[254] ocena miniatury: Gdzie diabeł mówi „dzień dobry”



Autorka: Gruszel
Gatunek: fantasy
Ocenia: Skoiastel


Już myślałam, że nie wyrobię się z oceną w tym miesiącu (nihil novi ostatnio, prawda…?), ale postanowiłam jednak poświęcić tych kilka dni, by udostępnić ocenę poniższej miniatury. Wprawdzie moja kolejka pełna jest tekstów zgłoszonych nieco wcześniej, jednak bez sensu, Gruszel, byś czekała na mój feedback aż tyle miesięcy, gdy w grę wchodzi tekst, który liczy znacznie mniej niż jeden arkusz wydawniczy.
To jest ta względnie dobra informacja.
Natomiast złą informacją jest to, że muszę radykalnie zmniejszyć liczbę miejsc w swojej kolejce. Nie chcę nikomu robić płonnych nadziei, jednak w tym momencie zależy mi na tym, by przysiąść do tekstów, które już w niej mam, także do grupówek. Obawiam się jednak, że natłok zawodowych obowiązków może u mnie wkrótce za mocno kolidować z pisaniem ocen. Nie, nie żegnam się, ale niesławny wiek trzydziestu lat, z czego ostatnie ponad pięć poświęcone temu miejscu, robi swoje i muszą nadejść pewne zmiany, o których będę informować na bieżąco.
A teraz do rzeczy! Czas przekleić opowiadanie do docsa.




Gdzie diabeł mówi „dzień dobry”

Zacznę od tego, że w oryginalnej wersji udostępnionej na forum Nowej Fantastyki wisi niepoprawny cudzysłów. Ten polski, jak pewnie wiesz, wygląda tak: „(…)”. Zdaję sobie sprawę, że nie ma go na klawiaturze, za to można wywoływać go z pozycji komend: ALT+0132 i ALT+0148 (przy włączonej klawiaturze numerycznej). Jeśli takowej nie posiadasz, a jednocześnie swoją przyszłość wiążesz z pisaniem, polski cudzysłów tak po prostu może ci się przydać. Zajrzyj tu: [KLIK]. W pierwszym akapicie tej oceny podsuwam rozwiązanie.

Na dobrą sprawę jednak zastanawiam się, czy jakikolwiek cudzysłów jest ci w tym tytule potrzebny. Generuje same problemy. No bo co, jeśli ktoś chciałby gdzieś go zacytować, coś o nim napisać? W takim wypadku zapewne stworzyłby potworka w formie: „Gdzie diabeł mówi „dzień dobry””. Niedopuszczalne. Musiałby skorzystać z cudzysłowu francuskiego, zgodnie z zasadą, by rozróżniać cudzysłowy: „Gdzie diabeł mówi «dzień dobry»”, ale wtedy jest to już ingerencja w oryginalny zapis, która może budzić wątpliwości. W dodatku samo mówienie dzień dobry nie jest frazą wymagającą cudzysłowu, nie ma go zresztą w pochodnym tytule serii książek „Gdzie diabeł mówi dobranoc”, który jest zaczerpnięciem z frazeologizmu określającego odległe, budzące niepokój miejsce, gorsze od samego piekła. Można więc sądzić, że miejsce, w którym diabeł mówi dzień dobry, będzie określało tego piekła przedsionek. W [tej poradzie PWN] ani zadający pytanie, ani językoznawczyni Katarzyna Kłosińska także nie używają cudzysłowu, nie znajdujemy go również w przykładach z [Korpusu PWN]. Gdyby to ode mnie zależało, usunęłabym cudzysłów, nawet gdyby okazało się, że tytuł nie jest metaforyczny, przysłowiowy, za to w tekście faktycznie diabeł się z kimś wita.

Podoba mi się początek. Nie dość, że stawiasz na emocje, których nie eksponujesz, a realnie dajesz je odczuć, co jest szalenie ważne w przypadku narracji pierwszoosobowej, to jeszcze wpływasz na wyobraźnię czytelnika, podsuwając mu wrażenia sensoryczne. Mamy więc roz­sza­la­łe serce, które bohater stara się uspokoić, ale i paskudne skrzypienie podłogi czy też smród gnijącego ciała, przyprawiający o mdłości. Pewnie zabrzmię teraz niepokojąco, niemniej… to lubię. Stety-niestety już w kolejnym zdaniu pada dość ironiczna, dość luzacka uwaga:
To nie był naj­lep­szy dzień mo­je­go nie­ży­cia, ale po­cie­sza­łem się, że to jedna z ostat­nich akcji.
Wszystko fajnie, mnie też kręcą postaci swobodne, nieco może nawet cwaniacke, które komentują rzeczywistość w sposób lekki, co czyni je też na ogół sympatycznymi, jednak tutaj wyczuwam już pewną niekonsekwencję. Bo jeśli bohater jednak pozostaje zdenerwowany i poświęca sporo uwagi, by uspokoić rozszalałe serce, a przy tym opanować drżenie rąk, to znak, że nie będzie się za bardzo skupiał na niczym innym; że tu i teraz ewidentnie się czegoś boi. Jeśli mam w to uwierzyć, odrywające od tej atmosfery zdania będą grały na twoją niekorzyść. Zastanowiłabym się po prostu, co bardziej mi chcesz akurat w tym momencie przekazać. Czy to, że postać jest realnie wystraszona, czy że w sumie wszystko jest z nią względnie okej, no, mogłoby być lepiej, po prostu robota średnio idzie tego dnia.


Przepraszam za wulgaryzm, ale ten mem był pierwszym, co skojarzyło mi się w związku z omówionym cytatem.


Okej, w kolejnych zdaniach dowiaduję się nagle, że bohater nie jest wystraszony, jak interpretowałam jego przytoczone emocje, ale odczuwa… mieszaninę stresu i podniecenia. Odnoszę wrażenie, że dałoby się właśnie te odczucia sprzedać czytelnikowi już na początku, by nie miał szans się pomylić w swojej interpretacji.
Czy nieżycie w pierwszej chwili nie sugeruje aby, że bohater jest… martwy? Tak mi się wpierw wydawało, ale kawałek dalej przypomniałam sobie, że facet schodzi do piwnicy, trzyma broń, poluje na jakąś ofiarę, mija innego łowcę… Hell no, nie może być martwy! A jeśli był żywy, czemu użyłaś określenia nieżycie? To mylące. Nawet jeśli chciałaś tym podkreślić, że twój bohater czuje się martwy w środku.
Edit: Okej, uznajmy tę uwagę za nieaktualną. Gość znajduje się w Piekle! Kto by pomyślał…

Ści­sną­łem broń, ta moc­niej przy­war­ła do dłoni, jakby i ona czuła pod­nie­ce­nie po­lo­wa­niem; choć może wła­śnie tak było? Tutaj nigdy nic nie wia­do­mo. – Ugrałabym to nieco inaczej, nie wspominając, że chodziło o polowanie. Czytelnik już wie, a przynajmniej snuje domysły, czym tak mocno ekscytuje się twój protagonista. Kiedy wspominasz o tym w ten sposób, robi się dość trusitycznie. Co powiesz na:
Ści­sną­łem broń, ta moc­niej przy­war­ła do dłoni, jakby i ona czuła pod­nie­ce­nie; choć może wła­śnie tak było? Na polowaniu nigdy nic nie wia­do­mo.

Może to zabrzmi tanio, jednak jestem zachwycona nie tylko tym, że używasz średników, ale że za każdym razem używasz ich poprawnie i budujesz nimi napięcie, dbasz o intonację zdań, płynnie przechodząc do ich kolejnych części składowych.
Że w ogóle wiesz, do czego służy średnik. Gros autorów nie wie.

– Bła­gam, ja nie mo­głem zo­stać! – za­skom­lał głos, zu­peł­nie bli­sko. Gdyby nie spore do­świad­cze­nie, pod­sko­czył­bym ze stra­chu. – Nie byłeś tam, nie wiesz jak nas trak­tu­ją!
W tym momencie chcę jedynie upewnić się, czy celowo kreujesz swojego bohatera nie tylko na luzaka (co tylko podbijają kwestie takie jak: Ten potępieniec zeżarł już podobno jednego Łowcę, Bena. Widziałem szczątki, nie było czego zbierać), ale i na chwalipiętę. To ryzykowne, bo nie wszyscy go za to polubią. Oczywiście nie każdy czytelnik musi lubić protagonistów, tu jednak mamy dość krótką miniaturę, więc trudno będzie przedstawić jego większą wewnętrzną przemianę, więc gdy zaprezentujesz go jako irytującego megalomana, istnieje ryzyko, że właśnie tak zostanie zapamiętany.
Istnieje też opcja, ku której się skłaniam, że wcale nie chcesz go na takiego wykreować, bo odczułabym to już wcześniej. Raczej próbujesz sprzedać mi informację, że sytuacja naprawdę była straszna, a mimo to protagonista się nie boi. Masz jednak narrację pierwszoosobową, więc nie dziwne, że oddanie takich wniosków w sposób inny niż poprzez usta bohatera może wydawać się trudne. Nie jest jednak niemożliwe. Po prostu pokaż straszną rzecz. A w kolejnym zdaniu pokaż, że bohater się nie przestraszył. Że, nie wiem, uniósł na ten widok brew i uśmiechnął się pod nosem. Wtedy też nie określi sam siebie kimś o wysokim doświadczeniu, ale udowodni je, dzięki czemu sama wywnioskuję, że łowca wymiata, więc pewnie ma bogate doświadczenie w swoim zawodzie. Dasz mi też powód do wyciągania własnych wniosków, do analizy tego, co czytam, a to zawsze plus, bo właśnie dzięki temu w rzeczywistości angażujesz swoich odbiorców. Oni nie są tylko po to, by, ot, przeczytać, co napisałaś. Oni są po to, żeby to, co napisałaś, zrozumieć i przeżyć wewnętrznie.
Edit: Tym bardziej że i tak dość łatwo wyciągnąć wniosek o tym, że bohater siedzi już trochę w temacie polowań i ma w nich całkiem sporo praktyki:

Sku­ba­niec zmy­lił ślad i za­kradł się do in­ne­go po­miesz­cze­nia, ale potem nie wy­trzy­mał i za­czął się drzeć. Czemu oni za­wsze myślą, że im od­pusz­czę?

Czyli potrafisz ukrywać takie rzeczy między wierszami.

W ogóle potrafisz pisać. Ktoś ci robi redakcję, korektę, betę czy sama dbasz o swój tekst? Jest mocno dopieszczony. Nie znalazłam jeszcze ani jednego wątpliwego przecinka czy błędu składniowego. Świetnie, bo dzięki temu mogę skupić się tylko na akcji, która zagadkowa, dynamiczna, budzi napięcie, rozgrywa się w klimatycznym miejscu, słowem: wciąga. I w rzeczywistości te wszystkie rzeczy, o których pisałam do tej pory, nie są jakoś szczególnie istotne. Nawet bez sugerowanych zmian tekst nadal pozostaje wysokojakościowy, a zapoznawanie się z nim jest czystą przyjemnością.
Edit: Okej, teraz widzę, że trochę tych baboli znaleźli czytelnicy na forum. Nie zmienia to jednak faktu, że i bez ich ingerencji tekst nadal czytałoby się bardzo dobrze.

Och, chyba wykrakałam, przepraszam. Z tym zdaniem ewidentnie jest coś nie tak:
Spią­łem mię­śnie, gotów strze­lać, gdy nagle czer­wo­na macka sko­czy­ła jak wąż (…). – Wynika z tego, że macka nagle stała się czerwona, a dopiero potem skoczyła. Podejrzewam jednak, że nie o to chodziło. Może:
Spią­łem mię­śnie, gotów strze­lać, gdy czer­wo­na macka nagle sko­czy­ła jak wąż (…)?
Drobiazgi, drobiazgi, drobiazgi…

Nic nie wy­da­je ta­kie­go pla­śnię­cia, jak roz­ry­wa­ne gar­dło po­two­ra, pę­ka­ją­ce ścię­gna i szar­pa­na krtań. – Usunęłabym pierwszy przecinek. Jak nie wprowadza zdania podrzędnego, bo nie ma po nim orzeczenia, nie świadczy również o konstrukcji paralelnej.

