[265] ocena tekstu: Błękitny płomień



Tytuł: Błękitny płomień
Autorka: Iwona Bugno
Ocenia: Ayame


Tęskniliście?

TREŚĆ I POPRAWNOŚĆ

1.

Rozpoczynało się popołudnie jednego z pierwszych listopadowych dni 1972 roku, kiedy wysiadł z samolotu, żeby niedługo potem wsiąść do żółtej taksówki, która zawiozła go aż na Madison Avenue, gdzie czekał piękny trzypokojowy apartament. – Pierwsze zdanie powinno zachęcać, wciągać, nęcić. Mnie męczy. Widzę kilka lepszych rozwiązań, które wprawdzie nie pomogą na sztampowość wstępu (klasyczny schemat wprowadzenia czytelnika: nakreślenie czasu i miejsca, pojawienie się na scenie głównego bohatera – nic oryginalnego), ale poprawią jego dynamikę. Spójrz:

Rozpoczynało się popołudnie jednego z pierwszych listopadowych dni 1972 roku. Wysiadł z samolotu, żeby niedługo potem wsiąść do żółtej taksówki, która zawiozła go aż na Madison Avenue. Tam czekał już na niego piękny trzypokojowy apartament. – Krótsze zdania lepiej wpływają na dynamikę, szczególnie jeśli nie chcesz już na wstępie uśpić czytelnika. Choć wciąż nie mogę oprzeć się wizji tego trzypokojowego apartamentu stojącego na środku skrzyżowania niczym plan telewizyjnego serialu obyczajowego. Można to jeszcze podrasować, ale możliwe, że to już trochę czepialstwo z mojej strony, więc śmigamy dalej.

Gdzieś kiedyś przeczytał albo może usłyszał, że Nowy Jork jest najpiękniejszy właśnie jesienią i teraz całkowicie zgadzał się z tą opinią. – Pogrubiony tekst proponowałabym uznać za wtrącenie i oddzielić półpauzami z obu stron lub – konsekwentnie – przecinkami. 

Zapowiadało się pięknie, bo wierzył, że już wkrótce przeniesie się z trzypokojowego apartamentu gdzieś do Soho albo Greenwich Village i wtedy w pełni rozwinie możliwości, otoczony twórczą atmosferą miejscowej bohemy. – Powtarzasz się. Już wiemy, że to trzypokojowy apartament, już zieleniejemy z zazdrości. Po prostu z tego apartamentu. Z perspektywy czasu zauważam również, że konstrukcja wierzył, że już wkrótce trochę nam spoileruje ciąg dalszy – zazwyczaj na samych wierzeniach się kończy. Może postaw na pewność: miał w planach, zamierzał się przenieść. To nie brzmi aż tak clickbaitowo.


Jeszcze co do powtórzeń: widzę, że bardzo je lubisz, bo szybko dostrzegam ich jeszcze więcej – choć bohater dopiero przyjechał żółtą taksówką do apartamentu na środku skrzyżowania, to za chwilę widzimy takie oto zdanie:

Zapowiadało się pięknie, bo obok niego w żółtej taksówce siedziała Connie. 

 

Tymczasem mijały kolejne godziny, a on zadeptywał korytarz kliniki, od personelu słysząc jedynie, że powinien uzbroić się w cierpliwość. Było dobrze po południu, kiedy zobaczył w końcu pielęgniarkę, wyraźnie zmierzającą w jego kierunku. Odetchnął głęboko i spróbował psychicznie przygotować się na wiadomość, że został ojcem dorodnego chłopca. Albo może dziewczynki…

– Pan Braddock? – spytała młoda siostra, niska, drobna, o nieco skośnych oczach. Z niecierpliwością skinął głową. – Bardzo mi przykro, proszę pana… Dziecko przyszło na świat martwe. To był chłopiec… – dodała cicho i oddaliła się, nie spojrzawszy już za siebie. – Pierwszy zaznaczony wyraz od razu bym wyrzuciła, zaburza dynamikę sceny, rozwleka tekst, mimo że przecież bohaterem targają emocje. Tych emocji w rzeczywistości w treści nie ma. Piszesz, że bohater chodzi w tę i z powrotem, że dopytuje personel o stan rodzącej żony i ich dziecka, a po chwili – że odetchnął (zapewne z ulgą), przygotowywał się psychicznie na dobre wiadomości, ale… kurczę, to wszystko nie tak. Nie czuję emocji, bo ich nie pokazujesz w drobnych gestach czy odbieraniu rzeczywistości. Widzę zachowanie postaci, które nie klei mi się z emocjonalnością sceny. A w końcu parskam śmiechem przy określeniu dziecka dorodnym. Niczym pomidor. 


Ten fragment to co najwyżej passata. 


Wreszcie: błędy merytoryczne. Na oddziale położniczym pielęgniarki (nie siostry – te masz w zakonie albo rodzinie) stanowią zdecydowaną mniejszość wśród personelu, o ile w ogóle są na nim zatrudnione – w większości pracują tam położne. I to zwykle nie one informują kogokolwiek o stanie podopiecznych, przynajmniej w teorii jest to zadaniem lekarzy. O sposobie przekazania przykrych informacji nawet się nie wypowiem, mam szczerą nadzieję, że nie wynikają z osobistych doświadczeń. Jako personel medyczny nie zrzucasz bomby i nie uciekasz w popłochu, szczególnie że trudne sytuacje z czasem naprawdę hartują, nabierasz ogłady i uczysz się prawidłowej komunikacji. Żeby wyglądało to tak fatalnie, musiałaby to być bardzo niedoświadczona osóbka, tylko znów – dlaczego takowa miałaby przekazywać tak istotne informacje. To po prostu nie działa w ten sposób. 


Od początku. 

Jego podekscytowanie i nerwowość sięgnęły zenitu, gdy pewnego majowego ranka wiózł Connie do kliniki, gdzie miał przyjść na świat ich syn. – Ten fragment brzmi, jakby chcieli odebrać jakąś paczkę z superturbozawartością i złotymi biletami do lunaparku, a Connie miała zatwierdzić odbiór specjalnym podpisem, dlatego małżonek ją dzielnie wiózł do paczkomatu… yyy… kliniki. Szpitala? 

Pozwoliłam sobie poprawić i rozbudować fragment twojego tekstu. Spójrz i oceń, jak ci się podoba w tej formie.


Nerwowość sięgnęła zenitu, gdy pewnego majowego poranka wiózł Connie do szpitala. Sądzili, że są na to przygotowani, wyczekiwali tej chwili. Pierwsze skurcze przyniosły niespodziewaną panikę mieszającą się z ekscytacją. Już niedługo zobaczą swoje dziecko. Wyczekiwane, kochane. Drżące dłonie zaciskał na kierownicy samochodu. Próbował skupić się na drodze. Zerkał we wsteczne lusterko, na wpół świadomie instruując żonę, żeby liczyła czas między skurczami, jak uczyli ich w szkole rodzenia. Jego niepokój rósł, gdy widział, jak Connie cierpi.
Czas jednocześnie wlókł się nieznośnie i pędził niemiłosiernie. Jakby to wszystko działo się obok; szum w uszach zagłuszał wszystko inne. Nim Braddock się zorientował, dotarli na miejsce i został sam na szpitalnym korytarzu. Personel oddziału położniczego przejął jego żonę, zostawiwszy mu dokumentację do podpisania. Nie zwrócił na nią uwagi, niedbale składając koślawe parafki w kilku zaznaczonych miejscach. Cisnął kartki na pobliski stolik. Przemierzał korytarz oddziału położniczego tam i z powrotem. Nie zatrzymywał się ani na chwilę. Czuł, że jeśli tylko się zatrzyma, na pewno ugną się pod nim kolana. „Dlaczego to tak długo trwa?”. Wydawało mu się, że jego syn powinien przyjść na świat łatwo i szybko. Mijały kolejne godziny. Zadeptywał korytarz kliniki, od personelu słysząc jedynie, że powinien uzbroić się w cierpliwość. Cierpliwość… Potarł nerwowo podbródek, odbijając kolejne kroki echem w pustce szpitalnego korytarza.
Było dobrze po południu, kiedy w końcu zobaczył wyraźnie zmierzającą w jego kierunku kobietę w szpitalnym uniformie. Odetchnął głęboko, z ulgą, przygotowując się na wiadomość, że został ojcem, chcąc od razu zapytać, kiedy może zobaczyć swoją rodzinę. Miał syna? Córkę? I co z Connie?
– Pan Braddock? – spytała młoda kobieta, według identyfikatora była to rezydentka ginekologii. Z niecierpliwością skinął głową. – Bardzo mi przykro, proszę pana… Dziecko przyszło na świat martwe. To był chłopiec… – dodała cicho i oddaliła się, nie spojrzawszy już za siebie.

