[237] Ocena tekstu: Dom



Tytuł: Dom
Autor: Karol
Gatunek: obyczajowe, dramat, miniatura
Ocenia: Skoiastel


Zgłosiłeś do mnie tekst konkursowy, zresztą bardzo krótki, dlatego postanowiłam ocenić go poza kolejką. Mam pewne doświadczenia związane z opowiadaniami wysyłanymi do chociażby antologii, zdarzyło mi się również takie projekty redagować, dlatego mniej-więcej mam wgląd w to, co się dostaje oraz na jakich zasadach.
I, przyznam szczerze, że gdybyś podesłał na konkurs wydawniczy tekst w takim stanie, w jakim wysłałeś go mnie – nie miałabym dla ciebie dobrych wieści. Przede wszystkim pisałeś, że liczy on pięć stron, ale interlinię ustawiłeś na 2,0, a wielkość fontu to chyba trzynastka… no nie jest to w każdym razie format standardowy. Gdy przekopiowałam tekst do Worda i ustawiłam wszystko tak, aby czytanie sprawiło mi przyjemność, a redakcja okazała się wygodniejsza (standardowy format wydawniczy: Times New Roman 12, interlinia 1,5) – skrócił się do trzech stron, i to niecałych. Mocno zdziwiło mnie również, że nie uwzględniłeś wcięć akapitowych, zresztą… cała ta ściana tekstu jest jednym wielkim akapitem (a właściwie trzema ścianami, bo jednak w czasie czytania dostrzegłam przejścia do nowych linijek). Nie wygląda to dobrze zarówno pod względem estetycznym, jak i praktycznym. Akapity (a wraz z nimi wcięcia!) naprawdę są ważne i dlatego od nich zaczniemy.

Akapit to – łopatologicznie – część, która wprowadza nową myśl. I taki akapit zaczyna się wcięciem akapitowym. Definicja słownikowa:

Akapit to podstawowa jednostka logiczna dłuższego tekstu, składająca się z jednego lub wielu zdań stanowiących pewną całość treściową (myśl). Zadaniem akapitu jest wyraźne zaznaczenie nowej myśli w bieżącym wątku wypowiedzi, jednocześnie jest to sposób dzielenia tekstu na rozpoznawalne wzrokiem mniejsze fragmenty w celu zwiększenia czytelności.

Poza tym parafrazując Stephena Kinga (źródło: poradnik „Bo bandzie! Czyli jak napisać potencjalny bestseller”, str. 492): to akapit, nie zdanie i nawet nie scena, jest miejscem, gdzie rodzi się spójność tekstu. Ułożenie poszczególnych akapitów decyduje o tym, jak oko czytelnika „skacze” po linijkach. Jeżeli akapitów brak albo jest ich mało, to czytelnik będzie przytłoczony i zniechęcony, trudno mu będzie pozbierać myśli, robić odpowiednie przerwy w czytaniu, przechodzić z jednego wniosku do drugiego, ergo: lekko płynąć z linią fabularną. Nie wiem, jakie książki czytasz, ale gwarantuję ci, że akapity zobaczysz w większości z nich. Wprawdzie nie przepadał za nimi chociażby Thomas Bernhard (a i nawet on raz na jakiś czas stawiał enter), tylko że jego forma jest eksperymentalnym monologiem na sto stron bez konstrukcji i fabuły, i na pewno nie byłaby najlepszym materiałem konkursowym, ba, mogłaby nawet zostać w przedbiegach odrzucona (jeśli, na przykład, startujesz do antologii, w której akapity będą ustawiane automatycznie dla wszystkich prac). Tekst zupełnie pozbawiony odstępów może również zniechęcić jury, a gdybyś wygrał – i tak podział mogą wymusić na tobie redaktorzy. Sprawa dotyczy również dialogów, których u ciebie nie uświadczyłam, więc właściwie trudno opowiadanie nazwać opowiadaniem – to raczej relacja…? streszczenie? Okej, idźmy już dalej, przechodząc do sedna.