Pod­wi­ną­łem rę­ka­wy płasz­cza, by wtasz­czyć tru­chło pod scho­dy, gdzie się­ga­ło świa­tło z par­te­ru. Wsze­dłem przy tym w ka­łu­żę krwi, niech to szlag… Do­pie­ro czy­ści­łem buty. – Twoja miniatura stanowi idealny przykład tego, że można przekonująco prowadzić narrację pierwszoosobową również w czasie przeszłym. Coraz częściej spotykam się z poglądem, że skoro bohater ma przeżywać coś na bieżąco, to powinno zapisywać się to w czasie teraźniejszym, bo immersja jest większa. A guzik prawda. Oba typy narracji rządzą się swoimi prawami i na szczęście ty te prawa znasz albo przynajmniej je czujesz. A to czasami wystarcza.

Czer­wo­ny język, jak wąż du­si­ciel, zsu­nął się od nad­garst­ków po­tę­pień­ca i za­wi­nął na mojej szyi. – A nie powinno być aby: zsunął się (skąd, z czego?) z nadgarstków? Konstrukcja zsunąć się od pasowałaby ewentualnie przy konstrukcji wprowadzającej zakres, na przykład: sunął od barków po nadgarstki (ale już: zsunął się z barków na nadgarstki).

Do tego waham się, czy jest sens traktować podkreślenie jako wtrącenie. Nie lubię mnożyć bytów ponad miarę i gdybym robiła korektę, zasugerowałabym usunąć oba przecinki. Pauzy oddechowe, które zasygnalizowane są w tych miejscach, zwalniają tempo akcji, a przecież w zdaniu coś się dzieje, ponadto gdy podkreślenie pozostaje w formie wtrącenia, mocniej czuć, że to bohater dodaje jakąś dygresję, tak to sobie kojarzy. Nie skupia się za bardzo nad tym, co zaraz się stanie, a to może być już nieco zbyt groteskowe, mimo że mamy do czynienia z postacią raczej beztroską. Nie wiem jednak, czy w tym momencie nie podkreślasz tego za mocno, przenosząc skupienie czytelnika na porównanie, a nie na to, co dzieje się w scenie. Tak, interpunkcja jak najbardziej może również wpływać na interpretację charakteru postaci, bo świadczy o jej stylizacji – w przypadku narracji pierwszoosobowej lub trzecioosobowej deep POV.

– Wiesz, że kra­wat nie pa­su­je do płasz­cza? – spy­ta­łem, wy­cią­ga­jąc nóż i roz­ci­na­jąc klat­kę po­two­ra.
– Ma­ru­dzisz. – Koń­ców­ka ję­zy­ka zło­ży­ła się w usta. – Wy­sta­wi­łem ci go, jesz­cze mało?
– Po pro­stu nie lubię, jak wła­zisz mi na szyję – po­wie­dzia­łem, wy­cią­ga­jąc z tru­piej klat­ki ma­łe­go czło­wiecz­ka, ści­ska­ją­ce­go kur­czo­wo serce.

Nie wiem[,] czemu Ka za­wsze były w tej po­zy­cji, czemu nie mózg albo je­li­ta? Ła­twiej by się je trzy­ma­ło. Ode­rwa­łem ciał­ko od mię­śnia. Lu­dzik drżał, gdy po­ło­ży­łem go na dłoni. 
– Dziw­ne. Zabił Bena, więc czemu nie prze­mie­nił się wcze­śniej? Mu­siał uczest­ni­czyć w walce, ktoś go tra­fił.
– A bo ja wiem? Jedz, bo osty­gnie.
– Za­baw­ne – mruk­ną­łem, przy­glą­da­jąc się lu­dzi­ko­wi. Ka było de­fi­ni­cją czło­wie­czeń­stwa, miał je każdy z ludzi, choć tutaj za­zwy­czaj gło­do­wa­ły. Nic dziw­ne­go, ponoć rosną, gdy ktoś wy­ka­zu­je dobrą wolę. Nawet nie chcia­łem my­śleć, jak wy­glą­dał mój.
Do ust na­bie­gła ślina.

Dobrze wyważyłaś ten fragment. W odpowiednim momencie, nie wstrzymując napięcia ani nie przerywając sceny, wprowadziłaś informację o tym, czym jest Ka, gdzie się znajduje, jak rośnie. Nie poświęciłaś temu zbyt dużo miejsca, niczego nie streściłaś, ale stworzyłaś scenę, w której połączyłaś drobną, niegroźną, a potrzebną ekspozycję z dialogiem i zachowaniem postaci używającej Ka, na końcu akapitu jeszcze rzuciłaś personalną uwagą łowcy, by czytelnik poczuł, iż opis był czymś umotywowany. Wszystko się spięło, przyjęłam informację, ale nie wytraciłam rytmu, a pozostałam w scenie, przy bohaterach.
Brawo, bo to nigdy nie jest proste.

Nie wiem[,] kiedy w nich za­sma­ko­wa­łem (…).

Prze­klę­ty rzu­cił się w moja stro­nę z szyb­ko­ścią ata­ku­ją­ce­go czar­ta. Wy­ce­lo­wa­łem pi­sto­let i strze­li­łem. Kula tra­fi­ła w jedno z od­nó­ży, ale nie za­trzy­ma­ła po­two­ra. Runął na mnie całą masą, przy­gważ­dża­jąc do pod­ło­gi. Szarp­ną­łem się, lecz bez­sku­tecz­nie. Ocie­ka­ją­cy śliną pysk kła­pał tuż przy mojej twa­rzy. Chwi­lę si­ło­wa­łem się z prze­ciw­ni­kiem, ale szyb­ko opa­da­łem z sił. Spią­łem mię­śnie, pró­bu­jąc ode­pchnąć od sie­bie po­two­ra. Gno­jek był cięż­ki. Na­pię­te ra­mio­na pa­li­ły żywym ogniem, po czole ciekł pot[,] mie­sza­jąc się z cuch­ną­cą śliną. Nie mo­głem ode­rwać wzro­ku od prze­klę­te­go. Nad dłu­gi­mi, za­krzy­wio­ny­mi kłami do­strze­głem opę­ta­ne sza­leń­stwem, ludz­kie oczy. Gdy­bym tylko mógł wy­szarp­nąć spod niego broń…




Okej, jest dobrze, jest naprawdę bardzo dobrze, ale jako że nic nas nie goni, mogę się tu trochę rozgościć:

Prze­klę­ty rzu­cił się w moja stro­nę z szyb­ko­ścią ata­ku­ją­ce­go czar­ta. Wy­ce­lo­wa­łem pi­sto­let i strze­li­łem. – Bohater przed chwilą zajmował się Ka, zapewne nie miał broni palnej w dłoni, przed akcją musiał więc ją wyjąć. Gdybyś wspomniała o tym zdanie czy dwa wcześniej, tutaj mogłabyś pozostawić tylko oba czasowniki, fragment minimalnie stałby się jeszcze płynniejszy.

Runął na mnie całą masą, przy­gważ­dża­jąc do pod­ło­gi. – Nawet jeśli dopuszcza się pomijanie zaimków w konstrukcjach z imiesłowami, nie jest to popularna praktyka i takie zdanie w wielu uszach brzmi nienaturalnie, wręcz błędnie, a na pewno odwraca uwagę od przekazywanej informacji. Sugeruję zwykle przeredagować, chociażby w ten sposób: Runął na wprost, całą masą przy­gważ­dża­jąc mnie do pod­ło­gi.

Szarp­ną­łem się, lecz bez­sku­tecz­nie. Ocie­ka­ją­cy śliną pysk kła­pał tuż przy mojej twa­rzy. – W narracji pierwszoosobowej dobrze jest stawiać na naturalność, a biorąc to pod uwagę, ograniczać zaimki: mój, moje. Bohater wie, że twarz, o której mówi, należy do niego. Na dobrą sprawę większość takich fragmentów bardzo łatwo przeredagować, by zachować i sens, i wspomnianą naturalność: Ocie­ka­ją­cy śliną pysk kła­pał mi tuż przy twa­rzy. W konstrukcjach z mi/mnie odwracasz uwagę czytelnika od tego, że bohater ma swoją twarz, rękę czy głowę, a skupiasz ją na informacji o tym, co się dzieje. To ona pozostaje na pierwszym planie.

Staraj się też unikać przeciwników. W momencie, gdy protagonista siłuje się z potworem, nie będzie o nim myślał tak obiektywnie, okrąglutko. Dla niego to może być właśnie potwór, monstrum, kreatura, przeklęty, możesz też tak budować zdania, by sięgać po zaimki lub korzystać z podmiotów domyślnych. Wszystko po to, by podtrzymywać, a nawet podnosić atmosferę. Jesteśmy w głowie łowcy, niech każde zdanie narracji stanie się poniekąd jego myślą:

Chwi­lę si­ło­wa­łem się z prze­ciw­ni­kiem, ale szyb­ko opa­da­łem z sił. – Ja bym to ugrała liczbą mnogą: Chwilę siłowaliśmy się… eee: mocowaliśmy się…? Szamotaliśmy?

Spią­łem mię­śnie, pró­bu­jąc ode­pchnąć od sie­bie po­two­ra. – Tutaj też nie wspominałabym, że od siebie. Odepchnąć to odepchnąć. Czytelnik oczami wyobraźni dobrze widzi, w jakiej pozycji znajdują się osoby na planie i co się z nimi dzieje.

Gno­jek był cięż­ki. Na­pię­te ra­mio­na pa­li­ły żywym ogniem, po czole ciekł pot[,] mie­sza­jąc się z cuch­ną­cą śliną. Nie mo­głem ode­rwać wzro­ku od prze­klę­te­go. Nad dłu­gi­mi, za­krzy­wio­ny­mi kłami do­strze­głem opę­ta­ne sza­leń­stwem, ludz­kie oczy. Gdy­bym tylko mógł wy­szarp­nąć spod niego broń… – A ja bym odwróciła: Po czole ciekł pot, mie­sza­jąc się z cuch­ną­cą śliną; na­pię­te ra­mio­na pa­li­ły żywym ogniem. Gno­jek był cięż­ki. Nie mo­głem ode­rwać od niego wzro­ku.

Zaraz, co?
Gdy­bym tylko mógł wy­szarp­nąć spod niego broń…? – Hę…?




Przecież to bohater był na ziemi, potwór wisiał nad nim, runął wprost na niego. Do tego w ogóle pominęłaś fragment, kiedy to łowca wypuszcza pistolet z dłoni. Nie mogłam tego zarejestrować, a teraz wspominasz o broni, gdy ta już od dawna zajmuje w scenie konkretne położenie. Skąd miałabym wiedzieć, że bohater ciągle jej nie trzymał? A może już zdążyłam zadać sobie i jemu pytanie, dlaczego w ogóle jej nie użyje…? Dopiero teraz, po fakcie, wiem, co się z nią stało. Trochę późno, niby lepiej późno niż wcale, ale też lepiej zapobiegać niż leczyć.

Ugry­złem bok prze­klę­te­go tak mocno, jak tylko po­tra­fi­łem. Zęby prze­bi­ły się przez skórę i mię­śnie, potem za­trzy­ma­ły na ko­ściach, a usta wy­peł­nił pa­skud­ny smak. Ciało prze­klę­te­go wy­peł­nio­ne było gęstą ropą. – A może: Ugryzłem przeklętego w bok tak mocno (…). Ciało wy­peł­niała gęsta ropa. Skoro bohater wgryzł się i czuł posmak w ustach, automatycznie wiadomo, o które ciało chodzi
O to gryzione.