 

Rezydentura kobiety przynajmniej tłumaczyłaby tak niewprawną komunikację i tę ucieczkę bez wyjaśnienia czegokolwiek więcej. W przeciwnym razie – coś takiego nie ma racji bytu. Jako autorka w ogóle nie tłumaczysz ustami postaci, co się właściwie stało. Nie wiemy, co dzieje się z matką dziecka, a żoną bohatera. Nie wiemy, co dalej ma z tym wszystkim zrobić główny bohater, nikt nie oferuje mu wsparcia ani nawet nie sprawdza, w jakim jest stanie po tak szokujących wieściach. Nie ma po tym nawet śladu w tekście, choćby mglistej wzmianki, czyli brak tych detali nie wynika z tego, co dzieje się z protagonistą, a z twojego zaniedbania. 

 

Dalej wcale nie jest lepiej. Mamy bohatera, który w ogóle nie zastanawia się, co z jego żoną, mimo że nikt o niej nie wspomniał ani słowem. Upija się zatem do nieprzytomności, by następnego ranka wmówić sobie, że wietnamska pielęgniarka na pewno się pomyliła, bo źle mówi po angielsku. Ignorując więc dotychczasowe nudności wynikające ze stanu upojenia alkoholowego, pędzi bez mycia zębów, by z alkoholowym chuchnięciem wytrząsać się na siostrę oddziałową, że zaszła jakaś pomyłka. Siostra zakonna… przepraszam – oddziałowa, która generalnie nie jest do tego w żaden sposób upoważniona, z beznamiętnością godną lekarza patomorfologii sądowej czyta mu wyciągniętą z szuflady dokumentację opisującą martwego noworodka. 

I wciąż nie padło ani słowo o małżonce bohatera, na którą – jak wkrótce mamy się dowiedzieć – spadnie cała złość i żal pana Braddocka.

 

Connie pojawiła się w domu tuż po weekendzie. Była załamana i wyglądała na bardzo zmęczoną. Nawet nie spojrzał w jej stronę. – Piszesz z perspektywy Braddocka. Jeśli więc decydujesz, że nawet nie spojrzał w jej [Connie] stronę, to nie mógł zobaczyć jej stanu i wywnioskować z niego, że była załamana. 

Zdanie dalej nawet raz jeszcze podkreślasz, że przecież nie spojrzał, no skądże: 

Drgnął lekko, kiedy podeszła i usiadła obok niego, ale nie odwrócił głowy w jej stronę, nie spojrzał.

Zrozumieliśmy za pierwszym razem, serio. 

 

Zziębnięty i skacowany siedział na parkowej ławce, bezmyślnie gapiąc się na jezioro. Koło południa przepił ostatnie drobne, jakie miał w kieszeni[,] i wrócił na ławkę. – A w którym momencie opuścił ławkę? W jednym zdaniu na niej siedział, w drugim na nią wrócił. Coś zgubiłaś pomiędzy. 

 

W miarę jak zbliżał się wieczór, zaczął uświadamiać sobie, co zrobił. – Wybrałaś sobie bardzo wolno myślącą postać na protagonistę.

Składniowo mamy tu natomiast pomieszane podmioty. I chociaż nie wszyscy redaktorzy zwracają na nie uwagę, to jednak w dobie audiobooków czy odsłuchów, z których korzystają na przykład osoby niesłyszące, dobrze jest o tę kwestię się zatroszczyć. Proponuję:

Wraz z nadejściem wieczoru zaczął uświadamiać sobie, co zrobił. 

 

Potem zaczął pozbywać się własnych ubrań. Oddawał je praktycznie za bezcen – marne kwoty, za które musiał się najeść i napić. – Może po prostu przeżyć? Z jednej strony, napicie się stojące bezpośrednio obok najedzenia się sugeruje po prostu nawodnienie. Z drugiej: może oznaczać problemy alkoholowe. Taka dwuznaczność sprawia, że przekaz, o który ci chodzi, się rozmydli i czytelnik na niego nie wpadnie.


Gdzieś tam podświadomie wiedział, że pieniądze za ostatnie książki starczą do końca miesiąca, a potem nie będzie już niczego, co jeszcze mógłby sprzedać, żeby zapewnić sobie dalszy byt. – Pierwsza pogrubiona część spokojnie może zostać usunięta, szczególnie że wskazuje raczej miejsce, a nie stan (pod)świadomości. Drugie pogrubienie też do wyrzucenia: dalszy byt to właściwie pleonazm, dokładnie jak dalsze trwanie czy trwanie nadal; poza tym sformułowanie użyte zostało w zdaniu, w którym już kontekst daje do zrozumienia, iż chodzi o jakość tego bytu za miesiąc, gdy nie będzie już niczego na sprzedaż.

 

(...) przysiadł się do jakiegoś człowieka, którego nie znał, ale który wydał mu się mniej więcej sympatyczny i nieszkodliwy. (...). W ten sposób poznał Vincenta Starka. (...). Jego nowy znajomy okazał się sympatycznym i energicznym człowiekiem (...). – Znów wypływa twoja skłonność do powtórzeń. Nie wiemy zbyt wiele o Vincencie, dlatego tym bardziej rzuca się w oczy jego sympatyczność. Do tego dochodzi powtórzona konstrukcja zdaniowa: zestawiasz ze sobą dwie cechy połączone spójnikiem /i/, wprowadzone czasownikami zwrotnymi: okazać się / wydawać się. To nie tak, że powtórzeniami określa się tylko pojedyncze słowa – takie podobieństwa składniowe też rzucają się w oczy. 

 

– Niech pan będzie rozsądny, panie Braddock. Jeśli kocha pan żonę, tak jak pan ciągle powtarza, niech pan nie staje na drodze do jej szczęścia. Tak będzie lepiej dla was obojga. Niech mi pan wierzy, ona panu z pewnością nigdy nie wybaczy. – Wiem, że miało to być nawiązanie do słów byłej teściowej protagonisty, które padły, gdy ten szukał małżonki, jednak trudno mi wyobrazić sobie prawnika, który takie zapewnienia przekazuje jednym tchem, tuż obok zawodowego chłodu – nie jest przez to dla mnie przesadnie wiarygodny. Może mógłby na chwilę zawiesić głos, westchnąć, spojrzeć na swojego rozmówcę nieco bardziej po ludzku i rzucić (znad okularów) Panie Braddock… proszę mi wierzyć, ona panu z pewnością nigdy nie wybaczy. Żadna kobieta by tego nie wybaczyła.

Luźna sugestia. 

 

Dowiedział się przy okazji, że Connie nie przyjedzie po swoje rzeczy, ani nie przyśle po nie nikogo. – Ani nikogo po nie nie przyśle. Przecinek przed /ani/ zbędny.

 

„(...). Zaledwie kilka minut, a potem będzie już dobrze. Potem nie będę czuł już nic.” – Najpierw zamykamy cudzysłów, następnie stawiamy kropkę. 

 

Nie wracał aż do tego popołudnia w Midnight Sun, kiedy zobaczył ją znowu. – Kiedy znowu ją zobaczył. 

 

Po zakończeniu pierwszego rozdziału nie mogę pozbyć się wrażenia, że jego początkowa część, ta dotycząca przeszłości z Connie, powinna być mimo wszystko oddzielona od późniejszego życia portowego – albo jako prolog, albo osobny rozdział. Niewątpliwie jest to odrębny etap życia bohatera, podział byłby dobrym tego zobrazowaniem. 

Muszę jednak przyznać, że – mimo początkowych potknięć – z dalszą częścią rozdziału poszło ci już całkiem gładko. Z łatwością przychodzi mi wyobrażenie sobie zmian, które nastąpiły w życiu Braddocka, dobrze opisałaś, jak te zmiany mogły przebiegać. Tym, co mi się nie zgadza z kreacją bohatera, jest wzmianka o kobietach na jedną noc. Cały ten czas kreujesz go jako niemal pustelnika, samotnego w towarzystwie, milczącego, nierozumianego, spędzającego noce na patrzeniu w jeden punkt. Opisujesz jego topniejące fundusze, potrzebę wyprzedania kolejnych elementów zgromadzonego majątku, by jakoś przeżyć, aż nagle – ni z tego, ni z owego – dostajemy wzmiankę o panienkach. To się nie klei. Ale to właściwie tyle. Kontynuujemy? 

 


2.

Weszli do niewielkiego pomieszczenia, służącego za kuchnię i Vincent starannie zamknął za nimi drzwi. – Przecinek zbędny. A jeśli już bardzo, bardzo chcesz potraktować informację o przeznaczeniu pomieszczenia jako część podrzędną, być może mniej istotną, może nawet wtrąconą, to powinnaś zamknąć ją przecinkiem, nawet jeśli ten miałby stanąć przed spójnikiem /i/. Wprawdzie to byłaby trochę naciągana interpretacja, ale nie niedopuszczalna.

 

Sama Jenny nie czuła się z nim szczególnie bardzo związana emocjonalnie. Szczególnie związana wystarczy. Bardzo można bez oporów usunąć. 

