[239] ocena tekstu: Między wiarą, prawdą a Bogiem




Tytuł: Między wiarą, prawdą a Bogiem

Autor: Vern

Tematyka: fanfiction, uniwersum Wiedźmina

Oceniają: Skoiastel, gościnnie Nazareth



Jako że już na pierwszy rzut oka widać, iż błędów językowych wszelkiej maści masz ogrom, postanowiłam wypisać tylko te najbardziej rzucające się w oczy potknięcia dotyczące pierwszego rozdziału i umieścić je w osobnym dokumencie, wraz z objaśnieniem bardziej złożonych przypadków. [Możesz przejść do nich już teraz, klikając: TUTAJ]. Tymczasem w części właściwej odniosę się do kwestii fabularnych i narracyjnych.
Ad fabuły wspomnę jeszcze, że choć znam opowiadania Andrzeja Sapkowskiego, (stety-niestety) widziałam netfliksowy serial i ukończyłam grę Wiedźmin 2 (jednak tylko drogą Vernona Roche’a), nie znam pełnej fabuły gry Wiedźmin 3 „Dziki Gon”. Jestem właśnie w trakcie jej przechodzenia, lecz dopiero na początku – w Velen, u Krwawego Barona. Nie chcę sobie psuć rozgrywki, podejrzewając, że niektóre postaci (na przykład Filippa) mają tam do odegrania jakąś rolę. Także wybacz, że tym razem osobiście nie przeprowadzę jakiegoś super-researchu ad gry i nie prześledzę Wiedźmin.Fandom.com z jakąś ultradokładnością; sam Wiedźmin 3 nie jest też grą, którą jestem w stanie ukończyć w kilka dni. Mam nadzieję, że mimo wszystko tekst choć trochę napisany jest z myślą o czytelnikach, którzy niekoniecznie pierwszorzędnie muszą znać fabułę „Dzikiego Gonu”, a ogólna znajomość świata wystarczy.
Ponadto gościnnie w ocenie towarzyszyć mi będzie Nazareth, który uzupełni ją w uwagi dotyczące uniwersum, poruszy kilka ważnych kwestii mediewistycznych i wypowie się na temat zachowania atmosfery opowiadań z fandomu Wiedźmina, gdyż zjadł na nich zęby.

Nazareth: Chociaż głównie na książkach; seriale i filmy są mi, z całą pewnością NIESTETY znane, ale trzymam się w tym temacie, że tak powiem, tekstów źródłowych.

Skoia: Naz świetnie porusza się po słowiańskich klimatach, pisze, redaguje oraz współuczestniczy w prowadzeniu magazynu Gniazdo, a przede wszystkim jest moim dobrym przyjacielem po fachu. Wierzę, że i tu nasza współpraca będzie owocna.

Ach! Jeszcze coś. Pamiętam, że w pierwszej kolejności zgłosiłeś do oceny miniaturę – pisałeś na priv, że finalna wersja będzie mieć około 10-12 stron w Dokumentach Google. Jednak po wejściu na dokument zauważyłam, że w rzeczywistości są to dwa rozdziały prawdopodobnie dłuższej historii, która nie wygląda na ukończoną, bo pod całością widać jeszcze jakieś dodatkowe drafty scen. Na początku planowałam ocenić krótki tekst poza kolejką, jednak nie spodziewałam się wielorozdziałowej produkcji, której liczba stron zwiększyła się do prawie 30. Pozwól więc, że nawet jeśli dokleisz do docsa kolejne części, my zatrzymamy się w momencie, w którym kończy się skopiowany przez nas materiał.
Zapraszamy!


Rozdział 1: Prawie pewne, że na pewno

Ornella próbowała przypomnieć sobie ostatni sen. Jego wspomnienie po przebudzeniu było mgliste. Pamiętała młodzieńca o książęcym profilu, iście godnym wybicia na rewersie. Rozmawiali o racji mniejszego zła. – Doceniam silne nawiązanie do historii Wiedźmina. W końcu „Mniejsze zło” to opowiadanie, które ukazało się na łamach Nowej Fantastyki, jeszcze zanim wydano „Ostatnie życzenie”. Jednak to nawiązanie – zawarte w ekspozycji na samym początku tekstu – jest równie subtelne jak wbijanie gwoździ pięciokilowym młotem. Nie mów mi, że opowiadanie będzie nawiązywać do Wieśka – nawiąż do niego. Nie mów mi, o czym rozmawiają postaci – pokaż mi ich rozmowę.
W skrócie: show, don't tell.
Edit: Już kawałek dalej okazuje się, że:
— ...Może w idealnym świecie, ale w takim nie żyjemy. Silniejsi zawsze będą narzucać swoją wolę, a słabsi będą cierpieć, tylko dlatego że są słabi… — brzmiał głos w jej głowie.
To raczej nie jest mniejsze zło, o którym bohaterowie mieli rozmawiać. W końcu w „Mniejszym źle” chodziło o dokonywanie wyborów, a tutaj Ornelli wypowiedź nie odnosi się do takiej sytuacji, a do nierówności społecznej. I teraz nie wiem, czy jest to cytat wzięty bezpośrednio ze snu bohaterki, czy coś, o czym myślała sobie po nim, co nie ma związku z zakończeniem poprzedniego akapitu, a chciałbym. Chciałbym nie zgubić się w fabule na etapie czwartej linijki tekstu.

(…) — brzmiał głos w jej głowie. // Jej oczom ukazał się średni zamek, zgrabnie przytulony do urwiska, dzięki swojemu statusowi uniwersytetu był nietykalny dla kościoła wiecznego ognia, tym samym dla nowigradzkiej inkwizycji, której swego czasu nikt się nie spodziewał. – Tak krótki fragment, a tyle wątpliwości…

Raz: powtórzenie; może:
(…) — usłyszała w głowie. // Jej oczom ukazał się (…).
Dwa: doprecyzowałabym: średniej wielkości zamek, bo równie dobrze można by uznać, że zamek po prostu średnio się bohaterce podobał.
Trzy: wątpliwa pozostaje konstrukcja zdania, która może sugerować, że status uniwersytetu zyskało urwisko. Lepiej: (…) zgrabnie przytulony do urwiska zamek – dzięki swojemu statusowi uniwersytetu był nietykalny (…).
Cztery: kult Wiecznego Ognia stanowi nazwę własną – religię państwową w Redanii. Poza tym: (…) teraz kościół ma na głowie inny problem, któremu na imię Wieczny Ogień. – [źródło: Wieczny Ogień, A. Sapkowski]. Zapisywałabym więc: kościół Wiecznego Ognia.
I w końcu pięć: podkreślony fragment. Rozumiem żart, ale nie wiem, dlaczego w opowiadaniu o wiedźminie nawiązujesz do współczesnego kabaretu. Inkwizycja to nie zima, która zaskoczyła kierowców; cynizm narratora raczej nie jest tu wskazany.

Przejeżdżały przez dzielnicę handlową, jej gwar bił po uszach. – Kto przejeżdżał? Inkwizytorki? Podejrzewam, że bohaterka, ale z kim…? Nie wspomniałeś wcześniej, by ktokolwiek towarzyszył Ornelli, więc nie wiem, kogo mam sobie wyobrazić – tyle, że kobiety, bo wskazuje na to odmiana czasownika.
Edit: dopiero niżej piszesz o Filippie, i to szczątkowo, pewnie zakładając, że czytelnik powinien znać ją z książek i gier. Ano nie. To znaczy: mógłby, ale to raczej nie jest must have, za to tekst powinien bronić się sam i tak oddawać tę postać, by odbiorca od razu domyślił się, że mowa o kimś ważnym, szanowanym i, przede wszystkim, innym niż główna bohaterka. Szczerze przyznamy, że przez moment zastanawialiśmy się, kto kryje się pod imieniem Filippy (tym bardziej że zapisałeś ją również jako: Fillipa); dopiero po przeczytaniu tej sceny jeszcze raz z niejakim zaskoczeniem odkryliśmy, że piszesz o dwóch różnych kobietach, i tylko jedna z nich jest niewidoma. Można to było zaznaczyć gdziekolwiek, ty jednak skupiłeś się na tym, by operować naprzemiennie dwoma imionami. Jednak same imiona, szczególnie w uniwersum fantasy, to za mało. Bohaterka mogła się przecież nazywać Fillipa Ornella/Filippa Ornella.

Nie wiemy też, czy kobiety przejeżdżały powozem czy konno – dalej wspominasz tylko o dudniących na bruku kopytach. Przy czym dudnienie kojarzy się z głośnym, powtarzalnym dźwiękiem, raczej szybkim, sugerującym co najmniej kłus albo galop, i oddziałującym na podłoże bardziej ziemiste niż z kostki. A przecież bohaterki jechały przez zamkowe, wybrukowane targowisko, nie mogły więc pędzić, za to musiały zwolnić do stępa. Dudnienie zamieniłabym więc na stukanie.

Za nim siedział jeszcze jakiś inny mieszczanin, który mu przytakiwał. Czarodziejka podjechała bliżej. Ten z tyłu odwrócił się. Gdyby nie jej jedwabna opaska, pewnie skarciła by go zimnym spojrzeniem. – Co to za opaska? Skąd ona się wzięła i po co?
Edit: Nieco dalej czytam:
Fillipa trzymała uniesioną głowę, pomimo zakrytych oczu, zdawać by się mogło, że spogląda gdzieś w dal. – Więc wychodzi na to, że ta opaska zakrywa oczy – dopiero w następnym zdaniu czytelnik dowiaduje się, o co z nią chodzi, a przecież to ważna kwestia. Pozwala wyobrazić sobie postać i zrozumieć, co chce przekazać narrator. Ja tymczasem znów zdążyłem się już cofnąć do początku i przeczytać całą stronę jeszcze raz, myśląc, że coś przeoczyłem; kiedy wystarczyło wspomnieć wcześniej, że mimo iż Filippa straciła wzrok, nadal radzi sobie w siodle, albo chociaż nazwać ją niewidomą czarodziejką – i wszystko byłoby jasne.
Poza tym: zdawać by się mogło, że pomimo zakrytych oczu trzymała głowę czy że gdzieś spogląda…? Zapewne to drugie, ale zapis nie jest jednoznaczny. Sugeruję średnik bądź kropkę po pierwszym (podkreślonym) zdaniu składowym. Choć być może powinno to trafić do punktu o poprawności, tutaj wpływa również na trudności w rozumieniu fabuły. Czytam, ale nie mam pewności, czy dobrze rozumiem tekst. Takich sytuacji u ciebie mrowie, praktycznie co krok, i postaram się nie wypisywać wszystkich, by nie przeciągać oceny.

Och, dobrze, porozmawiajmy jednak o jeszcze jednej, dość ważnej kwestii, która dotyczy wprawdzie technikaliów (a właściwie formatowania), ale zależy mi na tym, by wspomnieć o tym tu, a nie w docsie. Otóż:

Nie wiem dlaczego, ale w nadesłanym pliku w praktycznie każdym przypadku akapit dialogowy zakończony jest myślnikiem.
Na przykład:
— ...Może w idealnym świecie, ale w takim nie żyjemy. Silniejsi zawsze będą narzucać swoją wolę, a słabsi będą cierpieć, tylko dlatego że są słabi… — brzmiał głos w jej głowie. —
Albo:
Nic tylko ręką swieżbi by takiemu studentowi przypier... — wąsaty jegomość obrazowo zamachnął się ręką. Urwał zdanie widząc przejeżdżające obok kobiety. —
Muszę przyznać, że mocno obniżyło to estetykę całego tekstu i wpłynęło na komfort czytania. Ponadto brakuje justowania oraz niektórych wcięć akapitowych, inne wykonywałeś za pomocą spacji, przez co tekst po skopiowaniu kompletnie się rozjechał. Czytanie i pracę z tekstem musieliśmy rozpocząć więc od podstawowego sformatowania. Czy leży to w gestii korektorów i redaktorów w wydawnictwie? Tak. Czy w gestii oceniających na WS? Raczej nie powinno. W każdym razie niektóre cytaty choć w oryginalnym tekście zawierały te wyżej wspomniane myślniki, w ocenie będą ich pozbawione.
Do tego wszystkie dialogi wyróżniłeś kursywą. Bez sensu! Tę stosuje się do zapisu niewypowiedzianych myśli lub przy cytatach, ewentualnie treści listów i tym podobne. Otwórz dowolną książkę. Czy widzisz dialogi zapisane kursywą? Ano nie. Nadużywana obniża komfort czytania, bo męczy wzrok. Tego niestety nie dało się poprawić przed rozpoczęciem czytania, bo inaczej moglibyśmy zredukować również kursywę zastosowaną poprawnie.

