jeszcze opieka nad dzieckiem, która może być męcząca dla księżniczki, skoro nawet wchodzenie po schodach sprawia jej trudności. Na pewno jest też poobijana po nocnych ekscesach Aegona w łóżku. A nawet jeśli Aemon ma świadomość, że mamki i służki będą pomagały Naerys, to niepodobne do niego, by na każdym kroku nie wspominać słabości siostry. Przecież wcześniej książę zamartwiał się o każdy najmniejszy szczegół, a w momencie, kiedy ma zostawić siostrę na jakiś rok, nie czuje strachu związanego z jej zdrowiem. 

 

– A co z tobą? Jak mam żyć bez ciebie?

Podszedł do niej i objął ją, a ona wtuliła się w jego ramiona.

– Módl się – powiedział z prostotą. – I czekaj na mnie.

Więc modliła się. O bogowie, jak mocno. Codziennie chodziła do septu z kuzynostwem, czasem też sama. Modliła się do Ojca, by dał Daeronowi swoje błogosławieństwo, do Staruchy[,] by oświetliła jego drogę i przede wszystkim do Wojownika, by dał siłę i odwagę wszystkim. – O, i kolejny timeskip. Myślałam, że Aemon dopiero co dostał informacje o planowanym wyjeździe i rozmawia z Naerys, by przyzwyczaić ją do tego, że zaraz go nie będzie, jednak przygotowania trochę zajmą, a tu proszę – to by było na tyle, główny bohater wziął i zniknął na rok. I tak jak wcześniej on wspominał, że rok, w którym Naerys zaszła w ciążę, był dla niego trudny, co mogło świadczyć o tym, że w osobistym życiu Aemona jako rycerza kompletnie nic się nie działo, tak teraz w życiu Naerys po wyjeździe ukochanego także daje sygnały, że najwyraźniej nic ważniejszego i u niej się nie dzieje. A przecież kobieta ma wciąż małe dziecko, wcześniej modliła się o drugie – przyszłą żonę dla syna – i przeżycie porodu. Czy przed wyjazdem króla Aegon nie spróbował więc raz jeszcze jej zapłodnić? Czy Naerys zrobiła cokolwiek w stronę realizacji planu, by zajść w ciążę? Jeśli nie, modlitwa ta była fabularnie bez sensu, bo nie miała wpływu na dalszy przebieg historii. Kolejna strzelba Czechowa, która nie wypaliła – jakbyś pisała sobie „tak o”, bez zawiązywania fabuły.

 

Wkrótce okazało się, że jej modlitwy zostały wysłuchane. Z zachwytem słuchała o kolejnych zwycięstwach doskonale zorganizowanej armii Daerona, którego mieszkańcy miasta zaczęli zwać Młodym Smokiem. – Mam nadzieję, że chociaż jedno takie starcie przedstawisz sceną, gdy dotrzemy do rozdziału pisanego z perspektywy Aemona. Myślę, że nie wątpiłabym w to, gdybyś do tej pory nie wykazywała tendencji do niewykorzystywania obiecujących okazji.

 

Jej bracia walczyli u boku Daerona, a armie Targaryenów przedzierały się przez dornijskie ziemie. Słyszała, że nie tylko mieszkańcy Królewskiej Przystani mówili o Daeronie z wielkim szacunkiem i zachwytem – w Dorne ich kuzyn stał się żywą legendą. Tam również porównywali go do Zdobywcy, robiono to jednak z ogromnym lękiem. Słyszała, że po pierwszej bitwie szpiedzy donieśli księciu Dorne, że gdyby nie brak smoków byliby pewni, że widzą „pierwszego smoczego diabła z tą jego valyriańską koroną ozdobioną rubinami na głowie". Cieszyła się z każdego zwycięstwa, modląc się o szybki powrót kuzyna do domu. // Po roku jej ojciec przekazał jej wiadomość, że Słoneczna Włócznia złożyła hołd Daeronowi. – Ach, czyli jednak nie będzie obiecujących scen, bo wszystko – calutki rok – zdążyłaś już streścić, nasi wygrali, tylko że poza kadrem; hip-hip, hurra!

Mam nadzieję, że wyczujesz tu sarkazm, ale jednocześnie nie obrazisz się za niego. Sama przyznaj, że doprowadziłaś do bardzo dziwnej i trochę rozczarowującej sytuacji. Spójrz: Aemon to główna postać twojego opowiadania – nie żadna poboczną jak Aegon czy nowy król. Aemon miał już sporo scen ze swoim udziałem, w dodatku to nie byle kto, ale tak się składa, że rycerz, tymczasem do tej pory w starciu widziałam go tylko na turnieju, mam wrażenie, że sto lat temu. Od tamtej pory w tekście nie wydarzyło się raczej nic dynamicznego z udziałem tego bohatera, a teraz – wreszcie! – wyruszył on na roczną wojnę. Oczywiście, że czytelnik po tak długim czasie powściągliwości Aemona w końcu będzie chciał tę wojnę wraz z nim przeżyć choć fragmentami. Tymczasem ty sobie ją znów przeskoczyłaś. Ewidentnie spieszysz się (znowu!) do romansu – by bohaterowie się już spotkali i okej, trudno się z tym kłócić, jeśli to główny wątek, ale co z resztą…?

I czemu nagle zaczęłaś pisać w stylu kronikarskim? Te dialogi, w których najpierw Naerys żegna Aemona, a potem rozmawia ze swoją służką, później z ojcem, to ledwo jakieś szczątki scen, resztę stanowi sucha relacja. Całkowicie porzuciłaś również opisy i budowanie atmosfery. Jak wyglądają miejsca akcji, w ogóle jak wygląda twoja bohaterka? Jak wyglądają jej ojciec, jej syn, jej służka? Nie chodzi mi o amatorskie opisy w stylu wykreślania z checklisty: włosy, oczy, strój – zapewne to rozumiesz i się tego domyślasz. Ze szczątków czy detali podrzuconych to tu, to tam mogłabym wyciągnąć naprawdę sporo, a nie tylko to, że bohaterki w czasie rozmowy haftowały. Mało! Naerys też nie jest przecież już tą dziewczynką, którą pamiętam z pierwszych rozdziałów, nie wiem, jak się zmieniła na przestrzeni tylu lat. I czy wciąż trudności sprawia jej przemieszczanie się? Gdzie przy okazji jest jej syn w czasie tych dialogów? 

 

Co prawda szlachetnie urodzeni ugięli kolan, ale nie zrobili tego prości bojownicy. Choć lord Tyrell zapowiedział, że rozprawi się z buntownikami w imię króla, ich kuzyn wyrażał zaniepokojenie tymi zamieszkami. Zamierzał zostać jeszcze w Dorne, by wzmocnić swoje rządy, a im zostało jedynie czekanie. – Mam wrażenie, że odpuściłaś sobie już wszystko, co nie byłoby fragmentem, w którym mogłabyś pochwalić się doskonałą znajomością uniwersum. Rozdział streszcza starcia pokrótce opisane w „Świecie…”, a ja zamiast opowiadania na podstawie zawartych tam informacji, czytam parafrazę książki. Przykładowo:



Z zachwytem słuchała o kolejnych zwycięstwach doskonale zorganizowanej armii Daerona, którego mieszkańcy miasta zaczęli zwać Młodym Smokiem. On jest nowym wcieleniem Aegona Zdobywcy, mówili. (…) Co prawda szlachetnie urodzeni ugięli kolan, ale nie zrobili tego prości bojownicy. Choć lord Tyrell zapowiedział, że rozprawi się z buntownikami w imię króla, ich kuzyn wyrażał zaniepokojenie tymi zamieszkami.

„Dobre Smoki”

 


W roku 158 o.P książę Dorne i czterdziestu najpojętniejszych dornijskich lordów ugięło kolan przed Daeronem. Młodemu Smokowi udało się osiągnąć to, czego nie dokonał Aegon Zdobywca. (…) Lord Tyrell położył kres działaniom jednego z osławionych buntowniczych lordów. (…) Król szybko umocnił panowanie nad Dorne, rozbijając buntowników. Niemniej w roku 159 o.P interior spacyfikowano i Młody Smok mógł wrócić w triumfie do Królewskiej Przystani, pozostawiając w Dorne lorda Tyrella, by pilnował pokoju.

„Świat Lodu i Ognia”

 


Choć bardzo chciała zachować wiadomość, zdawała sobie sprawę z tego, że jej treść mogłaby być bardzo dwuznaczna, szczególnie dla służących. – Chciała zachować (biernik: kogo? co?) wiadomość. 

Tą tylko z narzędnikiem (kim? czym?): Nie chciała dzielić się tą wiadomością.

 

W międzyczasie zahaczyła jednak o komnatę obok, w której jej mały syn bawił się razem z jej kuzynkami. Uśmiechnęła się na ten widok, ale nie chcąc przerywać Daeronowi rozrywki, jedynie kiwnęła głową do Rhaeny, która posłała jej porozumiewawcze spojrzenie, ona jednak pokręciła wtedy głową – zwykle w ten sposób powiadamiały się o tym, czy zabiera syna do septu ze sobą. 

 

– Złe wieści z Dorne. – Poczuła [,] jak odpływa jej krew z twarzy i zobaczyła, jak Viserys zaciska usta. – Zorganizowano zamach na życie króla… – Dwie praktycznie identyczne sytuację, a interpunkcja różnoraka. Ciekawe. :D



Aemon V

Nagle zobaczył nad sobą twarz Naerys, bladą, przestraszoną. Nie związała włosów, które teraz opadały jej luźno na ramiona. Zobaczył, że jej wzrok powędrował do ran i przykryła usta dłonią.

– Nie patrz na to, siostrzyczko – wydusił.

[akapit] Został przeniesiony na nosze i syknął cicho, czując[,] jak bandaże ocierają się o rany. – Do tej pory nie wspomniałaś jeszcze, w jakim miejscu one są. I dlaczego w liczbie mnogiej, skoro Aemon został podobno przebity strzałą? Czy nie powinien mieć jednej widocznej dla Naerys – nie wiem, strzelam – na przykład w barku, a drugiej z tyłu, na plecach, niewidocznej w tej pozycji?

 

Później dowiedział się, że Naerys nie odstąpiła go nawet o krok, gdy maester oczyszczał i zszywał na nowo rany. Podobno wrzeszczał [maester?][,]jakby obdzierali go ze skóry, ona zaś uspokajała go spokojnym, cichym głosem. – To znaczy, że w drodze z Dorne do Królewskiej Przystani nie było żadnego maestera, który zająłby się ranami Aemona, żeby się nie rozpaprały? Czy oczyszczone i zszyte rany otworzyły się i zabrudziły w czasie podróży? Jedno i drugie mogło spowodować infekcję. Przecież podróż w tym stanie zajęła Aemonowi wiele dni (ponad 900 mil, czyli około 1500 km, coś jak z Warszawy do Sarajewa…).

 

W końcu pierwszym[,] co zobaczył, gdy w końcu obudził się z trzeźwym umysłem[,] była ona, skulona koło niego na łóżku. // Przez chwilę poczuł się tak, jakby żył w innym świecie. W końcu tak mogłoby wyglądać ich życie, gdyby ona nie była żoną Aegona, a on rycerzem Gwardii Królewskiej. Budziłby się wtedy koło niej każdego ranka, aż do końca ich dni. 