Stwór zawył z bólu i szarp­nął się. Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, unio­słem rękę z bro­nią. // Przy­sta­wi­łem pi­sto­let do skro­ni po­two­ra i wy­strze­la­łem cały ma­ga­zy­nek. – Ja bym jednak oddzieliła od siebie informację, że bohater najpierw wydobył broń spod szarpiącego się potwora, a dopiero potem uniósł ją do strzału. Niedawno czytałam o tym, że nie mógł sięgnąć po pistolet, bo ten znajdował się gdzieś pod potworem. Tu jednak broń teleportowała się protagoniście do dłoni. Może to jakiś telekinetyk…




Jedna z ostrych koń­czyn tra­fi­ła mnie w bok, ból roz­szedł się pro­mie­ni­ście do­cie­ra­jąc aż do ko­niusz­ków pal­ców. To się nie mogło tak skoń­czyć. Nie teraz, gdy byłem tak bli­sko celu. Chwy­ci­łem za od­nó­że i przy­trzy­ma­łem. Że aku­rat teraz tra­fi­łem na dwóch prze­ciw­ni­ków.
Gorz­ka żółć wy­peł­nia­ła moje gar­dło. – Tu też bym postawiła na: wypełniła mi gardło. Mniej okrąglutko.

Nie py­ta­łem[,] gdzie był, bo do­brze wie­dzia­łem.

Tu się trochę zgubiłam:
– Dwa Ka za jed­nym razem – po­wie­dzia­łem, ocie­ra­jąc pysk i wy­cią­ga­jąc po­przed­nie­go lu­dzi­ka. // Za­ha­czy­łem pa­znok­ciem o dziu­rę w skó­rze prze­klę­te­go, którą pew­nie wy­gryzł jakiś robak, by wy­żreć flaki.
W pierwszej chwili zastanawiałam się, czemu bohater powiększa dziurkę ludzikowi. Mimo że piszesz o skórze przeklętego, przyznam, że określenie przeklęty i przemieniony, i tak dalej, jeszcze trochę mi się mylą. Absolutnie jestem fanką tego, że niczego nie tłumaczysz, nie ułatwiasz, i wszystko rozwiązuje się z czasem, ale tutaj podsuwasz jedno zdanie po drugim, przez co w moje głowie czynności połączyły się, mimo iż wspomniałeś o przeklętym. Zastanawiam się, czy jest sens, by w tym momencie, tuż przed zabiegiem, bohater wyciągał ludzika ze swojej kieszeni. Gdyby to zrobił później, nic by się nie zmieniło, ba, miałby wolną rękę, byłoby mu łatwiej oprawić truchło leżące przed nim.
Edit: No proszę, kawałek dalej i tak wspominasz, że:
Za­nu­rzy­łem dło­nie w gni­ją­cym już mię­sie i wy­cią­gną­łem ko­lej­ne Ka.
W moim wyobrażeniu bohater co prawda zanurzył dwie dłonie, ale jedną z nich – wraz z ludzikiem. Tak chyba nie miało być, co?

Tru­chło wy­peł­nia­ły czer­wie – mu­siał po­zo­stwać na wol­no­ści kilka ty­go­dni. – Pozostawać. Dodałabym też: przez kilka tygodni.

Na chwi­lę za­mar­łem. Już nie­dłu­go mia­łem się prze­ko­nać, czy to wszyst­ko było cze­go­kol­wiek warte. Wie­dzia­łem prze­cież, że całe Pie­kło jest zbu­do­wa­ne na kłam­stwie, dla­cze­go by więc… // Po­trzą­sną­łem głową. To je­dy­na droga, muszę ją spraw­dzić. Nie dał­bym rady tak po pro­stu od­pu­ścić, więc po co się za­sta­na­wiać? // Zła­pa­łem lu­dzi­ki za głowy i wło­ży­łem do ust. Drob­ne kości chrup­nę­ły w zę­bach, na język roz­la­ła się cie­pła, słod­ka krew.
– To już sześć­set sześć­dzie­sią­ty czwar­ty i piąty – po­wie­dział Na­chash. – Bę­dzie mi cie­bie bra­ko­wać. – Trochę mi to zaczęło trącić „Soul Eaterem”. We wspomnianej mandze bohaterowie walczący ze złem – tworzący pary składające się z broni i władającego nią – mieli na celu zdobyć 99 tak zwanych „jaj Kishina”, czyli dusz przesiąkniętych złem. Tutaj zaś mamy jedzenie Ka, czyli czegoś na wzór dusz, które tym większe, im więcej dobrych uczynków miał na koncie człowiek. Bohater znajduje się jednak w Piekle i zjada należące do przeklętych Ka prawdopodobnie po to, by się stąd wydostać. No i co? No i nic, to zwykłe skojarzenie. Twoje uniwersum nadal pozostaje oryginalne, nie tylko ze względu na własne nazewnictwo, ale i na klimat oscylujący gdzieś na pograniczu między „Supernatural” a znacznie krwawszymi i bardziej obrzydliwymi produkcjami z gatunku horroru. Jest też trochę atmosfery noir, choć właściwie na razie da się to poznać jedynie po jednocześnie i wygadanym, i tajemniczym protagoniście z pistoletem i w płaszczu. Czy mi się to podoba? Oczywiście, że tak! Jak mogłoby nie? Na takim pomyśle na uniwersum spokojnie mogłabyś stworzyć znacznie dłuższy, wielowątkowy tekst.
Szczególnie intryguje mnie to, jak owe Piekło wygląda. Mamy zamknięty budynek, po którym łowca krąży wraz z jakimś demonem. Jak bohater się tam dostał, co zrobił w przeszłości, czy może wyjść z budynku, skąd ma broń? Te i inne pytania sprawiają, że chce się czytać dalej, by jak najszybciej poznać odpowiedzi.
Edit: Na jedno z nich udzielasz jej już wkrótce, bo pod sam koniec sceny, i powiem jedno. Wow.

Przyj­rza­łem się do­kład­niej de­mo­nie­mu ję­zy­ko­wi, ba­da­jąc na ile można mu ufać. – Odmiana demoniemu sugerowałoby, że istnieje słowo: demoni. A nie istnieje, mamy tylko demoniczny, rozumiem jednak, że nie oddaje ono przynależności, a podobieństwo. Polecam: czarciemu, od: czarci.

Oczy­wi­ście, [przecinek zbędny] uda­wa­łem, że wie­rzę. – Pierwszy przecinek jest wprawdzie opcjonalny, ale gdy tuż obok pojawiają się dwa następne, zdanie robi się kanciaste.

Podoba mi się atmosfera nowej sceny, kiedy to bezimiennemu bohaterowi odczytywana jest lista grzechów na Sądzie Ostatecznym:

Mały, kudłaty chochlik mozolnie odczytywał[,] co też w życiu naskrobałem. Kradzież: wprawdzie, by nie umrzeć z głodu, ale jednak. Pobicie, bo inaczej sam bym oberwał. Dilowanie… ach, to akurat moja wina, chciałem wiedzieć, jak to jest być przy kasie. No i oczywiście cała reszta; spowodowanie śmierci, tego akurat bardzo żałuję, kłamstwo, oszustwo, przekleństwa, cudzołóstwo, ćpanie (…).
– I ostat­nie, wy­jąt­ko­wo obu­rza­ją­ce – wy­mam­ro­tał cho­chlik, jakby zaraz miał tam zejść[.][W]w wieku lat dwu­na­stu, trzech mie­się­cy i ośmiu dni, [przecinek zbędny] oskar­żo­ny dodał wylęg ka­ra­cza­na ma­da­ga­skar­skie­go do cia­sta w szkol­nej kuch­ni i twier­dził, że to ro­dzyn­ki. Czy oskar­żo­ny ma coś na swoją obro­nę? – W tym wypadku nie traktowałabym wypowiedzi jako całości. Druga jej część to w rzeczywistości osobne zdanie. Zobacz, jak zapisałabym to ciągiem:
I ostat­nie, wy­jąt­ko­wo obu­rza­ją­ce… W wieku lat dwu­na­stu, trzech mie­się­cy i ośmiu dni oskar­żo­ny dodał (…). Do tego okolicznika czasu nie oddziela się od reszty zdania przecinkiem:
W wieku szkolnym oskarżony dodał… – zapisałabyś wprawdzie bez przecinka, prawda? Sama długość okolicznika nie ma znaczenia.

Wróćmy jednak do tematu atmosfery. Wpierw zdziwiło mnie wprawdzie, że klimat zmienił się aż tak diametralnie – z ciężkiego, na pograniczu horroru, w niemal groteskę – im bardziej jednak zagłębiałam się w tekst, tym lepiej rozumiałam, skąd ten zabieg; kolejne sceny znów są mroczne, atmosfera w nich gęstnieje, bo zbliżamy się do punktu kulminacyjnego. Czas na wytchnienie, kiedy to czytelnik może sobie chwilę odsapnąć między poważnymi scenami o tak dużym ładunku emocjonalnym, jest w tym momencie na wagę złota i chałwa ci za niego. Nie mogę też nie zauważyć, że nieco lżejsza scena stanowi jedynie wspomnienie głównej postaci, mamy tu do czynienia z retrospekcją, więc bohater wobec tego, co opisuje, ma prawo mieć większy dystans.
Z innej beczki – to nie tak, że mamy tu do czynienia z upierdliwą retrospekcją, która wepchnięta została między ciekawsze sceny. W rzeczywistości niczego nie streszczasz ani nie charakteryzujesz, odsłona ta wcale nie przypominałaby retrospekcji, gdyby nie jej pierwszy akapit:

Niedługo po śmierci przekonałem się, że Bóg nie tylko istnieje, ale również jest niezłym dupkiem. Całą tą sprawiedliwością po śmierci, ubóstwianą przez wszelkie świątynie, można się było podetrzeć. Proces był szybki, lista grzechów długa, miejsce w piekle gotowe pewnie już od urodzenia. – Tutaj ewidentnie czuć, że bohater wraca myślami do konkretnego momentu w swoim życiu, jednak wszystko, co pada dalej, jest już sceną, która w swojej formie nie różni się zbytnio od fragmentów opisujących to, co dzieje się na bieżąco. To zaś sprawia, że retrospekcja w żaden sposób nie przeszkadza. Fakt, że cofamy się w czasie, niewiele zmienia – nadal mamy do czynienia z konkretną sceną. Zaskakującą, dość zabawną, w której ukazujesz charakterystyczne postaci, poprawną językowo… Czego chcieć więcej?
O, no właśnie. Nie mogłabym nie docenić również kreacji Boga i Diabła.

Na ławie sę­dzie­go sie­dział sam Bóg, ale on też nie był za­in­te­re­so­wa­ny pro­ce­sem. Prze­glą­dał ja­kieś pa­pie­ry, od czasu do czasu rzu­ca­jąc mi po­gar­dli­we spoj­rze­nie, [przecinek zbędny] czy wzdy­cha­jąc, jakby to on był tu za karę. Po jego pra­wej za­sia­dał Dia­beł, który oka­zał się naj­dziw­niej­szym stwo­rze­niem, jakie wi­dzia­łem na oczy; coś jakby na drew­nia­ny ste­laż na­cią­gnąć cia­sną skórę i to tego przy­szyć trzy gni­ją­ce głowy, ocie­ka­ją­ce ropą i krwią, po jed­nej od kozy, czło­wie­ka i węża. Kiwał się dziw­nie na boki, od czasu do czasu skrzy­piąc jak pień drze­wa, [przecinek zbędny] albo ła­ma­ne, suche kości. Wtedy jesz­cze coś ta­kie­go bu­dzi­ło we mnie od­ra­zę.

Zdawałoby się, że ich obraz jest już w kulturze znany, ściśle określony (może nawet narzucony) i ciężko zapewne wyjść z tych ram. Tobie się udało. Wizja tyczkowatego władcy Piekła jest bardzo obrazowa i jednocześnie oryginalna. Dlatego też mocno pożałowałam, że scena tak szybko się skończyła. Sama końcówka wydaje się pisana trochę po łebkach, w pośpiechu, byleby móc przejść dalej, choć w rzeczywistości nawet nie bardzo wiem, z czego wynika to moje wrażenie. Zdecydowanie bardziej podobałaby mi się jednak wersja, kiedy to bohater zostaje wyprowadzony z sali sądowej, do, nie wiem, celi, gdzie dopiero nawiedza go Diabeł w obstawie swoich kukiełek, daje mu questa i wręcza eq. Wtedy traktowałabym też propozycję Diabła trochę bardziej poważnie, bo padłaby w scenie, która nie musiałaby mieć aż tak groteskowego charakteru.