DOM

Mieszają się we mnie jak w szejkerze lęk z euforią. Mam na imię Antek, właśnie wracam pociągiem ze szkoły do miejsca, w którym przyszło mi mieszkać. – Połasiłeś się na narrację pierwszoosobową i zaczynasz naprawdę dobrze. Pierwsze zdanie zwraca uwagę i sprawia, że chce się sprawdzić dalszy ciąg, jest przede wszystkim interesujące. Trochę jak u Snopkiewicz, która „Słoneczniki” zaczyna od: Jestem dzieckiem grzechu. Czy u Vonneguta („Sinobrody”): Nazywam się Rabo Karakekian, na świat przyszedłem w 1916 w San Ignacio w Kaliforni w rodzinie imigrantów, jestem byłym malarzem amerykańskim i mam jedno oko.
Oba przykłady to początki powieści pamiętnikarskich, w których na przestrzeni całego tekstu występują wskazówki świadczące o tym, że tekst zapisany jest z perspektywy czasu, długo po opisanych w książkach wydarzeniach. To dość charakterystyczne dla tego gatunku, a wstęp, mogący w pierwszej chwili wydawać się tani – bohater sam na szybko, trochę byle jak się przedstawia – łatwo wybaczyć. Raz, że i tak intryguje tą dziwnością, a dwa: stanowi wprowadzenie do czegoś grubszego. U ciebie jednak, by coś grubszego nadeszło i się spuentowało, mamy zaledwie dwie i pół strony, więc automatycznie przychodzi mi na myśl, że sztuczka, którą stosują powieściopisarze, może w tym wypadku nie zadziałać.

Na myśli o tym, że ponownie będę musiał przekroczyć próg[,] dostaję dreszczy, czuję[,] jak moje żył[y] zamieniają się w linie wysokiego napięcia. Próbując się napić[,] cały się oblałem. Jednocześnie, [przecinek zbędny] zaś komórki (…).

(…) prezes rozporządził, że dopóki akcje nie będą droższe od złota, to nie ujrzą światła dziennego. Wszystko za sprawą Matyldy, zaprzyjaźniliśmy się trzy miesiące temu, potem byliśmy na paru randkach. – Okropnie się spieszysz. Matylda pojawia się ledwo po bardzo krótkim wstępie sugerującym, gdzie bohater pracuje i że nie ma w tej pracy lekko. To przejście do kolejnego wątku nie jest płynne, a – wręcz przeciwnie – bardzo agresywne, nienaturalne.
Edit: Na dobrą sprawę nawet nie wiem, czy Antek pracuje. Wcześniej wspominałeś, że wraca ze szkoły, być może więc przykład z prezesem i giełdą to metafora lub może Antek uczy się zaocznie, a w tygodniu pracuje w korporacji? Trudno mi powiedzieć. To jest też dla mnie trochę zadziwiające, że mam tak krótki fragment tekstu i już się w nim zgubiłam.

Ostatnimi czasy zacząłem stale, co środę, kiedy kończymy o tej samej godzinie lekcje[,] gościć u niej w domu. – Niezgrabnie. Sugeruję: Ostatnimi czasy, co środę – kiedy kończymy lekcje o tej samej godzinie – zacząłem gościć u niej w domu.

Dość prędko mama Matyldy zaczęła mówić o mnie żartobliwie per “zięciu” – niepoprawny cudzysłów. Ten polski wygląda tak: „(…)”. 

Wówczas Matylda kontratakowała[,] mówiąc, że (…) – w zdaniach z imiesłowami współczesnymi (tymi zakończonymi na -ąc) stawiamy przecinek. Podobnie na przykład:
Wychodząc z trudem na korytarz[,] miałem wrażenie (…).

(…) był to pierwszy raz, gdy na własnej skórze poczułem rodzinną atmosferę. Wpierw wprawiło mnie to w stan ciężkiego stuporu, musiałem się tym oswoić jak z nowo poznanym słowem. Zrozumieć jego znaczenie, poznać teksturę, wchłonąć i wewnątrz siebie przetrawić. – Nie da się trawić zewnętrznie.
Mimo tego zgrzytu sam fragment jest bardzo plastyczny i podoba mi się, jednocześnie żałuję, że trwa tak krótko. W głównej mierze nie piszesz scenicznie, a relacjonujesz. Sama nie wiem, czy to dobre rozwiązanie; przez kilka zdań mogłam wprawdzie wyobrazić sobie bohatera przy stole w domu rodzinnym Matyldy, opisałeś chociażby wybuch śmiechu – to było sceniczne, ale krótkie, bo resztę stanowi streszczenie. Mógłbyś połasić się na trochę więcej obrazowości, pokazać, na przykład, jak zachował się Antek. Co zrobił? Może się śmiał, ale pod stołem wpijał paznokcie w ręce albo nienaturalnie drżały mu kolana, bo znalazł się w nietypowej, nowej dla siebie sytuacji? Pokazałbyś jego realny stres i zmartwienie nie tylko poprzez wskazywanie emocji wprost. Operujesz pełnym, okrągłym stylem, ale większość miniatury to ekspozycja. I tu nakreślę ci trochę, czym ona jest i dlaczego, gdy dominuje, może przeszkadzać odbiorcom:

Ekspozycja to podsuwanie gotowych wniosków zamiast elementów, dzięki którym wnioski te można wyciągnąć z tekstu samodzielnie. EKSPOZYCJA ściśle wiąże się z OPISEM – autor opisujący fabułę, czyli eksponujący, tworzy najczęściej mieszankę streszczeń i charakterystyk przypominających wypracowanie szkolne. Jednak kluczem do sukcesu pozostają DOWODY, czyli pojawiające się w scenie konkretne reakcje bezpośrednio przedstawiające to, co eksponuje opis, zastępując go. Mówi o tym zasada: Show, don’t tell (pokazuj, nie opisuj). Ekspozycjami są więc większe bądź mniejsze ściany tekstu, opisujące dowolny element fabularny, zamiast przedstawiając go wprost.

I dalej:

Ekspozycja to oznaka lenistwa lub braku warsztatu. Używają jej zazwyczaj autorzy niedoświadczeni lub tacy, którzy zwyczajnie do tworzenia się nie przykładają, piszą ogólnikowo, w sposób dosadny chcąc przekazać naraz wiele treści albo którzy czytają zbyt mało i są niezbyt wszechstronni. Dlaczego? Ponieważ łatwiej jest podać narracją informację, że bohater X jest zabawny niż co jakiś czas dialogiem lub inną interakcją przytoczyć jakiś żart lub w inny sposób oddać naturę żartownisia.

Więcej o ekspozycji: [KLIK]


W twoim przypadku znacznie lepiej byłoby więc pokazać, jak Antek stresuje się nową sytuacją, by czytelnik mógł to wraz z nim odczuć, niż pisać, że bohater odczuwał ciężki stupor. To droga na skróty. Technika show, don’t tell pozwala oddziaływać na emocje odbiorców w sposób poniekąd filmowy – zarówno na ekranach, jak i w wyobraźni, postaci jakoś się zachowują (przełykają ślinę, zaciskają zęby, pocą się, drżą im ręce czy kolana), natomiast narrator czy lektor nie tłumaczy ich stanów psychicznych. To zbyt banalne i czyniłoby film oczywistym; w końcu widzimy zachowanie zdenerwowanego bohatera i sami potrafimy prawidłowo zdefiniować jego stan – właśnie po jego reakcjach. Uśmiecha się, siedząc wygodnie, a z oczu bije mu radość? Czyli jest wesoły. Uśmiecha się, ale przez zaciśnięte zęby, spina się na krześle i ucieka wzrokiem przed Matyldą? Nie jest szczery i czytelnik sam będzie mógł to dostrzec. Proste. Tekst, w którym zaufasz czytelnikowi i pozwolisz mu wnioskować samodzielnie z treści, stanie się w jego oczach atrakcyjniejszy, bo nie będzie streszczeniem, ale polem do własnej interpretacji, a więc i poniekąd rozrywką.

Dziś[,] kiedy spędzaliśmy wspólnie przerwę w szkole z Matyldą, przesłał jej filmik (…). – I znów niezgrabnie. Spróbuj czytać swoje teksty na głos, wtedy powinieneś usłyszeć pewne zgrzyty w szykach zdań. Tutaj na przykład czasownik spędzać jest zbytnio oddalony od okolicznika czynnika towarzyszącego (z Matyldą). Znacznie lżej zdanie brzmiałoby w formie: Dziś, kiedy wspólnie z Matyldą spędzaliśmy przerwę w szkole (…). 
Zresztą w ogóle mógłbyś pominąć, że chodzi konkretnie o szkołę. Pisałeś wcześniej, że bohaterowie chodzą do niej razem, więc słowo przerwa kojarzy się z nią tak czy siak. Wyluzuj trochę, nie musisz pisać w tak oczywisty sposób. Śmiało możesz założyć, że czytelnik też chodził do szkoły, więc domyśli się, o jaką przerwę chodzi.