 

Poderwę tam jakiegoś kundelka, który mógłby w twoich ślepych oczach uchodzić za studenta trzeciego roku medycyny, a który w oczach każdego innego rozsądnego człowieka nie wyglądałby nawet na zwykłego sanitariusza,[.] Pprzywiozę go do tego wspaniałego domu, który odziedziczyłam po tobie tylko dlatego, że nie było nikogo innego, kto mógłby go odziedziczyć, i pójdę z nim [z tym domem?] pod prysznic, a kto wie, może nawet do łóżka? – Osobiście lubię produkować przydługie zdania, ale pamiętaj, że większość czytelników szybko się nimi męczy. Podzieliłabym je w ten sposób. 

Samo podzielenie może jednak nie wystarczyć – w zdaniu pojawia się też okrutna dwuznaczność składniowa. Chcąc nie chcąc, wtrącenie: który odziedziczyłam po tobie tylko dlatego, że nie było nikogo innego, kto mógłby go odziedziczyć – wyprowadza do zaimka /go/ dom, a nie kundelka. I potem, gdy znów używasz zaimka /go/, trudno przypisać go z powrotem kundelkowi. Szczególnie wyraźnie słychać to na odsłuchu. Może więc jednak: (...) i to z tym kundelkiem pójdę pod prysznic, a kto wie, może nawet do łóżka…?  


Zwyczajne ludzkie uczucia, bo przecież zanim stała się nastoletnią, wyrachowaną cwaniarą, była przecież bezradną, złaknioną uczuć dziewczynką. – Powtórzenie. 

 

Coś musiało w tym być, skoro zawsze mogła liczyć na Vince’a, mogła liczyć na Wayne’a, a potem na Seana. – Bardzo lubisz się powtarzać i o ile niektóre z twoich powtórzeń wyraźnie są celowe, o tyle ich większe nagromadzenie w jednym akapicie zaczyna zgrzytać. Tego tutaj bym się pozbyła. 

 

Żeby pokazać ci wspomniane nagromadzenie powtórzeń, pozwolę sobie na wrzucenie większego fragmentu tekstu: 


Ojciec był obecny w jej życiu w postaci zupełnie obcego faceta, z którym mieszkała pod tym samym dachem. Gdyby choć raz okazał jej jakieś ludzkie uczucia… Zwyczajne ludzkie uczucia, bo przecież zanim stała się nastoletnią, wyrachowaną cwaniarą, była przecież bezradną, złaknioną uczuć dziewczynką. Gdyby ożenił się powtórnie, kiedy była malutka, gdyby znalazł sobie wtedy dobrą kobietę, która zastąpiłaby jej matkę… Gdyby. (...).

Miała do niego żal. Ogromny żal za niespełnione marzenia o prawdziwym domu, o cieple rodzinnym z prawdziwego zdarzenia. Nigdy tego nie doświadczyła. Nigdy nie zaznała poczucia bezpieczeństwa. Tego prawdziwego poczucia bezpieczeństwa, jakie daje autentyczna, kochająca się rodzina. Dlatego szukała tego wszystkiego gdzie indziej. Szukała pomiędzy ludźmi, którzy nie mogli jej tego dać. Szukała wśród portowych pijaczków, drobnych przestępców, szczerych i prostolinijnych, nierzadko o złotych sercach, na których po prostu nikt się nie poznał, nikt inny poza nią. Ale coś w tym było. Coś musiało w tym być, skoro zawsze mogła liczyć na Vince’a, mogła liczyć na Wayne’a, a potem na Seana. „To było takie cholernie amerykańskie. – Jenny wrzuciła wyższy bieg. Jeszcze jedna zaleta dobrego samochodu ze starego kontynentu, ze starego kraju z tradycjami: ręczna skrzynia biegów, coś nie do pojęcia dla starego Abelarda. Jenny z rozkoszą i mściwą satysfakcją wrzucała biegi, wsłuchując się w pomruk silnika, doskonale zsynchronizowany z jej kolejnymi ruchami.


Widzę, że część z tych powtórzeń stanowi celowy zabieg, który ma skupić uwagę czytelnika na bardzo konkretnych punktach, natomiast kiedy już uciekasz się do takiej formy, powinnaś zadbać o wyeliminowanie niepotrzebnych, niespełniających tej funkcji powtórzeń z sąsiadującego materiału. A nawet ograniczyć część celowych w myśl, że mniej znaczy więcej. Tym bardziej że nie wiem, czy wiesz, ale takie konstrukcje oparte na powtórzeniach coraz częściej są kojarzone z manierycznym czatem GPT i ogólnie stylizacją, którą posługuje się AI. Nie zrozum mnie źle, nie podejrzewam cię o to, a jedynie chcę przestrzec, że opierając się tak często na tym konkretnym zabiegu możesz w pewnym momencie takie podejrzenia wzbudzić.


Inna rzecz to przysłówki, przymiotniki i partykuły. Kiedy jest ich dużo – albo mało, ale sąsiadują ze środkami stylistycznymi odpowiadającymi za takie samo podbijanie znaczenia – wówczas obciążają tekst i potęgują wrażenie, że odbiorca kręci się w kółko. Do tego część z nich sztucznie ten tekst – a co za tym stoi: jego atmosferę – pompuje, podnosząc dramatyzm. Jeśli już korzystasz z powtórzeń (słów czy całych fraz, konstrukcji zdaniowych o wspólnym spójniku) i/albo z wyliczeń jako środków stylistycznych, nie musisz jeszcze mocniej podkreślać kontekstu za pomocą wspomnianych już partykuł, przysłówków, przymiotników i tak dalej, jak: CAŁY ogromny ładunek, ZUPEŁNIE obcy facet, ZWYCZAJNE ludzkie uczucia (a przecież ludzkie oznacza właśnie: zwyczajne) czy AUTENTYCZNA kochająca się rodzina (tu ewidentnie czuć, że nie chciałaś znów pisać: prawdziwa rodzina; ale czy naprawdę słowo rodzina samo w sobie nie ma żadnej wartości?). Słowa mają znaczenie, swoją wagę, i nie, nie musisz ich dociążać, by wydobyć z nich sens. Owszem, czasem dobrze to zrobić – te przysłówki, przymiotniki i partykuły też od czegoś w języku polskim są. Ale bez przesadyzmu.

 

American dream w wersji pełnometrażowej, kiedy [w której] bogaty książę zabrał Kopciuszka z rynsztoka.

 

Książę Abelard kochał przecież włoską kuchnię i włoskie kobiety, które zanim się przedwcześnie zestarzały, były przecież najbardziej ogniste na świecie. – O zamiłowaniu do włoskiej kuchni i włoskich kobiet również już pisałaś – na początku tej sceny, w której świecisz srebrnym lambo bohaterki. 

 

Jakieś niejasne wspomnienie zamajaczyło jej niewyraźnie w głowie. – Jeśli już mamy to niejasne wspomnienie, które majaczy w głowie, no to po co dookreślać jeszcze, że jest niewyraźne? Samo majaczenie oznacza: 

PWN: 1. «zarysowywać się niewyraźnie w oddali lub w tle»

Ale znów spójrzmy na większą część:

Jakieś niejasne wspomnienie zamajaczyło jej niewyraźnie w głowie. Jakieś skojarzenie z tym zmatowiałym ze starości i bardzo zaniedbanym lincolnem. Ten samochód kogoś jej przypominał. Kogoś, kogo kiedyś widziała, ale nie mogła skojarzyć teraz ani jego twarzy, ani okoliczności, jakie towarzyszyły temu zapewne przelotnemu i przypadkowemu spotkaniu. – Od tego momentu przestaję wspominać o podobnych manierach w tekście, jest ich naprawdę dużo, ale ocena to nie beta. Przejrzyj materiał pod tym kątem.

 

Miał tłuste, posklejane w strąki włosy, [zbędny przecinek] sięgające ramion, mocno posiwiałe, ale raczej srebrne niż białe. 

 

Na walizce widniało ogromne, wypisane koślawymi kulfonami imię: CAMMI. – Pleonazm. Kulfony to po prostu koślawe litery, czyli w zdaniu masz dosłownie Na walizce widniało ogromne, wypisane koślawymi koślawymi literami imię: CAMMI. Wyjaśnienie [TUTAJ].

 

„Homary będą tanieć…” – przemknęło mu przez myśl, bezwiednie, jak utarte hasło, które pojawia się automatycznie na widok tego, czy innego przedmiotu. Bezwiednie i automatycznie to to samo. Jeśli wspominasz, że myśl przemknęła bezwiednie jak hasło, to już nie musisz dodawać, że to hasło pojawia się automatycznie – przecież właśnie o tym masz to całe porównanie.

Poza tym interpunkcja:

„Homary będą tanieć…” – przemknęło mu przez myśl bezwiednie jak utarte hasło, które pojawia się na widok tej czy innej rzeczy. – /bezwiednie/ to przysłówek określający czynność przemykania, więc pierwszy przecinek jest zbędny. Drugi natomiast niepotrzebnie oddziela elementy porównawcze (coś przemknęło jak coś). W rzeczywistości składniowo twoje zdanie nie różni się od: siedział cicho jak mysz pod miotłą. A co do trzeciego przecinka: gdybyś napisała: takiego, a nie innego przedmiotu – przecinek byłby uzasadniony. Ty natomiast zestawiasz ze sobą elementy równorzędne: taki czy inny, taki czy siaki, taki czy owaki. Takie zestawienia również piszemy bez przecinka. 