Chociaż na pierwszy rzut oka z technicznego punktu widzenia wszystko w tym rozdziale jest niepoprawne (więcej o tym na docsie z poprawnością) – a przez to nie czyta się ani lekko, ani płynnie – to jednak gdzieś w tym gąszczu baboli widać światełko w tunelu. Pozytywnie zaskoczyły mnie małe gesty i sugestywne wzmianki, które uplastyczniają ci tekst. Raczej nie rzucasz ekspozycją ani truizmami w stylu: Filippa była niewidomą, ale dumną kobietą, którą się szanowało; piszesz o tym bardziej zajmująco, bo obrazowo i dajesz to odczuć, zamiast zdradzać wprost.
Wciąż jednak przeczytałam za mało, by dowiedzieć się czegoś o samej głównej bohaterce, czyli Ornelli. Żałuję, że nie personalizujesz tego tekstu chociażby i minimalnie, bym mogła się w nią lepiej wczuć. Wprawdzie w narracji pojawiła się jedna jej myśl, jednak błędnie zapisana (od myślnika), więc z marszu odebrałam ją jako wypowiedź dialogową i w rzeczywistości nie poczułam, bym wchodziła do głowy postaci.
Być może to literatura, którą wybieram na co dzień, przyzwyczaiła mnie do tej dobroci, jaką jest mowa pozornie zależna oraz choćby pojedyncze personalizowane to tu-to tam zdania narracji przemycające wskazówki dotyczące osobowości głównej postaci. Być może ostatecznie nie powinnam takiej narracji na tobie wymuszać. Uważam jednak, że dobrze poprowadzona uatrakcyjniłaby rozdział, dziewczynie też dodałaby nieco osobowości, bo obecnie trochę jej brakuje i właściwie trudno poznać Ornellę z jakiejkolwiek strony.
Doceniam za to początkową kreację czarodziejki. Mimo braku dokładnego opisu wyglądu, nadal jestem w stanie ją sobie wyobrazić. Jej postawa oraz to, jak Ornella myśli o Filippie, zdradzają całkiem sporo i mnie to wystarcza. Tylko jeszcze żeby ta poprawność… Wtedy łatwiej byłoby czytać i cokolwiek docenić, bo obecnie bardziej przypomina to przedzieranie się przez gąszcz w lesie niż podróżowanie ścieżką turystyczną. Idę, ale powoli, męcząco, no i niby przekonuję się, że ależ ten las ładny… Tylko czemu, do licha, taki zarośnięty, że połowy rzeczy, które można by pochwalić, nie widać?

Przedmiot w ułamku chwili znalazł się w jej rękach. – Ten przedmiot brzmi tu trochę kwadratowo, jakbyś na siłę szukał synonimu do księgi. Masz jeszcze tom, egzemplarz, tytuł i gros innych możliwości. Staraj się za to unikać przedmiotu, który jest mało naturalny dla ludzkiej myśli. Precyzując, o jaką rzecz chodzi, zbliżasz do niej czytelnika i wpływasz na jego wyobraźnię.

Kilku studentów obejrzało się za nią.
— Może niepotrzebnie się popisuje... — pomyślała, czując na sobie wzrok wszystkich dookoła. – Kto się popisuje, Ornella? No to: popisujĘ. Poza tym przyciągała wzrok wszystkich czy zaledwie kilku studentów? A może kilku studentów, ale w bibliotece znaleźli się też, na przykład, uczeni? Trudno to interpretować.

Usiadła przy jednym z kilkunastu stolików. Jeden z żaków podszedł do niej pewnym krokiem, przedstawił się, wydawał się miły. Student mówił. Bardzo dużo mówił. – O, a ten zabieg jest fajny! Przy czym jeśli student i żak to jedna i ta sama osoba, nie musisz raz jeszcze go przytaczać, tym razem synonimem. Wystarczy: (...) przedstawił się, wydawał miły. I dużo mówił. Bardzo dużo mówił.

— Nie jestem studentką. Jestem tu przejazdem z mistrzynią.
— Twoją mistrzynią jest…?
— Filippa Eilhart — dokończyła a ów student rozmawiał mniej chętniej, niż na początku konwersacji. – Ciekawi mnie ta reakcja. Myślę jednak, że byłbyś w stanie ukazać zniechęcenie bardziej obrazowo. Wiem, że ekspozycji ogólnie masz mało, ale i tutaj ta wygląda na zbędną. Więcej frajdy czerpałabym z fragmentu, który pokazałby mi, jak bohater cichnie i rezygnuje z rozmowy.

Filippa wyłoniła się z nikąd, trzymała pod ręką solidny tom.
— „Pamiętnik wiedźmina” — przeczytała napis na wyprawionej skórze. – Kto? Raczej nie Filippa, a na to wskazuje poprzednie zdanie. I po co w ogóle niosła książkę? Czytać jej raczej nie będzie.
Edit: Dalej Filippa podaje książkę Ornelli, ale tylko dlatego, że bohaterka o nią poprosiła. A gdyby nie poprosiła, niewidoma Flippa miałaby tę książkę dla siebie zupełnie bez przyczyny. A przecież wychodzi na to, że przejechała po nią kawał drogi. Dlaczego?

— „Pamiętnik wiedźmina” — przeczytała napis na wyprawionej skórze. — Brzmi ciekawie. Czy mogłabym… — spytała, omijając wzrokiem jedwabną opaskę, ale i tak ciarki przeszły jej po plecach. – Chodzi o tę opaskę na oczach Filippy? Tutaj Ornella zerka wpierw na książkę, i to z zainteresowaniem, więc w pierwszej chwili pomyślałam, że chodzi o jakąś opaskę, którą być może ozdobiony jest tom. Nie napisałeś, by Ornella zwróciła oczy w stronę Filippy. No i też czy to nie dziwne, że bohaterka jako uczennica czarodziejki (i to pewnie nie od dziś) nadal tak na nią reaguje? Do tej pory wydawała się nie mieć takich problemów. Nie wiem też, jak długo postaci znają się i podróżują, a szkoda, bo informacja ta, skrzętnie przemycona w tekście, pomogłaby mi się odnaleźć i prawidłowo wnioskować.

Pamiętnik nijakiego Erlanda z Larvik, jednego z pierwszych pięciu zabójców potworów, ponad historią owego wiedźmina zawierał: zbiór jego honorowych zasad, początek i upadek pierwszej wiedźmińskiej szkoły oraz całą jego wiedzę o potworach, eliksirach czy treningu. (…) „przestęp, skorocel, korzeń mandragory, perz, wiechlina ...trawy oddziaływają na system nerwowy …proces musi kontrolować czarodziej”. – Czekaj, czy to jest przepis na jedną z najpilniej strzeżonych wiedźmińskich tajemnic? Łał… Chyba zaczynam się domyślać, jak zginął Erland. Aż chciałoby się dodać: Erland renegat.
W takim wypadku co tam robił ten wolumin i czemu nikt się nie pofatygował, by go, na przykład, zniszczyć? To chyba nie były czasy powszechnego wydawania tego typu twórczości, więc liczba tomów zapewne była ograniczona.
Tak sobie gdybam.

Ornella zabrała księgę i zaczęła po kolei przewracać szorstkie kartki papieru. // Każdą wolną chwilę począwszy od teraz, przeznaczyła na czytanie lektury. – To brzmi trochę tak, jakby już teraz zaczęła czytać, stojąc przed Filippą, a potem – jeżdżąc konno. 
Nie umiem wyobrazić sobie zmian miejsca akcji; za chwilę okazuje się, że bohaterki znów są w drodze. Przyznam, że nie do końca rozumiem, co dzieje się w tekście na poziomie fabularnym, na przykład dlaczego kobiety przyjechały do zamku, w ogóle skąd przyjechały i gdzie udadzą się za moment. Nie znam ich motywacji ani celów, a to sprawia, że trudno mi je zrozumieć i dojść do tego, co tekst chce mi przekazać. Sama Ornella nie wydaje się wiedzieć, dlaczego znajduje się akurat w tym miejscu, bo nie myśli o tym, nie dają też tego fragmenty pisane narratorem wszystkowiedzącym. A jednak to ważne, by czytelnik rozumiał, na jakiej podstawie bohaterowie podejmują decyzję, na przykład o podróży. Przydałby się może krótki dialog o tym, że kobiety zaraz znów udadzą się na szlak. Ornella nie pyta, wydaje się niezainteresowana tym tematem. Nie odpoczęła też po podróży, weszła do biblioteki i od razu zajęła się nauką. Piszesz:

Odnalazła regał o nazwie „genetyka”. Świat genów i komórek był fascynujący. Wyobrażała go sobie jako ogromny wszechświat wewnątrz żywego organizmu. Interesowała się tematem zaledwie od niedawna, więc niewiele była wstanie o nim sama powiedzieć, a niektóre nazwy wciąż się jej myliły. Wiedziała jedno: Chce pochłonąć tyle wiedzy na ten temat ile będzie wstanie.

Ale też Ornella nie wzięła ze sobą żadnej z interesujących ją ksiąg. Nie zgłębiła tematu, choć miała okazję. Nie usiadła z żadnym tytułem do stolika na dłużej. Ogólnie to wygląda tak, jakby weszła do biblioteki, pomyślała, że lubi genetykę, przejrzała na szybko i byle jak regał o niej, pogadała chwilę z jakimś studentem, spotkała Filippę i wyszła z nosem w książce o wiedźminach. Gdzie tu sens? I gdzie się tak spieszysz?

(...) wszelkie możliwe tematy do rozmów, wyczerpały już w drodze na Rissberg, a może i jeszcze wcześniej (...). – O! A to zdanie sugeruje mi, że kobiety już w drodze na uczelnię spędziły trochę czasu w siodle. Ale jednak od razu z uczelni wyruszyły w dalszą trasę. Nie odpoczęły, nie zjadły niczego i tak dalej, mimo że pod Rissberg znajduje się miasteczko. To właśnie tam bohaterki mogłyby chociaż porozmawiać o dalszych planach i przygotować się do ich realizacji. Wtedy stworzyłbyś okazję, dzięki której czytelnik przestałby czuć się zagubiony.

Pozostawała im cisza. Czarodziejki nie chcąc zwracać na siebie najmniejszej uwagi podróżowały konno. – To też jest ciekawe. Rissberg to zamek należący do Kapituły, więc łatwo można się domyślić, kim były kobiety w siodłach podróżujące w jego okolicy, i to w dzień targowy. Czarodziejki w wiedźmińskim świecie potrafią być też wyjątkowo urodziwe, a przecież rzadko zdarzało się, by równie piękne, ale nie-czarodziejskie kobiety (na przykład damy dworów) podróżowały między miastami konno, a nie na przykład bryczką. Do długotrwałej jazdy konnej trzeba mieć wygodny strój, na który pozwalały sobie, no właśnie, czarodziejki (co widać chociażby po Yennefer, która przejeżdżała w swoim typowym stroju przez Biały Sad na początku gry Wiedźmin 3: Dziki Gon w poszukiwaniu Geralta). Oczywiście, konno między miastami mogą poruszać się też mieszczanki z osady pod zamkiem, ale to raczej wyklucza posiadanie dwóch koni i pełnego ekwipunku, w tym literatury. Inna sprawa, że kobiety nie chcą zwracać na siebie uwagi, ale jedna z nich wygląda akurat jak Filippa Eilhart – zaufana magiczka króla Vizimira, należąca do Rady Czarodziejów. Przecież nawet nie ukrywa swojej tożsamości, nie jest pod przebraniem ani nic z tych rzeczy. No i jest niewidoma, ma zakryte oczy. Kto ją zna – rozpozna, kto nie – domyśli się magii, bo mimo wszystko Filippa bez problemu przemieszcza się konno między miasteczkami. Ludzie mogą się tym interesować, nawet coś o niej szeptać.