Che­ru­bin­ki, jak na za­wo­ła­nie, skrzy­wi­ły buźki, cho­chli­ki za­śmia­ły [się] pod nosem. – Sporo tu przecinków. Pozbyłabym się tych opcjonalnych – wprowadzających wtrącenie, które wcale nie musi nim być.

Za­zwy­czaj za­pa­dał[,] jesz­cze zanim zdą­ży­łem się ode­zwać, a jak to mówią, [sugeruję dwukropek zamiast przecinka] jako w nie­bie[,] tak i na ziemi.

– Do­dat­ko­wo, jak za­ra­por­to­wa­no – cią­gnął cho­chlik – oskar­żo­ny nie­zdol­ny jest do mi­ło­ści i po­świę­ceń. Już sam ten punkt sku­tecz­nie de­kla­sy­fi­ku­je go jako pre­ten­den­ta do [przekroczenia] bram nie­bios.

Pięk­ny pi­sto­let, przy­po­mi­na­ją­cy te ozdob­ne colty, [przecinek zbędny] z rzeź­bio­ny­mi wzo­ra­mi. – Być może chciałaś przekazać, że to wręczony pistolet ma wzory, a nie mają ich colty, do których został porównany, jednak w takim zapisie zwyczajnie nie brzmi to płynnie. Ewentualnie: Piękny pistolet z rzeźbionymi wzorami, przypominający te wszystkie ozdobne colty…

Nie wie­dzia­łem, na co się zga­dzam, ale jedno było pewne: każda cena za po­now­ne spo­tka­nie bę­dzie zbyt mała. – Niska. Cena może być wysoka bądź niska, rosnąć bądź spadać.

Setki milionów ludzi poupychanych jeden przy drugim w ciasnych klatkach (…). –  O! Patodeweloperzy lubią to.
Nie, wybacz, wiem, że to nie na temat. Ale nie mogłam się powstrzymać. ;)

Od­pa­li­łem pa­pie­ro­sa. Nigdy nie pa­li­łem, jed­nak tutaj coś mnie do nich cią­gnę­ło. – Do tego. Ewentualnie: Odpaliłem papierosa. Nigdy ich nie paliłem, jednak…

Od nie­mow­ląt do kil­ku­lat­ków, nie­ro­zu­mie­ją­cych nawet[,] dla­cze­go tu są.

De­mo­nom pra­cu­ją­cym na zmia­nę w Mor­dow­ni, [przecinek zbędny] było w za­sa­dzie bez róż­ni­cy, mnie jed­nak nie, więc nie po­sie­dzia­łem tam długo. Cel, do któ­re­go zmie­rza­łem[,] znaj­do­wał się kil­ka­na­ście minut mar­szu dalej.

Wie­dzia­ło, że nie­dłu­go stąd wy­cho­dzę? A może na od­wrót, [sugeruję myślnik zamiast przecinka] kryło ja­kieś se­kre­ty, które po­wi­nie­nem znać.

Bar “Anioł Stróż” był je­dy­nym, któ­re­go pra­cow­ni­cy ob­słu­gi­wa­li ludzi. – Błędny cudzysłów.

Kiw­ną­łem lekko głową. – Lekko kiwnąłem głową.

Ponoć umarł, [przecinek zbędny] za­gry­zio­ny przez psy, które ode­rwa­ły mu część po­licz­ka i nos.

(…) sta­wia­jąc przede mną pa­ru­ją­cy kubek z tań­czą­cą wodą: fer­men­to­wa­ną krwi[ą] Rahu z tru­pi­mi pa­znok­cia­mi. – Sugeruję czyli zamiast dwukropka. Nie wymieniasz po nim dwóch składowych, a wyjaśniasz definicję.

– Ponoć w dziel­ni­cy Li­li­tu czuć smród roz­kła­da­ją­ce­go się ciała. – Uśmiech­nął się Garry. – Wcześniej uśmiechnął się rozpoczynające komentarz narracyjny zapisywałaś od małej litery (zresztą słusznie), nie stawiając przy okazji kropki na końcu wypowiedzi. Sugeruję ujednolicić ten zapis lub odwrócić kolejność:
– Ponoć w dziel­ni­cy Li­li­tu czuć smród roz­kła­da­ją­ce­go się ciała. – Garry uśmiechnął się.
Więcej o interpunkcji dialogowej przeczytasz [TUTAJ].

Wi­szą­cy ka­wa­łek po­licz­ka za­ko­ły­sał się jak kol­czyk.
– Gdzie kon­kret­nie? – do­py­ta­łem, upi­ja­jąc łyk. Przy­jem­ne cie­pło roz­la­ło się po wy­zię­bio­nym or­ga­ni­zmie, lekko roz­pusz­czo­ne pa­znok­cie chru­pa­ły w zę­bach. – Fuuuj…




Nie, nie przejmuj się. Ja wprost uwielbiam takie fujkowe rzeczy!


– Wcze­śniej było wcze­śniej, skąd mia­łem wie­dzieć, co czas przy­nie­sie? – Gar[r]y uśmiech­nął się pa­skud­nie, nawet jak na tu­tej­sze stan­dar­dy. – W sumie uśmiechnął się całkiem niedawno… Nie zauważyłam, by po drodze zmienił wyraz twarzy.


Zmarsz­czy­łem brwi. Nie lu­bi­łem zwra­cać na sie­bie uwagi, zwłasz­cza na ostat­niej pro­stej.
Ostat­nio coraz mniej zwie­rzy­ny. [zbędna kropka][z]Znów pod­ję­ła roz­mo­wę.

– Wiem[,] gdzie jest po­tę­pie­niec – po­wie­dzia­ła, a spod szala buch­nął dym.


– Sama nie dam rady, po­tę­pie­niec scho­wał się w domu Li­li­tu. Umowa jest taka – ja biorę ciało, ty Ka. Jeżeli chcesz korzystać z półpauz (–) we wtrąceniach wewnątrz dialogów lub komentarzy narracyjnych, wcześniej powinnaś wszystkie myślniki wprowadzające i kończące dialogi zamienić na pauzy (—). W innym wypadku wtrącenia powinny zostać oddzielone od reszty zdania przecinkami. Wszystko po to, by nie mylić odbiorców, w pierwszej kolejności sygnalizując im koniec wypowiedzi.


Na tym etapie zaczynam się irytować, że ocena łudząco zaczyna przypominać betę. Ostatnio dość często mi się to zdarza; także tym razem w kwestii fabuły niewiele mam do dodania. Każda scena na swój sposób jest dobra, twoi bohaterowie żyją w tym tekście, a ich interakcji wyczekuje się z rosnącym zainteresowaniem. Dave jest coraz bliżej swojego celu, więc domyślam się, że oto zbliża się punkt kulminacyjny – czas zdobyć ostatnie Ka. Z jednej strony cieszę się, że to już za moment, bo muszę zaspokoić swoją ciekawość; z drugiej – chciałabym mieć przed sobą znacznie więcej stron, poznać kolejne unikatowe postaci poboczne, zwiedzić następne plastycznie zobrazowane lokacje bogate w szczegóły; odkryć kolejne wątki prowadzące do wielu nieprzewidywalnych rozwiązań. Wierzę, że byłyby właśnie takie, bo już nieraz mnie zaskoczyłaś. 


W końcu, [przecinek zbędny] nikt nor­mal­ny nie chciał­by zo­stać zi­dio­cia­łym sługą de­mo­nów.


– Nie po­trze­bu­ję Ka, za to ciała Li­li­tu bar­dzo. – Ni­czym nie zra­żo­na, [przecinek zbędny] cią­gnę­ła dalej. 


Spoj­rza­łem wprost w jej ciem­ne oczy. Nie do­szy­wa sobie nic do ciała, nie po­że­ra Ka… [A]ach, czyli jedna z tych am­bit­nych. 


Na szczę­ście, [przecinek zbędny] jest moż­li­wość awan­su. 


Cie­ka­we[,] ilu idio­tów stra­ci­ło tak głowę, a[,] co gor­sze, Ka?


W końcu nie ma lep­szych na­bo­jów, [przecinek zbędny] niż one.


Ru­szy­łem przed sie­bie, mi­ną­łem wy­le­gu­ją­ce­go się na wy­cie­racz­ce skle­pu z pi­ła­mi dwu­gło­we­go ogara, po­war­ku­ją­ce­go bez prze­ko­na­nia. 


Zby­łem star­szą de­mo­ni­cę pró­bu­ją­cą sprze­dać mi dywan z ludz­kich wło­sów, [przecinek zbędny] i sta­ną­łem przed dużą po­sia­dło­ścią. Wokół uno­si­ła się żół­ta­wa mgieł­ka, [przecinek zbędny] pach­ną­ca lasem.


Ujmuje mnie chłód narracji, którą prowadzisz – szczególnie czuć to w momentach, gdy bohater przebywa w jakimś miejscu pierwszy raz, przedstawia nam je. Używasz słów, które świszczą, szeleszczą w uszach, korzystasz z określeń nacechowanych, kojarzących się, oraz orzeczeń dynamicznych. Przykładowo, Dave nie przechodzi przez zarośla, ale przedziera się przez chaszcze:


Tył po­se­sji zdo­bił wiel­ki po­mnik Dia­bła. Rzeź­ba wy­cią­ga­ła tycz­ko­wa­te ręce, jakby chcia­ła mnie udu­sić. Gołe drze­wa o ostrych ga­łę­ziach po­ra­sta­ły każdy cen­ty­metr po­dwó­rza. Po­szar­pa­łem sobie płaszcz, prze­dzie­ra­jąc się przez chasz­cze. Na­chash scho­wał się pod ubra­nie. Ciar­ki prze­szły po skó­rze, gdy lepki, zimny język przy­warł do ple­ców.


W ten sposób również zaczęłaś opowiadanie, z marszu wciągając czytelnika w wykreowany świat. Nierzadko w takich momentach odczuwam wrażenie przesady. Że obraz jest zbyt plastyczny, przysłówków i przymiotników jest w nim zbyt dużo. Że nie wszystko musi zostać opisane. Że wyobraźnia czytelnika męczy się generacją zbyt dużej liczby elementów, przez co czyta się wolniej, wytraca płynność. Ale ty jakimś sposobem potrafisz wyczuć tego granicę. Owszem, balansujesz na niej, a że poruszona kwestia jest zależna od indywidualnych przyzwyczajeń i tak po prostu gustu, niektórym i tak może się wydawać, że to za dużo.

Nie próbuj jednak wszystkich zadowalać. Kurt Vonnegut powiedział kiedyś: „Pisz w taki sposób, by zadowolić tylko jedną osobę. Jeśli otworzysz okno i, nazwijmy to, będziesz kochać się z całym światem, twoje opowiadanie nabawi się zapalenia płuc”.


Pisałam już o klimacie noir? Na pewno. I powiem ci, że jego wrażenie w ogóle mnie nie opuszcza. Czuję się znów trochę tak, jakbym oglądała wybuchową mieszankę w chłodnej, mrocznej stylizacji „Sin City” o scenariuszu bliższym „Supernatural”, ale której reżyserem byłby Quentin Tarantino. Może to wszystko dlatego tak bardzo mi się podoba, bo samej zdarza mi się pisać horrory ekstremalne, a może dlatego, że jedną z moich ulubionych książek jest „Księga bez tytułu” zachowana w podobnej konwencji czarnej komedii o detektywach, gangsterach i mnichach poszukujących piekielnego artefaktu, zanim ten trafi w ręce Władcy Ciemności…

A może wszystko to naraz. 