Być może zauważyłaś, że w podanym przeze mnie przykładzie zamieniłam przedmioty na rzeczy. Wypadają naturalniej w narracji, która imituje strumień świadomości. Dziś, gdy myślimy o przedmiotach, prędzej mamy na myśli przedmioty szkolne. Ale otaczamy się rzeczami, sprzątamy rzeczy z biurka czy kupujemy rzeczy po tym, gdy już usłyszymy jakieś chwytliwe hasło reklamowe.

 

Przez chwilę zastanawiał się nawet, kim może być ta śliczna, młodziutka dziewczyna i czy to niesamowite lamborghini naprawdę należy do niej. Przez chwilę próbował to odgadnąć, ale zaraz potem uświadomił sobie, że nawet nie zna jej imienia, więc cała reszta nie miała najmniejszego znaczenia. – Bzdura. Rozumiem sentymentalność i ckliwość bohatera, który upadł na dno i być może właśnie się od niego odbija, jednak to stwierdzenie tak bardzo nie ma sensu, że wybija z rytmu czytania i nie da się go uzasadnić charakterem postaci. 

Zestaw to z dowolną inną sytuacją: ktoś cię napada, ale nie znasz imienia bandyty, więc cała reszta (jego motyw, czego chce i jak najszybciej od niego uciec) nie ma znaczenia; ekspedientka sprzedaje ci bułki w piekarni, ale nie znasz jej imienia, więc cała reszta (fakt, że są z żurawiną, a prosiłaś ze słonecznikiem lub na rachunek została nabita wyższa cena   niż pokazana w witrynie) nie ma znaczenia. Czepiam się drobiazgu, ale drobiazgi czasem tak biją po oczach, że – mimo przyzwoitej jakości reszty materiału – parskam śmiechem. Myślę, że nie taki efekt chciałabyś uzyskać. 

Gratis: powtórzenia. 

 

Głos tej dziewczyny, której nie znał nawet z imienia, przyjemny, dźwięczny głos. – Tak, już wiemy, że nie zna jej imienia.

 

Albo doświadczyła tego samego, co Connie[,] i teraz brała odwet na każdym napotkanym na swej drodze facecie? Tak, to by do niej pasowało. – Skąd może o tym wiedzieć, skoro jej nie zna (nawet z imienia, a co dopiero czegokolwiek innego…), co wielokrotnie podkreślił? Za wcześnie na taki wniosek, ale już akapit dalej zbierasz do kupy spostrzeżenia Ernesta na temat Jenny, powyższy wniosek byłby więc dobrym ich podsumowaniem. Posprzątaj w tekście – najpierw zamieść w nim obserwacje, a następnie płynące z nich wnioski (że zemsta pasowałaby do tej postaci), nie odwrotnie. Choć wciąż jest to nieco nad wyrost, w ten sposób będzie się lepiej kleiło. 

 

Ladę oświetlały trzy punktowe lampy halogenowe, a od strony salonu można było usiąść na wysokich barowych krzesłach. – Łącznie.

 

Obserwował jej drobne plecy, kiedy sięgała po butelki. – Darowałabym sobie przymiotnik, brzmi nieco dziwnie. W jaki sposób plecy mogą być drobne? 

 

– Powstrzymaj się więc od takiego wnioskowania, bo brniesz zupełnie na oślep, nie tam[,] gdzie trzeba. – Zabrakło przecinka. 

 

– Właściciel tych rzeczy po raz kolejny obraca się teraz w grobie – odparła pogodnie. – Przewracanie się w grobie jest związkiem frazeologicznym, nie modyfikujemy go na potrzeby ironicznego wyolbrzymienia, by co jakiś czas wspomnieć o wirowaniu przodków w zaświatach. Błąd powtarza się w tekście, choć w kilku miejscach stosujesz ten frazeologizm poprawnie. 

 

A jednak tamtego pierwszego dnia nie poszliśmy do łóżka. – Braddock obojętnie obserwował ludzi podążających całkiem mokrym chodnikiem (...). Czy na to wtedy liczyłem? Chyba po trosze tak. – Okropny spoiler i jakoś mnie to zawiodło. Liczyłam na oryginalną relację, a tu znowu wiruje wątek seksu. Odrobinę odebrało mi to chęci do czytania, bo zapowiada się na kolejne seksy i biznesy. 

 

Braddock doskonale wiedział, że nie nastąpi żadna cudowna odmiana, że nie weźmie się w garść, nie poczyni sobie szeregu postanowień i nie wyrwie się z marazmu portowego, nijakiego życia staczającego się pijaczka. Zbyt dobrze znał siebie, żeby nie mieć co do tego złudzeń. – Dobra, jakąś już chwilę rozkładam to na czynniki pierwsze i jestem prawie pewna, że chodziło o to, że Braddock zbyt dobrze znał siebie, żeby się tak łudzić, a nie – żeby nie mieć co do tego złudzeń. 

Poza tym trudno mi przejść obojętnie obok tego fragmentu: (...) [bohater] nie wyrwie się z marazmu portowego, nijakiego życia staczającego się pijaczka. – Jakbyś chciała za dużo upchać w jednym zdaniu: i że życie Braddocka to marazm, że bohater mieszka w porcie, i że się stacza jako pijaczek, że to życie go nie zadowala, jest nijakie… Poza tym obowiązkowy z przyczyn technicznych przecinek po /portowy/ tworzy teraz połączenie: marazm portowy. A to upierdliwie mylące. Gdybym miała ci coś polecić, ta część zdania brzmiałaby tak: (...) nie wyrwie się z marazmu, by przestać wieść nijakie życie portowego pijaczka. 

 

Nie chciał sprawiać zawodu umierającej matce. Ale i nie chciał jej zostawić. – Trzymałabym się formy: sprawiać – zostawiać albo sprawić – zostawić. Taka różnorodność aspektów mocno rzuca się w oczy, a fakt, że występuje w osobnych zdaniach, wcale tego nie tuszuje, szczególnie gdy drugie zaczynasz od /ale/ – a więc składniowo nadal tworzysz element podrzędny.


Mimo słońca prażącego prosto w oczy i mimo kaptura, który skrywał twarz tamtego w głębokim – zbyt głębokim – cieniu, Ernest Braddock zdołał jednak dostrzec niewyraźny zarys jego ust.Jednak jest tutaj zbędne.

 

A one nie drgnęły nawet, kiedy dobiegł do niego ten głos. – Przecinek przed nawet w moim odczuciu byłby lepszym wyborem – i od razu dodaję, że poprawnym technicznie. Spójrz na to tak: usta nie drgnęły, nawet gdy/kiedy/jeśli już stało się coś, co powinno to drgnięcie wywołać. Akcentować w tym miejscu powinnyśmy samo drgnięcie – czy właściwie nie-drgnięcie – bo to ono jest najistotniejsze dla części nadrzędnej, to na tym braku drgnięcia powinien skupić się czytelnik. I to ten brak drgnięcia oddzielamy od części podrzędnej. 

Na początku chciałam ci zaproponować, byś potraktowała przecinek przed /nawet/ jako pauzę oddechową i sama oceniła, która wersja brzmi lepiej, ale prawda jest taka, że literacki język polski jest językiem przepoetyzowanym, pełnym niczym nieumotywowanych inwersji i manier, które wynikają często z osłuchania i opatrzenia się zdań z błędami interpunkcyjnymi, później przekazywanymi dalej. Więc taka rada to dziś żadna rada. 

 

Niespiesznym krokiem podążył w stronę asfaltowej alejki. Starał się odprężyć i zapomnieć o niedawnej dziwnej przygodzie. – Chwilę temu postać była wściekła, zdezorientowana, nieco przestraszona. A teraz jak gdyby nigdy nic, niespiesznym krokiem tupta przez park, starając się odprężyć. Za duży przeskok, za mało szczegółów. Brakuje mi czegoś pomiędzy pierwszym a drugim stanem, brakuje mi procesu. W jaki sposób starał się odprężyć? Czy od razu po stresującej chwili – gdy nie wiedział, czy to, co dostrzegł, to objawy szaleństwa czy delirium – odszedłby niespiesznym krokiem? 

 

Chodźcie do świra Erniego, pogadamy jak starzy [przyjaciele]! – Taka sugestia. Bez tego dopełnienia zdanie wygląda na urwane.

 

Może uznał go za jednak za świra spacerującego po parku w koszuli i dżinsach niedługo po wschodzie słońca, w dodatku bez jakiegokolwiek psa na cholernej smyczy. – O, a tu mamy jakieś zapomniane resztki konstrukcyjne. Aż kusi, by bawić się dalej i przestawić /jednak/ na drugą pozycję w zdaniu: może jednak uznał Erniego za świra. Twoja wersja miałaby więcej sensu, gdyby kontynuacja zdania przekazywała inny kontekst: może ktoś uznał go jednak za świra, a nie za kogoś innego.