Mijały lasy, pastwiska, znowu lasy. Podróż dłużyła się niesamowicie. – A właśnie. Dlaczego one… nie użyją portalu i nie teleportują się wraz z końmi w jakieś bezpieczne miejsce, gdzie naprawdę nie będą rzucać się w oczy? To najlepszy sposób, poza tym standardowy środek transportu czarodziejek. Aż przypomina mi się marudząca na podróż Yennefer w bryczce, a potem wiosłująca w łódce… Na szczęście ty nie musisz powtarzać netfliksowych głupot, prawda?

Wjechały do miasta od strony dzielnicy handlowej. – Do jakiego miasta? Czy to nadal miasteczko pod Rissberg, czy może kobiety pojechały gdzieś dalej? Jeśli nie, trudno nazwać to miejsce pełnoprawnym miastem z całym układem dzielnic i tak dalej. Wiedźmin.fandom:

Osada pod Rissberg: Pod zamkiem znajdowało się miasteczko, w którym środa była dniem targowym. Był to kompleks zabudowań i zadaszeń otoczony płotem i zagrodami dla zwierząt. Znajdował się tu wielki targ, na którym handlowano towarem magicznym takim jak amulety, eliksiry, kadzidła i maści, lub też zwykłymi przedmiotami codziennego użytku takimi jak narzędzia, ozdoby czy zabawki, tyle że obłożonymi czarami.

— Hmm. Ciekawe czy golemy śnią o magicznych owcach? – Nie umiem zrozumieć, dlaczego bohaterka pomyślała akurat coś takiego. Ma to związek z fabułą? A może chcesz mi pokazać, że Ornella jest trochę… dziwna?
Edit [Nazareth]: To jest kolejne popkulturowe nawiązanie, tym razem do książki Philipa K. Dicka „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”. I to bym jeszcze łyknął, pomimo kompletnie różnej tematyki, a nawet gatunku literackiego książki, do której się odnosisz, ale… gdyby ono dotyczyło czegokolwiek w twoim tekście. Tymczasem wyskakujesz z nim jak filip z konopi, a ja zastanawiam się, o co chodzi – zdanie jest znikąd i nie nawiązuje w żaden sposób do ogólnej fabuły opowiadania ani tego, co aktualnie się w nim dzieje.

Coś przeturlało się pod kopytami wierzchowca Filippy. Gdy obiekt się zatrzymał, zauważyła tlący się lont. – Filippa zauważyła? A ona nie była przypadkiem niewidoma?
Edit: Ach, nie, okej, jednak to Ornella. Przy czym naprawdę musisz popracować nad podmiotami, nawet gdy to podmioty domyślne, bo często wprowadzają zamęt. Najprościej: Coś przeturlało się pod kopytami wierzchowca Filippy. Gdy się zatrzymało, Ornella zauważyła tlący się lont. Zauważ, że zrezygnowałam ze słowa obiekt. Jest tak samo nienaturalne jak przedmiot.

— Zaraz... Co..
Powietrze przeszył huk eksplozji. // Błysnęło zielonym światłem. Gdy wzrok Ornelli wrócił do normy zwierzę już leżało na ziemi, wierzgało kikutami. – Zwierzę Ornelli czy Filippy? Jak to się stało, że zraniono tylko konia, a bohaterce (czy nawet obu?) nic nie jest? Filippa (czy Ornella?) instynktownie zeskoczyła z siodła przed wybuchem? Spadła z konia i przeturlała szybko, by jej nie przygniótł (wątpliwe…)? Może użyła jakiejś ochronnej magii?
Dalej piszesz:
— Adan queen spars taer'lor vort!
Czyli: eksplozja była na tyle silna, że koniowi urwało nogi, stragan rozerwało w drzazgi, a Filippa tylko upadła i zaraz wstała jak gdyby nigdy nic. Zero obrażeń, szoku, nic. Jeszcze ziemi porządnie nie dotknęła, już zaklęcia rzuca? Albo jest androidem i dlatego, żeby to pokazać, nawiązałeś wcześniej do Dicka, albo ta bomba była jakaś dziurawa i działała tylko do metra wzwyż. Czy coś…

— Adan queen spars taer'lor vort! — Filippa wymówiła zaklęcie podnosząc się z bruku. – Ogólnie to też brzmi trochę tak, jakby ona potrzebowała tego zaklęcia, aby wstać.
Po wpisaniu formułki w Google dowiedziałam się, że chodzi o zaklęcie defensywne, tworzące pole ochronne, jednak… czemu tego nie ma w tekście? Nie wynika z niego, jaki efekt wywołał czar.
Dalej ludzie zaczynają uciekać, ktoś krzyczy o wiedźmach, ewidentnie się ich bojąc. Jednak miasteczko w pobliżu zamku Kapituły, szczególnie w dzień targowy, docelowo otwarte było dla czarodziejów, ba, to oni stanowili stałą klientelę. Czy bardziej niepokojący dla mieszczan nie był sam wybuch – bomba i tak dalej – niż ich obecność?

Ktoś próbował zatamować ranę na swoim brzuchu. Okoliczny stragan poszedł w drzazgi, a mężczyzna obok, leżał w kałuży krwi i przerażająco wył. – Ale co w takim razie z Filippą? Czy Ornella jako jej uczennica nie powinna wpierw zwrócić uwagi właśnie na swoją mistrzynię? Wątpię, że Filippę dałoby się wykończyć jakąś bombą, ale jednak akcja jest dynamiczna i pewne zachowania pozostają instynktowne. Takie mogłoby być na przykład zmartwienie Ornelli o osobę bliższą niż obcy mężczyzna.

Intensywny huk, kolejna eksplozja. Filippa coś krzyczała, nie miała pojęcia co. – I znów podmioty. Filippa na pewno musiała wiedzieć, jakie słowa wypowiadała, więc ewidentnie chodziło ci tu o Ornellę.

Słyszała jedynie szum, który wrzynał się w jej myśli. Zauważyła dwóch ludzi w brązowych płaszczach. Bez zastanowienia ruszyła z tępa, smagając konia piętami. – Z tępa? Domyślam się, że chodzi o stęp i miała ruszyć stępa. Tylko kto? Bo koń Filippy, na którą wskazuje kontekst, nie ma nóg, więc ciężko by mu było ruszyć – tym bardziej w pogoń czy do ucieczki – nawet gdyby miał to zrobić najbardziej nieadekwatnym do sytuacji, bo najwolniejszym tempem chodu konia, czyli właśnie stępem.
Chyba że chodziło o tempo. Na przykład: Bez zastanowienia ruszyła, nabierając tempa…

Przedzierała się przez ciżbę potrącając kolejnych ludzi. Jeden zabłąkany bełt przeszył kogoś w tłumie. Pędziła mijając kolejne stragany. (…)
– Wio Bonifacy! – Czyli Ornella uciekła, zostawiając swoją mistrzynię, którą ktoś właśnie próbował zabić?! Gdyby to była Fil u Sapkowskiego, to by kazała z adeptki pasy drzeć, a potem opanierować ją w potłuczonym szkle i soli. O kilku paskudnych zaklęciach i wyrzuceniu ze szkoły nie wspominając.

Z oddali widziała już bramę, podjeżdżając nieco bliżej ujrzała opuszczoną kratę. – Domyślam się, że wciąż chodzi o zamek Rissberg. W takim razie dlaczego teraz droga, która wcześniej trwała bardzo długo (Ornella wpierw mijała lasy, pastwiska, potem znowu lasy), teraz zleciała tak szybko? Rozumiem, że kobieta spieszyła się, ale to już wygląda na zagięcie czasoprzestrzeni.
Poza tym co z Filippą? Została na placu, czarując? Dlaczego Ornella ją zostawiła? Czy Filippa kazała jej ruszyć, może wezwać pomoc? Bohaterki nie wymieniły najmniejszego porozumiewawczego sygnału, praktycznie nic nie wiem o pobudkach ich działań. Filippa też nie wydawała mi się od początku postacią, która potrzebowałaby pomocy; to przecież potężna czarodziejka. Jej pole ochronne mogłoby objąć również Ornellę, a jeśli miała dla niej zadanie, czy nie powinna wydać jakiegoś polecenia? Scena, choć jest dynamiczna, jest przy okazji nieźle poszatkowana. Zbyt mało pada ważnych informacji, potrzebnych do zrozumienia fabuły. Wprawdzie mamy całkiem płynnie przedstawione działania postaci, ale nie ma niczego pomiędzy, co by te działania wyjaśniło.

— Zaprawdę powiadam wam bracia i siostry: Wieczny ogień płonie dla waszego odkupienia… — jakiś klecha próbował przekrzyczeć tłum swoim kazaniem, jednak jego głos dość szybko zgubił się wśród innych dźwięków. — Dlaczego klecha od Wiecznego Ognia (nadal od wielkich liter) brzmi zupełnie jak ksiądz katolicki, cytujący Jezusa z Nazaretu?

Mijała żebraków znajdujących się niemalże na każdym kroku, o jednego się potknęła. Nędzarz popatrzył na nią spode łba, wyciągnął ku niej ręce, próbował ją złapać za szatę. W porę odskoczyła. Przebijała się przez natłok ludzi. Co chwilę nerwowo spoglądała za siebie. Szukała wzrokiem jakiegoś zakamarku dla siebie. Stanęła za budynkiem, koniec uliczki oddzielał mur. – A ten akapit mi się podoba, bo jest całkiem dynamiczny, ale i jasny, rzeczy dzieją się w nim chronologicznie, opis daje pełen obraz, więc łatwo sobie go wyobrazić. To pierwszy taki fragment od początku lektury.
Efekt psuje jedynie powtórzenie. Może: Co chwilę nerwowo spoglądała za siebie. Szukała wzrokiem jakiegoś zakamarku, w którym mogłaby się skryć.

Ornella przeszła obok karczmy, przewertowała kieszenie w poszukiwaniu monet, jednak nic nie znalazła, jej sakiewka z cukrem też gdzieś zniknęła. Przysiagłaby, że jeszcze rano, miała ją przy sobie. – Wertować [PWN] «przeglądać książki, czasopisma itp., szukając potrzebnych wiadomości». 
Poza tym mistrzyni, koń, pieniądze…? Ot, błahostki. Ale co stało się z cukrem?! To się liczy! I to może mieć sens, tylko jeśli Ornella cierpi na cukrzycę, ale w każdym innym wypadku zdanie jest po prostu śmieszne.

Nawet nie wiem, jak miałabym skomentować ten fragment:
Przysiagłaby, że jeszcze rano, miała ją przy sobie.
— Niech żyyyje wooolność! Wolność i swobodaaa! — podśpiewywał zachrypniętym głosem mężczyzna, zataczając się w rynsztoku.




Najwyraźniej Boys wreszcie gdzieś zrobiło karierę… 
No dobrze, może to subiektywna kwestia, ale takie wyrywanie mnie co rusz ze świata fantasy do rzeczywistego przez kolejne odniesienia jest strasznie irytujące. Skutecznie uniemożliwia jakąkolwiek immersję, o którą i tak jest ciężko w tak chaotycznym tekście.