 

– W zasadzie, może chciałabyś jeszcze trochę ze mną poleżeć?

Naerys zarumieniła się lekko, ale w jej oczach zobaczył coś, co zawsze pragnął zobaczyć. Radość. Gdy położyła się przy nim, obejmując go jedną ręką, nie mógł powstrzymać uśmiechu. I w tym momencie Naerys go pocałowała. (...)

Gdy w końcu oderwali się od siebie, Naerys spojrzała na niego spod przymrużonych oczu. Na jej policzkach widniał lekki rumieniec.

– Powinniśmy być ostrożni.

– Czyli chcesz w to iść dalej? – Musiał wiedzieć.

Kiwnęła głową i chwyciła jego dłoń, ściskając ją mocno, a on poczuł jak ciepło rozlewa się po jego sercu. – Chwileczkę! Co tu się zadziało? Gdzie ta bogobojna Naerys, wierna mężowi – mimo iż kocha innego brata? Ten zainicjowany przez nią pocałunek był kompletnym zaskoczeniem, niestety wypadł na twoją niekorzyść. Naerys taka nie była i nic nie wskazywało na to, żeby nagle miała zmienić swoje zachowanie. Nawet Aemon – po tym, jak ojciec zasugerował mu romans – zauważył, że kobieta nie zgodzi się na to; domyślam się, że miał na myśli jej religijność i poczucie prawości. Jeśli Naerys zmieniła zdanie – musiała mieć powód. Jaki?

Może to informacja o rychłej śmierci Aemona zmieniła podejście księżniczki? Albo widok go całego poobijanego i rannego obudził w Naerys strach, że bohaterka może go więcej nie spotkać i to sprawiło, że chciałaby rozpocząć romans? Tyle że nie wiem tego. Gdy Aemon był na wojnie, czytałam sceny z punktu widzenia Naerys, co składało się na szwendanie się po zamku. Gdy teraz chciałabym być w głowie Naerys, by widzieć tę przemianę i próbować rozumieć, skąd się wzięła i co wpłynęło na decyzję księżniczki – jestem w głowie Aemona. Dzięki niemu dowiedziałam się tylko tyle, że zajarał się długo oczekiwanym pocałunkiem i… w zasadzie nic więcej. Oszczędziłaś mi emocji Naerys i jej toku rozumowania w kluczowej scenie – w scenie, w której księżniczka się przełamała i zaczęła dbać o swoje szczęście kosztem poczucia winy względem bogów. Niestety, uciekło to na dalszy plan, a przez brak wytłumaczenia kompletnie nie rozumiem zachowania postaci w tej scenie, a więc uznaję je za irracjonalne. 

 

Niby wykonywał obowiązki gwardzisty, jednak gdy zostawał sam na sam z Naerys, czuł się inaczej. – To znaczy… co właściwie robił? 

Znowu relacjonujesz, zamiast pokazywać. Aemon, postać pradoksalnie na początku dość mi bliska, od dawna wydaje mi się obca, bo daleka. Niby powinnam się przyzwyczaić do tego, że jego życie osobiste skupia się na Naerys, ale poza scenami o tej dwójce bohater praktycznie nie żyje. Streszczasz wszystko to, co dzieje się w życiu rycerza i dotyczy jego sprawowanej funkcji, a to mocno spłyca tę postać. Poza tym w przypadku chociażby Naerys gdzieś tam w początkowych rozdziałach poruszałaś takie aspekty jak wygląd postaci (nawet chwaliłam cię za skrzętnie przemycane opisy) czy jej zainteresowania (gra na harfie, modlitwa, czytanie ksiąg), a o Aemonie od samego początku wiem tyle, że kocha swoją siostrę i nieźle włada mieczem. Pokazałaś, że jako wojownik ma potencjał (sceny treningu z Corwynem czy turnieju), ale nic z tym dalej się praktycznie nie zadziało scenicznie – przebieg rocznej wojny zmieściłaś w jednym czy dwóch akapitach, i to przytoczonych nie z placu boju, a z perspektywy bohaterki, która została na zamku. 

Zresztą jakim zamku? Nawet nie potrafię wyobrazić sobie tego miejsca. Nie istnieje ono także w jakimkolwiek tle; nie występują u ciebie takie elementy sceniczne jak chociażby pogoda czy klimat mające na cokolwiek wpływ. Na co liczysz? Że skoro oglądałam serial, to wiem, jak wyobrażać sobie Królewską Przystań? To tak nie działa, a bynajmniej nie powinno.




Ta ostatnia czynność w szczególności weszła mu w nawyk. Czasami chciał zrobić ku niej [tej czynności?] jeden krok, by zamknąć ją w ramionach, ale w porę orientował się, że nie są sami. 

 

W międzyczasie ich brat powrócił z Dorne, więc Naerys musiała powrócić do swojego życia mężatki. Słysząc o przyjeździe brata, bez słowa zdjęła kaptur z głowy, a on pomógł zapleść jej włosy w kok. – Kto pomógł, Aegon – po powrocie? Podejrzewam jednak Aemona, ale jako podmiot technicznie gdzieś się zagubił.

 

– Lady Casella Vaith – przedstawił niemal białowłosą blondynkę. – Białowłosa blondynka to już oksymoron czy jeszcze pleonazm…?

 

I znów muszę pochwalić kreację Aegona. Choć to najbardziej negatywną postać twojego tekstu, przyznaję, że jest też postacią najbardziej charakterystyczną i spójną. Za każdym razem, gdy pojawia się w scenie – pokazujesz, jakie ma wartości, co jest dla niego ważne, jaką ma naturę. Rzadko go eksponujesz i nie wiem, czy dlatego, że starasz się udowodnić, jakim jest dupkiem, czy chcesz utrudniać nim życie Naerys i przez pryzmat tego bohatera sprawić, bym zaczęła jej współczuć. No i dobrze, współczuję jej takiego męża, ale odczuwam też niemały dysonans, gdy to właśnie ten mąż okazuje się najlepiej wykreowaną postacią w tekście. Za każdym razem Aegon wydaje się w nim po prostu żyć. Więc skoro akurat ten bohater – drugoplanowy; nie ma swojej perspektywy narracyjnej – wyszedł ci pierwszorzędnie, dlaczego te najważniejsze postaci (bo pierwszoplanowe) są tak jakby suche i o naprawdę ubogim życiu oraz wnętrzu…?

 

– Aemon.

– Ojcze. – Kiwnął głową.

– Dobrze wyglądasz.

– I równie dobrze się czuję. Jestem gotowy na powrót do Dorne. – Dlaczego Aemon chciałby tam wracać? Od początku rozdziału poniekąd siedzę w jego głowie, śledzę jego myśli i wiem, jaką przyjemność czerpie z czasu spędzonego z Naerys. Pisałaś chociażby: Ta ostatnia czynność [całowanie – dop. Skoia] w szczególności weszła mu w nawyk. Nagle jakby nigdy nic Aemon z marszu chce wrócić na front, i to akurat teraz, gdy Aegon wrócił i może zagrażać życiu Naerys (właściwie z jakiego powodu Aegon powrócił do Królewskiej Przystani, a Aemon ma wracać do Dorne, skoro bitwa się zakończyła?). Dlaczego Aemon podjął taką decyzję? Czy wymyślił to, bo przeraziła go opcja romansu z żoną brata i konsekwencje, gdyby romans ten wyszedł na jaw? A może bohater woli zniknąć, by nie musieć teraz patrzeć na Naerys przy boku Aegona? A może po prostu brakuje mu bitwy, bo odkąd oberwał strzałą, czuł się niepotrzebny i mimo bliskości siostry – niespełniony, brakuje mu wrażeń z frontu? Mogłabym to wziąć pod uwagę, gdybym dostała wcześniej sceny oddające jego radość z przebywania na wojnie. Ale też zacznie łatwiej byłoby mi się domyślić, gdyby Aemon po prostu dawał do zrozumienia takie (lub inne!) rzeczy wprost. Wystarczająco często przebywam w jego głowie, by się o tym dowiedzieć.

Dobrze, gdy opowiadania są tak skonstruowane, że dają czytelnikowi pewne wskazówki (tzw. hinty) dotyczące dalszych rozwiązań fabularnych, ale wybrzmiewających dopiero, gdy odbiorca zdąży poznać rozwiązanie. Wtedy ma takie: ahaa, to dlatego bohater X czy Y zachowywał się w taki sposób…! I to jest znakomite uczucie czytać tekst o takiej głębi, bo wtedy nie ma się wrażenia, że wszystko dzieje się bez przyczyny, jakbyś na bieżąco wymyślała poszczególne sceny; nic ich nie zawiązuje. Inna sprawa, że może być ci trudno stosować takie subtelne wskazówki w narracji personalnej, bo w takim wypadku sporo fragmentów spędzamy w głowie Aemona. Jeśli więc gdziekolwiek wcześniej bohater zastanawiał się nad kolejnym krokiem – nie powinno mnie to ominąć. Nie da się w oparciu o hinty prowadzić jedynego wątku opowiadania, i to pisanego taką a nie inną narracją – będąc personalnie związanym z postacią – bo stawianie narratora za jej plecami wyklucza posiadanie tajemnic. Aemon mógłby na przykład pomyśleć, że nie potrafi już wpływać na życie Naerys, musi poświęcić się pracy, bo tylko to mu zostało, przecież ona ma męża i syna, i jeszcze jest bardzo wierząca – zamiast tego więc bohater wyjedzie najszybciej, jak może. W tym wypadku hint nie zadziała, bo czytelnik od razu domyśli się, że bohater ma na myśli akurat Dorne. Nigdzie indziej raczej by nie pojechał, bo i tego nie zapowiadała wcześniej fabuła. 

Z jednej strony mamy więc zero zaskoczenia decyzją, z drugiej – i tak do końca nie wiemy, dlaczego Aemon chce jechać. A zdecydowanie powinno być tak, że choć odbiorca zna lub mocno domyśla się pobudek, które kierują Aemona w stronę Dorne, nadal ta decyzja zaskakuje, bo na przykład inne opcje wydają się równie atrakcyjne. Nie miałaś problemu, by w taki angażujący odbiorcę sposób zarysować chociażby naturalne myśli Aemona, a potem dialog o tym, że bohater zabiłby Aegona. Tam ci wyszło. Więc dlaczego tutaj nie? 

 

Jego ojciec zastygł z piórem nad kartką.

– Po co?

– Jestem Gwardzistą, a mój król jest na wojnie. Chcę wrócić, by pomóc mu w walce. Daj mi eskortę, a już jutro ruszę w drogę. – Aemon dalej wprawdzie tłumaczy pobudki ojcu, więc te stają się jawne, ale mówi o nich zupełnie bez emocji i nie mogę nawet wyczuć, czy kłamie ojcu dla świętego spokoju, czy mówi szczerą prawdę. Trudno mu uwierzyć właśnie z tego powodu, że gdyby Aemon faktycznie CHCIAŁ być przy boku swojego króla, to by o tym MYŚLAŁ.