Takie potknięcia to wbrew pozorom chwila oddechu. Odskocznia od morza powtórzeń. Tak, ja znowu o tym.

 

W końcu poczuł, że dalsze zwlekanie nie ma sensu, że jeśli podjął decyzję o pójściu tam, [to] musi to zrobić. – Tu z kolei chyba chciałaś uniknąć powtórzenia, ale bez wstawki całość znów zgrzyta. Moją propozycję można jednak zastąpić półpauzą, jeśli wolisz taki zapis. 

 

Kościół episkopalny na rogu Wschodniej Trzydziestej Piątej, Witryny sklepów, niewyróżniające się niczym szczególnym. – Od małej litery.

 

"Więc odpieprzcie się, skurwysyny, od cierpiącego Erniego! (...)" – Błędny cudzysłów (angielski). Obstawiam, że to drobne potknięcie, bo prawidłowych w tekście masz całą masę, więc raczej o nich wiesz.  

 

Przekonał się o tym, kiedy sięgnął wzrokiem ponad głowami przechodniów, kiedy przyglądnął się tamtej wyglądającej na znajomą twarzy. – Podkreśloną część zdania potraktowałabym jako wtrącenie. A co do przyglądnięcia się, to jest to traktowane jako mowa potoczna. Osobiście bardzo jej nie lubię i jeśli nie występuje jako część wypowiedzi bohatera i stylizacja, sugerowałabym pozbycie się jej.

 

Wreszcie oznajmiła, że tam poznała Richarda. – To mój mąż – odezwała się cicho, gdy już siedzieli przy stoliku (...). – To jest właśnie Dick. – Podała mu fotografię. – Tak, już sprawdziłam, że zdrobnieniem imienia Richard jest Dick. Nawet dogrzebałam się do pochodzenia tego pomysłu. Jednak wciąż na przestrzeni tak niewielkiej objętości tekstu zmiana z pełnego imienia na zdrobnienie (w dodatku tak odległe) jest dezorientująca. 

 

Nie chciał jałmużny od byłej żony, która urodziła dziecko innemu facetowi. – Zastanawiam się, czy celowo sprawiłaś, żeby scena spotkania Ernesta z Connie była tak dojmująco… smutna. Z jednej strony mamy dwoje ludzi, których kiedyś łączyło wiele, a teraz nie łączy niemal nic – poza traumami. Z drugiej jednak… scena pokazuje nam, że choć życie Erniego wygląda teraz zupełnie inaczej – ostatnie lata spędził jako portowy pijaczyna, uginający się pod ciężarem poczucia winy – a przez dotychczasowe strony opowieści przewinęła się tona dowodów jego cierpienia… to wszystko jest wydmuszką. 

W moim odczuciu scena obnaża, że Ernie nie zmienił się ani o jotę. Wcale nie zrozumiał swoich błędów, nie wyzbył się obwiniania byłej już żony o urodzenie martwego syna, nie przestał oceniać jej z góry – nawet jeśli to ona jest górą, bo zaczęła swoje życie na nowo i ułożyła je lepiej, niż jej były mąż mógłby w ogóle przypuszczać. A Ernest utknął w swoim przeświadczeniu o wyrządzonych mu krzywdach, poczuciu zdrady i skrzywdzenia. Nie czułam w nim w tej scenie ani odrobiny skruchy za to, jak przed laty potraktował kobietę swojego życia. I właśnie to jest niesamowicie smutne. 

 

Trudno mi na tym etapie jakkolwiek sympatyzować z twoim bohaterem. Nie postrzegam go jako człowieka złamanego przez los, raczej jako dupkowatego egocentryka, który stoczył się na dno w swoim nihilistycznym narcyzmie. Nie jestem pewna, czy taki był twój cel. 

 

Dopóki wchodząc do bramy w kamienicy, w której mieszkałem, czułbym zapach szczyny i przetrawionego alkoholu. – Szczyn, bo szczyny, nie szczyna. Albo uryny – uryna, ale to już co innego. 

 

Co z tego, że zrobił jej dziecko, skoro sama mu na to pozwoliła! To nie ma żadnego znaczenia. – W tym zestawieniu to brzmi tak, jakby zrobienie dziecka miało znaczenie tylko wtedy, gdyby kobieta na to nie pozwoliła. Raczej nie to miałaś na myśli? Podkreśloną część bym wyrzuciła dla spokoju sumienia… 

 

Tym miłym akcentem kończymy rozdział drugi. 

Nie będę czarować: jak na razie nie jestem zachwycona opowiadaniem, a jako potencjalny czytelnik prawdopodobnie już bym się poddała i nie kontynuowała czytania. Jako ja – dam ci jeszcze szansę. 


Nie lubię głównego bohatera – nie cieszę się z jego sukcesów, bo czuję, że są one zbyt suche, tekturowe, bez większych emocji; nie współczuję mu, kiedy przechodzi trudne dla niego chwile, bo nie wydają się dla niego tak naprawdę trudne, nie dotykają go – jak w scenie, w której jego żona poroniła. Tam opisałam ci swoje odczucia i wskazałam, jak w mojej opinii mogłabyś nad tym fragmentem popracować, jeśli chcesz go ulepszyć. Protagonista wydaje mi się na tym etapie narcystycznym dupkiem, który pozornie na nowo wynajduje koło po kolejnych życiowych upadkach, by za chwilę okazało się, że właściwie to nie wynalazł dokładnie niczego i wciąż jest na linii startu – wciąż jako narcystyczny dupek. 


Męczy mnie również postać Jenny. Jakie to typowe – dziewczyna z bogatego domu, której niczego w życiu nie brakowało poza ciepłem rodzicielskiej miłości. Zatem w imię dokopania nieżyjącemu ojcu robi z jego majątkiem rzeczy, przez które on tak bardzo obraca się w grobie, że aż wiruje (żart powtarzany wielokrotnie przestaje bawić – co też już wskazałam w ocenie powyżej). Grzeczna dziewczynka z krainy mlekiem i miodem płynącej szlaja się więc po portowych knajpach (knajpie), wyciągając z niej podejrzanych typów, żeby zaprządz ich do pracy w swoim szemranym biznesie, działając incognito i z tego względu wożąc się błyszczącą z kilometra bryką. Tak żeby się bardziej wtopić w tłum. 


Wciąż nie jestem też fanką mieszanej linii czasowej. Tu serwujesz nam fragment z retrospekcją, tam fragment z aktualnego czasu fabularnego, by za chwilę bohater cofnął się do innego momentu ze swojego parszywego życia i wyjaśnił czytelnikowi kolejną złotą myśl. Dobra, stop, jestem teraz trochę sarkastyczna, ale naprawdę – o ile raz na jakiś czas taki zabieg faktycznie coś wnosi i urozmaica czytanie, odpowiadając na nasuwające się pytania, o tyle w moim odczuciu, jeśli tak wyglądają całe pierwsze dwa rozdziały (ponad czterdzieści stron, co daje nam prawie jedną czwartą całego materiału), to mamy pewien problem. 


Przeszkadza mi także osadzenie fabuły w Nowym Jorku, w ogóle w USA. Może to po prostu ja w okolicy trzydziestki robię się wybredna, ale jeśli nie masz naprawdę mocnego powodu, by pisać tę historię właśnie z wykorzystaniem Stanów Zjednoczonych jako twoim miejscem akcji, to dlaczego – do jasnej anielki – nie możesz użyć czegoś bardziej lokalnego? Dlaczego ma mnie przyciągać Central Park i żółte taksówki w tle? Jeśli pochodzisz z Pcimia Dolnego, to pokaż nam jego ciemne i jasne strony. Pokaż nam, gdzie bohater mógł wylądować, kiedy się stoczył. Zafascynuj nas pięknem jakiegoś zakątka, w którym skończy uchlany w jeden z tych dni, w które stać go na tani, kiepskiej jakości alkohol. 


Być może z czasem dowiem się, że masz jakiś powód, by wysłać naszą wyobraźnię akurat do USA, ale jak na razie w treści nie pojawiło się nic, co by mogło czytelnika przywiązać właśnie do tej lokalizacji, a według mnie jest na rynku wystarczająco wielu autorów pochodzenia amerykańskiego piszących po amerykańsku, o Ameryce. A gdyby tak odważyć się na coś oryginalnego?

A może naczytałam się zbyt wielu lokalnie osadzonych książek. Kryminałów przeważnie. 

 


3.

A ostatnio to już w o oloe rzadko można się z nim napić. – Taki chochlik na początek. 

 

Po krótkim fragmencie ze sceną z przeszłości dostajemy myśli Jenny wypchane po brzegi ekspozycją zdradzająca nam, z kim Jen była, kogo kochała, że nie wierzy w miłość, że cierpiała… Tylko dlaczego nie pozwolisz nam na samodzielne wyciąganie wniosków? Dlaczego dostaję wyjaśnienia uczuć i emocji bohaterki, zamiast pełnoprawnych scen, które mi to wszystko pokażą? 