Obok mnie prze­le­cia­ła mucha, tak samo tłu­sta jak ta w barze. Mach­ną­łem ręką i de­li­kat­nie po­cią­gną­łem klam­kę. Od razu po przej­ściu przez próg ude­rzy­ła mnie gęsta, żół­ta­wa mgła.


Na ogół naprawdę nie masz problemów z przecinkami, a te, które się trafiają, nie są aż tak oczywiste. No, może poza jednym. Czemu nigdy nie stawiasz przecinka po orzeczeniu wiem/wiesz?

– Wiem[,] co to vakil – prze­rwa­łem mu.

– Wiesz[,] ile jest warta? 

– Nie wiem[,] o co cho­dzi, ale po­mo­gę – po­wie­dział po­tę­pie­niec. 


Wsta­łem i ru­szy­łem do pierw­szych, [przecinek zbędny] lep­szych drzwi.


Na za­rdze­wia­łych ha­kach, [przecinek zbędny] wi­sia­ły tusze i to stąd brały się muchy. Ca­ły­mi chma­ra­mi ob­sia­dły mięso, jak czar­na za­ra­za grze­biąc je pod set­ka­mi owa­dzich ciał. – A nie lepiej: pod setką odwłoków?


Prze­sta­li mówić cie­ka­wie, cią­gle bre­dzi­li[,] jak to im źle nie było w Mor­dow­ni.


– Wy­zna­wa­łem dźi­nizm, nie ja­dłem mięsa, po­ma­ga­łem bied­nym, kurwa, nawet pla­sti­ko­wych to­re­bek nie uży­wa­łem, bo się żół­wik udła­wi! (...) I wiesz, co Bóg po­wie­dział w są­dzie? – Po­tę­pie­niec wił się po pod­ło­dze jak robak, skóra od­pa­da­ła pła­ta­mi. – Prze­czy­tał krót­ką listę grze­chów, prych­nął i po­wie­dział, że gdy zwal­cza­łem cho­ro­bę, za­bi­łem mi­lio­ny bak­te­rii! Ro­zu­miesz!? Za bak­te­rie! Prze­cież nie da się żyć, nie krzyw­dząc in­nych, za­wsze ktoś obe­rwie! A to były pie­przo­ne bak­te­rie! (...) Skąd pew­ność, że po zje­dze­niu Ka zmar­twych­wsta­niesz? – Po­tę­pie­niec zło­żył ręce jak do mo­dli­twy. Za­baw­ne, zwa­ża­jąc na sy­tu­ację. – Bo Bóg ci tak po­wie­dział? Na ziemi obie­cy­wał niebo, wy­zwo­le­nie, tutaj to, ale po­wiem ci coś. Nieba nie ma! Ten skur­wy­syn sie­dzi tam sobie, oglą­da[,] jak mę­czy­my się za życia, [przecinek zbędny] dla ni­kłej obiet­ni­cy Raju czy mok­szy, a potem i tak wsa­dza nas do tego sa­me­go miej­sca, na równi z mor­der­ca­mi! Wszy­scy je­ste­śmy winni, już od po­cząt­ku! I tak bę­dzie z od­ro­dze­niem! To ko­lej­ne kłam­stwo!

O, tutaj zauważam bardzo ciekawą kwestię. Jeśli gość wyznawał dźinizm, niby dlaczego jego Sąd Ostateczny i Piekło, do którego trafił, wygląda zupełnie tak samo jak miejsce, w którym znajduje się Dave? Pamiętam, jak kilka stron wcześniej protagonista zastanawiał się: czy wszystko wyglądało właśnie tak, bo urodziłem się w chrześcijańskim domu? Nigdy o tym z nikim nie rozmawiałem, ale podejrzewam, że każdy widział, co chciał zobaczyć. W tym momencie czytelnik otrzymuje nowe informacje, jednak nie są one podane wprost, a stanowią efekt pobocznych przemyśleń. Jeśli ktoś, kto wyznaje dźinizm i był za życia względnie dobrym człowiekiem, też znajduje się w tym miejscu, no to teoria Dave’a jest błędna. Mało tego, Dave mógłby tu ucieszyć się, bo Ka Potępieńca powinno być większe, może nawet smakowitsze. W sumie czemu bohater nawet o tym nie pomyślał…? 

Edit: Wy­ją­łem Ka. To śmiesz­ne, bo był ma­lut­ki i nie­mal za­gło­dzo­ny na śmierć. A tak się koleś na­ga­dał. Po­dra­pa­łem ugry­zie­nie, swę­dzia­ło coraz moc­niej, pu­chło na czer­wo­no. No trud­no, to już nie moja spra­wa. – Okej, masz mnie. Z tego wynika, że ludzik jednak był mały i wątły. Czyli potępieniec prawdopodobnie ściemniał z tą swoją niewinnością i bakteriami. Może nawet ściemniał z dźi­nizmem, co by pasowało do tego, że znajdował się wraz z Dave’em w jednym miejscu i jednocześnie nie naruszałoby teorii protagonisty o różnych sądach i miejscach. Z moimi przemyśleniami jestem w punkcie wyjścia i wiem, że nic nie wiem, co mocno pasuje do beznadziejności sytuacji, w której znajduje się Dave. Przedstawiłaś go jako doświadczonego, na pewno spędził w Piekle całkiem sporo czasu – w przeciwieństwie do mnie. Moja wiedza na temat tego miejsca nie może być większa niż jego, powinnam mu więc bardziej zaufać. I absolutnie nie czuć wyrzutów, które czułam przed chwilą, bo pozbył się przeklętego. Gdybym to ja była na miejscu Dave’a, być może dałabym gościowi szansę.

I pewnie sama bym już była przeklętą. ;)


Nie warto się sta­rać[,] bo… – No już bez przesady.


Nawet wszę­do­byl­skie muchy nie iry­to­wa­ły tak bar­dzo[,] jak jego za­smar­ka­na morda. Po chwi­li zro­zu­mia­łem – jak się go boję, a nawet nie jego, a słów, które wy­peł­za­ły z jego ust, [sugeruję kropkę bądź średnik zamiast przecinka] tego[,] co wie­dział i ro­zu­miał.


Co­kol­wiek sobie za­pla­no­wa­ła, nie ruszy[,] póki nie za­bi­ję po­tę­pień­ca. Scho­wa­łem broń.


Był tępy,[sugeruję średnik zamiast przecinka] bar­dziej szar­pał[,] niż ciął. Po­tę­pie­niec pró­bo­wał krzyk­nąć, ale wydał z sie­bie tylko prze­cią­gły bul­got. Zła­pa­łem moc­niej. Chwi­lę jesz­cze się szar­pał, po czym za­marł.

– Spryt­nie – po­wie­dział Na­chash. – Ale po­cze­kał­byś jesz­cze mo­ment, byłem cie­kaw jego teo­rii. Ilham mogła po­cze­kać.

– A ja nie. – Na­chy­li­łem się nad cia­łem i z iry­ta­cją ro­ze­rwa­łem klat­kę pier­sio­wą po­tę­pień­ca. Pa­znok­cia­mi zdra­py­wa­łem ko­lej­ne war­stwy mię­śni. Były mięk­kie, nad­gni­łe. – Mam ser­decz­nie dość tego miej­sca, zaraz bę­dzie­my się że­gnać, Kra­wa­cie.

Och, mnie też trochę szkoda, że historia zmierza ku zakończeniu. Nachash jest świetnym towarzyszem dla protagonisty i polubiłam go. Fakt, wypada nieco kliszowo, bo ma w sobie te cechy, które charakteryzują podobnych towarzyszy: jest zabawny, wyluzowany, nie zawsze zjawia się na czas, nie bywa posłuszny i czasem podchodzi za blisko. I nic nie szkodzi, bo ten schemat najwyraźniej się sprawdza, ma się dobrze, jest tym, co działa na odbiorców. 

Edit: No oczywiście, brawo, Skoia. Tak, bądź dalej taką naiwniarą, to na pewno daleko zajdziesz. Przy czym teraz nie czuję sobą aż takiego rozczarowania jak w przypadku, gdy dałam się nabrać przeklętemu. Bo teraz to i sam Dave dał się podejść. Oj, Nachash, Nachash, ty przeklęty, zdradziecki… gadzie!


– No dobra, chyba starczy tych wygłupów – powiedział Nachash, zaciskając się wokół mojej szyi i wbijając w nią ząbki. Zachrzęściły na kościach kręgosłupa[,] zdzierając z niego mięśnie. // Padłem na kolana, potem na podłogę. Ten cholerny zdrajca… Złapałem za lepki język, starając się zrzucić go z siebie. Otwierałem i zamykałem usta, próbując nabrać powietrza. 


Nie wiem[,] co tu się dzie­je, ale to nie moja spra­wa.


– Spóź­ni­łem się – po­wie­dział ktoś nade mną, [przecinek zbędny] dziw­nie ni­skim gło­sem.


Nie pu­ści­łem Ka, de­spe­rac­kim ru­chem pró­bo­wa­łem go zjeść. – Do tej pory sądziłam, że Ka jest rodzaju nijakiego: to Ka, nie: ten Ka. Szczerze mówiąc, zdziwiło mnie użycie zaimka go, a zamiast je. Mam wrażenie, że nie brzmi to dobrze.


Za­wy­łem, zdzie­ra­jąc gar­dło. Z lewej ręki po­zo­stał kikut, ciem­na krew za­le­wa­ła po­sadz­kę. Po­ciem­nia­ło mi przed ocza­mi, prze­sta­łem wierz­gać.


– P-pa… d-dr… ugg… – wy­ję­czał Na­chash, sta­ra­jąc się do­stać w po­bli­że swo­je­go Pana. – W tym kontekście pana zapisałabym od małej litery.


– Cia­łem się nie przej­muj, zro­śnie się[,] gdy tylko ktoś w nim za­miesz­ka – mówił dalej Ner­gal, oglą­da­jąc wi­ją­ce­go się Na­cha­sha. 


Wy­ma­ca­łem w kie­sze­ni va­khil, wy­ją­łem go z naj­wyż­szym tru­dem. Dia­beł za­uwa­żył co robię, ale nie miał czasu za­re­ago­wać. // Uśmiech­ną­łem się lekko, a potem za­ci­sną­łem pięść i wszyst­ko wy­bu­chło. – O, proszę: va­khil jednak powraca na scenę i wybucha, czyli mamy do czynienia z klasyczną strzelbą Czechowa. Z tego wynika, że foreshadowing – nawet w przypadku tak krótkiej miniatury – działa.





Masz szczę­ście, grzy­by wy­ra­sta­ją­ce z ki­ku­ta za­ta­mo­wa­ły krwa­wie­nie. Ale ra­czej już wro­słeś w pod­ło­gę, więc marne po­cie­sze­nie. – Rym kłujący w uszy przy czytaniu na głos. Celowy? Mocno zwraca uwagę.


No więc, [przecinek zbędny] tutaj dzia­ła prawo siły – za­bi­jesz Dia­bła, zo­sta­niesz nowym. – Jako że to wypowiedź dialogowa, sugerowałabym uniknąć elipsy wprowadzonej półpauzą: No więc tutaj dzia­ła prawo siły. Za­bi­jesz Dia­bła? Zo­staniesz nowym. 


Ty­dzień po pią­tych uro­dzi­nach, [przecinek zbędny] od­zy­ska­łem wspo­mnie­nia. Za­ci­sną­łem po­wie­ki, czu­jąc jak w oczach wzbie­ra­ją łzy. 


– Ro­bi­łem okrop­ne rze­czy, Per­sio. Jed­nak, mimo wszyst­kich prze­ciw­no­ści, je­stem tutaj, przy tobie. Na­ro­dzi­łem się tylko po to, by znów cię spo­tkać – mruk­ną­łem i wy­da­wa­ło mi się, że ro­zu­mie.

No tak, psy za­wsze wie­dzą. – A nie lepiej powtórzyć: psy zawsze rozumieją?

Czy dałam się nabrać, że Persia jest kobietą? Oczywiście. 