 

Delikatnie pogładził jej policzek dłonią i szepnął[:]

– Bardzo pięknie.

Przyciągnął ją do mocnego uścisku, a ona pocałowała go, zarzucając mu ręce na szyję.

– Wróć do mnie. Jak najszybciej – szepnęła.

Do momentu pogładzenia policzka i pocałunku wyobrażałam sobie, że Naerys publicznie obwiązuje wstążką legendarny miecz Aemona – aby ten mógł szczęśliwie przyprowadzić do domu oficjalnie nie tylko siebie, ale cały oddział, za to po cichu mówi mu coś innego. Być może dzieje się to na placu, tuż przed wymarszem…? Tak właśnie widziałam to oczami wyobraźni i tylko dlatego, że nie przedstawiłaś miejsca akcji, nie wprowadziłaś mnie do niego i mogłam sobie wyobrazić właściwie cokolwiek i akurat ta wizja wydawała mi się po prostu ciekawa. Dopiero pocałunek uświadomił mi, że bohaterowie znajdują się zapewne w komnacie Naerys. Nie sądzisz, że lepiej byłoby od początku budować scenę tak, by wykluczać ewentualne niezgodności?

Zwróć uwagę, że bohaterowie rozmawiali o romansie oraz oboje dostali też poniekąd zielone światło od ojca, jednocześnie oboje bali się, że ktoś przyłapie ich in flagranti i wszystko się wyda. To brzmi jak budowanie jakichś podwalin pod dość emocjonujący wątek, ale jednak bohaterowie ukrywają się najwyraźniej dość skutecznie i nic w tym temacie się nie dzieje. Szkoda, bo byłby to motyw na naprawdę budzący napięcie konflikt fabularny. Ani szczególnego napięcia, ani zarysowanego i poprowadzonego scenicznie konfliktu dawno już w tej historii nie czułam. 


 



Następnego dnia wyruszył zaraz po lekkim śniadaniu. Mimo wczesnej pory, pod murami Czerwonej Twierdzy ustawiła się spora grupa ludzi, która zaczęła wiwatować, gdy tylko pojawił się w zasięgu wzroku.

– Książę Aemon! Książę Aemon!

– Powodzenia, książę!

– Niech Siedmiu cię prowadzi! – Pisałam wcześniej, że w „Świecie Lodu i Ognia” Aemon opisywany był jako bohater kochany i ceniony przez wszystkich i tutaj faktycznie udało ci się to pokazać, jednak też nie powinno być tak, że cechy takie przejawiają się raz na dziesięć rozdziałów. Dobrze, ale zawsze może być lepiej. Może spróbuj już wcześniej znaleźć kilka okazji, by to przedstawić?

 

Ciekawe[,] co by sobie pomyślał Aegon, gdyby to zobaczył, pomyślał, posyłając uprzejme uśmiechy”. Na jego widok pewnie nikt tak nie wiwatował, bo ludzie skupili się na rzucaniu wściekłych spojrzeń Dornijczykom. – A to nie jest tak, że randomowi ludzie nie wiwatowali na froncie, gdy Aegon walczył z Dornijczykami, bo… randomowy tłum raczej nie znajduje się na placu bitwy w czasie wojny? 

Edit: Aaa… bo tu chodzi pewnie o sytuację, gdy Aegon wrócił do Królewskiej Przystani, pewnie z jakimiś jeńcami. Niech będzie, łapię, chociaż nie wpadłam na to od razu, gdy pierwszy raz przeczytałam to zdanie. Może dlatego, iż gdy opisywałaś (streszczałaś) powrót Aegona, nie wspominałaś nic o żadnych jeńcach? Przedstawiłaś tamtą scenę z perspektywy Aemona, który obserwował, jak Aegon wita się z żoną. Aemona nie interesowało nic innego, nie patrzył, z kim brat powrócił, jakie wieści przynosi z frontu, w ogóle dlaczego powrócił ani nic. To tylko pokazuje, jak bardzo Aemon nie jest gwardzistą i nie ma rycerskiego zacięcia. Niby więc na jakiej podstawie miałabym uwierzyć w to, że tak ochoczo chce powrócić do kompanów na kolejną bitkę? Nie oszukujmy się, przecież interesuje go tylko Naerys.

 

Gdy dojechali do Pogranicza, zwiadowcy powiadomili go, że król stacjonuje przed Vaith. Razem z niewielkim oddziałem szybko i bezpiecznie przejechali przez Szlak Kości, dotarli do Słonecznej Włóczni, gdzie spędzili dwa dni, aż w końcu dojechali do ogromnej fortecy z wywieszonymi żółto-pomarańczowo-czarnymi banerami. – Fragment-komunał. Czym są Szlak Kości i Słoneczna Włócznia? Dlaczego uznałaś, że to wiem i nie rozwinęłaś? Równie dobrze mogłabyś napisać: Gdy dojechali do Pogranicza, zwiadowcy powiadomili go, że król stacjonuje przed Vaith. Po dwóch dniach dojechali do ogromnej fortecy z wywieszonymi żółto-pomarańczowo-czarnymi banerami. Oba fragmenty dają mi tyle samo. Jeśli chcesz rzucać nazwami własnymi ot tak, żeby tylko udowodnić, że research masz w małym palcu – bez sensu. Czytelnik, który słabiej zna uniwersum, nic z tego nie ma, za to czuje się bardziej zagubiony. Nic nie może sobie wyobrazić. A przecież Szlak Kości brzmi super-szmega tajemniczo i złowieszczo! Dlaczego by tego nie wykorzystać do zbudowania atmosfery pod nadchodzące starcia? Może bohaterowie mogliby z daleka dostrzec coś podejrzanego? Na przykład ptactwo akuratnie przelatujące nad ich głowami, prawdopodobnie z wiadomościami buntowników, które można by przejąć, zestrzeliwując zwierzę z łuku? Strzelam, wymyślam, kombinuję, bo opowiadanie w obecnej formie jest zwyczajnie nudne i nie zapewnia rozrywki na poziomie fabularnym. Brakuje też napięcia. Bohater wyrusza na front: jedzie sobie z miejscowości X przez Y do Z i dopiero na miejscu coś się wydarzy. A przecież mogłaś w czasie ich drogi dowolną sceną (albo dwoma czy nawet trzema!) wytworzyć pierwsze trudności i sprawić, że postaci musiałyby pokombinować, zanim dojdą do celu, w którym będzie miał miejsce punkt kulminacyjny wątku. Być może musieliby zmienić trasę albo z kimś ówcześnie powalczyć, może gdzieś się zakraść? Gdyby tak było, napięcie by urosło, czułoby się stawkę i że bohaterom zależy. Nadal kierujesz ich jednotorowo, płasko, a czytanie krótkich streszczeń nie generuje żadnych emocji. Poza tym nie czuję w ogóle, że Aemon jedzie na jakąkolwiek bitwę, że ją przeżywa, martwi się (albo nie martwi, czemu nie, w końcu to podobno całkiem niezły gwardzista), cokolwiek. Naprawdę: cokolwiek.

 

Jego kuzyn miał na sobie lekką skórzaną zbroję. Twarz miał skurzoną, tak jak włosy, które wydawały się być bardziej mysie niż srebrno-złote. – Wydawały się bardziej mysie niż srebrnozłote…

 

Za jego plecami stał Stefford Baratheon i Tyrred Lannister. – Stali, bo było ich dwóch.

 

Gdy chciał paść na kolana, Daeron go powstrzymał i zagarnął do mocnego uścisku.

– Nie do wiary, że wróciłeś. – Daeron p[P]okręcił głową. – O, a tu podmiot nie zmienił się. Nie musisz go dublować.

 

– Zrobiłbym to kolejny raz, gdybym musiał. To zaszczyt walczyć u twojego boku, Wasza Wysokość.

– Na razie nie walczymy, jedynie stoimy. – Alyn Oakenfist pokręcił głową. – Książę, czy to prawda, że twój brat wziął za faworytę Cassellę Vaith?

– Tak. – Skrzywił się, czując narastający niepokój. – Nie zaakceptowali tego?

– Lord Vaith usłyszał podobno jedynie plotki, ale od razu się zbuntował. To dlatego odesłałem Aegona do stolicy. – Daeron westchnął. – Wiem, że lubi towarzystwo kobiet, ale są pewne granice.

– Czyli robimy oblężenie? – Chyba nie rozumiem, nie nadążam za tym skrótem myślowym. Robimy oblężenie, bo Aegon wrócił do stolicy? A gdyby nie wrócił – nie byłoby oblężenia? Czy nie byłoby go również, gdyby Aegon wrócił do domu bez Casselli lub został walczyć, ale przestał się za nią uganiać? Dlaczego w ogóle pozwolono mu z nią wyjechać, skoro ryzykowało to buntem na froncie i wszyscy o tym wiedzieli lub się tego domyślali? Dlaczego król nie zmusił Aegona do pozostawienia tej kobiety na miejscu? Przecież jest królem, może kazać swoim poddanym różne rzeczy. Tym bardziej gdy zależało mu na udanym podboju i w ogóle cała wojna to jego pomysł.

 

– Na to wygląda, choć jest też inna możliwość. Tuż przed twoim przyjazdem przybył posłaniec z zamku. Powiedział, że lord Vaith jest gotowy poddać na nowo zamek, jeśli tylko pokonamy jego Czempiona. 

– Czempiona?

– Tak. Zamierza wystawić jakiegoś wojownika. My mamy zrobić to samo. Jeśli wygramy, odda zamek. Jeśli przegramy, mamy odejść. Przegrana nie jest dla nas korzystna, dlatego...

– Jeśli pozwolisz, ja mogę walczyć z Czempionem – rzucił, bojąc się, że Daeron zaproponuje swoją kandydaturę. – I znów: Aemon upiera się, by walczyć, ale jednocześnie czytelnik nie ma bladego pojęcia o tym, czy w ogóle potrafi walczyć. Przecież dawno temu de facto przegrał turniej, a potem nie walczył w ani jednej scenie, mało tego, oberwał niedawno strzałą. A teraz nagle wraca jakby nigdy nic ozdrowiały i od razu pakuje się do kluczowego starcia – bo przecież stawką jest CAŁY ZAMEK. Nie ręka królewny, worek srebra czy inne takie. ZAMEK. Wiesz, ile w tamtych czasach znaczył poddany zamek? Poddany zamek równa się poddane królestwo! 

No dobra, wiem, że gdyby Aemon o niego nie walczył, będąc głównym bohaterem, byłaby kicha, ale z drugiej strony skąd mamy mieć pewność, że wygra, skoro do tej pory niczym się nie wykazał? To, że wygra, będzie stanowiło imperatyw narracyjny, zresztą mam wrażenie, że cała ta sytuacja z czempionem to imperatyw akuratny po to, by wywyższyć Aemona, który nie zdążył sobie na takie wyróżnienie zasłużyć.