 

Jej dobrej klasy samochód wzbudzał ogólne i bardzo niezdrowe zainteresowanie, ale postanowiła to zignorować. – No dobra, czyli pojechała swoim metalicznym lambo do biednej dzielnicy i dziwi się, że jej dobrej klasy samochód wzbudza zainteresowanie? Przypuszczam, że wzbudzałby je też w dzielnicy ludzi z klasy średniej i u niektórych, tych mniej szpanerskich, z wyższej półki społecznej, choć tu już z innych powodów. 

 

Choć nie miała przy sobie broni, to miała niezwykle cięty język i niechby tylko ktoś ośmielił się ją zaczepić! – Wiesz, tak sobie gdybam, ale prawdopodobnie gdyby ktoś chciał ją naprawdę napaść w nieciekawej dzielnicy, to cięty język raczej by jej w niczym nie pomógł. Przypuszczam, że niejedna ofiara napaści była wyszczekana i niewiele z tego wynikło. Co zresztą potwierdza się kilka akapitów później. Trudno uwierzyć, że bohaterka, którą opisujesz jako doświadczoną w kontaktach z szemranym towarzystwem, może być aż tak naiwna. Mogłoby to wyjść wiarygodnie na początku jej drogi w tym środowisku, gdy jej wyobrażenie o sobie jako macho w spódnicy zderza się z ponurą rzeczywistością, ale tu… popełnia błędy nowicjuszki, czyli bezzasadnie czuje się zbyt pewnie w sytuacjach, w których czuć się tak nie powinna. 

Nie mówiąc już o tym, jak bardzo cliché jest tak wykreowana postać kobieca: wyszczekana, ale jednak damsel in distress. Nie da się zliczyć powieści, w których podobny motyw już się przewinął. Jeszcze inna rzecz, która wpływa na to, że trudno tę bohaterkę traktować w tym momencie poważnie: wspomniany niezwykle cięty język. Mogłabym uwierzyć, że Jenny tak właśnie ma, gdyby jej POV (stylizacja językowa, wypowiedzi dialogowe, ogólne przemyślenia) były w ten sposób kreowane oraz gdyby bohaterka po prostu wykazywała się taką charyzmą w scenach, nie ekspozycjami. Wówczas nie musiałabyś podsuwać mi pod nos zdania o tym, jak to bardzo niewyparzoną ma ona gębę. 

Prof. Bralczyk w jednym ze swoich wykładów powiedział:

 

Mamy zobowiązania wobec tego, o czym mówimy – bo powinniśmy być wiarygodni. Wiarygodność powinna być cechą osoby mówiącej, ale to Państwo mi ją przypisują. Ja nie mogę przyznać sobie wiarygodności; to Państwo muszą postrzegać mnie – ha! nie muszą wcale właśnie! – jako wiarygodnego lub nie. Wiele rzeczy możemy osiągnąć mówieniem, ale nie możemy powiedzieć: „ja jestem uczciwy”. Bo ktoś, kto usłyszy, że ja mówię o sobie, że jestem uczciwy, może zadać sobie pytanie: „A dlaczego on mówi, że jest uczciwy? A czy mógłbym podejrzewać, że posądzanie go o nieuczciwość może mieć pewne uzasadnienie?”.

 

I tak samo jest w przypadku twojej postaci. Jeśli poinformujesz mnie wprost, że Jenny ma niezwykle cięty język, w najlepszym wypadku przejdę obok tego, wzruszając ramionami i traktując ją z przymrużeniem oka: „okej, niech se tak ma, skoro tak uważa…”. Nie sprawia tym, że ją lubię, ani nie imponuje mi taką oceną samej siebie (twoja narracja bywa personalna, więc tak: to o ciętym języku to wnioski Jenny). Jednak w najgorszym wypadku (do którego mi bliżej) czytelnik pomyśli, że Jenny jest postacią niewiarygodną przez takie ekspozycje, a ty jako autorka nie zaangażowałaś się w wykreowanie tej postaci, dlatego musisz zapewniać o jej cechach, by czytelnicy w nie uwierzyli. Oliwy do ognia dodaje ten nieszczęsny przysłówek: NIEZWYKLE cięty język. Na myśl od razu przychodzi bohaterka, która wszystko musi mieć niezwykłe… „Ale dlaczego ona mówi, że jej język jest niezwykle cięty? A czy mogłabym podejrzewać, że posądzanie ją o bycie Mary Sue mroczną może mieć swoje uzasadnienie…?”.

 

Te, które pozostały[,] były obite i ledwo czytelne. – Drobiazg, przecinka zabrakło. 

 

Prawie wszyscy przechodnie odwracali głowy, ale przez przyciemnione szyby lamborghini nie mogli dostrzec, że za kierownicą siedzi bardzo młoda dziewczyna. A przynajmniej wyglądająca bardzo, bardzo młodo. – To również jest kwestia, którą powtarzasz któryś już raz. Wiemy, że Jenny ocenia się na młodszą, niż jest w rzeczywistości. Zastanawiają mnie podobne potknięcia, bo myślę, że wyłapałabyś je bez problemu sama, gdybyś na spokojnie, płynnie przeczytała tekst, bez rozbijania go po drodze na atomy. 

No i znów: czemu Jenny o sobie tak twierdzi? Czy to wynika z jakichś jej, nie wiem, kompleksów, czy raczej jest powodem jej dumy? 

Mężczyzna obejrzał się za siebie ciekawie. – A nie z zaciekawieniem? Kto był ciekaw – mężczyzna, który się obejrzał za siebie, czy ten, do którego się odwrócił? W pierwszym przypadku proponuję moje rozwiązanie, w drugim – niech zostanie, jak jest, ale wynik będzie nieco dziwaczny. Mniej dziwaczne byłoby: Mężczyzna obejrzał się za siebie. Ciekawe…

 

Ernest patrzył mu prosto w oczy z zaciętym, nieprzejednanym wyrazem twarzy i drugi mężczyzna uznał najwidoczniej, że nie ma sensu wdawać się w dalszą dyskusje. Wyglądało na to, że ten tutaj jest znacznie bardziej cięty, jeśli idzie o swoją samicę[,] niż ten ochlej z góry, Ralfie. – Dyskusję. Podkreślam też powtórzenie, które wprawdzie nie jest tak do końca klasycznym powtórzeniem, ale wciąż na tyle blisko, że niepotrzebnie zgrzyta podczas czytania. 

Wiem, że styl ma być w pewnej mierze potoczny, lekki i naturalny, ale tu jednak postawiłabym na: jeśli chodzi o swoją pamięć. To samo w sobie jest już wystarczająco potoczne.

 

„Wayne’a” – pomyślała, a wrzący asfalt zalał jej płuca. – Pewnie chodziło o żar, który przy wdechu zalał jej płuca, potęgowany nagrzanym asfaltem, co? Chyba że faktycznie Jenny się wyłożyła na ulicę i ktoś ją tam asfaltem zalewał, to przepraszam. 

 

Zrobiłam błąd. To wszystko! – powiedziała rozdrażniona.Popełniłam brzmiałoby lepiej. Zrobienie błędu bardziej pasuje do pomyłki w rachunkach. 

 

Cieszę się, że trochę zburzyłaś obraz idealnej, niezniszczalnej dziewczynki ze stali, szkła i lodu, bo tak nam do tej pory prezentowałaś Jenny. Miło widzieć, że jest nieco bardziej ludzka, popełnia błędy i reaguje na nie emocjonalnie. Wciąż jednak nie do końca kupuję pewność, z jaką weszła do nieznanej sobie dzielnicy, obronę osobistą opierając na ciętym języku. To z natury nie jest chyba naiwna dzierlatka, przez co takie podejście wypada mało wiarygodnie. Pokusiłabym się o uzbrojenie jej w coś podstawowego. Ostrze? Niewielkich rozmiarów broń palna, którą łatwo ukryć w torebce? Wciąż mogłaby się przeliczyć ze swoimi umiejętnościami samoobrony, ale przynajmniej nie wypadłoby to tak bezmyślnie. 

 


4.

– Co się stało? 

– Nic. Nie piłem, bo zabrakło mi forsy, to wszystko. 

Ja nie o to pytam. – Drobiazg, ale to bym usunęła. Jest zbędne. 

 

Uśmiechnęła się i bezceremonialnie sięgnęła po butelkę, żeby nalać sobie trunku. Ale przecież mogła czuć się tu jak u siebie i nie istniał żaden powód, dla którego miałaby się krępować. – Znów to robisz. Wcześniej zdążyłaś napisać wprost, że Jenny właściwie jest u siebie, bo mieszkanie należy do niej. Podkreśliłaś to również w kilku momentach, na przykłady wtedy, gdy wskazała Erniemu, gdzie w zajmowanym przez niego lokum znajdują się kieliszki lub w momencie, w którym opisywałaś, jak wygodnie ulokowała się na kanapie. Nie musisz kolejny raz wbijać nam tego łopatą do głów. 