Czy mam coś przeciwko? Absolutnie. Nie rozumiem jednak, dlaczego Dave cofnął się do piątych urodzin ze świadomością dorosłego mężczyzny i w jaki sposób odnalazł Persię, skąd wiedział, że przebywa akurat w Juneau. I czy na wycieczkę pojechał z rodzicami? Nawet jeśli tak, przecież nie puściliby go samego na ulicę. Jak zareagowali, gdy podbiegł do psa? Czy byli wtedy blisko? Czy znali Persię? Czy w ogóle to byli jego oryginalni rodzice z pierwszego życia? Jeśli tak, dlaczego nie powiedział im wprost, że trzeba ją odnaleźć, przecież znaliby ją… Do tego w tak krótką, ograniczoną scenę trudno było mi się wczuć. Zabrakło mi chociażby dokładniejszego opisu miejsca znalezienia Persii, bym mogła wyobrazić sobie tło, oraz emocji towarzyszących Dave’owi w trakcie poszukiwań. Ulgi, którą poczuł, gdy poznał, że udało mu się uciec, oraz niepokoju, że być może Persii nie znajdzie. Sam moment spotkania, tak ważny dla bohatera, zawarłaś jedynie w ten sposób:

– Persia – wyszeptałem przez zaciśnięte gardło i podbiegłem do psa.

Jak dla mnie to trochę zbyt obiektywnie, brakuje mi tu emocji widocznych na twarzy dziecka, którym Dave teraz jest. Jakiegoś większego podekscytowania związanego z dostrzeżeniem suczki. Kilka zdań dalej wspominasz wprawdzie, że w oczach zebrały się łzy, ale jak na dotarcie do aż tak upragnionego celu, i to dosłownie dotarcie po trupach, trochę mi mało. To tak, jakbyś radziła sobie z mrożącymi krew w żyłach scenami grozy i lżejszymi scenami pasywnymi, do których pasuje klimat czarnej komedii, ale poległa na szczęśliwym zakończeniu, które mogłoby być nieco bardziej łzawe. Nawet nie zbliżyłaś się do granicy tej łzawości.






PODSUMOWANIE

Tu będzie dość krótko, bo i ocena nie jest długa – zawarte w niej uwagi, jak sama widzisz, częściej stanowiły sugestie, jak tekst dopracować, aniżeli konkretne wytknięte problemy, które oznaczałyby jego kompletną nieczytelność. Wręcz przeciwnie – zwykle czytało się płynnie i aż za szybko, oraz, przede wszystkim, z uwagą i ochotą, bo lektura potrafiła zaangażować. 

Ogólnie masz fantastyczny styl – nie siejesz powtórzeń, wiesz, gdzie zwolnić, a gdzie przyspieszyć, gdzie nacisnąć, by zadziałać na czytelnika. Nawet w przypadku sceny dynamicznej, co do której miałam nieco więcej uwag, nie sposób nie zauważyć, że omawiałam raczej drobiazgi, nad którymi możesz, ale nie musisz pracować. Nie lubię sięgać po argument, że od czegoś istnieją redaktorzy i korektorzy, bo opacznie zrozumiany może stanowić usprawiedliwienie dla lenistwa, szczególnie w przypadku autorów debiutujących. Tu jednak nie boję się po niego sięgnąć – twój tekst faktycznie wygląda jak mokry sen wielu korektorów i redaktorów, którzy lubią czytać dobre, jakościowo treści i jedynie podkręcać je tu i ówdzie, aniżeli pracować od zera. Gdy błędów jest więcej i trzeba skupić się na ich redukcji, często trudniej dostrzec walory fabularne. Gdybym miała wspomnieć, czy co mnie irytowało w trakcie lektury, przypomniałabym sobie jedynie te fragmenty, w których się gubiłam. Gdy odnosiłam wrażenie, że jako autorka sama zapominałaś, iż nie siedzę w twojej głowie, i za szybko przechodziłaś do kolejnych obrazów – wprowadzałaś zmianę sytuacji, a ja nie potrafiłam nadążyć za twoją wizją. Było tak chociażby w przypadku pistoletu, który zapodział się gdzieś w scenie szamotaniny Dave’a z przeklętym. 

O, no właśnie. Dave’a. Absolutnie nie przeszkadzało mi to, że przez ponad połowę tekstu nie znałam imienia twojego protagonisty. Nierzadko zabieg ten jednak nie wypala – autorzy korzystają z niego, by czytelnik mógł się z bohaterem lepiej utożsamić, może zobaczyć w nim siebie… W przypadku twojego opowiadania nie ma o tym mowy, bo Dave jest zbyt charakternym, a przy tym charakterystycznym skurczybykiem z, że tak powiem, wątpliwą moralnie przeszłością. Gdyby to był roast na scenie, w tym momencie weszłaby na nią Ilham i zaczęła swój występ od słów: Dave jest takim skurczybykiem, że… Wraz z argumentami zdanie to padłoby może z i pięciokrotnie, a publika za każdym biłaby brawo, płacząc ze śmiechu. Bo tak, to co piszesz, ma znamiona horroru dramatycznego (istnieje w ogóle taki gatunek…?), jest też mocno noir, ale koniec końców to też dobra czarna komedia. Szafujesz emocjami, korzystasz z całej ich palety, a jednocześnie czytelnik wcale nie męczy się zmianami. We fragmentach pasywnych takich jak scena w barze czy wtedy, gdy Dave ma czas porozmawiać z Nachashem, pozwalasz mu dać upust swojej frustracji w formie ironii; jego komentarze przedstawiające rzeczywistość często są po prostu zabawne, nawet gdy tak naprawdę sytuacja jest dramatyczna, obrzydliwie smutna. To nie jest też wszystko, za co Dave’a się lubi. Czuć, że mu po prostu niewiele zostało, nie ma zbyt wiele do stracenia, a to zaś generuje moje współczucie. Bohaterowi zależy tylko na tym, by uciec z – mogłoby się wydawać – romantycznych pobudek, a tajemniczy motyw sprawia, że aż chcę Dave’owi kibicować. 

Twoje uniwersum aż się prosi, by je odkrywać. Nie byłoby tak, gdyby nie intrygujący bohaterowie. Protagonista oraz wszystkie postaci poboczne zdają się idealnie wpasowani w świat przedstawiony. Jakby faktycznie w nim żyli, ba, jakby ten plugawy świat ich wziął w usta, przeżuł i wypluł. Są wyzuci z nadziei, pozytywnych emocji, z beznadziejnych sytuacji ratują się sarkazmem, kłamstwem, zdradą, a o tym wszystkim czyta się z zapartym tchem. Weźmy na tapet chociażby Garry’ego. Gość jest jednocześnie barmanem i właścicielem lokalu, w którym podaje tańczącą wodę, czyli jedyny napój zdolny utrzymać przy życiu ludzi znajdujących się w Piekle. Garry’ego spotykamy tylko w jednej scenie, a jakimś cudem dowiadujemy się o nim wszystkiego, co konieczne, by gościa sobie nie tylko wyobrazić, ale i by wyrobić sobie o nim opinię. Poznajemy nawet dość szczątkowo jego przeszłość, jednak – znów – akapit ten nie przybiera formy męczącego streszczenia z elementami charakterystyki postaci. Główny bohater ledwo napomyka jakby od niechcenia, że Garry’ego podobno przed śmiercią zagryzły psy, i to głównie dlatego dziś tak dużo dzieje się na jego nowej twarzy. To znaczy – Garry po prostu co jakiś czas doszywa sobie kolejne części ciała i protezy, a to nie umyka uwadze naszego głównego bohatera. Zupełnie przy okazji ma on powód, by wspomnieć, że właściwie każdy w Piekle wygląda tak jak tuż przed własną śmiercią, więc może historia o przeszłości Garry’ego jest prawdziwa. I tym oto sposobem pieczesz dwie pieczenie na jednym ogniu – nie tylko opisujesz Garry’ego jako postać, ale i odkrywasz kolejną rzecz o tym, jakimi prawami rządzi się twoje uniwersum. Wykorzystujesz minimum środków przekazu do przekazania maksimum informacji. I to właściwie jest kwintesencja tego tekstu, jego najmocniejsza strona. W rzeczywistości Garry jest tu tylko przykładem, bo to samo można by napisać o każdej wprowadzonej postaci pobocznej. Mimo że schemat jest kliszowy i typowy, szczególnie dla miniatur, bo wraz z nadejściem nowej postaci poznajemy jej wygląd i jakieś ciekawsze niuanse z życia (o ile główny bohater tę postać zna), to jednak forma ta się nie nudzi, bo ani tych postaci nie jest za dużo (plus: nie mają możliwości się pomieszać), ani nie są one do siebie podobne. Za każdym razem protagonista ma o nich do pomyślenia coś innego, więc schemat jest praktycznie niedostrzegalny. Być może nie byłoby tak, gdybyśmy nie rozmawiały o miniaturze… Może w dłuższej produkcji łatwiej byłoby wpaść pod tym względem w pewną rutynę? Nie wiem, ale też nie widzę sensu, by o tym teraz gdybać. 


To jest ten moment, w którym zapoznałam się z komentarzami z forum Nowej Fantastyki. Choć kusiło mnie zrobić to wcześniej, by zobaczyć, czy inni też przeżywają niektóre z momentów tak jak ja, nie chciałam popsuć sobie lektury, gdybym gdzieś nadziała się na spoiler. Dopiero gdy natrafiłam na jeden z bardziej szczegółowych komentarzy, dotarło do mnie, że nie mogę się z nim nie zgodzić, mimo że w trakcie czytania rzeczy, o których pisze @drakaina, samodzielnie nie zauważyłam i nie doczepiłam sie do nich. Mianowicie: 


Bo po lekturze czuję się trochę zawiedziona i rozczarowana (…). Zwłaszcza że tak naprawdę nie łapię do końca kim są potępieńcy, skąd się biorą, i jak naprawdę funkcjonuje piekielny świat. Sporo wątków warto by rozbudować, a światotwórstwo zarysować mocniej. Bo idziesz w pozornie “mocne” klimaty, które jednakowoż mocno tracą, jak człowiek zaczyna zastanawiać się nad logiką tego świata. Osobiście chciałabym też wiedzieć choćby nieco więcej o bohaterach.

Ma to, przyznam, całkiem sporo sensu – też jestem w stanie zadać sobie teraz ogrom pytań, na które tekst nie udzielił mi odpowiedzi. Za najbardziej niedopracowaną uważam przy tym ostatnią scenę, w której zdaje się, że pędziłaś na łeb na szyję, byleby już postawić ostatnią kropkę. Jednocześnie przecież uprzedzałaś mnie przed pierwszym zgłoszeniem, że wysyłasz mi tekst na konkurs i jest to zaledwie miniatura. Oczywiście też wolałabym dostać scenę, w której Diabeł odwiedza Dave’a i zleca mu questa, czy tę, w której Dave i Ilhan przygotowują się do końcowej akcji. W pierwszym fragmencie można by przedstawić lepiej postać Diabła oraz emocje Dave’a, który tak naprawdę ma prawo myśleć, że jest stracony, natomiast w drugiej – zapewne otrzymałabym głębsze ukazanie relacji między Ilhan a Dave’em. Niby nie ma tu między nimi wprost rozegranego wątku romantycznego, co jest jak najbardziej okej, ale w rozmowie przy barze czuć między nimi chemię. Dalibyśmy im trochę czasu i może nawet coś by z tego wynikło, a może i nie, bo przecież Dave ma swój cel, którym jest ucieczka z Piekła i powrót do Persii. Przyznam szczerze, że momentami już ponosiło mnie, by tworzyć sobie w głowie niekonwencjonalny pairing w stylu Batmana i Kobiety Kot, której tak do końca nie wolno ufać, ale która ostatecznie nie potrafi pozostawić Bruce’a samego i pomaga mu w realizacji jego celów, choć zwykle ma w tym też własne korzyści. 