Dlaczego słowo czempion zapisujesz wielką literą? Nie jest to nazwa własna, a, ot, określenie sprawowanej funkcji, nie różni się od mistrza czy zawodowca. Być może mężczyzna nosi jakiś tytuł, nie wiem, Cyrkowy Czempion – nosi go jak inni wybitni rycerze – jednak ani razu nie rozwijasz tej nazwy. Wręcz przeciwnie, zdanie o tym, że pokonamy jego Czempiona sugeruje raczej, iż chodzi po prostu o jakiegoś wziętego rycerza, jednego z lepszych w gwardii lorda Vaitha.

 

– Książę Aemon jest bardzo dobrym rycerzem – odezwał się ser Stefford. – W wieku siedemnastu lat okazał się być godnym Mrocznej Siostry.

– Popieram słowa ser Stefforda. – W wieku siedemnastu lat Aemon przegrał turniej, ale król wyróżnił go z powodu młodego wieku i pewnie też trochę dlatego, że go lubił. Od tamtej pory bohater ani razu nie udowodnił sceną, że coś potrafi, tymczasem jacyś dalszoplanowi bohaterowie, których nie znam i nie umiem sobie wyobrazić, tłumaczą mi, że Aemon to świetny wojownik. Ale ich zdanie nie bardzo ma dla mnie znaczenie. O Aemonie jako głównym bohaterze sama dawno powinnam sobie wyrobić opinię, ale nie mam podstaw, by to zrobić. A to przecież dziesiąty rozdział.

 

Czy i o nim będą opowiadać, tak jak o królowej Visenyi, Maegorze Okrutnym czy Daemonie Księciu Łotrzyku? Jeśli tak, to co powiedzą? – Nie wiem, czy Aemon powinien się w ogóle w jakikolwiek sposób porównywać do wymienionych przodków. Visenyia była świetną wojowniczką dosiadającą Vhagar, ogromną smoczycę, która dożyła starcia nad Okiem Boga i władająca Czarną Siostrą. Razem z Aegonem I podbijała całe Westeros. Maegor Okrutny, jej syn, w wieku szesnastu lat w czasie turnieju pokonał trzech gwardzistów królewskich i wygrał walkę zbiorową, stając się najmłodszym rycerzem w tamtych czasach. Po śmierci Aegona zdobył Baleriona – najstraszliwszego smoka w całym Westeros, na którym Zdobywca podbił kontynent. Daemon również dzierżył Mroczną Siostrę i walczył w Tańcu Smoków, prowadził atak na Harrenhal i walczył na Caraxes przeciwko Aemondowi i Vhagar, gdzie wszyscy zginęli. To były legendarne bitwy i czyny – nie walka z jakimś (w dodatku marnym) czempionem o dornijski zamek. Poczułam się urażona, gdy przeczytałam, że Aemon porównuje się do dzielnych wojowników z przeszłości, szczególnie że nie wykazał się żadnymi umiejętnościami, z drugiej strony uznałam go za głupca. Czy on nie oczekuje zbyt wiele względem siebie samego? Ma ze dwadzieścia lat, powinien przestać już śnić jak dziecko o sławie i chwale; chodzi mi o to, że w tym wieku na pewno zdawał sobie sprawę, że taka walka nie przyniesie olbrzymiej chwały na miarę królowej Visenyi. 

A gdy już jesteśmy przy temacie smoków i bitew, to… to, co mnie aż denerwuje w twoim opowiadaniu to fakt, że nie ma tu praktycznie niczego o smokach. (Tym bardziej dziwne, gdy tytuł pracy sugeruje coś zupełnie innego). Przecież to kluczowe lata dla Targaryenów! Napisałaś tylko przy pogrzebie Aegona III, że w trakcie jego panowania umarły ostatnie smoki, a przecież one zawsze były częścią potęgi rodu! Nikt się nie zastanawiał, jak Targaryenowie poradzą sobie z Dornijczykami bez smoków, skoro niegdyś już, mając właśnie je, nie udawało im się podbić południowych krain? Nikt nie wspominał potęgi władania nad tymi stworzeniami i ich mocy zdolnej spalić miasto? Nikt nie komentował młodych, skarlałych smoków, które zakończyły żywot w Westeros, nie wydając potomków? Przecież cały system królewski musiał ulec zmianie. Czternastoletni król zarządził wojnę, którą mieli szansę przegrać, bo nie było już smoków dających przewagę. W dodatku bitwa toczyła się na terytorium wroga; mało znanym, gdyż Dorne co chwilę ktoś podbijał i tracił. Rozumiem, że takie rzeczy omawiane są na radzie, w której na pewno Naerys by nie uczestniczyła (Aemon też nie, ponieważ nie był dowódcą gwardii), lecz na pewno ówczesny dowódca przekazywał pozostałym rozkazy, mógł dyskutować ze swoimi ludźmi na temat wizji wojny. Ba! Viserys mógł porozmawiać z Aemonem i ostrzec, że powinien pożegnać się z siostrą, bo może nie wrócić. Bo nie pamięta nieocenionej pomocy smoków podczas bitew, nie zna trudu walki z Dorne. Zamiast tego, Viserys… zezwolił synowi na romans z siostrą. Nawet nie wypowiedział słowa wsparcia na czas wojny. Wojny, która jest u ciebie tłem, a powinna mieć realny wpływ na fabułę, na zachowanie postaci – w końcu to właśnie czasy, w których się żyje, mają główny wpływ na to, jak… się w nich żyje. Pamiętaj, że nawet tło musi żyć. Jakieś informacje powinny przepływać gdzieś z tyłu, by czytelnik zrozumiał, czemu przyszła walka jest tak straszna, czemu Aemon musi wrócić na front i dlaczego mimo wygrania bitew, nadal wojska stacjonują na południu. I dlaczego Aemon nie może jeszcze pozostać z ukochaną, która powinna o nim myśleć i się zamartwiać, bo istnieje tylko cień szansy, że Aemon powróci. Wojna to nie wyjście do sklepu po bułki, a u ciebie tyle samo daje emocji. 

Edit: Dareon wprawdzie nieco dalej mówi o podboju Dorne bez smoków, jednak to tylko mała wzmianka i nie dotyczy Aemona oraz jego chęci bycia docenianym w pieśniach. Dobrze, że choć raz wspomniałaś o tych smokach, bo już traciłam nadzieję. Z drugiej strony pocieszanie się w taki sposób pokazuje, że młody król i Aemon nie mają pojęcia o potędze gadów:

– Wątpię, że kiedykolwiek zapomnimy o wyginięciu smoków, ale tak szczerze mówiąc, po co nam one? Teraz to my jesteśmy jedynymi smokami, których potrzebują.

Uśmiechnął się szeroko, jak nigdy czując dumę ze swojego nazwiska. 

W rzeczywistości stanowi dowód na to, że król jest młody i niedoświadczony, ale jednocześnie… czy dobrze to świadczy o nim jako o władcy? I czy rozsądnym było dawać mu władzę przed pełnoletnością, wykluczając regenta?

Ogólnie jednak ostatnia scena zaskoczyła mnie na plus. Zmieściło się w niej trochę historii, trochę zachowań postaci, które mogłam sobie wyobrazić, przedstawiłaś dialog oraz skrzętnie wplotłaś z niego nawiązanie do tytułu swojego opowiadania. Szkoda tylko, że i szaleństwo Daerona jest takie trochę na gębę, bo przypisane postaci, zanim bohater udowodnił w tekście, że istotnie bywa szalony. Brakujące sceny z pierwszych walk, być może z tej, gdzie Aemon dostaje strzałą, lub wcześniej, porządnie zbudowana scena zapowiadająca wojnę i ukazująca reakcje osób, które faktycznie nie wierzą w jej powodzenie – to byłyby silne dowody. Teraz to już tak trochę po ptokach.

 

Aemon przejechał palcami po aksamitnej grzywie swojego konia. Był to typowy, smukły piaskowy wierzchowiec Dornijczyków, dlatego zrezygnował z ubrania pełnej zbroi. – Ten wierzchowiec z tego zrezygnował…? A jeśli Aemon, to czy zrezygnował ze zbroi dla konia, czy ze swojej? A jeśli ze swojej, to dlaczego? Brzmi to tak, jakby Aemon nie chciał ochraniać swojego ciała, bo ma ładnego konia. 

Edit [Skoia]: W tym momencie For zaczęła mi tłumaczyć, że dornijskie konie słynęły z tego, że były szybkie i smukłe, a obciążenie ich zbroją w rzeczywistości przeszkadzało podczas walki i osłabiało je. Jednak tutaj nie ma to żadnego znaczenia, bo pięć minut potem Aemon i tak zeskakuje z konia, a nie walczy na nim, więc temat wierzchowca poruszony został w szczegółowy sposób zupełnie bez sensu. Czemu nie opisujesz tego, co faktycznie ma znaczenie fabularne?

 

– Nie wiem, czy stać ich na to tak jak Yrynwoodów. – Yronwoodów. 

 

Brama otworzyła się, a z[e] środka fortecy wyszedł mężczyzna. 

 

– Nie ma konia? – Daeron zmarszczył brwi.

Aemon zmrużył oczy.

– Nie ma też hełmu. I raczej też ciężkiej zbroi. – Dlaczego są zaskoczeni? To normalne u Dornijczyków. Ponadto Aemon też nie wdział pełnej zbroi, więc co dziwi Targaryenów? 

 

Nie czekał już dłużej. Ruszył galopem, ale nie bardzo szybkim. Cały czas obserwował mężczyznę, który stał nieruchomo. Czeka, aż zaszarżuję i nie będę mógł tak szybko zatrzymać konia. Gdy tylko zobaczył, że mężczyzna sięga za pas, Aemon wyjął nogi ze strzemion i płynnie zeskoczył z galopującego konia– Nie musisz wspominać, że koń galopował; pisałaś już o tym wcześniej. Powtórzenie konia szczególnie razi, bo oba wyrazy znajdują się w tym samym miejscu, na dodatek akcentowym. Sugeruję: i płynnie zeskoczył z siodła. 

 

Mina Cze[m]piona od razu się zmieniła. Z ziemi Aemon był w stanie zauważyć krótki miecz mężczyzny. Wyciągnął go, a następnie z niesłychaną prędkością skoczył w jego stronę. – Aemon wyciągnął miecz mężczyźnie czy zrobił to sam czempion…? Przez zamieszanie w podmiotach ciężko się czyta, bo właściwy sens zdania dociera do czytelnika dopiero po czasie. Tu chociażby dzieje się to dopiero przy informacji, że Aemon skacze w stronę mężczyzny. Sens dociera tylko dlatego, że czempion sam nie doskakiwałby do siebie.

 

Niech się zmęczy. – Aemon chciał zmęczyć przeciwnika, ale nie wiemy, czy ten był wielki, gruby itp. W tym momencie to Aemon ma zbroję, a przeciwnik nie, więc... Targaryen bardziej by się pewnie zmęczył unikami niż czempion atakami. Szczególnie jeśli czempion jest szczupły i zwinny. A skoro skakał Aemonowi nad głową, to nie mógł być ociężały i tęgi.