— Bez pieniędzy mnie wyśmieją… Może dałoby się… — rozejrzała się po okolicy. Naprzeciwko stała zakapturzona postać, nawiązali wzrokowy kontakt, ruchem głowy wskazał jej pobliską uliczkę.
— Ej suczki ra ra ra ra… Znamy wasze sztuczki ra ra ra ra…

Nie uprzedzałeś też, że będziesz pisał parodię. To, ewidentnie, jest element parodii. Albo nawet nie tyle, bo parodię podejrzewałam po pierwszej przyśpiewce. Druga stanowi już dość niski żart, bo i parodia musi mieć jakiś klimat. Tymczasem Ascetoholix [KLIK] do uniwersum Wiedźmina pasuje jak… jak…
Ano nijak.
[Naz] TO tu nie pasuje w żadnym razie. Jest wręcz groteskowo obmierzłe – jak mały różowy plasterek przyklejony na czole kogoś, kto ma poparzone dziewięćdziesiąt procent ciała i otwarte złamanie ręki.




Andrzej Sapkowski czy twórcy gry świetnie radzili sobie z oddawaniem rzeczywistości, nawet gdy chodziło o pijackie, rodzime przyśpiewki. Mamy chociażby cudowną piosnkę krasnoludów o machających członkach odganiających burzowe chmury [KLIK; powieść „Sezon burz”] czy kultową już dla serii gier przyśpiewkę kaedweńskich żołnierzy: [KLIK]. Co ci przyszło do głowy, żeby skorzystać z akurat czegoś tak bardzo nie w klimacie? Jak już chciałeś kopiować, zamiast wymyślać swoje (naprawdę nie ma w tym nic złego, piszesz przecież fanfiction, wystarczyłoby podać pod spodem źródło), mogłeś chociaż skorzystać z tekstów ludowych albo przerobić coś po swojemu, jak to często pijaccy żartownisie mają w zwyczaju. Nie wiem, Miała baba dopplera czy Kukułeczka kuka, dziwka Jaskra szuka, spozira, przebira i dupę zadzira.
Właściwie cokolwiek.

Naprzeciwko stała zakapturzona postać, nawiązali wzrokowy kontakt, ruchem głowy wskazał jej pobliską uliczkę. (…)
— Na pewno nie tutaj… — pokręciła głową. — Co ja tu robię? Co to za miejsce...
Lepiej tak niż: Co to za klub, co to za miejsce?* 
Nie, wybacz, przepraszam. Nie mogłam się powstrzymać. ;)
[*Fisz, „Czerwona sukienka”]

Snuła się po ulicy bez większego celu. – A nie miała iść za mężczyzną, z którym nawiązała kontakt wzrokowy? Co się z nim stało? Nie śledził jej, tylko został, gdzie stał, czy może sam poszedł w ciemną uliczkę? Ornella odpuściła to sobie, bo się go bała czy dlaczego…?

Krew tętniła w jej uszach, każdy kolejny budynek był brudny i odrapany, a mrok nocy powoli zaczął spowijać to paskudne miasto…
— „Chętne uda” — przeczytała napis na szyldzie. — Życie jest absurdalne... — pomyślała wchodząc do środka. — Lepsze to niż spanie na ulicy… – No nie wiem, to raczej kwestia gustu, ale ja bym wolała spać na ulicy niż w zamtuzie, na-wiadomo-jakich-warunkach.
Wydaje mi się, że Ornella jako uczennica czarodziejki nie znalazła się w zamku Kapituły pierwszy raz (podejrzewam to głównie po braku emocji związanych z przebywaniem tam oraz jakichś bardziej szczegółowych opisów). A to prowadzi mnie do kolejnego wniosku: Ornella nie pierwszy raz jest również w miasteczku pod Rissberg. Musiała je znać chociaż trochę i wiedzieć, czego się spodziewać, tymczasem jest zaskoczona, że budynki są obdrapane, a w pobliżu znajduje się zamtuz. Jakby w rzeczywistości bohaterka dopiero co została uczennicą Filippy i pierwszy raz wyruszyła z nią w podróż w te rejony, w dodatku wcześniej będąc wyżej postawioną szlachcianką, która rzadko przebywa sama w miasteczkach.
Nadal nie umiem również zrozumieć, dlaczego Ornella ani razu nie pomyślała o swojej mistrzyni. Nie zależało jej na niej? Nie martwiła się o nią? Tak naprawdę bała się jej i wcale nie chciała z nią podróżować? Nie wiem nic, bo i tekst w żaden sposób nie porusza tych tematów. Jakby Ornelli na rękę było zostawić Filippę przy pierwszej lepszej okazji i teraz będzie radzić sobie sama. Z drugiej strony jakiekolwiek minimalne zadowolenie z takiego obrotu spraw też powinno być ukazane w tekście.
Nasuwa się również pytanie, czemu Ornella nie szukała protekcji czarodziejów i czarodziejek z Rissbergu? W końcu jest adeptką magii, a jej uprowadzona mistrzyni – ważną personą w tym środowisku.

Ornella jednak wchodzi do domu rozpusty, a ja nadal zastanawiam się dlaczego. Czy to tam prowadził ją tajemniczy mężczyzna? Ale przecież nic o nim już nie wspominasz; niedawno bohaterka zostawiła go przed jakąś uliczką… Nic już nie wiem, gubię się.

Pośrodku sali siedział mężczyzna w bogato zdobionych, purpurowych szatach z bufiastymi rękawami i zawadiackim kapelusiku o spiczastym kształcie. Po jego bokach leżały dwie wtulone w niego półelfki. Mężczyzna grał na lutni spokojną i nastrojową melodię.
— Co tam grajku? Namyśliłeś się już? — rzekła kobieta, wzdychając przy tym. – Kto zapytał? Ornella, wchodząc, czy jedna z elfek? Bo wygląda to trochę tak, jakby właśnie Ornella zadała takie pytanie. Nie pasuje to wprawdzie do jej wystraszonych i niepewnych myśli, zresztą dalej w tekście pojawia się informacja o kobiecie w średnim wieku. Czy to jedna z leżących półelfek, czy jeszcze jakaś inna? Być może to burdelmama, która rozmawiała z grajkiem, zachęcając go, by wybrał jedną z ukazanych mu dam. Jednak nie powinieneś pisać tak, by rozwiewać wątpliwości czytelnika dopiero po czasie. Bez sensu, bo lepiej zapobiegać niż leczyć. Nie buduj tekstu w sposób wątpliwy i nie spiesz się, bo nie musisz. Poświęć tych kilka minut, aby zbudować scenę, która przekazuje najważniejsze informacje: kto, gdzie, co i jak robi. Na przykład:

Mężczyzna grał na lutni spokojną i nastrojową melodię.
— Co tam, grajku? Namyśliłeś się już? — Kobieta w średnim wieku podeszła do niego zza lady przy schodach. A kiedy drzwi zamtuzu otworzyły się szerzej – odwróciła się w ich stronę. Zbliżyła się do Ornelli.
— Witaj — uśmiechnęła się zachęcająco.

Widzisz? W takiej odsłonie dokładnie wiemy, kto mówi, skąd mówi, co robi i, ewentualnie, jak wykonuje dane czynności. Mamy pełen obraz i ciężko byłoby się w nim pogubić. Tymczasem wróćmy do twojej wersji:

Ornella powoli zamknęła za sobą drzwi. Podeszła do niej kobieta w średnim wieku.
— Witaj.
— Potrzebuje pieniędzy...
— Idź na piętro, pierwsze drzwi. Malena wprowadzi cię w temat.
Posłuchała. Poeta odprowadził ją wzrokiem. Zza pierwszych drzwi na piętrze dobiegały jednoznaczne jęki. Spuściła wzrok i zeszła z powrotem na parter. W międzyczasie dwie półelfki gdzieś poszły.

Dlaczego Ornella najpierw poszła na górę, by zaraz z niej zejść? Przeraziły ją jęki? Ale szukała pracy w zamtuzie, na bogów!
Edit: Okej, kawałek dalej wychodzi na to, że Ornella nie weszła do pokoju na polecenie kobiety, bo odwiódł ją od tego fakt, że Malena najwyraźniej miała klienta:
— Malena jest na piętrze — powtórzyła kobieta.
— Jest… zajęta — odpowiedziała po chwili nerwowo zaciskając pięści. – No dobrze, ale czy burdelmama nie powinna aby tego wiedzieć, zanim wysłała tam Ornellę? A może celowo chciała sprawdzić, czy bohaterka jest na tyle odważna, by tam wejść?

Brakuje mi skrzętnie wplecionych opisów miejsc akcji. Jeśli Ornella pierwszy raz trafiła do takiego miejsca, zapewne w oczy rzuciło jej się więcej elementów scenicznych. Tymczasem weszła tam sobie jakby nigdy nic i zwróciła uwagę tylko na inne postaci. Trudno wywnioskować, czy kiedykolwiek była w środku i czym wyróżnia się ten przybytek rozkoszy. Ornella zresztą w ogóle zdaje się nie mieć pojęcia, gdzie jest ani nie wiedzieć, jaką pracę próbują jej tu zaoferować. Jak to cielątko prowadzone na rzeź… A przecież aspirowała na czarodziejkę, i to przy boku Filippy, więc musiała mieć minimum dumy. Poza tym była inteligentna i podobno oczytana. Do tego narrator wspominał, że interesowała się genetyką, a nie… anatomią. To niepokojące, bo dość jednoznaczne. Chyba że Ornella naprawdę nie wiedziała, gdzie trafiła i odkryła to dopiero przy drzwiach izby, słysząc jęki. To jednak czyniłoby z niej okropnie, ale to okropnie naiwną i niedomyślną, aż do przesady! Tym bardziej że kobieta przed wejściem przeczytała szyld, który głosił: CHĘTNE UDA. Sugestywniej chyba się nie da, prawda? Bo czego niby Ornella miała się spodziewać, idąc na pięterko…? Nie może być aż tak infantylna, ma już dziewiętnaście lat. Jak na quasi-średniowieczne standardy krain, w których za mąż wydaje się nieraz i czternastoletnie dziewczynki, to powinna być całkiem świadoma, nieco bardziej dojrzała, by wiedzieć, jak działa świat. Nie wspominając, że była uczennicą Filippy Eilhart, jednej z najpotężniejszych i najbardziej wpływowych czarodziejek tej krainy. Wydaje mi się, że gdyby Fil wzięła sobie wychowankę, to byłaby ona osobą mądrą i utalentowaną, wymagającą specjalnego szkolenia… a nie specjalnej troski.
Obecnie najgorszą rzeczą w twoim sposobie pisania nie jest ogólny brak estetyki tekstu czy jego niska poprawność, bo to się niby da obronić redakcją. Niestety problemy sprawia konstrukcja fabuły, w tym kreacja postaci, a tego redakcja już ci nie naprawi. Piszesz tak, że właściwie do końca nie mamy pojęcia, co czytamy oraz jak sobie wyobrazić i wytłumaczyć pewne kwestie. Plus całkowicie pomijasz stronę wewnętrzną głównej bohaterki, jakieś jej przemyślenia i emocje, które powinny kotłować się w niej po zamachu. Nie znamy także jej planów, celu, pomysłów. Weszła do zamtuzu, okej, ale jak wpadła na to, że zarobi tam trochę grosza? Przecież nie miała w planie rozkładać nóg… A może jednak? A jeśli tak, to czemu tego nie zrobiła? Nic nie wiemy, a nie mamy nawet wystarczającej ilości danych, by się domyślać! Widzimy tylko tyle, że Ornellę za rękę prowadzi narrator czy inny imperatyw narracyjny. Kobieta nie myśli o tym, by udać się do domu rozpusty i po co miałaby to robić, za to narzeka na brudne miasto i zdegenerowanych mieszkańców, a jednocześnie – nie wiadomo dlaczego – wchodzi do akurat tego domu i już od progu wprost na totalnym luzie mówi, że potrzebuje pieniędzy. Widzisz ten absurd? Równie dobrze mogła iść próbować znaleźć nocleg za dzień służby w jakiejś gospodzie albo wrócić konno do zamku. Przecież była uczennicą czarodziejki z Kapituły i Najwyższej Rady Czarodziejów, więc ktoś powinien ją znać i przyjąć, ugościć, może posłuchać o losie porzuconej w miasteczku Filippy, której koń wybuchł pod zadkiem.
Poza tym jeszcze niedawno bohaterki znajdowały się przy targu, a więc podejrzewam środek dnia – skoro ruch był wtedy tak ogromny, jak opisywałeś. Nie minęło wiele czasu, a tu zaraz wspominasz mrok nocy. Ale słońce nie zachodzi w pięć minut. Coś tu zwyczajnie nie gra.