Tylko – no właśnie – by te potencjalne rzeczy rozgrywały się w wyobraźni odbiorców, by czytelnik chciał coś sobie dopowiadać, nawiązał głębsze relacje, lepiej poznał twoje postaci osadzone w świecie, trzeba zrezygnować z formy miniatury, która jest bardzo ograniczająca. Chcę wierzyć, że gdybyś docelowo tworzyła ten tekst z myślą o czymś bardziej obszernym, wykorzystałabyś swoje maksimum potencjału, nie chcę więc ci w ocenie obniżać noty czy zarzucać, że czegoś jest za mało. No tak. Bo jest. Ale czytając antologie konkursowe z gatunku grozy, praktycznie za każdym razem odczuwam podobne braki. Bo dobre historie z ogromnym potencjałem zawsze będą wymagały rozwinięcia, a antologie i miniatury są po to, by autora zareklamować, zaprezentować próbkę jego możliwości. Tak zresztą robi Jacek Pelczar, który do konkursów na antologie wysyła opowiadania o dwóch słowiańskich wojownikach – Braciach Wilkach. Jego powieść ukazująca szczegółową historię braci wprawdzie dopiero powstaje, ale na rynku wydawniczym już znajduje się kilka opowiadań, w których występują wspomnieni bracia, spotykają oni innych bohaterów, ukazywana jest między nimi relacja, również nie we wszystkie lokacje czytelnik zdążył trafić. I dokładnie tak samo robi na przykład Franciszek Piątkowski, który na konkursy antologii wysyła one-shoty ze swojego uniwersum Powiernika. Czytelnik w trakcie lektury pojedynczego tekstu wprawdzie nie rozumie wielu rzeczy, ale jeśli tylko będzie chciał, może w każdej chwili zagłębić się w ten świat, sięgając po powieści i pozostałe opowiadania dostępne na rynku. To zupełnie normalna praktyka.


W tym momencie więc jedyne, co mi pozostaje, to życzyć ci, byś swoje uniwersum kiedyś miała szansę ukazać w pełni i zaprezentować na rynku czy to w formie kolejnych miniatur, czy powieści. Zresztą wielokrotnie wspomniałam już, że żałuję, iż tekst jest aż tak krótki. Zobacz, jak w niektórych momentach go przeżywałam, jak złościłam się na samą siebie, że dałam się wpuścić w maliny… Wprawdzie ocena fragmentami podaje moje subiektywne wrażenia, odczucia, i nie są ani nie mogą być głosem wszystkich odbiorców; nie mogę dać ci gwarancji, że twoja pisanina będzie tak samo oddziaływać na innych. Ale oddziałuje na mnie, więc istnieje szansa, że na innych również w jakimś stopniu zadziała. Twoim targetem są odbiorcy lubujący się w gatunkach takich jak black comedy, neo-noir crime, dark fantasy, bizarro i weird fiction, horror ekstremalny. I jeśli w taki target będziesz uderzała, to doczekasz się szerokiej publiczności. Dla ciebie niewątpliwie są miejsca takie jak Wydawnictwo IX, wydawnictwo Planeta Czytelnika, wydawnictwo Vesper, magazyn Biały Kruk, czy też wydawnictwo Stara Szkoła. Do tej listy niedawno dorzuciłabym Phantom Books, niestety wydawnictwo w przyszłym miesiącu kończy swoją działalność. 

(Ma też, swoją drogą, gigawyprzedaże, więc polecam zajrzeć!).


Ad rem. Na dzień dzisiejszy jest bardzo dobrze, z wielkim plusem (5+). Wahałam się nawet nad celującym, jednak tę notę otrzymują u nas autorzy cechujący się wysoką poprawnością językową, natomiast zgłoszony tekst nie stanowi surówki, a poprawiany był już przez osoby postronne, na forum. Nie potrafiłam więc obiektywnie zmierzyć twojej poprawności, do tego znalazłam jeszcze trochę potknięć, w tym kilka dość typowych. Wspomniany zaś plus postanowiłam wstawić za odwagę. Pokusiłaś się, by tak rozwinięty temat zamknąć w miniaturze i nie poległaś. Nie jest to łatwe, za to wymaga konkretnych umiejętności. 

Umiejętności, które niewątpliwie posiadasz. 





A za ekspresową betę pokłony kieruję również w stronę For. ♡

5 komentarzy:

  1. Hej!
    Przede wszystkim, dzięki za tak szybką recenzję. Jest potężna, nawet sobie nie wyobrażam ile czasu musiałaś poświęcić o.O Dzięki!
    Co do tytułu, to trochę przypał, bo to był roboczy którego zapomniałam zmienić, a potem poszło na nfy i jakoś tak głupio było zmieniać ;P Zgadzam się z cudzysłowem. I tak, to było inspirowane powiedzeniem "Gdzie diabeł mówi dobranoc".
    Zanim zapomnę: piękne memy, dziękuję xD Patodeweloperka rozwaliła, aż szkoda że tego nie użyłam w tekście, bo nie mogłabym się powstrzymać xD
    Co do nieżycia, to był to specjalny zabieg, żeby czytelnik zaczął się zastanawiać czemu NIEżycia, skoro on chodzi, oddycha itp. Czy udany to już nie wiem ;P
    Co do scen walki, ughh, nie potrafię tak bardzo. To w sumie była moja pierwsza, wzorowana na poradniku właśnie stąd ;P
    Opanowanie średników trochę mi zajęło, ale cieszę się, że w końcu potrafię.
    Jeśli chodzi o pomoc zewnętrzną to tak, mam bety. Co do korekty i redakcji to Ja trochę zielona i nie wiem czym to się różni xD Po prostu znajomkowie zaznaczają mi na docsie błędy ;V
    Co do narracji przeszłej w pierwszoosobowej to się zgodzę, moim zdaniem da się prowadzić ją dobrze. W teraźniejszym też ją lubię, ale zazwyczaj zostawiam sobie na nieco dziwniejsze teksty, teraźniejsza zawsze daje mi taki "inny" vibe ;P
    Co do wprowadzania informacji, to tu się namęczyłam, bo świat jest duży, a tekst krótki, więc trzeba było upychać gdzie się dało, co groziło infodumpami. I w sumie i tak kilka razy zostałam o nie oskarżona w komentarzach. Zgodzę się z nimi, scena w barze jest na przykład dość mocno infodumpowa.
    Co do broni wyjętej spod potwora... nie wiem co tu się zadziało, chyba nieuwaga xD
    Co do sceny w sądzie, ja sama bardzo ją lubię i pewnie w przyszłości chciałabym celować w taki właśnie śmieszno-brutalny klimat ;P Uwielbiam absurd i groteskę, w dodatku wszelkiego rodzaju dziwactwa, najlepiej jeszcze obrzydliwe!
    Co do przymiotników, trochę się zgodzę, że miejscami jest ich za dużo, przez co uwaga czytelnika nie skupia się na czymś konkretnym. Fajnie, że tobie się podobało, ja chyba jednak w przyszłości nieco ograniczę ;P

    Czemu nigdy nie stawiasz przecinka po orzeczeniu wiem/wiesz? <- Nie wiem, xD

    Największą satysfakcję otrzymałam czytając twoje przemyślenia o przeklętym, Nachashu i Persii ;P Co do jednego, wcześniej mamy podpowiedź, choć niewielką; Nachash sam twierdzi, że skusił Ewę, więc trochę zdradziecka... menda ;P

    Co do końcowej sceny to masz rację niedorobiona troszkę ;P

    Tu jednak nie boję się po niego sięgnąć – twój tekst faktycznie wygląda jak mokry sen wielu korektorów i redaktorów, którzy lubią czytać dobre, jakościowo treści i jedynie podkręcać je tu i ówdzie, aniżeli pracować od zera. <- Ochhh <3

    Weźmy na tapet chociażby Garry’ego. <- pierwszy raz widzę poprawne użycie słowa tapet!

    Co do spieszenia się to jest to też spowodowane wcześniejszą chęcią wzięła udziału w konkursie; zazwyczaj przyjmuję tekst do 50k znaków (przy dobrych wiatrach!) a Dave i tak już mocno spuchł z początkowych 30k ;P

    Jeśli chodzi o Dave'a i Ilham to tak, początkowo miało nieco zaiskrzyć, a relacja opierałaby się na wzajemnym i świadomym wykorzystywaniu siebie nawzajem, ale no, znaki ;P

    Dla ciebie niewątpliwie są miejsca takie jak[...] <- Hola, hola amigo, za szybko ;P W przyszłości pewnie jeszcze coś machnę z tego uniwersum, bo dobrze się w nim czuję, a jest jeszcze tyle lokacji które chciałabym pokazać (Np. skąd bierze się woda tańcząca, gdzie żyją łowcy, więcej o Kukiełkach i Piekielnej hierarchii, bo demon demonowi nierówny itp. itd. ;)) Pewnie następna będzie historia potępieńca uciekające z Mordowni, może gdzieś przewiną się postacie stąd (Garry ma duży potencjał).
    Ale co do pełnoprawnej powieści, to cóż, nie czuję się na siłach, za mało wiem, za dużo udaje mi się intuicyjnie. Nie mniej jednak dzięki za taką opinię, sprawiłaś, że powoli zaczynam się na poważnie zastanawiać nad tym (jeszcze kilka lat i może coś postanowię! ;P).
    Jeszcze raz dzięki za potężną reckę, pewnie przeczytam ją z 50 razy zanim coś do mnie dotrze ;P

    OdpowiedzUsuń
  2. Oż ty! Jeśli tak wygląda pierwsza scena walki, w którą nie potrafisz tak bardzo, to tym bardziej należą ci się gromkie brawa. ;) Miałam nadzieję, że poradnik o opisach może się komuś przydać, ale nie sądziłam, że na tyle, by aż tak się na nim wzorować i czego efektem będą właśnie takie soczyste sceny. Naprawdę cieszę się, że mogłam ci pomóc już wtedy, tworząc tamten wpis. Tak czy inaczej, nie musisz bać się tych scen ani bać się o nie, nie odstają jakościowo od reszty tekstu, a rzeczy, które wypisałam w ocenie to już faktycznie robota redaktora
    merytorycznego, który mógłby (ale nie musiałby) je jeszcze nieco podkręcić.

    Jeśli zaś chodzi o redakcję, z reguły autorzy nie muszą znać różnicy między nimi – zatrudniony redaktor, widząc próbkę tekstu, sam zdecyduje, na jakim poziomie przyda się redakcja, a na jakim korekta.

    Ostatnio współpracowałam z selfpublisherką, która ogłaszała, że szuka redaktora, a po spojrzeniu na próbkę śmiało mogłam zaproponować jej jedynie korektę z drobnymi elementami redakcji – tak dobry jakościowo był tamten tekst.

    – No dobra, ale co z tą różnicą…?

    Redaktor zajmuje się wszystkim – sprawdza, czy pojedyncze słownictwo pasuje do stylizacji całości, może proponować inny szyk, by wzmocnić napięcie np. w scenie dynamicznej, może zasugerować rezygnację z ekspozycji, przeredagowanie mniej atrakcyjnych, nudniejszych fragmentów, wysznupuje też powtórzenia, ale i poprawia błędy językowe, w tym interpunkcję. Może także wskazać braki w researchu lub dziury fabularne, z którymi autor może coś zrobić, ale nie musi.

    Natomiast korektor zajmuje się tylko poprawnością językową i wyłapuje to, co jeszcze w tekście zostało, co redaktor przegapił (redaktor nie musi być perfekcjonistą w zakresie stawiania przecinków, choć dobrze, by się na nich znał). Dlatego zwykle najpierw tekst trafia do redaktora, następnie albo do korektora (szczególnie gdy redaktor zaproponował wiele zmian – wtedy większe prawdopodobieństwo, że gdzieś w tym zgubił się jakiś przecinek czy literówka) albo od razu do składu, a później do korektora. Ten robi wtedy korektę poskładową, już na pliku .pdf.

    Tak to mniej-więcej wygląda.