 

Żeby nie było tak kolorowo, mam do tego fragmentu nieco więcej przytyków:
Mężczyzna zdawał się tańczyć w powietrzu, dlatego Aemon poświecił chwilę na samo unikanie ataków. Niech się zmęczy. Gdy Czempion znalazł się tuż przy nim w powietrzu trzeci raz,
[Aemon] zaczął zauważał[ć] pewien schemat jego kroków. Wysoki skok do góry, dwa szybkie kroczki w tył, w bok i kolejny skok. Dlatego, [przecinek zbędny] gdy mężczyzna znalazł się kolejny raz lekko nad nim, Aemon sam odskoczył w bok i ciął przeciwnika w nogę. Nagła rana musiała go zaskoczyć, dlatego ciężko wylądował na ziemi. Na ziemi już sobie nie poskacze. Zanim Dornijczyk zdążył się przeturlać, by uniknąć ciosu, Aemon przebił jego cienką skórzaną zbroję czubkiem Mrocznej Siostry. Po chwili zdał sobie sprawę, że pewnie pozostali zastanawiają się, czy jest zadowolony z wygranego pojedynku. Dlatego odwrócił się i uniósł miecz do góry (…) – unosić do góry to pleonazm, a w tył, w bok i kolejny skok śmiesznie się rymuje. Poza tym spójrz, ile tu powtórzeń! Ich redukcja to jedno, ale nie wszystko; spróbuj wykazać się większą różnorodnością, jeśli chodzi o konstrukcje, przeplatanie zdań prostych ze złożonymi, ponadto spróbuj pisać mniej łopatologicznie. Logiczne, na przykład, że Dornijczyk turla się na widok uniesionego miecza, aby go uniknąć

Całość w efekcie końcowym, aby działała na odbiorcę, powinna prezentować się zdecydowanie lżej. Mam wrażenie, że im bardziej starasz się, tym tekst jest bardziej okrągły, a jednocześnie bogaty w powtórzenia i jednolity. Czasami (czyt. w scenach akcji) warto odpuścić, nie spinać się tak nad każdym ruchem, przed publikacją upraszczać bardziej skomplikowane fragmenty, skracać je, by czytelnik mógł przeżyć scenę bardziej dynamicznie, w odpowiednim tempie. Pisz chronologicznie, szczegółowo – czemu nie, ale nie przesadzaj i sama sobie nie utrudniaj. Możesz także pododawać więcej plastycznych wrażeń i krótkich odczuć, aby czytelnik poczuł chociażby ból związany ze starciem, nawet wtedy, gdy obrywa antagonista. To ważne, bo sprawia, że scena działa i walkę można przeżyć na poziomie emocjonalnym. Pokażę ci, jakbym to napisała, gdyby o mnie chodziło, abyś mogła sobie porównać wersję przed i po redakcji. Pamiętaj jednak, że ta nie powstałaby, gdyby nie twoja baza. Nie jest zła, ale może być lepsza. Kopiemy tę piłkę do jednej bramki.

Czempion jakby tańczył w powietrzu, więc Aemon zaczął unikać sztychów i cięć. „No zmęcz się już!”. Kiedy dostrzegł go przy sobie trzeci raz – dostrzegł też pewien schemat: wysoki skok w górę, dwa szybkie kroczki w tył, w prawo, kolejny sus… Aemon pozwalał na to, wstrzymując się, aż miał Dornijczyka nad głową – wtedy odskoczył w bok. Ciął na nogę; Mroczna Siostra zagłębiła się w niej, z dziury w cholewce trysnęła krew. Czempion wylądował na ziemi ciężko, wykrzywiony. „Stąd już sobie nie poskaczesz…”. Zwinął się, lecz zanim zdążył przeturlać, Aemon przebił cienką skórzaną zbroję samym czubkiem miecza. Było po wszystkim.
A gdy zdał sobie sprawę, że wcale nie jest tu sam i że inni w ciszy pewnie czekają na jego ruch, odwrócił się w stronę swoich i uniósł miecz. 

Przeczytaj obie wersje na głos. Dzięki temu powinnaś usłyszeć różnicę przede wszystkim melodyjności. Zauważ, że poskładałam zdania tak, aby przyjemnie brzmiały; pojawiają się rymy, ale niedokładne i nie na miejscach akcentowych, by kłuć w uszy, nie bawią również jak skok w bok. Mamy za to: Aemon zaczął unikać sztychów i cięć. „No zmęcz się już!” (…) kolejny sus – to tutaj zastosowałam podobne brzmienia, aby fragment nabrał płynności. Jedno z powtórzeń pozostawiłam celowe, wzmocniłam je partykułą też: Kiedy dostrzegł go przy sobie trzeci raz – dostrzegł też pewien schemat. Zwróć uwagę również na to, jak dużo w tym fragmencie różnorodnej interpunkcji: nie tylko przecinki stanowiące zawsze tak samo silną pauzę, ale i myślniki (pauza od nich mocniejsza) czy średniki, stanowiące słabszą kropkę, więc przyspieszające czytanie. Mamy też wskazujący o zniecierpliwieniu Aemona wykrzyknik oraz wielokropki, które postawione w sprytnym miejscu mogą wygenerować napięcie, bo wstrzymują na chwilę akcję. Tego też brakuje mi w twojej twórczości – różnorodności pod względem zapisów i wykorzystanych technik. Piszesz tekst, szczególnie sceny dynamiczne, w sposób jednocześnie uproszczony, bo pełen powtórzeń i jednolitych konstrukcji, ale skomplikowany, bo mam dziwne wrażenie, że w opisywaniu wszystkich ruchów starasz się za bardzo i dlatego te zdania są takie trochę powypychane i długie, wielokrotnie złożone. Postaraj się spróbować czegoś nowego i wypracować nowe metody, by sceny akcji różniły się od scen pasywnych, a na pewno efekt końcowy będzie lepszy i scenę będzie można nie tylko przeczytać, ale i przeżyć.

Okej, a teraz pomijając technikę pisania scen dynamicznych i ich stylizację, przejdźmy do fabuły. Jak to się stało, że król z zamku Dornijczyków, którego imienia nie pamiętam, wysłał na plac swojego najlepszego czempiona, a ten okazał się tak miernym przeciwnikiem? Nawet nie jestem pewna, czy on miał miecz, a jeśli tak, musiałby mieć chyba jakiś lekki, jednoręczny albo jakiś sztylet, żeby sobie tak na luzie skakać Aemonowi nad głową.

Edit: Sprawdziłam raz jeszcze i w tekście trochę wcześniej pojawia się informacja o tym, że bohater dzierżył krótki miecz, jednak pada ona w jednym zdaniu oznajmującym. Zapomniałam o niej, bo bohater w scenie walki nie użył tego miecza ani razu. Dlaczego? Dornijczyk jedynie jakby wesoło hopsasał wokół przeciwnika… Trzeci raz, gdy wykonał tę samą serię ruchów, wreszcie dostał cięcie na nogę, przewrócił się i w kolejnym zdaniu dał się zabić. Nie wiemy nawet, czy miecz wypadł mu z dłoni. Przecież to nie brzmi, jakby facet był najlepszym czempionem w swojej krainie. Cyrkowcem, to może tak, ale czempionem? 

No i też nie mogę się powstrzymać przed zadaniem jeszcze jednego pytania: ile wzrostu ma Aemon, że czempion cyt. znajdował się lekko nad nim. Tyriona Lannistera dałoby się tak załatwić, i to dość zręcznie, ale przeskakiwać nad gwardzistą króla? I to bez tyczki?

 

– Ciągle nie mogę uwierzyć, że tak łatwo pokonałeś tamtego akrobatę, Aemon. – Szczerze mówiąc, ja też nie, ale zostawmy już to i idźmy dalej.

 

– Powinien wiedzieć, że ze smokami się nie tańczy.

Daeron zaśmiał się, kiwając głową.

– Dobrze powiedziane. Poza tym, gratuluję tytułu. Musimy dopilnować, by do ciebie przylgnął.

Uśmiechnął się lekko.

– W takim razie do turniejowego hełmu również muszę sobie dorobić głowę smoka.

– Ze skrzydłami. Pamiętasz ostatnią smoczycę? Smok bez skrzydeł wygląda jak jaszczur. – Nagle zaczął się temat smoków. Jak pisałam wyżej, brakowało mi tego, aczkolwiek dziwnie to wygląda po dziesięciu rozdziałach, jakby bohaterowie się nagle obudzili, że niedawno ich przodkowie władali smokami. Druga sprawa, że Aemon i Daeron wyśmiewają się ze smoków, traktują je tutaj tak, jakby nic nie znaczyły, a to dzięki nim Targaryenowie podbili Westeros. Fakt, że ostatnie były skarłowaciałe nic nie zmienia – powinni być uczeni szacunku do tych stworzeń od dziecka. Wyobrażałam sobie bardziej mówienie o ostatnich smokach z troską i żalem, a nie w stylu: iks de, zobacz, jakie słabe jaszczury hehehehe. Wydaje mi się, że to trochę faux pas z twojej strony. 

 

– Za ile będziemy w stolicy?

– Jeszcze dwa dni. Wuj Namiestnik wysłał mi wiadomość, że wszystko wtedy będzie gotowe. – Hę? Bohaterowie rozmawiają o wygranej walce, więc musiała wydarzyć się niedawno, może tego samego dnia, a może poprzedniego. Ale jednocześnie pada informacja, że za dwa dni będą w domu. Czyli mam rozumieć, że oni odbijali zamek położony tylko kilka dni drogi konno od Królewskiej Przystani? Chyba szli do niego dłużej, niż wracają. Gdyby ktoś tak blisko Królewskiej Przystani wybudował sobie zamek – dwa dni drogi, czyli praktycznie pod samym zadkiem Targaryenów – to ziemie smoczego rodu wydawałyby się nagle podejrzanie małe… Mogę również podejrzewać, że od walki minęło więcej czasu i bohaterowie są dłużej w drodze, ale ton rozmowy o starciu z czempionem o tym nie świadczy, a ty też nie zdradzasz mi zbyt wiele szczegółów na temat czasu i miejsca akcji. Masz ostatnio taką tendencję, by pomijać opisy, zaczynać dialogiem i: czytelniku, domyśl się i sam sobie wyobraź, co oni robią i gdzie są w czasie rozmowy. No dzięki. 

Inna sprawa, że bohaterowie mieli zdobyć zamek, ale w żaden sposób nie poruszyłaś tego tematu. Aemon wygrywa, scena się kończy, w następnej – już odjeżdża z powrotem do domu. Przecież to na pewno nie było tak… Poza tym co z tym gościem, który im ten zamek obiecał? Był rozzłoszczony, ale honorowy i oddał go po dobroci? W ogóle co to za zamek, jak wygląda, jak zareagowali ludzie na takie zmiany w królestwie? Czy nowego pana na włościach powitano z wystarczającym szacunkiem? Przejęcie zamku oznacza poszerzenie terenu, nierzadko wiąże się jednak z brutalnym zamordowaniem przeszłych włodarzy i ich najważniejszych ludzi (na przykład przez powieszenie na dziedzińcu) – aby zniechęcić resztę ludu do ewentualnego buntu. Natomiast twoi bohaterowie niby wygrali zamek, ale chyba nawet do niego nie weszli, za to są już w drodze do domu. To ja mam propozycję, żeby pod ich nieobecność znów zrobić bunt, odebrać swój zamek pozostawionym tam gwardzistom i wyznaczyć lepszego czempiona do kolejnego starcia. A jak się nie uda, to poczekać, aż wyjadą i próbować jeszcze raz, aż do skutku (albo aż do momentu, w którym skończą się czempioni).