Czytając cię, odczuwam także mocny dysonans stylistyczny. Fabuła pokazuje, że Matylda ma telefon komórkowy, akcja opowiadania dzieje się więc w czasach współczesnych. Poza tym piszesz też o Facebooku i podajesz tytuły współczesnych utworów muzycznych. Dlaczego więc cała stylizacja utworu jest taka… sztywna? Taka mało naturalna? Ludzka i lekka? To pamiętnik młodego chyba studenta czy tam licealisty, a mam wrażenie, że pisze go niczym emerytowany wykładowca polonistyki zaczytany w Sienkiewiczu i Reymoncie. Twój styl ma w sobie coś starego, co przypomina lekturę szkolną, w ogóle nie oddaje ducha naszych czasów. Nawet wspomniana wyżej przeze mnie Snopkiewicz, stylizując pamiętnik nastoletniej Lilki Sadowskiej (która chodziła do liceum w latach bodajże siedemdziesiątych, gdzie o telefonie komórkowym czy Facebooku w ogóle nie było mowy) pisała, imitując nastolatkę tamtych czasów i wyszło jej zdecydowanie lżej niż tobie. „Słoneczniki” są bardzo lekkie i właśnie młodzieżowe, więc spójne, a tu tej spójności w stylu i fabule zupełnie mi zabrakło. 
Inaczej wyglądałaby sprawa, gdybyś pisał narratorem trzecioosobowym – wtedy miałabym wrażenie, że narrator ma po prostu taki okrągły i starawy styl, ale mimo wszystko opisuje historię współczesną i to by było jeszcze jakoś wytłumaczalne, znośne, dałoby się usprawiedliwić. Albo gdyby akcja opowiadania osadzona była pięćdziesiąt lat temu co najmniej. Obecnie jednak nie umiem wczuć się w tekst, bo stylizacja nie pasuje do narratora pierwszoosobowego, którym jest przedstawiciel współczesnej młodzieży, reprezentując jej język i styl bycia. 

Mniej więcej sekundę później mama Matyldy zatelefonowała, najwidoczniej dostając tę samą wiadomość. – O, widzisz? Zatelefonowała. Nikt tak dzisiaj nie mówi, tym bardziej gdy wcześniej pisałeś o porównaniach do korporacji, giełdy, prezesów. Albo rybki, albo akwarium. Albo masz bohatera, który żyje w obecnych nam czasach i staje się poniekąd głosem współczesnej młodzieży, albo masz bohatera, który urodził się sto lat temu.



Nie zrozum mnie źle. Antek nie musi być postacią negatywną czy wulgarną, nie musi jarać się zamiast cieszyć czy odtikowywać risercz na zajecia – bez przesady. Chodzi mi raczej o to, by wysławiał się… normalnie. Przecież zadzwonić to słowo znacznie lżejsze, praktyczniejsze, bo krótsze i mniej nacechowane tą starością, która aż bije z tego teksu – praktycznie z każdego zdania. Przy czym luźniejsza stylizacja nie będzie świadczyła o uboższości twojego języka – nie powinieneś się o to martwić. Świadczyć będzie raczej o tym, że umiejętnie dopasowujesz styl do swojego narratora – jego charakteru, otoczenia, czasów, z których się wywodzi. Inaczej napiszesz przecież współczesną młodzieżówkę, której bohaterem jest młody człowiek, inaczej – przedwojenny obyczaj historyczny podany z perspektywy dziadka-kombatanta, a jeszcze inaczej wykreujesz high fanasty, którego narratorem jest bard albo kryminał erotyczny opowiadany z punktu widzenia klasycznej burdelmamy. To wymaga, oczywiście, wczuwania się w swoje postaci, główne i poboczne, by oddać je jak najbardziej przekonująco, co stanowi autorski walor. Tymczasem nie wierzę, że jakikolwiek współczesny nastolatek chodzący do szkoły (nie napisałeś jakiej, więc nie wiem, czy to student czy licealista) wyraża się dziś jak Antek. To zaś oznacza, że chyba nie wczułeś się w niego wystarczająco, nie zbudowałeś w głowie tej sylwetki psychologicznej w sposób realistyczny, a oddajesz jego stylizację, mam wrażenie, jakoś dziwnie idealistycznie i w sposób naciągany.

Siła oddziaływania jej radości, [przecinek zbędny] była na tyle silna, że mogłaby wyleczyć z ciężkiej depresji. – Silna siła źle brzmi.
Szkoda, że nie połasiłeś się choćby i na jeden mały dialog. Tutaj na przykład to byłaby świetna okazja, bo dzięki przytoczonym słowom mógłbyś oddać realną radość Matyldy. Ty ją za to opisałeś, ale nie dałeś jej odczuć.

Kiedy mama Matyldy się rozłączyła, ta wzruszona zaczęłą[a] brykać, [przecinek zbędny] po szkolnym korytarzu niczym tygrysek z bajki o kubusiu puchatku. – Nazwy własne, w tym imiona i nazwiska bohaterów literackich, zapisuje się wielkimi literami. Także: Tygrysek z bajki o Kubusiu Puchatku.

Matylda wypełniona (…) wieścią o tym[,] że jej rodzina po rozłące ponownie będzie razem.