Mężczyzna nieprzerwanie ją obserwował.
Kobieta rozłożyła ręce i wróciła do rozmowy z mężczyzną [nim]. – Dalej mężczyzna rozmawia z kobietą i jakoś tak ten czas im płynie… A co w tym momencie robi Ornella? Generalnie wyobrażam sobie, że stoi kompletnie nieporadna na środku pomieszczenia i zupełnie nie wie, co ma ze sobą zrobić. Może by gdzieś chociaż, nie wiem, usiadła? Może ktoś mógłby na rozluźnienie zaoferować jej wino czy cokolwiek? Burdelmamie też nie przeszkadza, że jakaś pierwsza lepsza dziewka, i to pewnie brudna, być może nawet zakrwawiona od wybuchu bomby, weszła sobie tak po prostu z ulicy i uznała, że może zostanie kurtyzaną? Żadnych, nie wiem, pytań o kwalifikacje i przeszłość? Uprawiać seks też trzeba umieć, a i przynajmniej na pierwszy rzut oka zdrową oraz czystą wypadałoby być. Czy oglądałeś „Grę o Tron”? Wymowna scena prosto z domu rozkoszy Petyra Baelisha ukazująca nauki dziewcząt przygotowywanych do zaspokajania mężczyzn była dość wymowna, ale i trafna. Tymczasem tu najwyraźniej wystarczy wejść i mieć kobiece uda. Nawet nie wiadomo, czy chętne, bo i Ornella nie wygląda na pewną siebie profesjonalistkę, ale nikt o to nie pyta, bo po co. Tak do końca nawet nie wiem, co ona ma na sobie i jak się prezentuje, bym mogła to samodzielnie ocenić. Kobieta w średnim wieku mogłaby przynajmniej zapytać ją o coś lub skomentować, że się nada. Cokolwiek. Cokolwiek jest lepsze niż nic.

— Cenię sobie towarzystwo płci pięknej. Nic na to nie poradzę. Ale nie o to chodzi. — Mężczyzna machnął ręką.
— To w takim razie o co? — Kobieta patrzyła na niego w skupieniu ale doczekała się jedynie kilku wymijających odpowiedzi. – Taki skrót w dialogu nie robi roboty. Z czym ci się śpieszy? Dlaczego nie możesz napisać kilku linijek, żeby dać czytelnikowi poznać postać i wczuć się w historię? Domyślam się, że trubadurem jest Jaskier, znany gaduła. Dlaczego nie może sobie pogadać? W sadze o wiedźminie pełno jest rozmów Jaskra z Geraltem o dupie Maryni, więc skoro zdecydowałeś się na fanfika, oddaj też tę estetykę i daj bardowi pogadać.

— To w takim razie o co? — Kobieta patrzyła na niego w skupieniu ale doczekała się jedynie kilku wymijających odpowiedzi.
— ...I tak chcesz rozwiązać swoje problemy? — Ornella skrzywiła się.
Oboje w tym samym momencie spojrzeli na nią. Ornella szukała wzrokiem odpowiedzi na ich twarzach. Poeta mierzył ją wzrokiem. Ornella wbiła wzrok w podłogę, jakby chciała zapaść się pod ziemię. – Przyzwyczajona do tego, że nawet myśli bohaterki rozpoczynasz pauzą, sądziłam, że bohaterka pomyślała sobie tak zuchwałą kwestię. Tymczasem reakcje reszty postaci sugerują mi, że jednak wypowiedziała ją na głos. Na pewno to do niej podobne? Do tej pory była cicha, grzeczna i potulna jak baranek, czy to przy swojej mistrzyni, czy tutaj. Aż nagle wyrywa się jej coś takiego? Nie umiem stwierdzić, czy to do niej pasuje; poznałam ją jako naiwną i wystraszoną, narracja aż do teraz nie dawała mi niczego innego. Trochę stron już minęło, więc jestem zaskoczona.

— Ty chyba nie jesteś tym za kogo się podajesz — powiedział w końcu. — Przecież za nikogo się nie podała. Nie przedstawiła się, a jedyne, co powiedziała, to że potrzebuje pieniędzy i że Malena jest zajęta. Wydukała dwa zdania na krzyż, nic więcej. Czy coś przegapiłam?

— A kim w takim razie? — Pociła się. Wydawało się jej, że wszyscy to widzą. Stała w miejscu jak sparaliżowana. – Po tej wypowiedzi bohaterowie jakby nigdy nic zmieniają temat, przechodząc do kwestii zamkniętego miasta i nikt już nie dopytuje Ornelli chociażby o jej imię. Czy to niedziwne? Zrządzenie losu, że ani poeta, ani właścicielka domu nie są nią aż tak zainteresowani.

— Miasto jest zamknięte na cztery spusty, nikt nie wejdzie i nikt nie wyjdzie. — Poeta patrzył na dziewczynę. – Ale przecież Ornella i Filippa weszły do miasta, i to niedawno. Chyba że miasteczko zamknięto po zamachu bombowym na Filippę… Wtedy, po pierwsze, trzeba by było o tym wspomnieć, a po drugie: to i tak zdarzyło się chwilę wcześniej, więc skąd poeta, zajęty chędożeniem (czy oglądaniem, nie jestem do końca pewien) nie jednej, a dwóch dziewek jednocześnie, miałby o tym wiedzieć? Gdy Ornella weszła do zamtuzu, on już tam był!

Ornella uciekała wzrokiem po wszystkich ścianach.
— Prędzej czy później będą musieli je otworzyć. Jeśli zablokują handel to kupcy zaczną się burzyć — kontynuował. – Jak można było zamknąć osadę, która nie ma nawet własnych murów, a jedynie płot? Jeśli chodziło o to, że zamknięte są stragany, to i tak w miasteczku pod Rissberg te otwarte są tylko w środy. Niewielka strata.

— Nie patrz tak na mnie, plotki podróżują szybciej od wiatru.
— Nawet jeśli, to tutaj jej nie znajdą — wtrąciła się niespodziewanie kobieta. - Łowców czarownic mi tutaj brakuje. Bo jeszcze ich tutaj nie miałam… — rzekła przewracając oczami. – Ale skąd ta pewność? Kobieta nie poświęciła minimum wysiłku, by upewnić się, że w swoim przybytku rozpusty nie ma aby czarownicy właśnie teraz.

Poeta uwielbiał mówić. Po jakimś czasie zmienił temat, zaczął opowiadać o poezji, o byciu wędrownym bardem, ogólnie o sobie samym. – I Ornella na to co…? Wychodzi na to, że nadal stoi jak stała, a nikt na to nie reaguje. Przyszła sobie jakaś taka cichociemna, nie wiadomo nawet skąd, i stoi… Skoro się nie przyznaje do oszustwa, to już jest swoja…? I to akurat wtedy, gdy miasto zamknęli. Żeby chociaż faktycznie wzięła się do roboty, ale ona nic. I nikt niczego od niej nie wymaga. Czy to nie jest zbyt idealistyczna wizja? Naiwne!

Loża czarodziejów wspomogła rebelię w górnym Aedirn, zleciła zabójstwo Demawenda i za pomocą marionetkowego władcy, chcieli kontrolować dolinę pontaru, najważniejszy szlak handlowy, a co za tym idzie praktycznie całą północ. – Dlaczego poeta tłumaczy Ornelli, czym jest Dolina Pontaru? Gdybym wiedziała chociaż, skąd bohaterka pochodzi, mogłabym sama sobie wywnioskować, czy historia tego regionu powinna być jej znana lepiej, czy gorzej. Inna sprawa, że o tak wpływowym rejonie nie wypada nie słyszeć…

Pamiętam jak to było wczoraj: Loża czarodziejów wspomogła rebelię w górnym Aedirn, zleciła zabójstwo Demawenda i za pomocą marionetkowego władcy, chcieli kontrolować dolinę pontaru, najważniejszy szlak handlowy, a co za tym idzie praktycznie całą północ. Sama przyznasz, że zasłużyli na swoją renomę. – Kto? Czarodzieje, rebelia, kupcy z Doliny Pontaru, szlak handlowy czy ludzie z północy? Na pewno w jakimś stopniu wynika to z gry i książek, i wiąże się z ich znajomością, ale, raz jeszcze: tekst powinien bronić się sam. Przy czym nikt ci nie każe tłumaczyć podstaw i jakichś oczywistości typu: kim są wiedźmini. Ale tutaj mowa o polityce i o koneksjach, które w akurat tym uniwersum są dość płynne i zmienne, bo dużo się dzieje. Musisz mieć na uwadze, że może kiedyś będą chcieli cię czytać odbiorcy, którzy znają ten świat tylko z grubsza. Zwróć się ku nim i pisz tak, by i oni cokolwiek mogli z tego wynieść.

— Jaaa ...może już pójdę — wydukała i wyślizgła się spod jego ręki, dostrzegła na jego twarzy lekki grymas.
Poszła na górę. Noc spędziła w pokoju z dwiema półelfkami. – Ale te kurwy gościnne, aż się serce raduje. Przyszła obca baba nie wiadomo skąd, a te ją od razu wzięły pod swój dach, pod skrzydła, i wpuściły do łóżka. Jednak dobro jeszcze nie zginęło w uniwersum Wiedźmina.
Jedno mnie tylko zastanawia: co na to właścicielka przybytku? Dlaczego nie dopilnowała, by Ornella faktycznie spotkała się z Maleną? Przecież dom publiczny to nie dom pomocy społecznej. A co, jakby dwie półelfki musiałyby przyjąć klientów? Albo Jaskier by się w końcu zdecydował?
Rośnie nam liczba szczęśliwych zbiegów okoliczności. Nikt nie wypytuje Ornelli o jej godność i pochodzenie plus jakby nigdy nic udało jej się przespać za darmo. Mam nadzieję, że dźwięki jęków Maleny nie przeszkadzały jej w nocy. Na dobrą sprawę nie wiem, jak bohaterka czuła się w takim miejscu i co planowała zrobić następnego dnia, zasnęła z miejsca, jakby była u siebie (i wcale nie gryzło jej sumienie o to, że opuściła Filippę). Ciągle gnasz gdzieś jak na złamanie karku, a należytą uwagę poświęcasz głupotom.

Nie przykładały większej uwagi do jej obecności, równie dobrze mogłoby jej tam w ogóle nie być. Nie były też specjalnie rozmowne, porozumiewały się między sobą za pomocą spojrzeń i drobnych gestów... – A wiesz, jak ja to sobie wyobrażam? Otóż tak:

– Psst! – Jedna z nich mrugnęła porozumiewawczo.
Widząc to, druga podeszła do niej na palcach i zerkając ukradkiem na obcą, która wydawała się zasnąć kamiennym snem, mruknęła:
– A ty wiesz w ogóle, kto to, do cholery, jest?
Pierwsza elfka skrzywiła się i wzruszyła ramionami.
– Nie, ale śpi w mojej pościeli i capi końską juchą. Daj tu ten jej tobołek, sprawdzimy, co tam nosi. Może jakieś błyskotki…?

Była noc. Dziewczyna weszła do kamienicy, powoli otworzyła drzwi od mieszkania. – Od mieszkania? Z ciekawości przejrzałam chociażby „Ostatnie życzenie” A. Sapkowskiego w poszukiwaniu tego słowa (użyłam opcji: przeszukaj), ale nic nie znalazłam. Może dlatego, że w uniwersum tym ludzie… nie mieszkali w mieszkaniach? Nie ma też żadnych kamienic ani nic w podobie.