 

Ja nie mam w zwyczaju oceniać ludzi po grubości portfela albo pozycji społecznej. Gdyby tak było, to większość moich znajomych i przyjaciół nie rekrutowałoby się z portowych szumowin. – W podkreślonej części zdania podmiotem (wykonawcą czynności) jest /większość/, która ma rodzaj żeński. Tak jak piszemy: większość mężczyzn uczestniczyła w zawodach, tak i tu powinnaś napisać: większość rekrutowałaby się. Inna rzecz to użycie właśnie tego czasownika. Sama rekrutacja kojarzy się z przyjmowaniem kogoś do jakiegoś grona – i ten kontekst dominuje znaczeniowo na tyle, że mało kto pamięta jeszcze o innym znaczeniu rekrutowania się jako wywodzenia się spośród grupy ludzi – na WSJP [KLIK] będącego synonimem szeregowania się:

szeregować się np. spośród studentów – rekrutować się z danego środowiska lub grupy społecznej. 

Aby nie wprowadzać czytelników w błąd, sugerowałabym jednak wersję: /nie wywodziłaby się z/. Wtedy zyskasz pewność, że wszyscy Cię zrozumieją, a nie pomyślą na przykład, że to Jenny chciałaby dopiero co rekrutować znajomych spośród portowych szumowin. Ona już dawno ich zrekrutowała. ;)

 

Któremu facetowi po trzydziestce nie spodobałaby się młodziutka, śliczna dziewczyna, wyglądająca jak nastolatka? – To ma naprawdę niepokojący wydźwięk. Proponowałabym usunięcie co najmniej podkreślonej części.

 

Nie "działo się" – to Jenny działała za szybko. – Cudzysłów angielski. Znasz prawidłowy, więc tylko raz jeszcze zasygnalizuję, żebyś przejrzała tekst pod tym kątem. 

 

Koniec rozdziału czwartego. 

Nie tylko widzę, ale i czuję, że tekst poprawia się na przestrzeni rozdziałów. Robisz mniej błędów, produkujesz mniej powtórzeń, nie potykasz się na pierdołach, a sceny zaczynają mieć ręce i nogi, pojawiają się emocje, gesty, spojrzenia. Jest lepiej. 

Żeby nie było zbyt kolorowo – czy wspominałam już, że czuję się rozczarowana wątkiem romansu między Jenny i Braddockiem? Wspominałam. Choć może romans to za duże słowo. Mimo że znam już bohaterów nieco lepiej – wciąż nie jest to kierunek, w jakim chciałabym widzieć rozwój ich znajomości. To do bólu przewidywalne (i nieco niesmaczne – zajeżdża daddy issues), a liczyłam na coś więcej, coś, co mnie zaskoczy. 

Może w rozdziale piątym?

 


5.

Jenny oderwała dłonie od twarzy, wyprostowała się i opanowała wilgoć, cisnącą się do oczu. – Drugi przecinek jest niepotrzebny. 

 

Nie mogła pojąć, jak to możliwe, by odczuwać głód, kiedy całe życie zawaliło się w gruzy. – Powiedziałabym, że albo legło w gruzach, albo po prostu: kiedy zawaliło się całe życie. Ewentualnie jeszcze może zawalić się jak domek z kart…

 

Jednak leżąc w ciemności, błagała go, żeby przynajmniej dał jej jakiś znak, a potem wstrzymywała oddech i nasłuchiwała najmniejszego szmeru czy stuknięcia, a jeśli udało jej się cokolwiek usłyszeć, wmawiała sobie, że to on, że to Wayne[,] i próbowała zasypiać, uspokojona tym odkłamanym kłamstwem. – Drobnostka, ale rzuciło mi się w oczy – pierwsze /a/ można śmiało usunąć. 

 

Tkwiła przed nagrobkiem bez najmniejszego ruchu, jak wykuta z kamienia. – Biorąc pod uwagę, że rzucasz takie porównanie tuż obok napomknięcia o nagrobku (z kamienia), to może jakby sama była wykuta z kamienia

 

26. 03. 1944 – wyryte na nagrobnej tabliczce. – Hola, hola, a te spacje po kropkach to co tam robią? 

 

Wyrównała oddech i drżącą rękąą uniosła filiżankę z kawą. – Kolejny drobiazg. 

 

Gdy tego dnia wieczorem wróciłam do domu – pomyślała – czułam złość na Wayna. – Wayne’a. Potknięcie, dotąd pisałaś prawidłowo. 

 

Nie zdołała ot tak sobie, z marszu, wejść i zająć miejsce Wayna na narkotykowym rynku. – Miejsca Wayne’a. Ot tak i z marszu w tym kontekście właściwie znaczą to samo. Do tego mamy tu niepokojącą składnię: wejść na rynku. Moja sugestia:

Nie zdołała ot tak wejść na narkotykowy rynek, by z marszu zająć miejsce Wayne’a. 

 

Cieszę się, że dałam szansę kolejnemu rozdziałowi. Bardzo podobało mi się, jak poprowadziłaś fabułę po wyboistej drodze przeszłości Jenny, jak pokazałaś nam, dlaczego i w jaki sposób znalazła się w miejscu, w którym jest obecnie. Od początku do końca po mistrzowsku zadbałaś o emocje naprawdę trudnych scen. Chciałabym wskazać przykładowy fragment, jeden z tych, które bardziej przypadły do gustu.

 

Oprzytomniała w znajdującej się na miejscu zdarzenia karetce, która jechała tu do Wayne’a, a której on już wtedy nie potrzebował. Dlaczego ratownicy ciągle tkwili tutaj, skoro nie byli potrzebni? Jakiś lekarz coś do niej mówił. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami i widziała ruch jego warg. Słyszała słowa, rozmazane, zniekształcone, nic nieznaczące. Zastanawiała się, czy zdąży na ulubiony serial. Jeśli nie, to nie szkodzi. Jutro obejrzy powtórkę. Ale będzie musiała nastawić sobie budzik, bo w przeciwnym razie z pewnością zapomni.

Wstała i zachwiała się, bo obraz przed oczami zawirował. Złapała się czegoś, co znajdowało się z boku. Spojrzała. Stelaż z jakimś monitorem i mnóstwem kabli. Zrobiła krok naprzód i pociemniało jej w oczach. Ktoś na powrót usadowił ją na miejscu. Powoli docierała do niej otaczająca rzeczywistość. Serce zaczęło walić jak oszalałe, zrobiło jej się niedobrze i z trudem przełykała nadmiar śliny napływającej do ust.

 

Oddałaś absurdalność niektórych myśli pojawiających się w takich momentach (o odcinku serialu), surrealizm, nawał odczuć i emocji, a jednocześnie niemożność ich faktycznego doświadczenia. Widzę reakcję bohaterki i wierzę w nią – jest żywa, prawdziwa, ludzka, trochę mechaniczna. Tutaj nie ma zbędnych elementów, niepotrzebnych epitetów, usilnego podkreślania ekspozycji, w którą chcesz, żebyśmy wierzyli. I właśnie dlatego ta scena działa! 

Brawo, tym razem to kawał dobrej roboty. Czy rozdział szósty dorówna swojemu poprzednikowi…?

 

6.

…To trudne, biorąc pod uwagę, jaki jest króciutki. Mamy w nim jedynie (i aż) wyraz uczuć Ernesta do Jenny. Chwilowo trudno mi to komentować, sielankowy przerywnik wydaje się nie pasować do reszty, co zwiastuje, że nie potrwa on długo – jak na przerywnik przystało. 

 

Do tego rozdziału (liczącego sobie około strony) mam tylko jedną kosmetyczną uwagę. No dobrze, może kilka:

Z jej wszystkimi wadami i niedoskonałościami trudnego charakteru i skomplikowanej osobowości. A kiedy tylko dopuścił tę niebezpieczną myśl do świadomości, zauważył, że coraz dotkliwiej odczuwa jej nieobecność. – Dużo tych „ości”, do tego /jej nieobecność/ technicznie odprowadza do niebezpiecznej myśli. Masz pomysł, jak to zmienić? 

 

Żyła w przekonaniu, że traktują ją poważnie, że traktują ją tak, [przecinek zbędny] jak Wayne'a. Miała prawo tego oczekiwać. Przecież nie była jakąś przypadkową dziewczynką, która urwała się nie wiedzieć skąd, nieświadomą i nierozgarniętą. – Końcowe dopowiedzenie brzmiałoby znacznie lepiej, gdyby dotyczyło części podrzędnej: (...) która urwała się nie wiedzieć skąd, nieświadoma i nierozgarnięta. 

Tylko że… właściwie to jest przypadkowa dziewczynka, która urwała się nie wiedzieć skąd, nieświadoma i nierozgarnięta. Co miałoby sprawić, że odbieraliby ją inaczej? Dlaczego miała prawo oczekiwać, by traktowali ją tak, jak w jej wyobrażeniu traktowali jej byłego kochanka? Nie widzę do tego podstaw, tak jak nie widzę ich do pyszałkowatej postawy Jenny. Na moje oko to po prostu bogata smarkula, która robi brzydkie rzeczy na złość nieżyjącemu tatusiowi, a cała jej psychoanalityczna, butna otoczka to imperatyw, który nam wciskasz. 