Po tym wszystkim, gdy również mnie napadła radość[,] nastąpiła sytuacja, która, gdy tylko myśl o niej wkradła mi się do głowy. – O, tu to samo. Mnie napadła radość. Ale jak bohater ją wyraził? Co zrobił? Co mam sobie wyobrazić? Poza tym to zdanie brzmi, jakby czegoś w nim zabrakło.

Sprawiała, że moje nerwy rzucały się na mnie niczym wygłodniałe hieny. Jedząc drugie śniadanie, Matylda zasugerowała, że bardzo chętnie odwiedziłabym mnie.

Aczkolwiek jej wadą, [przecinek zbędny] jest to, że w chwili (…).

Prawda (…) przypomina ciągnącą się smołę. Otwieramy już usta, a ona wrasta w nas, potrzebujemy spiąć cały układ mięśniowy, aby ją z siebie wycisnąć. – O, akurat takie porównania stanowią mocną stroną tego tekstu. Są literackie, plastyczne, skojarzenia łatwo kodują się odbiorcy oraz wywołują emocje. Jednak zaraz po tym, w tym samym akapicie, pada kolejne zdanie: Zaprosiłem Matyldę do swojego domu dziś koło szesnastej. I takie nagłe przejście psuje ten przyjemny efekt, który wytworzyłeś. Wybija mnie z niego na siłę, jak pisałam, agresywnie. Zobacz, co by się stało, gdyby zapisać to z akapitem:

     Prawda zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. Aczkolwiek jej wadą jest to, że w chwili, kiedy pragniemy ją wyznać, przykleja się do krtani, staje się gorzka. Przypomina ciągnącą się smołę. Otwieramy już usta, a ona wrasta w nas, potrzebujemy spiąć cały układ mięśniowy, aby ją z siebie wycisnąć.
        Zaprosiłem Matyldę do siebie dziś koło szesnastej.

Od razu jest lepiej – kończąc akapit na wycisnąć, dajesz czytelnikowi mocną puentę mniejszego fragmentu tekstu, a to może świadczyć o tym, że wiesz, jak budzić napięcie formą i by na końcu akapitów robić wrażenie mocnymi słowami. Poza tym wzrokowe przejście do akapitu zawsze zajmuje odbiorcy czas – musi on od skończonego fragmentu oderwać wzrok i przenieść go w inne miejsce; to właśnie nowy akapit stanowi najmocniejszą pauzę oddechową. Kolejne zdanie – w nowej linijce – także jest konkretne, więc to dobry start po przerwie, ponadto wprowadza nową informację, a więc rozwija fabułę. Tymczasem gdy wszystko tworzy zlepek – czytelnik nie ma czasu, by coś podsumować, przełknąć, ale nie jest też gotowy, by zacząć nową myśl i iść dalej. Przytłaczasz tym.
Inna sprawa, że w mojej sugestii podmieniłam zapraszanie Matyldy do swojego domu na zapraszanie do siebie. Tak jest po prostu naturalniej.

Usłyszawszy, [przecinek zbędny] to[,] w jej oczach wybuchły szafirowe gwiazdy (…). – Anakolut, czyli rodzaj błędu składniowego. [KLIK] Zdanie sugeruje, że to nie Matylda, a szafirowe gwiazdy usłyszały słowa Antka.

Wstyd prowadzący mnie nie raz załamanego po molo.Wstyd nieraz prowadzący mnie złamanego (…).

“ Jak to jest[,] gdy lodowata woda wlewa ci się do gardła, zatyka uszy, wypełnia po brzegi płuca?” – błędny cudzysłów, zbędna spacja po znaku otwarcia.

„(…) muł przykrywa cię kołdrą do wiecznego snu.” – kropki nigdy nie umieszcza się w cudzysłowie, a wyciąga ją na zewnątrz.

Przesiąkłem wstydem na wskroś, czuje[ę] jego dławiący smród z każdym oddechem. – Pilnuj jedności czasu narracyjnego (czułem). Poza tym na końcu zdania staraj się stawiać na to, co najważniejsze, aby mocniej puentować, a więc by zdanie nabierało literackiej siły. Czyli: Przesiąkłem wstydem na wskroś, z każdym oddechem czułem jego dławiący smród. Zauważ, że słowo smród ma bardzo silny wydźwięk – gdy stoi na końcu, to na nie pada akcent. Szkoda, by wybrzmiewało gdzieś w środku zdania, gdzie zostanie przez odbiorcę akcentowo pominięte.