Spokojnie stawiała kolejne kroki po pomieszczeniu. – Usunęłabym podkreślenie. To oczywistość, bo wspominałeś już, gdzie Ornella się znajdowała.
Sen – domyślam się wspomnienia z domu rodzinnego – wyszedł mało przejmująco. Raz, że to praktycznie sam dialog z krótkimi komentarzami narracyjnymi przedstawiającymi truizmy (wynikające już z wypowiedzi, na przykład: — Proszę cię, przestań już. — Kobieta próbowała ich pojednać), dwa: brakuje opisów, które sprawiłyby, że wczułabym się w oniryzm tej sceny. Niczym nie różni się ona od scen przedstawiających to, co dzieje się na jawie. Ograniczasz wszystko, nie pobudzając zmysłów odbiorcy. Opis miejsca kończy się na tym, że pachniało tanią gorzałką, a opis postaci – że matka Ornelli była starszą kobietą. MAŁO!
Ojciec do córki zwraca się per gówniarzu. Dlaczego nie: gówniaro? Przeszło mi przez myśl, że może Ornella była kiedyś chłopcem, ale gdy zaczęła nauki czarodziejskie, zadziałała na nią jakaś magia, przez którą ojciec ją wyklął. Jednak kłócą się oni o jej chłopaka, więc pewnie wnioskuję na wyrost.

— Ona nie jest moją córka — powtórzył. — Nie chcę jej tu widzieć.
— Dobrze że ciebie się przyjemnie ogląda… — nie wytrzymała.
— Ja jestem u siebie — odezwał się pan i władca domu. – Po co jest ta cała rozmowa? Nie rozumiem; na gadkę z bardem (która notabene pomogłaby mi bardziej zrozumieć choćby koneksje polityczne krainy) nie było czasu, na porządną scenę tłumaczącą, gdzie i po co kobiety jadą – nie było miejsca, poskąpiłeś nawet pikantniejszych opisów ponętnych półelfek, autorze. Natomiast poświęciłeś prawie stronę na dialog, który nie wnosi do fabuły absolutnie niczego. Czemu?
Edit: Dalej w tekście okazało się, że obecna tu retrospekcja pojawiła się w tekście tylko po to, żeby pod koniec opowiadania Ornella mogła przeżyć trigger i wydrzeć się na kolegę. Fragment ten wnosi więc motyw kłótni do dalszej sceny, która z kolei… nie wnosi nic. Tymczasem tu i teraz, jako czytelnik (znający już dalszą treść), nadal czuję się oszukany, ograbiony z interesujących mnie szczegółów na korzyść sceny, której sensu nie będę w stanie jeszcze długo pojąć.
Rozumiem, że chcesz pokazać, iż Ornella nie ma jakiejś super fajnej przeszłości, i to się ceni, ale aby to miało sens, powinieneś wpierw skupić się na rzeczach naprawdę istotnych. Wyobraź sobie fabułę opowiadania jako piramidę. To, co dzieje się tu i teraz (w rzeczywistym czasie akcji), stanowi podstawę – grunt – bez której każdy kolejny element fabularny nie będzie mógł się obejść. Za to retrospekcje, sny i inne rzeczy, które nie budują akcji bieżącej, a jedynie uzupełniają obrazek, są, no cóż, uzupełnieniem – wyższym szczeblem piramidy, który nie wpływa na istnienie stabilnej podstawy; ona musi być stabilna sama w sobie. Bez tego – wiedzy o tym: kto, gdzie, co i dlaczego – nie trzeba sięgać po nic wyżej, nic więcej. A ty sięgasz tam od razu, już w pierwszym rozdziale, kiedy w rzeczywistości czytelnik gubi się i bez tego. Jakbyś był budowniczym i chciał stawiać budowle bez uformowania trwałego podłoża… To dlatego tekst ci się sypie, a czytelnik co rusz się o coś potyka i czegoś nie rozumie. Jeszcze nie wykreowałeś ciekawej i zrozumiałej bohaterki, która porusza się na planie, a już próbujesz wypchać tekst informacjami o jej przeszłości i innych rzeczach, ale te nie sprawią, że czytelnik się odnajdzie. Ba, zgubi się bardziej, bo mnożysz wątków, zamiast zająć się tymi, które już masz. A to ciągle pierwszy rozdział.

Na tym etapie ocena liczy 28 strony A4 (łącznie z punktem o poprawności), tymczasem przeczytaliśmy dopiero 8 stron tekstu. To prawie czterokrotnie więcej materiału, niż zdążyłeś napisać. Jeśli dalej będzie szło tak topornie – skończymy ocenę na rozdziale pierwszym. Zapewne masz już nad czymś myśleć i wiesz, co szlifować, by następnym razem zgłosić tekst w znacznie lepszym stanie, gotowy do czytania. 
Zwykle na WS staramy się w głównej mierze pod lupę brać fabułę, a część dotycząca korekty rzadko wpływa na notę końcową. Błędy da się poprawić na etapie wydawniczym i autorzy, którzy je robią, nie są odsyłani z kwitkiem. Ale trudno pracować z autorami, którzy nie podrzucili tekstu poprawnie skonstruowanego na poziomie fabularnym, chociażby kreując postaci o nieumotywowanych działaniach, o zmiennych sylwetkach psychologicznych i takich, co nie przeżywają wydarzeń dziejących się w fabule. Poza tym tutaj fabuła nie jest nawet prawidłowo zawiązana, bo jak na razie nie ma czego wiązać, ona nawet nie jest rozpisana, może zaczęta… Na dobrą sprawę co najwyżej liźnięta. Ornella nie dość, że nie posiada wyraźnie zarysowanych cech charakteru wpływających na jej decyzje i poprzednie czy dalsze losy, to jeszcze zupełnie nie reaguje na rzeczy, które dzieją się wokół niej. Zacząłem nawet podejrzewać u niej poważne zaburzenia psychiczne, brak kontaktu z rzeczywistością, zdolności interpersonalnych, poczucia odpowiedzialności, przywiązania do ludzi. Bohaterka podejmuje decyzje oparte wyłącznie na emocjach, których nie umie w żaden sposób okazywać. Ta dziewczyna powinna się uczyć samodzielnego funkcjonowania, nie magii. Nocuje w zamtuzie jakby nigdy nic, mimo że dzień wcześniej przeżyła zamach na swoją mistrzyni. Zamiast zastanawiać się, czego być może chciał od niej mężczyzna w kapturze, Ornella z zupełnie własnej woli trafia do domu rozpusty i pyta o pieniądze. Zamiast myśleć o tym i planować, co dalej – w końcu jest już dziewiętnastoletnią adeptką magii – spędza długi czas na słuchaniu opowieści poety i w oczekiwaniu, aż jedna z kurtyzan do niej zejdzie, też nie wiadomo po co, bo w końcu Ornella się z nią nie spotyka. Nigdy też nie przyznaje się bardowi i kobiecie na parterze – kimkolwiek ona była – do tego, kim jest, ale to w sumie nikomu nie przeszkadza. Trafił swój na swego…
Ze wspomnień sennych wynika za to, że bohaterka miała w swoim życiu jakiegoś chłopca i wracała do domu późnym wieczorem, ale w zamtuzie wydaje się być naiwna i zagubiona, infantylna i cały wieczór spędza, stojąc na środku westybulu jak słup. Kiedy mistrzyni jest dla niej miła i daje jej książkę o wiedźminach (o której prawie zdążyłam już zapomnieć), Ornella płoszy się i ucieka wzrokiem, ale jakiemuś obcemu poecie i burdelmamie pyskuje i ma czelność wbijać na kwadrat nieznajomym półelfkom, które – halo! – są w pracy, bo wciąż czekają, aż poeta się zdecyduje, prawda? I gdzie tak w ogóle podziała się właścicielka tego lokalu…?

Przeciągnęła się, wyczuła pod poduszką mieszek monet. Rozejrzała się po pokoju, była sama.
— Nie powinnam… a może? Nie… — Znów się przekręciła, coś gniotło ją w udo. Wyjęła z odmętów kieszeni jedną kostkę cukru.
Patrzyła na nią, obracając w palcach. — Może ten talent w końcu na coś się przyda… – Jaki talent? Że ktoś jej podrzucił w nocy pieniądze? To nie żaden talent, tylko imperatyw narracyjny. Ważne, że ma cukier, w końcu tym martwiła się najbardziej.

Zobaczyła kupieckie karawany w dzielnicy handlowej. Zobaczyła jak ludzie wjeżdżają i wyjeżdżają z miasta. Jej wierzchowiec też tam był. – A czy miasto przypadkiem miało nie być zamknięte? Dobrze pamiętam słowa poety: Miasto jest zamknięte na cztery spusty, nikt nie wejdzie i nikt nie wyjdzie. – Więc… co się dzieje?

Opuściła zamtuz. Zabrała ze sobą torbę z bezcennym rękopisem (…). – Aha! Czyli ta książka, którą Filippa rzuciła w nią od niechcenia, żeby młoda miała co czytać po drodze, to nie była jakaś tam książka, tylko bezcenny rękopis. Albo „Sówka” ma tu większy rozmach niż w oryginale, albo nie tylko oczy postradała.

Zabrała ze sobą (…) mieszek monet. – Tutaj także się gubię. Nie wiem, czy Ornella właśnie okradła właścicielkę lokalu i pracujące tam dziewczyny, czy chodzi tu o ten sam mieszek, który znalazła pod poduszką. Ale już wtedy go zabrała ze sobą, więc teraz, kilka zdań dalej, gdy wyszła już z zamtuzu, to brzmi, jakby zabrała jeszcze jakiś dodatkowy, z westybulu.
Twoja bohaterka ciągle ma szczęście. Nikt jej nie podprowadził konia (którego puściła w nocy luzem, a który okazał się nocować dość blisko), nie okradły jej nowe współlokatorki, nikt nawet nie poskarżył się, że spała za darmo w ich pokoju, a gdy wyszła – zamtuz okazał się pusty i Ornella nikogo w nim nie spotkała, nikt nie zadawał jej niewygodnych pytań, mimo że na ulicy robiło się już gwarno.

Zwierzę ruszyło z tępa. – Stępa. Dalej masz: Potrąciła kilku mieszczan, obejrzała się, zwolniła. Przykleiła się do jakiegoś samotnego jeźdźca. Ten spojrzał na nią ukradkiem. Kiedy minęli bramę, oddzieliła się niego. Z powrotem przeszła w galop. – Nie mogła z powrotem przejść w galop, jeśli po miasteczku jechała stępem. Ale też w tym chodzie nie potrąciłaby nikogo. Przydałaby się informacja, że przyspieszała stopniowo, na przykład do kłusa, a dopiero za bramą – galopem.
Ale – hej! – jaką bramą, jakie ruszyło stępa, jakie przykleiła się do jakiegoś samotnego jeźdźca? Przecież pisałeś, że miasto zostało zamknięte i nikt ani nie wyjdzie, ani nie wejdzie…

— Może jednak powinnam była wrócić po mistrzynię? – Alleluja! Ornella wreszcie pomyślała o swojej mistrzyni. Żal jej było konika, książki, a nawet kostek cukru, ale dopiero teraz myśli o swojej opiekunce, nauczycielce, ogólnie drugiej żyjącej osobie… Mała psychopatka.

Ale tam jest cały zastęp łowców. – Cały zastęp? Dlaczego dowiaduję się tego dopiero teraz? Wróćmy się na moment:
Koń Ornelli stanął dęba. Intensywny huk, kolejna eksplozja. Filippa coś krzyczała, nie miała pojęcia co. Słyszała jedynie szum, który wrzynał się w jej myśli. Zauważyła dwóch ludzi w brązowych płaszczach. Bez zastanowienia ruszyła z tępa, smagając konia piętami. – No to faktycznie cały zastęp…

Może Filippa im ucieknie. Może wcale jej nie złapali... – Ale dlaczego Ornella w ogóle wątpi, że Filippa nie poradziłaby sobie z dwoma łowcami? Kobieta była naprawdę potężną maginią, potrafiła, na przykład transmutować w sowę. Pamiętasz to jeszcze?