„Jego imię pojawiło się jeszcze paręnaście razy, ale tytuł Młodego Smoka był krzyczany znacznie częściej. Moje imię jest skandowane w tym samym czasie co imię króla. Nigdy nie śnił o aż takiej chwale”. – A ja nadal nie rozumiem dlaczego. Przecież pokonał tylko jakiegoś dość słabego przeciwnika, w dodatku przez pierwszy rok nie było nic wiadomo o jakichkolwiek jego sukcesach, a później siedział w Królewskiej Przystani po odniesionych ranach. Nie mówiąc nawet o tym, że walki trwały dwa-trzy lata, a Aemon niczym innym się nie wykazał. To, za co został doceniony, to była jedna prosta potyczka wygrana w trzech ruchach. Naprawdę to nie jest jakiś superwyczyn. 

Weź pod uwagę również to, że bodajże w pierwszym rozdziale Aemon trenował mieczem „na nogach” i wprawdzie pokonał Corwyna, jednak trudno było poznać się tam na jego talencie – walka minęła szybko, nie była szczegółowa i efektowna, ponadto na tamtym etapie tekstu dało się ją traktować bardziej jak zabawę, niewinną rozrywkę niż poważne szkolenie. Następnie Aemon brał udział w turnieju, który przez długi czas okazywał się ostatnią sceną, gdzie mogliśmy widzieć go walczącego, przy czym bohater ten siedział na koniu i walczył zapewne kopią (nie wiem tego, strzelam; w Turnieju Namiestnika przedstawionym w serialu GoT tak było, więc tym się sugeruję). Tymczasem z Dornijczykiem walczył znowu bez konia. Nie stosujesz zabiegu literackiego, który polega na rozwoju – bohater, który pokazuje, że coś umie, potem tę umiejętność rozwija, by naprawdę wykorzystać ją w kulminacyjnym punkcie, a nawet tam być może przesunąć swoje granice. Nie. U ciebie mamy Aemona walczącego z konia, by potem walczył na nogach. Nie dziw mi się więc, że tak bardzo w niego wątpię, skoro nie dałaś mi wielu dowodów, bym mogła w niego uwierzyć. 

Poza tym kopią naprawdę walczy się inaczej niż mieczem jednoręcznym/dwuręcznym, długim czy krótkim; z tekstu nawet nie wynika za bardzo, jakim mieczem była Mroczna Siostra… Nie wdajesz się w szczegóły dotyczące walk, niby skupiasz się na czynnościach wykonanych przez bohaterów, ale w rzeczywistości naprawdę trudno wyobrazić sobie scenę i mieć co do wszystkiego pewność.

 

Rodzina królewska czekała na środkowym dziedzińcu. Daeron zeskoczył z konia i najpierw przywitał się z Baelorem, mocno ściskając młodszego brata, przytulił wszystkie trzy siostry, wesoło się do nich uśmiechając.

– Daeno, mam coś dla ciebie.

– Naprawdę? – Dziewczyna zrobiła okrągłe oczy. – To król ma siostry i one mieszkają sobie na zamku? Nie miałam pojęcia. Piszesz o tym jakby nigdy nic, a ja mam wrażenie, że to jakieś intruzki, których nikt nie zna i nikt się nie spodziewa.

 

Jak się okazało, jego ojciec był w błędzie. Gdy w trzecim księżycu 160 roku Aemon został zaproszony na zebranie Małej Rady, odkrył, że wszyscy zebrani mają nietęgie miny. – [Skoia] To znaczy ile czasu minęło? Nawet nie wiem, jak liczy się czas w twoim uniwersum. W zgłoszeniu do oceny, jeszcze do Fen pisałaś, że jako osoba nieznająca kanonu nie powinna ona mieć większego problemu z przyswajaniem lektury, ponieważ większość rzeczy jest mocno wyjaśniona. Ale no… właśnie że nie jest. I choć Forfeit nie ma problemu, by ogarniać takie niuanse, Skoia, która nie czytała GoT ani zbytnio nie wczytywała się w kroniki, a jedynie oglądała serial, nie ma o takich rzeczach pojęcia – dokładnie tak, jak o niektórych nazwach własnych krain czy ziem, które przytaczasz. 

 

– Większość kryje się na tym przeklętym szlaku.

Pamiętał Szlak Kości. Aż za dobrze. – Dlaczego? Nie było ani jednej sceny, która pokazywałaby, że to miejsce wiąże się z jakimiś ważnymi dla bohatera wydarzeniami. Poza tym ten skok czasowy tym razem znów okroił naszą wiedzę na temat tego, jak rozwijała się po powrocie z wojny relacja Naerys i Aemona oraz jak księżniczkę traktował Aegon.

Edit: Na sam koniec pojawia się scena, w której Aemon słyszy, jak Aegon gwałci siostrę i… to koniec. Czyli wiemy, że relacja małżeństwa się nie poprawiła, a jednocześnie, że ich brat jest smutny. To trochę mało jak na wielomiesięczny przeskok. Jakby te wszystkie timeskipy nie miały miejsca i jakbyśmy w rzeczywistości czytały drugi albo trzeci rozdział… To pokazuje, że twoja fabuła udaje jedynie, że się rozwija, a tak naprawdę tkwi w miejscu. Dlatego to właśnie na tym etapie postanowiłyśmy przejść do podsumowania; oto dziesięć rozdziałów za nami, a ocena wydaje się dłuższa niż przeczytany materiał. Powoli opowiadanie robi się nużące, no i też czujemy, że chyba wyczerpałyśmy temat. Nawet jeśli w kolejnych rozdziałach dzieje się coś naprawdę emocjonującego, musisz mieć świadomość, jak ciężko jest do tego momentu dojść. 






PODSUMOWANIE

Zacznijmy od tego, co najważniejsze, czyli od fabuły. W przypadku „Dobrych Smoków” sytuacja okazuje się dość dziwna – początek był naprawdę dobry, wszystko zapowiadało się wręcz znakomicie, a potem nagle zaczęłaś skakać po linii fabularnej, ograniczać opisy miejsc akcji i tym podobne, za to połasiłaś się na liczne ekspozycje i streszczenia. Pospieszyłaś się i kreowałaś zbyt wybiórczo, przez co bohaterowie żyli bardziej poza kadrem niż w nim, zmieniali się i rozwijali również tam, tekst stał się potwornie jednotorowy, a dziejące się rzeczy przestały mieć jasne przyczyny. Aby kolejny raz się nie powtarzać, postanowiłyśmy wykorzystać przy podsumowaniu formę punktową.

FABULARIA

Dobrze przeprowadzony research, dzięki któremu opowiadanie poprawnie osadzone zostało w uniwersum Martina;
dobrze (wystarczająco) przedstawione obrzędy ważnych dla rodu i społeczeństwa wydarzeń takich jak pogrzeb, ślub czy poród, jednocześnie:
bardzo emocjonujące sceny dotyczące relacji Aegona i Naerys, szczególnie scena pierwszego zbliżenia oraz ostatnia – pisana z perspektywy Aemona;

uznawanie swojej wiedzy dot. kanonu za oczywistą dla wszystkich odbiorców. Informacje kanoniczne (na przykład nazwy własne pokroju Warownia Maegora czy Szlak Kości, a także sposób datowania etc.) padają w tekście pozbawione wyjaśnienia, przez co czytelnik niezaznajomiony dokładnie z kanonem ma problem z rozumieniem tekstu, może wyciągać mylne wnioski;
mimo dobrego researchu – brak scen wykorzystujących tło historyczne, by inaczej niż pobieżnie zapoznać czytelnika z sytuacją panującą w królestwie oraz przygotować go do wątku nadchodzącej wojny;
brak scen wiążących te wydarzenia, ukazujących rozwój postaci pomiędzy nimi. Timeskipy obejmujące zbyt długi czas;
sceny przypominające wstępy do akcji i jej streszczenia, zamiast przedstawiające kluczowe wydarzenia (turniej, koronacja, wojna);
w scenie porodu nie czuć, by z Naerys było tak bardzo źle, Aemon również nie zachowuje się, jakby widział przed sobą faktycznie umierającą siostrę;
trudności w rozpoznaniu, gdzie zaczyna się scena, a kończy streszczenie (np. moment koronacji króla);
brak napięcia, które mogłyby wygenerować kolejne konflikty fabularne. Głównym wątkiem opowiadania pozostaje odwzajemniona miłość Aemona do Naerys, jednak po wielu stronach tekstu tylko o tym czytelnik może znużyć się nieurozmaiconą fabułą;
nierozwijanie rozpoczętych wątków lub marnowanie potencjału sytuacji, które mogłyby dodać głębi i stworzyć tę historię mniej jednolinową (Aemon zajmujący się sprawowaniem funkcji gwardzisty, choroba i śmierć króla Aegona, modlitwa o drugą ciążę Naerys i ewentualnie podjęte działania, by w nią zajść etc.);
brak scen przedstawiających udział głównego bohatera w bitwach oraz streszczenie kluczowej sceny, w której zostaje on ranny (relacja zza pleców innej postaci, niebiorącej udziału w starciu);
krótka i niesatysfakcjonująca scena walki z czempionem (tym bardziej gdy czytelnik na porządną scenę dynamiczną czeka, odkąd Aemon został gwardzistą i szczególnie że Aemon otrzymał po niej kluczowy tytuł…);
opowiadanie przestaje przypominać powieść personalną, fabularną, a staje się jakby… kroniką Targaryenów. Tyle że Martin już takową napisał („Ogień i krew”; mamy też „Świat Lodu i Ognia”) i skończył pierwszy tom na przejęciu tronu przez Aegona III, tak więc dzieje Naerys i Aemona będą jeszcze opisywane. Po co je powielać? Przecież piszesz opowiadanie. Dlaczego pozbawiłaś je tak wielu scen poruszających ważne aspekty, rozwijające nowe wątki?
✖ brak rozwiniętego wątku wymarłych smoków – głównego elementu charakterystycznego dla rodu Targaryenów, na którym opiera się cała jego potęga.