Pogoda była paskudna. Promienie słońca były nieprzyjemne jak uścisk sosny, upał wyciskał z porów najdrobniejsze cząstki wody, [przecinek zbędny] jak kiwon ropę z ziemi. Roztargniony wpadłem na oczekujących na stacji podróżnych. Nic mi więcej nie zostało, jak zaryzykować. – Okej, pisałam, że doceniam porównania, jednak na tak krótki tekst robi się ich za gęsto, przez co z każde kolejne tracą na swojej wyjątkowości.

Okłamując ją[,] czułem się brudną szmatą nie nadającą [nienadającą] się nawet do starcia nią [sobą] błota z karoserii. – Możesz także zupełnie pominąć ten zaimek i dać: nienadającą się nawet do starcia błota…

Pozornie nie wyróżnia [się] z szeregu innych budynków mieszkalnych. – Cały tekst piszesz w czasie przeszłym, więc tu sugeruję zachować konsekwencję. Nie wyróżniał się.

Słowo dom nie przechodziło mi przez gardło (…) – wzięłabym dom w cudzysłów.

(…) okazał się równie fortunny dla mnue, jak dla Matyldy. – Mnie.

Ustawiłem równo buty w przedsionku, sprawdzając parokrotnie, czy aby na pewno nikomu wychodząc nie będą przeszkadzać. – Anakolut. Z tego zdania wynika, że wychodzić będą buty, nie rodzice Antka. Może: Ustawiłem równo buty w przedsionku, sprawdzając parokrotnie, czy aby na pewno nikomu nie będą przeszkadzać przy wychodzeniu.

Wymusiłem fałszywy uśmiech, [średnik zamiast przecinka] wkraczając do kuchni[,] wyraźnie się z rodzicami przywitałem. Matka od razu wstała do garnka z gorącą zupą. – Czy podkreślenie nie jest aby oczywistością? Chyba każdy wymuszony uśmiech to uśmiech poniekąd fałszywy…
Poza tym szyk: wkraczając do kuchni, wyraźnie przywitałem się z rodzicami. Staraj się nie stawiać czasowników na końcu zdań oznajmujących, gdy nie jest to konieczne, zważywszy właśnie na padający tam akcent. Zauważ, że kolejne zdanie zaczynasz od matka, więc gdybyś poprzednie skończył na rodzicach – zaimitowałbyś pewien ciąg. Czasem mam wrażenie, że marnujesz sporo okazji, by przedstawić swój tekst jako techniczne przemyślany. Że niektórymi fragmentami rzucasz sobie ot tak, bez zastanowienia, jakbyś się nad tym tekstem nie pochylił po napisaniu go, nie przeczytał go na głos i nie pomyślał, gdzie by można go jeszcze doszlifować.

Matka, wysoka z zawsze przesadnie podkreślonymi brwiami, spinając włosy w niedbały kucyk[,] pracowała jako krawcowa, mając swój warsztat na strychu. Ojciec naprawiał komputery. – Ale jakie ma to znaczenie dla tekstu w tej chwili? W sensie bohater wszedł do domu, stresuje się bardzo mocno, działa jak w zegarku, pochłaniają go myśli o tym, że coś może się nie udać, aż tu nagle wyrywasz odbiorcę z całej tej atmosfery tremy i zaczynasz relacjonować pracę rodziców – dla Antka logiczną i bez znaczenia w obecnym momencie, w którym już kiełkuje jakieś napięcie. To bez sensu, jeśli chodzi właśnie o klimat tak trudnej emocjonalnie sceny, w którą trzeba się wczuć. Przerywając ją choćby i krótkim streszczeniem, tylko wybijasz z rytmu.

Innej nici porozumienia nie mieli, chyba, [przecinek zbędny] że dyskutowali nad zaciągnięciem kredytu (…).

Brakuje ci też jakiejś płynności w budowaniu różnorodnych konstrukcji. To znaczy: sporo u ciebie chociażby imiesłowów współczesnych (czasem nawet po dwa w jednym zdaniu), używasz niewielu spójników i technik, by łączyć ze sobą zdania składowe. Czasami nowe zaczynasz od spójników, przez co tekst brzmi nienaturalnie – niby kończysz kropką, ale za chwilę jakby bohaterowi się coś przypomniało, więc kolejne zdanie i tak dotyczy poprzedniego. Nie jest to wprawdzie błąd, ale nadużywany – może irytować. Spójrz na przykład na ten fragment, gdzie podkreślam takie przypadki:

Pod koniec jedzenia już byłem gotowy, by zapytać o pozwolenie sprowadzenia gościa, dodatkowego animuszu dodał mi uśmieszek ojca. Chyba był to uśmiech, bo jego smukła twarz w kształcie procy z olbrzymimi wąsami, od dawna pozostawała zastygnięta w grymasie kogoś, kto został wyrolowany i opluty. Więc ciężko było mi zdefiniować jej nowy charakter jednoznacznie. Ale już w stanie lęku przyprawiającego mnie o migrenę, sprawiającego, że zapomniałem własnego imienia. Przyjąłem minę ojca za dobrą monetę. Przełknąłem z trudem ostatnią łyżkę zupy. Po czym rozwarłem wargi, słowa nieśmiało jak pisklęta przed pierwszy lotem, szykowały się do wyfrunięcia.