Tymczasem Ornella wydaje się w ogóle nie wierzyć w jej możliwości. Niby zastanawia się, czy Filippa uciekła, ale nie czuć w tym żadnej pewności, raczej czcze nadzieje i naiwne gdybanie. Jednak dziewczyna też nie dała sobie ani Filippie czasu na odpowiednią reakcję podczas zamachu. Zadziała pod wpływem instynktu – wystraszyła się wybuchu i popłochu ludzi, zobaczyła dwóch facetów w płaszczach i uciekła. A przecież ona, o dziwo, nawet nie spadła z konia, więc równie dobrze mogła podjechać do Filippy, pomóc jej wsiąść, gdy ta tworzyła pole ochronne przed bełtami kusz. Albo, skoro Ornella sama zna jakieś podstawowe zaklęcia, jakoś inaczej mogłaby jej pomóc. Wniosek jest bardzo prosty: Ornelli brakuje doświadczenia, odwagi i instynktu samozachowawczego, który pozwoliłby jej z zimną krwią podejmować właściwe decyzje. Czy to źle? Nie wiem. Z jednej strony na stronach powieści bohaterowie często przechodzą swoją drogę i przemianę, rozwijają się z na przykład średnio utalentowanych aż do superbohaterów – i to jest w porządku. Ale jednocześnie ta ich bohaterszczyzna nie bierze się zupełnie znikąd, już od początku postaci te wykazują pewne skłonności i ukryty potencjał. Ja w Ornelli takiego potencjału nie widzę. Uciekła i cały wieczór nie poświęciła minuty, by pomyśleć o Filippie, jakby chciała wyrzucić z głowy to, co się wydarzyło, spisać mistrzynię na straty i jakoś zacząć od nowa. A teraz, gdy ktoś przyłapał ją na kradzieży konia (który notabene był jej, tylko Ornella puściła go wolno, a teraz faktycznie chce go ukraść komuś, kto go znalazł), zestresowała się i znów uciekła; dopiero jak pozornie ktoś chciał dla niej źle i o coś ją posądził, łaskawie przypomniała sobie o swojej mistrzyni, bo przy jej boku może byłoby Ornelli lepiej. Wychodzi więc też na egoistyczną. Nie mam podstaw, by ją lubić, a jej naiwne myślenie i ojojanie zaczynają mnie drażnić.

Ornella zmierzała w kierunku z którego przybyła, drogę już znała więc planowała znaleźć się w Rissbergu możliwie jak najszybciej. – Miasteczko pod Rissberg naprawdę nie jest aż tak oddalone od zamku. Równie dobrze Ornella mogła wyruszyć do niego już wczoraj, bo tam, gdzie trafiła, nie wydarzyło się nic, co miałoby wpływ na fabułę; no, może poza tym, że bohaterce znikąd pojawił się pod poduszką mieszek (czego nie zauważyły dwie półelfki w tym samym pokoju). Ale taka sytuacja mogłoby się wydarzyć gdziekolwiek. Pomyśl sam: co Ornella – a więc i czytelnik – ma z tego, że trafiła do zamtuzu? Kompletnie nic. Czuję, jakbym przeczytała z pięć stron waty słownej.

Pognała konia przechodząc w cwał. Obejrzała się i zjechała z traktu. Po chwili usłyszała niosący się echem czyiś krzyk. Podjechała bliżej, zsiadła z konia i skryła się za drzewem. – Cwałując, z niego zjechała? Gdzie? W las? Jeśli chciała się ukryć za drzewem, musiała trafić w jakąś gęstwinę. To niebezpieczne! Cwałujący koń może jechać z pięćdziesiątkę na godzinę, więc nie ma szans na odwracanie się i zjeżdżanie z prostej drogi, o szybkim hamowaniu też nie może być mowy. Tymczasem Ornella usłyszała krzyk i podjechała już całkiem spokojnie do drzewa i skryła się za nim. Ale musiałaby najpierw zwolnić do galopu, potem kłusa, dopiero następnie wjeżdżać między drzewa. A wtedy w rzeczywistości byłaby dawno w przodzie i prawdopodobnie nie zobaczyłaby sceny, która działa się za nią. Najlepiej więc w ogóle nie wspominać, że bohaterka cwałowała.

Dwóch łowców czarownic szarpało się z niskim osobnikiem o karykaturalnie rozlanej fizjonomii ciała, długimi kończynami i haczykowatym nosie. Obalili nieszczęśnika na ziemię, jeden przycisnął go kolanem a drugi założył kajdanki. —
— To bandytyzm, ja niczego… — nie dokończył, leżąc dostał kilka kopniaków. —
— Kurtz! Wystarczy.
— To parszywy odmieniec. Należy mu się...
— O tym zadecyduje arcykapłan Willemer. Znęcanie się nad nim nie jest konieczne. – Do tej pory łowcy wiedźm dali się poznać jako ludzie niewahający się przed rzuceniem bomby pod nogi konia na zatłoczonej ulicy, co zabiło przynajmniej rzeczone zwierzę i jedną niewinną osobę, a drugą pozbawiło straganu. A tu proszę, okazuje się, że mają nie tylko etykę zawodową, ale nawet jakieś ludzkie odruchy miłosierdzia.

Kurtz patrzył na niego wzrokiem pełnym wyższości i pogardy. W ten jego kompan dostał w głowę kamieniem. – Błagam, powiedz mi że to nie Ornella rzuciła tym kamieniem. Proszę, niech to nie będzie dziewczyna, która parę stron temu porzuciła swoją mistrzynię – kiedy tej groziło śmiertelne niebezpieczeństwo – a teraz decydująca się ryzykować życie, żeby uratować obcego.

Drugi łowca zauważył trajektorię pocisku i sylwetkę postaci. Zwolnił cięciwę. Postać zdążyła schować się za drzewem. – A jednak Ornella… Czy to noc w zamtuzie wlała tyle odwagi i szlachetności w jej wcześniej samolubne i tchórzliwe serce? Tak wielką zmianę zachodzącą w charakterze głównej postaci trzeba umotywować.

Chwilę później Ornella była już na koniu i znów gnała na złamanie karku. Pogalopowała jeszcze niecały kilometr po czym nagle jej koń padł na ziemię a ją samą niemalże przygniótł. Wierzchowiec już się nie podniósł.
— Bonifacy! — Dziewczyna wtuliła się w leżącego towarzysza.
— Zajeździłaś go na śmierć — powiedział tajemniczy osobnik, chwilę później wygrzebał się z gęstych krzaków. (…) – Wróćmy się na moment. Ornella nie zajechała zwierzęcia, będąc w drodze z Filippą, bo kobiety podróżowały spokojnie, a w Rissbergu, gdy przebywały w bibliotece, na pewno Bonifacym zajęli się koniuszy. Potem Ornella wróciła do miasteczka, które nie było przesadnie daleko i koń spędził raczej spokojną noc. Teraz cwałowała nim ledwo kawałeczek, potem przegalopowała niecały kilometr… Wniosek? To chyba ten koń miał jednak cukrzycę i padł przez hipoglikemię.
Drogi autorze, mam coraz silniejsze wrażenie, że nie robisz żadnego researchu ani nawet nie czytasz tego, co sam napisałeś. Konia nie da się zajeździć na tak krótkim odcinku. Koń to zwierzę i oczywiście zdarzyć się może, że przy dużym wysiłku padnie na serce, jednak to wiąże się z wadą wrodzoną. Wtedy zrobi się na nim taki interwał raz i zwierzę przekręci się od nagłego wysiłku. Przy czym zakładając, że Bonifacy to koń Ornelli, na którym jeździ ona cały czas, nieraz zresztą ekspresyjnie (Ornella nie boi się cwału ani galopu, więc musi dobrze jeździć konno), no to wątpię, by padł od samego zajechania. To stwierdzenie równie absurdalne jak to, że ktoś umarł z głodu, bo nie zjadł śniadania.
Poza tym doppler, jak widać: bez konia, pokonał ten sam odcinek w czasie niewiele dłuższym, a nie ma nawet zadyszki.

— Jestem Albert Silberman i jak już zapewne zauważyłaś, jestem przedstawicielem starej i szlachetnej rasy. Chętnie uścisnął bym ci dłonie, ale jak sama widzisz… — stworzenie odwróciło się, ukazując kajdany na jego długich rękach.
Żyły dopplera w miejscu zacisku przybierały ciemnozielony odcień.
— Dwimeryt. No przecież… — odrzekła ocierając łzę, która spłynęła jej po policzku. — Coś wymyślimy — dodała po chwili.
Doppler czekał na skraju lasu, ona tymczasem poszła odszukać lokalnego kowala. Jegomość był niski, krępy i brodaty. Klepał coś swoim młotem. Podeszła bliżej. Krasnolud spojrzał na nią znad kowadła. – Na szlaku Ornella spotkała dopplera w kajdankach, które postanowiła pomóc mu zdjąć. Po Bonifacym spłynęła jedna łza i… tyle? Zostawią to martwe zwierzę tak na środku trasy? Poza tym gdzie Ornella poszła szukać tego kowala? Jeśli wróciłaby do miasteczka, musiałaby przejść ten przegalopowany kilometr i jeszcze trochę, bo przecież wcześniej kawałek cwałowała. Skoro chowała się za drzewami (do tej pory wyobrażałam sobie, że szlak otaczają lasy), nachodzi mnie inna myśl: czy kowal na dorobku na pewno otworzyłby zakład gdzieś poza miastem? Chyba że Ornella poszła do następnego miasteczka, ale tych nie budowano w takich małych odległościach od siebie, więc przed sobą pewnie też miałaby daleką drogę. A jeśli się wróciła – czy to na pewno dobry pomysł, skoro dopiero co stamtąd uciekła, bo była poszukiwana za kradzież? Nawet się nad tym nie zastanowiła. Do tego, tak tylko przypomnę, uciekała też w konkretnym celu – miała odnaleźć swoją mistrzynię, która mogłaby potrzebować pilnej pomocy. Ornella już o tym zapomniała – jak o Bonifacym i wszystkim innym? Samotna łza spłynęła po jej policzku i już po sprawie, bo nagle otrzymaliśmy nowego questa. Yay!

— Można wiedzieć czemu się tak czaisz? Chcesz coś?
— Bo ja mam takiego kolegę ...i on ma taki problem… — Patrzyła w dół, wiercąc nogą dziurę w ziemi. – Przypomnij mi: ile Ornella ma lat?
Gdyby była siedmiolatką zwracającą się do nauczycielki albo cioci w fanfiku „Ani z Zielonego Wzgórza”, faktycznie mogłaby tak zacząć zdanie. Jako dziewiętnastoletnia adeptka magii z uniwersum o wiedźminach – nie. Zwyczajnie nie.

Tym razem zębatka się zacięła i za cholerę nie chciała puścić.
— Nożesz …kurwa ...twoja ...pierdolona mać. — Krasnolud cedził przez zęby. Zębatka puściła. Błysnęło zielonym światłem.
— Co to było? — zapytał doppler.
— Starożytne krasnoludzkie zaklęcie, ot co — burknął kowal, krzyżując ręce. – O! A to było dobre!
Inna sprawa, że budowanie napięcia w ten sposób jest absolutnie pozbawione sensu, jeżeli zaraz jest rozładowane. Druga zębatka, choć zapowiadasz ją jako problem, ostatecznie okazuje się wcale go nie stanowić. 