    Natomiast betareader to osoba, która z reguły czyta kompletną surówkę przed wysłaniem tekstu do redaktora, by wskazać słabsze fabularnie rozwiązania, mniej naturalne wypowiedzi dialogowe niedopasowane np. do wieku czy charakteru postaci, i tak dalej. Beta jest od tego, by redaktor miał mniej roboty i mógł się skupić na dopieszczaniu tekstu, a nie jego budowaniu, by już go nie rozgrzebywać. Selfpublisherzy często nie mają bet, więc wtedy tę rolę przyjmuje zatrudniony redaktor. Za to autorzy, którzy chcą startować do wydawnictw z tekstem, któremu nie przejrzała się ani beta, ani wcześniej zatrudniony redaktor, mogą mieć utrudnione zadanie – jeśli w tekście coś mocno nie gra, autor jest debiutantem, może jego pierwsza pozycja nie jest najlepsza, wydawca może nie chcieć podjąć się jego wydania z uwagi na to, że jego redaktorzy mieliby z tekstem sporo zabawy. Czas włożonej pracy byłby nierównomierny do zarobku z książki. Mogłoby się to po prostu wydawcy nie opłacać, dlatego coraz więcej autorów marzących o wydaniu w wydawnictwie wcześniej albo podejmuje pracę właśnie z betą, najczęściej po przyjacielsku lub w opcji czytanie za czytanie, albo szuka pomocy odpłatnej u redaktorów i inwestuje w swój tekst, by miał większe powodzenie na rynku wydawniczym. Choć przyszły redaktor też będzie miał swoich redaktorów, nie będą oni robić tak zwanego pierwszego czytania, tego najbardziej czasochłonnego i szczegółowego, a będą pracować z już względnie czystym tekstem, więc ich praca powinna być już tylko formalnością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do narracji przeszłej w pierwszoosobowej to się zgodzę, moim zdaniem da się prowadzić ją dobrze. W teraźniejszym też ją lubię, ale zazwyczaj zostawiam sobie na nieco dziwniejsze teksty, teraźniejsza zawsze daje mi taki "inny" vibe ;P – Jest szansa zobaczyć gdzieś te dziwniejsze teksty? Aż zżera mnie ciekawość, jakby wyglądałoby połączenie cz. teraźniejszego i narracji 1-osobowej, wyjęte spod twojego pióra.

      Czy też klawiatury. ;)

      Zgodzę się z nimi, scena w barze jest na przykład dość mocno infodumpowa. – Nah, chyba nie widziałaś jeszcze dość mocnych infodumpowych scen. Scena w barze balansowała na granicy. Nie wiem, może z wiekiem zrobiłam się bardziej wyrozumiała (nie sądzę XD), a może faktycznie trochę utknęłam w tych antologiach i za bardzo przywykłam do formy miniatur i praw, którymi się rządzą, ale nie czuję, byś tę scenę skiepściła przez nadmierną ekspozycję świata. No dobra, padają tam informację, ale, na bora, poznajemy nowe postaci, a wspomniane opisy sprytnie wychodzą od Dave’a, który przecież ma prawo coś sobie przypominać czy kojarzyć pewne fakty. Spotyka postaci, o których myśli, więc ma do tego odpowiedni bodziec. I chyba najważniejsze – po prostu nie mam pomysłu na to, jak inaczej mogłabyś to rozegrać. Gdybyś faktycznie chciała, by ta scena znalazła się w większej objętościowo powieści, no to tak, Dave odwiedziłby Garry’ego zapewne nie jeden raz, więc miałby różne okazje, do zdradzania różnych faktów fabularnych, gdzieś coś o Garry’m mogłoby paść w dialogu innych postaci albo Dave mógłby być świadkiem interakcji Garry’ego z kimś innym, z czego mógłby wnioskować. Ale tu nie masz takiego pola, a gdybyś ograniczyła ekspozycję w tym miejscu, czytelnik nie miałby szans Garry’ego poznać i byłby jeszcze bardziej stratny.

      „Czemu nigdy nie stawiasz przecinka po orzeczeniu wiem/wiesz?” <- Nie wiem, xD
      xDˣᴰ

      Usuń
    2. Co do spieszenia się to jest to też spowodowane wcześniejszą chęcią wzięła udziału w konkursie; zazwyczaj przyjmuję tekst do 50k znaków (przy dobrych wiatrach!) a Dave i tak już mocno spuchł z początkowych 30k ;P – Te limity w niektórych wydawnictwach to w ogóle jakaś patologia. 50k kupuję, rozumiem, można wypłodzić naprawdę przyzwoity tekst. Sporo wydawców oferuje 40k i to też jest okej, bo to arkusz wydawniczy, a na +/- 22 stronach A4 jeszcze da się coś wysmarować. Ale 30k…? To już dla mnie opko o długości świstka z pralni i o ile jeszcze jest formą eksperymentalną, jakąś jedną sceną zawieszoną w czasie i przestrzeni czy filozoficznym monologiem dramatycznym – no dobra.

      Tylko że gros takich antologii ma gatunek fantasy czy właśnie horror albo erotyk i wymaga pełnoprawnego opowiadania, gdzie trzeba mieć pole, by zbudować postać (a nawet dwie!), postawić ją w jakiejś sytuacji, rozwinąć tę sytuację w napięciu, dojść do punktu kulminacyjnego i rozwiązania fabuły. Nie zrobisz czegoś takiego w 10-15 stron albo będziesz to robić kosztem czegoś. Najczęściej właśnie końcówki tekstu, bo gdy tylko wyjdzie się z punktu kulminacyjnego, sprawdza się, ile miejsca zostało, i nagle zaczyna liczyć każdy znak. Tu i tak całe szczęście, że miałaś jeszcze ciut miejsca na epilog, by Dave spotkał się z Persią – niektórzy autorzy stawiają kropkę od razu po scenie kulminacyjnej i po prostu tekstu nie podsumowują, rezygnując z pierwotnego pomysłu. A przecież czasem tak naprawdę wystarczyłoby dodać pod koniec tych 1-2k znaków, by tekst otrzymał naprawdę godne zakończenie. I jeśli kiedykolwiek będziesz przeczuwała, że takiego zakończenia ci brakuje, że może się pod koniec już spieszysz, to nigdy nie rezygnuj z końcówki ani nie pisz jej byle jak, po łebkach. To właśnie zakończenie utworu – to, co znajduje się tuż po punkcie kulminacyjnym – zwykle najbardziej zapada czytelnikowi w pamięć. Po zakończeniu tekstu to właśnie ten fragment będzie w naszej głowie najświeższy. Pierwsze i ostatnie zdania czy nawet całe akapity mają ogromną wartość – odpowiadając za to, jak czytelnik zostanie do świata wprowadzony i jak zakończy w nim swoją przygodę. Jeśli tekst ma się zmieścić w limitach i jednocześnie wyglądać na pełniejszy, lepszy, bardziej soczysty, znacznie lepiej jest cięcia wprowadzać w środku, zamieniając słowa dłuższe na krótsze, wycinając przysłówki czy trochę tej mowy pozornie zależnej lub ekspozycji, niż rezygnować z pełnoprawnego zakończenia. Istnieje szansa, że czytelnik nie zauważy, co stracił w środku, ale wyczuje od razu, jeśli zakończenie będzie miało inne tempo narracji, będzie krótsze czy jakby urwane, ergo: niesatysfakcjonujące. I wtedy tę ostatnią emocję, to rozczarowanie, chcąc nie chcąc, przeniesie na cały tekst.

      Zdarzyło mi się kiedyś napisać opowiadanie do antologii z pełnym zakończeniem i nie zmieścić się w limicie 30k, przekraczając go bodaj o 3k znaków. Wysłałam wydawcy obie wersje opka, w mailu pozostawiając sugestię, by sam zdecydował, którą wersję brać. Jest to jakaś metoda, ale niekoniecznie musi zadziałać – wiele zależy od podejścia samego wydawcy, też tego, czy coś u niego już wydaliśmy, czy nas zna. Ja się wtedy z tamtym tekstem nie dostałam, ale i nawet nie dostałam żadnej odpowiedzi, więc trudno mi powiedzieć, czy zawiodła moja odważna metoda, czy sam tekst. ;)

      Zdarzało mi się też przed nadesłaniem opowiadania pytać wydawcę wprost, czy jest sens wysyłać mu tekst na np. 32k, czy z marszu odrzuciliby go bez czytania; zdarzało się, że odpowiedź brzmiała, że te 1-2k jeszcze nie robią różnicy, ale 5k – już mogłyby, albo że w ogóle nie ma możliwości wydania dłuższej pracy. Po otrzymaniu takiej odpowiedzi wiesz, na czym stoisz i jeśli dostajesz zezwolenie na wysłanie tekstu, który ma 31k, no to masz wtedy dodatkowe 1k na zakończenie. A to wbrew pozorom jest całkiem sporo i w tym 1k znaków mogą wydarzyć się cuda. 😊

      Usuń
    3. Oż ty! Jeśli tak wygląda pierwsza scena walki, w którą nie potrafisz tak bardzo, to tym bardziej należą ci się gromkie brawa. ;) <- Dzięki, na nfie jednak dostałam za tę scenę niezłe wciry ;P Jednak pisanie wszelkich dynamicznych scen to już inny poziom, fajnie że jednak Ty mnie bronisz xD

      Co do wpisów, to są bardzo fajne, śledzę je od dłuższego czasu i też z nich uczyłam się np. zapisywać dialogi czy ogarniać co to takiego ten deep pov ;P
      Także no, dzięki, robicie naprawdę dobrą robotę tymi poradnikami, mam nadzieję, że będzie ich tylko więcej! Przeszukując polski internet stwierdzam, że to jedno z lepszych, jeśli nie najlepsze miejsce z takimi poradami.

      Dzięki za wytłumaczenie różnicy między betą, korektorką a redaktorką. Przyda się ;P

      Jest szansa zobaczyć gdzieś te dziwniejsze teksty? Aż zżera mnie ciekawość, jakby wyglądałoby połączenie cz. teraźniejszego i narracji 1-osobowej, wyjęte spod twojego pióra.
      <- Najnowsze chyba ukaże się w trzecim Paskudzinie, ale mogę podesłać mailowo ;P EDIT: Sprawdziłam, tam jest jednak trzecia osoba i czas teraźniejszy, nie wiem co mi się uroiło xD Z pierwszą też mam, ale są to starsze, niegodne uwagi teksty, sprzed niemal roku.
      Co do infodumpu, to może masz rację, może jest ok ;V Ja sama nie mam nic przeciwko infodumpom, jeśli nie są kompletnie "znikąd", czyli np. bohater idący kwiecista łąką nagle znikąd wspomina o mordzie dokonanym dziesięć lat temu. Oczywiście, to też się da wpleść, ale wiesz o co chodzi, taka szybka zmiana tematu tylko po to, by jakas informację przemycić. Po prostu zawsze da się coś zrobić lepiej, stąd staram się nie popadać w samozachwyt, a szukać usterek w tekście. I tutaj Dave wiele mnie nauczył ;P

      Jeśli chodzi o limity, to jak dla mnie 50k to całkiem sporo, da się dobrą historię zawrzeć nawet w 25, jeśli dobrze się ją pościska ;P Widziałam już teksty na 20k+ które pochłaniały mnie w całości i którym niczego nie brakowało, ale faktycznie, jest to znacznie trudniejsze, niż napisać coś na np. 80k i mieć czas na wszystko. Za to z dłuższymi tekstami istnieje ryzyko rozmemłania, jest szansa, że akcja będzie zbyt wolna, a luksus wielu znaków sprawi, że zamiast sprytnie i przy okazji przemycać informacje, pozwolimy sobie na zupełnie niepotrzebną scenę która nie wniesie nic poza jakąś niewielką wiedzą, która spokojnie dałoby się sprzedać przy okazji. Często widziałam tego typu zagrania i były straszne, akcja zwalniała, a ja z westchnieniem czekałam, aż w końcu coś zacznie się dziać.
      Chyba nie ma złotego środka na odpowiednią ilość znaków do opowiadanej historii, to w dużej mierze kwestia wyczucia.

      Usuń