BOHATEROWIE

✔ Aegon jako najlepiej wykreowana postać. Bohater bierze udział w scenach, zachowuje się konsekwentnie do nadanej mu sylwetki psychologicznej, posiada charakterystyczny idiolekt oraz mocno zarysowane cechy, które łatwo wskazać;
✖ Naerys i Aemon jako główni bohaterowie wydają się jedynie egzystować na zamku (częściej poza kadrem), pałając do siebie miłością. Mimo ich pierwszoplanowości, najczęściej pozostają bierni i podążają tam, gdzie palcem wskazuje im narrator, jakby nie podejmując własnych decyzji i nie wpływając na swój los. Bohaterowie wydają się nie posiadać własnych celów, nic ich nie motywuje, przez co trudno się z nimi zżyć i im kibicować;
✖ również Naerys i Aemon: im głębiej w tekst, tym więcej dowodów na to, że postaci te żyją tylko w twojej głowie. Zrezygnowałaś z przedstawiania ich inaczej niż papierowo – nie mają własnych przyzwyczajeń czy zainteresowań (poza harfą Naerys), własnego życia, nie mają też zbyt wielu wad, a pod koniec czytanych przez nas rozdziałów to już w ogóle brakuje im charakteru;
✖ Aemon jako gwardzista króla po kluczowej scenie turnieju gwardzistą przez długi czas pozostaje tylko z nazwy. Gdy wyrusza na wojnę – brakuje scen z jego udziałem i nie widzimy go w akcji, więc nie możemy określić jego poziomu zaawansowania. Przegrana w turnieju oraz bycie ranionym strzałą w oczach czytelnika nie świadczy o tym, że bohater jest wprawionym wojownikiem, ale jednocześnie Aemon po szybkim ozdrowieniu powraca na front i mierzy się z czempionem. Zachęcają do tego postaci, których nie znamy, więc ich zdanie nie ma dla nas znaczenia. Znaczenie miałyby sceny dokumentujące, że Aemon potrafi walczyć i jest świetnym gwardzistą, jednak takich nie ma, więc w Aemona-gwardzistę trudno uwierzyć;
trudno w niego uwierzyć tym bardziej, gdy Aemon, kiedy ma szansę chwilę pomyśleć o swojej funkcji (na przykład w czasie powrotu brata i jego jeńców do zamku po bitwie) – głównie rozgląda się za Naerys.
 Naerys po tym, gdy dowiaduje się o zajściu w ciążę, przestaje rozwijać się w scenach, za to starzeje i zmieniała się gdzieś poza kadrem (choć w głównej mierze można zwalić to na timeskipy zbyt długich okresów). Bohaterka po pięciu latach nie powinna przypominać dziewczynki z początku tekstu, jednak nie poświęciłaś jej rozwojowi wystarczającego czasu, by pokazać czytelnikowi, iż jakieś różnice nastąpiły. Przez to Naerys wydaje się bohaterką w zawieszeniu; niby logiczne, że nie ma już czternastu lat, ale trudno osadzać ją w roli matki, żony czy kochanki. Naerys pod koniec czytanego przez nas materiału wydaje się obca i papierowa;
ponadto przez brak opisów nie jesteśmy w stanie dostrzec tego, jak Naerys starzeje się i zmienia również fizycznie – nie potrafimy jej sobie wyobrazić;
 Naerys i Daeron: od kiedy Naerys została matką, jej życie powinno choć minimalnie skupiać się również na jej dziecku. (Tak, wiadomo, dzieci władców wychowywane są przez mamki, ale z drugiej strony Naerys nie jest królową). Tymczasem pierwszą sceną po porodzie, w której możemy dostrzec młodą matkę z jej pierworodnym, jest scena pogrzebu, gdy Daeron okazuje się mieć już cztery lata. Przy czym i tak skupiłaś się tam na obrzędowości i tradycji, a nie na tym, by przedstawić, że bohaterka spełnia się w nowej roli. I znów: zbyt długi timeskip sprawił, że dziecko Naerys i Aegona jest czytelnikowi obce. Stanowi okazjonalną dekorację, nieznaczący dodatek sceniczny wprowadzony do tekstu tylko po to, by raz na jakiś czas przypominać odbiorcom, iż Daeron może być przeszkodą w romansie (czym okazuje się nie być), a potem stanowi pretekst, by Naerys musiała urodzić kiedyś córkę (co też nie ma znaczenia, gdyż Aegon chwilę potem wyrusza na wojnę i wątek się urywa, może zostać zapomniany);
ponadto Naerys była bardzo religijna, a nie wspomniałaś o żadnej sepcie czy septonie, który sprawowałby pieczę religijną nad Daeronem. Zwykle septy zajmują się dziewczętami, jednakże dla Naerys to powinien być ważny aspekt wychowania. Tymczasem nawet w czasie pogrzebu nie poświęciłaś linijki, by pokazać, że ktokolwiek nauczył dziecko się modlić (bo nie wiemy, czy potrafił się właściwie zachować) – czy to septy, czy Naerys;
✖ król Daeron również pozostaje czytelnikom obcy. Pojawia się na planie (akurat!) i dopiero w scenie… jego koronacji. Czytelnik nie miał okazji poznać go wcześniej ani zastanowić się, czy stanowi on dobry materiał na przyszłego króla. W kolejnych scenach również nie występuje, nie obserwujemy go na polu bitwy, nie jesteśmy świadkami podejmowanych przez niego decyzji. Zupełnie go nie znamy. Z drugiej strony Baelora wprowadziłaś już przy powrocie z wojny, a wiemy, że zostanie następnym królem. Brakuje takiego samego wprowadzenia Daerona na początku. Może mógłby zastąpić w scenie treningu Corwyna, hm…?
 Viserys, zlewający się z królem Aegonem. Dopiero w połowie oceny jedna z oceniających zrozumiała, że on i Aegon to nie ta sama postać, prawdopodobnie dlatego, iż wprowadziło ją w błąd nazywanie Naerys księżniczką. W przypadku uniwersum GoT jak księżniczki traktowano wszystkie dzieci Targaryenów (nie tylko dzieci królów/książąt), jednak dla osób nieznających kanonu nie jest to oczywiste. Skoia od początku wierzyła, że księżniczka to ewidentnie córka Aegona III, a więc i Aemon, i Aegon są jego dziećmi i pierwszymi w kolejce do tronu.
✖ Niepokojące zniknięcie Corwyna.


NARRACJA, STYL I POPRAWNOŚĆ

Z jednej strony literatura współczesna rządzi się prawami prostego pióra. Ma być dynamicznie i bez większej pompy, bez przesadnej kwiecistości; z drugiej strony to cechy głównie kryminałów, powieści detektywistycznych czy sensacji, thrillerów, natomiast powieści fantasty mimo wszystko – choć, wiadomo, sporo zależy od stylizacji i preferencji autorów – bywają zwykle bardziej okrągłe, budowane w oparciu o różne połączenia zdaniowe, teksty nie są przez to tak banalnie proste. Tymczasem u ciebie masa jest powtórzeń, jednorodnych konstrukcji, przez co mamy wrażenie, że praca wypada dość skromnie. Przez całą lekturę nie potrafiłyśmy wyzbyć się odczucia, że twój tekst udaje lepszy, niż jest w rzeczywistości, a tuszowanie ubóstwa wychodzi ci całkiem nieźle. Bo gdyby przyjrzeć mu się z perspektywy statystycznego czytelnika – wydaje się naprawdę w porządku, lekki w odbiorze, bo o prostym stylu, przyjemnie napisany. Ale gdy patrzy się na niego okiem redakcji, co rusz natrafia się na te same składnie, te same konstrukcje następujące po sobie i tym podobne rzeczy, które redaktor mógłby wytknąć jako wadę formy – jej płytkość. W przypadku literatury, która ma być czymś więcej niż tekstem blogowym/wattpadowym, redaktor miałby tu co robić. Ale do rzeczy:

Przyjemnie wplatasz w narrację narratora wszystkowiedzącego fragmenty mowy pozornie zależnej, w ostateczności decydując się na tzw. limited POV, dzięki czemu postaci, szczególnie na początku tekstu, zyskują naturalność;
(po udanym początku) pomijanie opisów dotyczących miejsc akcji oraz poruszających się w nich bohaterów. Uniemożliwienie odbiorcy prawidłowego wyobrażania sobie scen. Szczególnie brakuje opisów pojawiających się przed rozpoczęciem sceny lub subtelnie w nią wyplecionych – co może skutkować wprowadzaniem czytelnika w błąd. Wymuszanie na odbiorcy samodzielnego uzupełniania tła postaciom w wyobraźni może być ryzykowne, bo wyobrażenia czytelnika mogą odbiegać od wizji autorskich (np. scena, w której Naerys zawiązuje na mieczu wstążkę w komnacie czy na placu oraz scena powrotu Aegona wraz z jeńcami bądź bez nich);
niecelowe przedstawianie zamku jako obiektu pustego, może opuszczonego, w którym mieszkają jedynie: król Daeron, Viserys, Aemon, Aegon z Naerys i ich dziecko, ze dwie mamki oraz – jak dowiedziałyśmy się ostatnio – trzy siostry króla;
marnowanie potencjału scenicznego: niektóre sceny pisane z POV jednej postaci mogłyby należeć do drugiej, na przykład zamiast opisywać Naerys w zamku – daj nam Aemona na wojnie. W momencie, kiedy Aemon leży poturbowany i się wybudza, lepiej wykreować scenę z punktu widzenia Naerys i oddać uczucia, które jej towarzyszą, gdy ma świadomość, że mogłaby stracić brata i decyduje się na rozpoczęcie romansu z nim;
sceny przedstawiające walkę turniejową oraz starcie z czempionem nie są dynamiczne. [Więcej poczytasz o tym tutaj: KLIK];
ogrom powtórzeń – nie tylko słów, ale i całych konstrukcji;
nierzadko fragmenty nużą przez utrzymanie jednolitej formy zdań, na przykład sceny dynamiczne potrafią składać się z trzech zdań dwukrotnie złożonych, następujących po sobie i łączonych tym samym spójnikiem;

mieszanie pauz (—) bądź półpauz (–) i korzystanie z dywizu (-) jako myślnika.
Jest to błąd i powinnaś poprawić pod tym kątem cały tekst. Widziałyśmy, że pisałaś o formatowaniu pod pierwszym rozdziałem, ale nie zwalnia cię to z utrzymania estetyki. Wystarczy raz przysiąść, wkleić rozdziały do Worda i poprawić wszystko funkcją „znajdź i zamień” oraz przejrzeć tekst, czy aby gdzieś nie powinny być rzeczywiście dywizy;

brak przecinka przed spójnikiem jak w zdaniach złożonych, np.:
Patrzył[,] jak jego ojciec zdejmuje płaszcz z pleców Naerys
Mimowolnie zagryzł zęby, widząc[,] jak ten mocno trzyma dłoń Naerys.
Pamiętaj, że przecinka przed jak na ogół nie musisz stawiać w zdaniach prostych, na przykład: był czysty jak łza (po łza już nie występuje czasownik);

✖ brak przecinka przed spójnikiem co w zdaniach złożonych, np.:
To[,] co zrobiliśmy, to grzech.
Jeśli chce zrobić to[,] co planował, musi się zwrócić do niego.
Zadrżał ze złości, zastanawiając się[,] co zrobi, gdy spotka się z Aegonem.

✖ Niejednokrotne błędy fleksyjne (niepoprawna odmiana), np.:
Jasnoszara okładka, której widok zwykle [kogo? co?] jej [ją] uspokajał.
Poczuł szybsze bicie serca, gdy ruszył przeciwko [komu? czemu?] niego [niemu].
(…) odwrócił się w stronę [kogo? czego?] zmierzającego ku niemu Lordzie Dowódcy [Lorda Dowódcy].
Gdy czujesz, że masz problem z odmianą, bo coś na przykład średnio ci brzmi, spróbuj zadawać sobie pytania do przypadków oraz kombinować z szykiem wyrazów. Na przykład:
(…) odwrócił się w stronę [kogo? czego?] Lorda Dowódcy, zmierzającego ku niemu.
W takim szyku zdanie od razu nabierze też płynności.