Fragment ten nie jest zgrabny czy interesująco zapisany, wręcz przeciwnie – wydaje się sztywny, nienaturalny (no i: dodać dodatkowo to pleonazm). Ponadto, co jeszcze rzuca się w oczy, twoje zdania często mają podobne długości, przez co brakuje melodyjności, nie wpływasz w żaden sposób na tempo czytania, nie wykorzystujesz do tego różnych znaków, na przykład myślników, które tworzą dłuższe niż przecinki pauzy oddechowe, albo średników czy nawet wielokropków. Przez to tekst prezentuje takie trochę ubóstwo formy.
Pokażę ci, jakie zmiany zasugerowałabym, gdybym była twoją redaktorką lub gdyby tekst dostał się do konkursu i chcielibyśmy wydać go na papierze wśród innych opowiadań:

Pod koniec już byłem gotowy, by zapytać, czy mogę sprowadzić gościa; animuszu dodał mi też ojca uśmieszek. Chyba uśmieszek – smukła twarz w kształcie procy z olbrzymimi wąsami od dawna pozostawała zastygła w grymasie jak u kogoś, kogo wyrolowano i opluto… No, w każdym razie ciężko zdefiniować jej nowy charakter jednoznacznie. A jednak w stanie lęku przyprawiającego o migrenę, przez który zapomniałem własnego imienia, przyjąłem tę minę za dobrą monetę. Z trudem przełknąłem ostatnią łyżkę zupy, po czym rozwarłem wargi. Słowa nieśmiało szykowały się do wyfrunięcia jak pisklęta przed pierwszym lotem.