Dobra, może tak siebie chciała postrzegać sama Jenny i jest to część POV-u. Wciąż: na jakiej podstawie? Tego nam dotąd nie pokazałaś. 


Przecież obaj też spotykali się [z] tymi, którzy przekazywali pieniądze i też się wtedy narażali. 

 


PODSUMOWANIE

Na tym zdecydowałam się zakończyć ocenę. Wzięłam pod lupę blisko połowę tekstu i myślę, że to w zupełności wystarczy, żeby stwierdzić, że materiał…

🗷 Nie ma satysfakcjonującej budowy.

Nie jestem pewna, czy rozpoczęcie fabuły w tym miejscu jest dobrym rozwiązaniem. Obserwujemy Ernesta wkraczającego w nową rzeczywistość z nadziejami i planami pod ramię, ale nie jestem przekonana, czy potrzebujemy dla zrozumienia fabuły wszystkich detali z tym związanych. Być może lepszą linią fabularną byłoby poznanie go w jednej z melin lub leżącego na brudnym materacu w zapuszczonym mieszkaniu i wspominającego szpital czy rozmowę z prawnikiem niczym flashbacki. 


🗷 Nie ma wiarygodnie zbudowanych bohaterów, w tym ani jednego bohatera, z którym mogłabym sympatyzować.

No, może poza Connie. Tej postaci rzeczywiście szczerze kibicuję. Niech jej się wiedzie, bo po życiu z takim egocentrykiem zasługuje na wszystko, co najlepsze. Sęk w tym, że dziewczyna dla całej historii jest jedynie bodźcem do lawiny wydarzeń, epizodem. Głównymi bohaterami jak na razie są Braddock i Jenny… tylko że oboje budzą w najlepszym wypadku mieszane uczucia, o czym rozpisywałam się powyżej. 


🗷 Marnuje potencjał skomplikowanej relacji.

Przeszkadza mi również wątek romansu. Sprawia, że historia jest sztampowa, a fascynacja alkoholika w średnim wieku nastolatką z problemami z nieżyjącym tatusiem – niesmaczna. No nie kupuję tego.


🗷 Zaczyna się i rozwija bardzo słabo, dziurawo i nijako…

…ale ma potencjał! W kolejnych rozdziałach pokazujesz, że naprawdę umiesz pisać. Po prostu musisz lepiej przemyśleć i rozplanować akcję oraz kształt twojej historii, i regularnie sprawdzać, czy twoje sceny działają. Przecież już wiemy, że potrafisz! Tylko że dowiaduję się o tym za późno i gdybym dostała w swoje ręce książkę, której pierwsza ćwiartka tak bardzo kuleje, nie doszłabym do połowy, żeby się przekonać, czy może być lepiej. 


🗷 Nie jest wolny od potknięć językowych.

Natomiast roi się w nim od bardzo prostych błędów, które łatwo samodzielnie wyeliminować w kolejnych czytaniach. Wielokrotnie w ocenach i artykułach pisałyśmy, że warto pozwolić tekstowi odleżeć i wrócić do niego ze świeżym okiem. Jestem pewna, że wtedy wyłapałabyś sporą część powtórzeń, błędne cudzysłowy czy słabe konstrukcje, ponieważ zwyczajnie rzucają się one w oczy. Jeśli tobie nie chce się tego zrobić, to komu ma się chcieć to czytać? 


🗷 Jest tautologiczny i bywa manieryczny.

Szczególnie te początkowe rozdziały przeciążyłaś stylistycznie. Jak nie nagromadzenie powtórzeń, to środki stylistyczne oparte na wyliczeniach albo wzmacnianie przekazu przysłówkami i partykułami. Zdarza ci się zapominać, że słowa mają znaczenie i nie trzeba z uporem godnym lepszej sprawy podkreślać tego znaczenia dodatkami, które przy okazji wpływają negatywnie na lekkość czytania oraz, a może przede wszystkim, na płynny bieg akcji, jej tempo. Tak samo wstrzymuje tę akcję pięciokrotne przekazywanie tego samego faktu o postaci, jej planach albo przemyśleniach. Do tego momentami decydujesz się na pretensjonalne szyki przestawne (szczególnie w kwestii partykuł jeszcze czy nawet), przez co treść zaczyna udawać literaturę starawą i nieco poetycką, ale Twoje postaci to nie Robert Makłowicz, a akcja nie dzieje się w XX-leciu międzywojennym. Z jeszcze innej strony pomiędzy tymi środkami potrafisz rzucić aż do przesady potocznym kolokwializmem (jeśli idzie o samicę…), który oddaje POV bohatera przaśnego. A przecież Braddock, nawet jako portowy pijaczek, przaśny nie jest. 


🗷 Mógłby być bardziej lokalny.

Jak już pisałam – nie kupuję tego, że akcja toczy się w USA. To bardzo powszechny pomysł, przez który niczym specjalnym się nie wyróżnisz. Oczywiście jeśli w tym miejscu akcji czujesz się najlepiej lub jego wybór ma głębszy sens, to pisz dalej śmiało, ale spróbuj trochę przybliżyć czytelnikowi, dlaczego zdecydowałaś się właśnie na Nowy Jork. Aktualnie nie widzę niczego, co by ten wybór uzasadniało. Może pojawia się to w dalszej treści lub po prostu patrzę na tę kwestię inaczej niż ty – chętnie poznam twoje zdanie na ten temat. 

W tej chwili jednak trudno nie odnieść wrażenia, że te nieszczęsne taksówki i ten park są dowodem braku bardziej zaawansowanego researchu. Nie pokazujesz Stanów Zjednoczonych w pełni – jakbyś sama tam była. Spójrz: problemem Lalki nie jest osadzenie akcji w Paryżu jedynie pod pretekstem tego, że Paryż był modny, ani nie chodzi o to, że Prus nie miał prawa umieszczać tam bohaterów, ponieważ sam nigdy tam nie był. Lalka nie ma problemów z Paryżem głównie dlatego, że Prus odrobił pracę domową i ukazał ten Paryż dokładnie tak, jakby sam chodził tamtymi ulicami i przeżył tam pół życia. To było realistyczne, bo Prus studiował Paryż, czytał o Paryżu, posiłkował się widokówkami, oddał też ducha tamtego miejsca z opowieści ludzi, którzy tam byli. Nie na darmo mówi się: pisz o tym, na czym się znasz. Pelczar wydał Tę przeklętą Amerykę, osadzając akcję w różnych zakątkach USA, ale sam przesiedział tam lata i chłonął tę kulturę, tę obcość, by dobrze ją oddać. Jeśli kolejna wtórna powieść próbuje robić to, ograniczając się do tak naprawdę samych ikon takich jak taksówki czy zatłoczony Times Square, no to nic dziwnego, że czytelnikowi może się zbierać na haft. Raz, że (również) w literaturze ta krowa została wydojona do końca, dwa: jej gruby zad zazwyczaj ma przykryć rzeczywisty brak zaangażowania w oddanie miejsca akcji. 

To nie tak, że powieść osadzona w USA nie może mnie w ogóle zaintrygować – tylko że to wymagałoby wysiłku, wyjścia poza schemat i sięgnięcia po coś więcej niż żółte taksówki. Rada z treści oceny powyżej, aby pisać choćby o Pcimiu Dolnym odnosi się więc bezpośrednio do pisania o tym, co jest ci znane. Jeśli zdecydujesz się pisać o rodzimym podwórku, większa jest szansa, że unikniesz bzdurek technicznych, a znajome lokalizacje sprawią, że opisywane w opowiadaniu sceny zyskają nowe życie dzięki prostym smaczkom budującym wiarygodność. 

Chociaż fakt, że pewnie jeszcze trudniej będzie ukryć srebrne lambo w szemranej dzielnicy… W Polsce prawie na pewno byłby to Kuba Wojewódzki z 2012 roku. Ze względu na lambo, nie dzielnicę.


Tym razem również chciałabym uniknąć wystawiania noty końcowej. Nie wzięłam pod lupę całego tekstu, jestem też prawie pewna, że dalej byłby on już nieco lepszy od tego, z czym zapoznałam się do tej pory. Poza tym era ocenkowych blogasków (i blogasków w ogóle) dawno minęła, dlatego obecnie chciałabym widzieć to bardziej jako feedback, który może nie będzie dla ciebie specjalnie przyjemny (mam bowiem sporo uwag i chwilami nie powstrzymuję się od sarkazmu, co pewnie nie jest zbyt miłe w odbiorze), ale doda skrzydeł (bo pisać potrafisz całkiem nieźle!) i wskaże, nad czym w mojej opinii musiałabyś jeszcze popracować (trochę tego jest, ale i potencjału nie brakuje). 



Betowała Skoia.

0 Comments:

Prześlij komentarz