W tym: niepoprawna odmiana słowa maester (kogo? czego nie ma?: maestera, nie: maestra – od słowa maestro);

mieszanie podmiotów. Niejednokrotnie bawiące, np.:
- Zrobił niby srogą minę, a ona [ta mina?] się zaśmiała.
Jedynie,co zrobił, to kiwnął głową, a następnie chwycił ją [tę głowę?] za dłoń.

Ale także i poważnie mylące, np.:
Titus zachwiał się, a gdy chciał powrócić w siodło, stracił strzemię i runął na ziemię. Po tym pojedynku [Titus czy Aemon?] przegalopował koło widowni, ciesząc się z aplauzu.
Rickard zachwiał się, ale nie spadł. Postanowił [Rickard czy Aemon?], że czwarta szarża będzie ostatnią.

Na tym etapie warto również, byś w bardziej skomplikowanych konstrukcjach popracowała nad szykiem. Pamiętaj, by w zdaniach – szczególnie mocniejszych, kończących chociażby akapit czy myśl i zawierających słowa-klucze, słowa-emocje – najważniejsze informacje stawiać na końcu. Wyobraź sobie zdanie jako drogę, przez którą czytelnik chce dojść do puenty. Na przykład tutaj: Gdy uniosła głowę, Aemon poczuł, że serce mu spokojniej bije na widok tego uśmiechu. – Ja za kluczową informację uznałabym spokojniej bijące serce, tym bardziej że właśnie słowo serce jest słowem budzącym najwięcej emocji i skojarzeń (ew. spokojniej – ponieważ to też wiąże się z uczuciem). A więc: że na widok tego uśmiechu serce bije mu spokojniej/spokojniej bije mu serce. Ad szyków pamiętaj też, by w przymiotnik (jaki, jaka, jakie?) lub przysłówek (odpowiada na pytanie: jak?) oraz różnego rodzaju partykuły odnosiły się do właściwej części zdania. Np.: mężczyzna lekko skinął głową (zamiast: skinął lekko głową) albo: Może uda mi się jeszcze zatańczyć z Naerys (zamiast: zatańczyć jeszcze z Naerys; druga opcja, ta niewłaściwa, sugeruje, iż Aemon tańczył już z jakimiś dziewczynami, kiedy w rzeczywistości dopiero co planował przyjść na salę).

Kończąc: pamiętaj, że na WS podejmujemy tematy redakcyjne, a oceny zawierają uwagi dotyczące chociażby lepiej brzmiących szyków czy błędów w podmiotach i tak dalej. I choć w tej ocenie też jest ich sporo, nie przejmuj się nimi aż tak – w przypadku „Dobrych smoków” masz do czego przysiadać i nad czym się zastanawiać, a poprawność nie jest tym najistotniejszym elementem. Zresztą w rzeczywistości od wyłapywania takich kwiatków jest redakcja i korekta – profesjonaliści, którzy zajmują się tym zawodowo. Jeszcze się taki nie urodził, kto by wszystkim dogodził napisał opowiadanie w stu procentach poprawne językowo czy płynne w każdym calu. Z oceny mogłoby wynikać, że zwracamy uwagę na jakieś niedociągnięcia i mamy o nie do ciebie pretensje, ale tak nie jest – ba! – to naprawdę świetnie, że „Dobre smoki” są względnie czyste, bo nie masz problemów z podstawami. Ze strony technicznej wyglądają właśnie tak jak próbki prac, które trafiają do wydawniczych redakcji i po których widać, że jest sens nad nimi pracować. To bez wątpienia duży walor, bo oznacza, że językowo potrzebne byłby tu szlify, a nie praca z technikaliami od podstaw. A jednak technika to przecież nie wszystko; w przypadku wydawnictw lepiej, gdy tekst jest bardziej niepoprawny językowo niż fabularnie. Gdy ma silną podstawę, nad którą można się pochylić i dopieszczać. Twój tekst niestety taki nie jest. Owszem, sceny, które masz, są w porządku, ale jest ich mało. Postaci w połowie przerobionego przez nas fragmentu przez przeskoki w akcji stały się papierowe, fabuła jest jednowątkowa, a brak drugiego planu sprawia, że ostatecznie mało się dzieje. Jeśli już – najczęściej poza kadrem albo streszczeniem, a to wywołuje frustrację i znudzenie. Nasze redakcyjne uwagi i sugestie pojawiły się po to, byś miała świadomość tego, nad czym dalej możesz pracować, ale nie musisz się na tym skupiać, gdy brakuje fabuły w fabule i żyjących w niej, a nie tylko opisanych bohaterów. Absolutnie nie wymagamy tego, byś wraz z innymi autorami oddała nam tekst turbo-czysty pod względem techniki (to musiałoby oznaczać, że tylko takie chcemy przyjmować do kolejek, a przecież… – sic! – takie teksty nie istnieją!), jednak byłoby fajnie, gdybyś oddała nam tekst, który w połwie nie zaczyna dziwnie przypominać szkolnego wypracowania napisanego w oparciu o „Świat Lodu i Ognia”. I to na taki tekst będziemy czekać – mamy nadzieję, że zgłosisz się z nim ponownie.

Przy czym na dzień dzisiejszy? Jest bardzo, ale to bardzo przeciętnie (3/6). Za sam początek śmiało dostałabyś co najmniej dobry (4), ale końcówka wychodzi już mocno słabo (2), stąd nasza decyzja o uśrednieniu wyniku.

Życzymy powodzenia w dalszej pracy nad tym projektem.




A za ekspresową betę dziękujemy LegasowK i Ayame. ❤

2 komentarze:

  1. Dobra, przeczytałam :D Generalnie zgadzam się ze wszystkim, bo to co napisałyście ma sens. Żałuję trochę, że zatrzymałyście się akurat w TYM momencie, no ale rozumiem, że do dziesiątego rozdziału tekst powinien już zachęcać do dalszego czytania. W komentarzu omówię parę co ważniejszych kwestii :)

    Przeskoki robiłam głównie dlatego, że niektóre wydarzenia uznawałam za nieważne (np. właśnie te pierwsze cztery lata małżeństwa Naerys) no i chciałam przejść do kolejnych wydarzeń (swoją drogą, gdybyście dotarły dalej, zobaczyłybyście przeskok o dziesięć lat... XD). Zwrócę na to uwagę i nie będę się tak sztywno trzymała swoich planów, bo tutaj wymyśliłam sobie dwadzieścia rozdziałów i chciałam się w tych dwudziestu na siłę zmieścić.

    Gdy myślę o pierwszych rozdziałach faktycznie widzę, że np. Aemon jest kiepskim Gwardzistą, bo nie miał się kiedy wykazać, poza tym zwraca uwagę tylko na Naerys. Mimo wszystko, nie chciałam by od razu był tym samym legendarnym Gwardzistą, który np. uratował Baelora (Aemon został zamknięty przez Dornijczyków na parę tygodni w klatce, która znajdowała się nad dołem z wężami. Gdy Baelor przyszedł go uwolnić, wskoczył do węży i został ukąszony parę razy. Aemon wciągnął go do klatki, wspiął się na jej szczyt, przeskoczył rów a następnie przeszedł z nieprzytomnym królem na plecach przez cały Szlak Kości). Może sceny, w których Aemon myśli o służbie nawet podczas odpoczynku, lub gdy po prostu strzeże króla zmienią jego wizerunek i dzięki temu będzie widać, że traktuje tę robotę poważnie. Jeśli zacznę kiedyś pisać na nowo "Dobre smoki", na pewno to poprawię.

    Wiem, że brakuje mi tła i do tego również muszę przysiąść. Naerys jako księżniczka powinna mieć dwór, damy do towarzystwa itd., Aemon jako rycerz ma też swoje życie, które nie kręci się tylko i wyłącznie dookoła siostry. Ich relacja z małym Daeronem jest kiepsko opisania, bo początkowo Daeron był dla mnie tylko dodatkiem, ot kolejną postacią (dopiero w "Szlachetnych smokach" zrozumiałam, że to jest jednak ktoś bardzo ważny, pierwszy syn Aegona, który jednak nie spełnia jego wymagań), więc tak jak wspominałam, jeśli zdecyduję się na przepisywanie, zwrócę na to uwagę, tak jak na lepsze przedstawienie Daerona Młodego Smoka, generalnie całego klimatu tego okresu rządów Targów. Smoki... niestety początkowo nie zwróciłam uwagi na to, że ostatni smok umarł właśnie w tym samym roku, co Aegon i Naerys wzięli ślub i przyznaję, to było DUŻE niedopatrzenie. Zajmę się tym.

    Na końcu wspomnę o POVach. W drugiej części porzuciłam ten schemat Naerys-Aemon-Naerys i zaczęłam właśnie pisać tak, by te POVy pasowały do scen, które zamierzam pisać. Teraz pewnie nie zdecydowałabym się na napisanie rozdziału z pierwszym wyjazdem do Dorne z perspektywy Naerys, a pierwszy pocałunek opisałabym właśnie z jej POVem. Może i nawet w tej części zdecyduję się kiedyś na pisanie rozdziałów z perspektywy Aegona? Patrząc na wszystkie POVy, to właśnie z nich jestem najbardziej dumna. Zgadzam się z tym, że Aegon wyszedł mi najlepiej – chciałam faktycznie pokazać, że jest okropny, więc starałam się nie robić czegoś w stylu "Naerys nie lubiła Aegona, a nawet go nienawidziła, bo był zły, okrutny i w ogóle najgorszy", tylko raczej pokazywać to przez jego zachowanie.

    Poprawności nie komentuję, bo to co napisałyście jest jasne i oczywiste. W wolnej chwili wprowadzę te zmiany, by błędy nie raziły w oczy. Na razie jednak nie będę poprawiała "Dobrych smoków" pod względem fabularnym – chcę najpierw dokończyć kontynuację, potem też przyda mi się odpoczynek od pisania o universum GoT. Myślę też, że jeśli się zajmę taką "mocną" korektą, to choć niektóre fragmenty zostawię, to reszta przejdzie gruntowną zmianę (np. turniej, który jak na razie doczekał się niemal całkowitego poprawienia). Mam nadzieję, że to wyjdzie tekstowi na dobre.

    Dzięki też za docenienie paru rzeczy i za tak szczegółową ocenę. Do zobaczenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć!
      Świetnie, że jesteś świadoma, jakie tekst ma wady i skoro na ten moment chcesz pisać kontynuację, to możesz... ulepszać tekst już teraz. Zawsze to jakieś ćwiczenie. ;)
      Widać, że masz zapał i potrafisz pisać. Reszta to kwestia doszlifowania i wprawy. Życzę Ci powodzenia i więcej pracy, bo jest nad czym i po co, i mam czego oczekiwać w przyszłości (efektów oczywiście!).
      Pamiętaj też, że ocena skupia się głównie na negatywach, ale to nie znaczy, że nie ma pozytywów. Tekst czytało się bardzo lekko, tak więc do dzieła. ;)

      Usuń