Jeśli chodzi o zakończenie – z jednej strony urywasz w intrygującym momencie, z drugiej: na moje za szybko. Nie przedstawiłeś realnych wrzasków ojca, dokładnej sceny bogatej w szczegóły – wszystko to stanowił krótki opis, jakbyś spieszył się już do ostatniej kropki. Przy czym każda historia musi mieć jakiś punkt kulminacyjny, a w tej – niby coś wybuchło, ale w jednym zdaniu (rzut talerzem), bo zaraz w kolejnym ojciec obraził się i wyszedł z kuchni. Miałeś cały tekst by napięcie rosło aż do tego momentu, a ostatecznie krótko go zrelacjonowałeś i tyle…? No dobrze, ojciec bohatera ma problemy ze sobą, ze swoją agresją i tak dalej, ale ostatecznie nic z tego nie wyniknęło, nie mogłam tego poczuć ani doświadczyć, bo przytoczyłeś wątek bardzo treściwą i suchą relacją, a tej nie przeżywa się na poziomie emocjonalnym. Nawet ten rzut talerzem nie był w żaden sposób dramatyczny czy straszny, za szybko przebrzmiał i nie wywołał żadnych efektów.
Sama scena powrotu Antka do domu też była krótka i napięcie mogło narastać w niej znacznie bardziej, trochę wolniej; mogłeś skupić się na reakcjach bohaterów, ich gestach, słowach, pokazać niezdrową codzienność inaczej niż opisem, może wpleść jakiś dialog…? Fabuła, choć to typowa obyczajówka, ma potencjał i dramatu powinny dodać właśnie konkretne sceny o odpowiednim ładunku emocjonalnym. Nawet jeśli ojciec Antka wybuchnął z błahego powodu – siły temu dodałby poruszający obraz, dokładniejsza reakcja może samego Antka, jego matki, próba ratowania sytuacji, przede wszystkim zachowanie ojca przedstawione dobitniej, mocniej, kilkoma zdaniami więcej. Poza tym bezosobowy klient… jego przypadkowe wejście i przerwanie obiadu też nie wybrzmiało. Gość tylko zadzwonił do drzwi, tak? Kto go zobaczył? Ojciec wstał od stołu i podszedł do okna? A może to matka szybko chciała mu otworzyć? Czy facet odszedł, bo kobieta tego nie zrobiła? Jakich słów dokładnie użył Antka ojciec, wyszedł obrażony gdzie? Na dół, do klienta, czy może do swojego pokoju – jak Antek? I dlaczego mama Antka krzyknęła, by ten się nie wtrącał, skoro bohater nawet słowem się nie odezwał? 
W opowiadaniu, które potencjalnie miało być właśnie ostre, bo przed tą ostrością protagonista uciekał przez cały tekst, wszystko jest opisane bezpiecznie i na swój sposób grzecznie. W czasie czytania nie mogłam odpędzić od siebie wrażenia, że opowiadanie jest pozbawione mięsa, ale nie w sensie wulgarności – absolutnie! – a w sensie mięsistości, treściwości, wysokiej kaloryczności. Ten tekst wyszedł zbyt teatralny, ugrzeczniony na rzecz poprawnej sztuki i zdecydowanie za bardzo sterylny, przez co nie przekroczyłeś żadnej granicy, nie przebiłeś niczym ściany, tekst niczym nie chłodzi ani nie grzeje. Potencjał na ciekawe i dynamiczne, emocjonujące i mocne sceny gdzieś w tym się zaledwie tli, jednak musisz wiedzieć, że poruszających historii nie tworzą ładne i eleganckie streszczenia. Te u ciebie nawet nie tyle dominują, ile zagarniają całą przestrzeń fabularną dla siebie. Tam, gdzie powinny dziać się sceny i mogłabym przeczytać chociaż trochę dialogu między postaciami, by zobaczyć ich prawdziwą relację, tego nie ma. Tam, gdzie powinnam poczuć serce w przełyku, bo oto ktoś dzwoni do drzwi i ojciec Antka wkurzony wstaje, aż krzesło z hukiem upada na podłogę za jego plecami, i gdzie po moich plecach mógłby przebiec dreszcz – tego nie ma. Tego się nie czuje. Tekst jest kompletnie wyprany z uczuć, narracja jest teatralna, jakby udawana, a przez to wszystko opowiadanie mimo krótkiej, ale nadal ciekawej fabuły i bohaterów, którzy mogliby (powinni!) intrygować jest… nudne. Ostatecznie więc czytało mi się stosunkowo szybko, ale za kilka dni zapomnę, że przyswoiłam cokolwiek o jakimkolwiek Antku. Ogromnym minusem jest tutaj twoja autorska powierzchowność – pobieżna kreacja scen, rzucanie ogólników ledwo rysujących zarówno tło, jak i pierwszy plan, jakbyś się gdzieś spieszył albo miał za mały limit konkursowy, by odpowiednio rozwinąć zaplanowane wydarzenia. Ale swoje robi też brak stylizacji dopasowanej do wieku narratora i czasu akcji, a także twoje nieoszlifowanie: zdania, które lepiej brzmiałyby w innym, bardziej naturalnym szyku oraz środki (w tym znaki interpunkcyjne) i techniki, które urozmaiciłyby ci ten tekst. Ubogaciłyby formę, w której go przekazujesz. Ona też przecież ma znaczenie, prawda? 
Miej to, proszę, na uwadze w kolejnych swoich projektach, bo jest co wygładzać i nad czym pracować. Nie bój się próbować nowych rzeczy, bawić stylizacjami, wczuwać w swoje postaci – to może być niezła zabawa i trening lekkiego pióra, już bez tych wszystkich okrąglutkich konwenansów, które nie do każdego gatunku i narratora pasują, zresztą na dłuższą metę potrafią zmęczyć nie tylko czytelnika, ale i samego autora. Pisanie takich rzeczy jest tak samo nudne, jak czytanie ich – wierz mi, bo od tego każdy zaczyna, a prawdziwa zabawa słowem zaczyna się dopiero dalej, przy nabywaniu nowych doświadczeń i podnoszeniu poprzeczek. Pozwól sobie spróbować czegoś nowego, by śmielej wychodzić poza bezpieczne ramy wypracowań szkolnych oraz tekstów stylizowanych na nudne lektury. Choć do przepracowania masz sporo, liczę, że się nie zniechęcisz – tylko wtedy każda twoja kolejna praca wyjdzie ci coraz lepsza. ;)

Na dzień dzisiejszy? Jako że była to krótka miniatura, pozostawiam cię bez noty końcowej.

Za betę dziękuję LegasowK. 

1 komentarz:

  1. Dziękuję bardzo za poświęcony czas, wiem już nad czym muszę popracować. Zamierzam przyswoić wszystkie wskazówki i wykorzystać w praktyce. Pozdrawiam serdecznie.:)

    OdpowiedzUsuń