— Ile się należy? — zapytała uśmiechając się jeszcze śliczniej.
— Wy pierwszy raz u mnie?
— Na to by wychodziło.
— To pierwsza wizyta na koszt firmy. Kompani spojrzeli po sobie. Nagle poczuła się źle. Po cholerę był jej ten mieszek?
— Wy jeszcze tutaj? Już zmiatać mi stąd…
Wyszli tylnymi drzwiami. – Wciąż przerzucasz swoją postać od jednej krótkiej scenki do następnej, co gorsza, scenki te nie łączą się ze sobą. Tworzy to taki dziwny kalejdoskop fabularny, w którym czytelnik cały czas ma wrażenie, że zaraz coś się stanie, ale nic się nie dzieje. I tak od samego początku: Ornella wchodzi do biblioteki, wychodzi z biblioteki. Wypuszcza konia, idzie po konia. Wchodzi do zamtuzu, wychodzi z zamtuzu. Przychodzi do kowala, wychodzi od kowala. W międzyczasie odbywa się niezobowiązujący dialog albo monolog wewnętrzny i tyle. Fabuła dalej tkwi w miejscu. Teraz jak o tym myślę, to ze swoją niesamowitą pasją i talentem do szybkiego wchodzenia i wychodzenia, Ornella powinna była się zdecydować na tę robotę w zamtuzie.
Bohaterka ma książkę wiedźmina. Po co? Dlaczego? Co z tego wynika? Jak na razie nic. A pokazałeś, że to motyw, na którym należałoby się skupić. Tymczasem Ornella zajrzała do książki raz. Nie czyta jej, nie okazuje zainteresowania, nie rozmyśla o jej treści. Łazi z nią (chyba nadal), bo kiedyś niosła ją jej mistrzyni, ale z nią Ornella chyba specjalnie nie była związana.
O, właśnie. Ornella miała też mistrzynię – teraz nie ma mistrzyni, za to nadarzyła się okazja, by ją uwolnić, to może pomyśli o tym, żeby ją uwolnić, a może nie pomyśli, bo Ornella jest jak Dora z „Gdzie jest Nemo” – zaraz coś odwróci jej uwagę i zacznie, nie wiem, wspominać dzieciństwo albo myśleć o golemach.
W pierwszej scenie pokazujesz też, że Ornella wprawnie posługuje się magią, ale parę stron później woli rzucać w ludzi kamieniami, niż jej użyć. Miała ukochanego konia – nie ma już konia. No trudno, kapła łza i po sprawie; ma za to teraz nowego kolegę, o którym nie wie absolutnie nic, ale mu ufa na tyle, żeby łazić z nim po nocy w lesie, bo… właściwie czemu?
Rozumiesz, o co mi chodzi? Tu nic się ze sobą nie łączy, nie tak do końca, za to przypomina takie scenki do notatek na plan powieści. Tylko że nawet na bardzo ogólny plan to trochę za mało.

Doppler przybrał postać młodzieńca o wizerunku iście książęcym. Był wysoki o ciemno złocistych kręconych włosach. Ornella lekko zarumieniła się, po czym wbiła wzrok w ziemię. Młodzieniec uśmiechnął się.
— Zamieniłbyś się w łowcę czarownic? — Albert zauważył błysk w jej oczach. —
— Nie ma mowy!
(…)
— Nawet mnie wiesz co chciałam powiedzieć.
— Odpowiedź brzmi: Nie! Obydwoje jesteśmy zbiegami, a ty prosisz się o stryczek, albo o coś znacznie gorszego. – A skąd Albert wie, że Ornella jest zbiegiem? Nie opowiedziała mu o sobie, nawet się nie przedstawiła. Może wydedukował po tym, że koń jej padł, ale wydaje się to trochę naciągane. Poza tym bohaterka zdaje się mieć czas na wszystko, nawet chodzenie po lasach czy miasteczkach i poszukiwania kowali z nieznajomymi. Nie zachowuje się jak zbieg.
Ogólnie pominąłeś cały proces zawiązywania tej relacji. Podejrzewam, że może wszystko wydarzyło się gdzieś poza kadrem, ale w takim wypadku – to się nie liczy. W moich oczach bohaterowie nie zdążyli nawet się poznać, chociażby i powierzchownie, a Ornella od razu prosi Alberta o to, by pod postacią łowcy spróbował odbić jej mistrzynię. To podbija wrażenie o egoizmie głównym bohaterki, który, podejrzewam, nadałeś jej niecelowo, ale jednak. Ornella już chce się kimś wysłużyć, kiedy na dobrą sprawę jeszcze nawet nie zdążyła się dowiedzieć i upewnić, czy mistrzyni nie uciekła wcześniej, ale też aby poznać prawdę, Ornella nie zrobiła kompletnie nic, nawet nie wróciła na miejsce pojmania, by chociażby wypytać mieszkańców i świadków zdarzenia o losy Filippy. Nie kiwnęła palcem, ale od razu, gdy nadarza się okazja, próbuje wpakować kogoś w swoje tarapaty, żeby byle ktoś zrobił coś za nią – tak to wygląda. Naprawdę zaczynam się poważnie zastanawiać, za co miałabym ją lubić. Gdyby jeszcze Ornella zaproponowała dopplerowi jakieś uczciwe wynagrodzenie… Z drugiej strony oni nie mają nawet jednego konia, aby dostać się albo do Rissberg, albo do siedziby łowców; gdziekolwiek. Mogliby wprawdzie jakiegoś kupić, ale wtedy sakiewka stałaby się lżejsza, a doppler nie dostałby tak sowitej zapłaty, na jaką zasłużyłby. Przecież Ornella wymusza na nim ryzykowanie życia, a przynajmniej utratę ledwo co odzyskanej wolności.

Dalej, zaraz po tym, jak doppler odmawia bohaterce, w jej głowie pojawia się taka myśl:
Chciała zaprzeczyć, ale nie była w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa. Spojrzała na księgę i pomyślała:
— Może tak właśnie miało być? – Wychodzi więc na to, że Ornella od razu się poddaje. To zaś oznacza, że nie zależy jej tak bardzo. Nie jest w stanie samodzielnie podjąć jakiegokolwiek działania; kiedy ktoś nie chce jej pomóc – trudno, nic z tego nie wyniknie. Najwyraźniej tak miało być. Zaczynam zastanawiać się, dlaczego Ornella została uczennicą czarodziejki i dlaczego Filippie zależało, by właśnie ona stanęła przy jej boku. Ornella nie posiada żadnych cech atrakcyjnych dla czytelnika oraz pasujących do adeptki magii.

Noc mieli spędzić pod gołym niebem. Od paleniska biło gorąco, żar jeszcze się tlił i dawał odrobinę światła. Na jednej ze stron był naszkicowany symbol. Dwa symetryczne krzyże znajdujące się poza okręgiem. Zakazana wiedza Alzura. Część jego dorobku bezpowrotnie przepadła a część, no cóż, została ocenzurowana przez kapitułę. – A co tu się dzieje? Symbole na stronach czego? Paleniska? Jak, na czym? Poza jakim okręgiem? Co robi bohaterka? Śni, marzy, odprawia rytuał, czyta książkę? To tylko jeden krótki akapit, a ja mam sto pytań. Dosłownie nie mam pojęcia, co mi próbujesz przekazać.




Arcymag swego czasu sprowadził do naszego świata ogromne potwory za pomocą zaklęcia „podwójnego krzyża” . Do tej pory nikt nie wie w jakim celu. Zamknęła księgę. Powoli zmrużyła oczy… – Skąd tu nagle czarodziej? Gdzie jest? W jakiej sali? Przecież w akapicie wcześniej Ornella z dopplerem spali pod gołym niebem, a teraz mam wrażenie, że jestem w zupełnie innej scenie z innymi bohaterami, tylko że nigdzie nie zostało to zaznaczone.
Ach, no dobrze, już wiem. Zobacz, co tu się stało… W żaden sposób nie oddzieliłeś narracji od cytatu z księgi, nawet nie mieliśmy pojęcia, że Ornella zaczęła ją czytać; nagle narrator przyjął formę pierwszej osoby w liczbie mnogiej, a odbiorcy się dziwią. Zresztą już wcześniej mamy fragment: (...) żar jeszcze się tlił i dawał odrobinę światła. Na jednej ze stron był naszkicowany symbol. Czy widzisz gdzieś w nim wspomnienie książki? No nie, ewidentnie wynika z tego, że symbol naszkicowany jest być może na piasku, po jednej ze stron ogniska. Być może to jakieś podstawowe zaklęcie ochronne? Skąd, powiedz mi, mielibyśmy wiedzieć, że chodzi właśnie o książkę? Ornella nawet jej nie wyciągnęła!

Podoba mi się jednak stylizacja językowa narratora „Pamiętnika…”:
Ulepszenie gatunku ludzkiego. Stworzenie nadczłowieka. Szybszego, silniejszego, wytrzymalszego. Tylko w ten sposób możemy walczyć z potworami. Powiecie, że i tak wydrzemy ten świat ze szponów i kłów wszelakich monstrów. Jednak prędzej czy później światy znów zaczną się przenikać. A pokłosiem tego zjawiska, będzie kolejna fala potworów. Insektoidy, trupojady, a może nawet i coś znacznie gorszego. Czy zwykły człowiek jest w stanie pokonać nieokiełznany chaos?
Lekko, plastycznie i całkiem poprawnie. To jeden z lepszych twoich fragmentów, mam wrażenie, że faktycznie wyrwany z zupełnie innej bajki.

— Jestem czarodziejką — powiedziała po przebudzeniu. — Jestem cholera jasna, czarodziejką. Przeznaczone mi są wielkie czyny!
— Możesz nie krzyczeć? — wymamrotał przekręcając się na drugi bok. — Jeszcze słońce nie wzeszło. – Kto wymamrotał, czarodziej w niebieskim czy doppler? Naprawdę czuję się w tej scenie tak, jakby ktoś puścił mi zapis wideo jednego filmu i ścieżkę dźwiękową z drugiego, oba od środka, więc nie mam pojęcia, o co chodzi w żadnym z nich. Wypadałoby jednak wspomnieć, kto wypowiedział dane słowa. Po drugim czytaniu niby domyślam się, że doppler, ale narracja też powinna to wskazać, szczególnie że to sam początek sceny, powrót do bieżącej akcji chyba ze… snu? Z książki? NIE WIEM!

Ewidentnie piszesz ten tekst z przekonaniem, że czytelnik wszystkiego się domyśli, będzie też doobrażał sobie to, co dzieje się gdzieś poza kadrem. Pomijasz opisy miejsc, wygląd postaci, a nawet tak podstawowe elementy jak wprowadzenie bohaterów wypowiadających się w dialogach; mam wrażenie, że odpuściłeś sobie już wszystko. Jakbyś się gdzieś spieszył albo jakby ci się nie chciało. Zresztą udowadnia to również forma – jakbyś nigdy nie przeczytał tego, co napisałeś, aby zwrócić uwagę na rzeczy być może nie do końca jasne dla postronnego odbiorcy (nie ciebie – autora; wiadomo, że ty się nie zgubisz…). Gdyby było inaczej, nie doprowadziłbyś do takiej sytuacji:

— Kiedyś zmienię świat — dokończyła w myślach, spoglądając na stertę popiołu, od której było czuć jeszcze odrobinę ciepła... —
— Mała wiedźma uciekła nam. — Skrzywił się łowca. —
— Mamy w swoich rękach przywódczynię loży.
— Tamta mała…

Widzisz to? Scena pierwsza kończy się słowami Ornelli i nagle, już linijkę dalej, zaczyna się kolejna – to rozmawiają łowcy, prawdopodobnie w zupełnie innym miejscu akcji. Muszę się tego domyślić, bo zapis o tym nie świadczy, nie postawiłeś żadnego entera, asterysków, nic. Fragment sugeruje przez to, że łowca siedzi wraz z Ornellą przy dogasającym ognisku i rozmawia właśnie z nią – o niej. To jest ten moment, w którym muszę, po prostu muszę to z siebie wyrzucić: „Między wiarą, prawdą a Bogiem” to najbardziej nieuporządkowany pod względem formy i poprawności tekst, jaki miałam okazję ocenić na WS.
Poza tym ogólnie przeskok do łowców wydaje się zupełnie bez sensu. Wprawdzie zwykle bardzo lubię, gdy fabuła oddaje dwie, a nawet trzy lub więcej perspektyw różnych postaci – kiedy to narrator staje za plecami wielu bohaterów w wielu okolicznościach i mogę poznać kilku z nich, ich motywacje, cele i tak dalej; nie czepiam się pomysłu – żeby nie było – bo jest dobry, ale i na swój sposób ambitny. Czepiam się więc wykonania, na którym poległeś. Dialog łowców składa się z dokładnie czterech myślników i po nich od razu mamy powrót do Ornelli, który wygląda tak:

— Pies ją jebał. Mamy ważniejsze rzeczy na głowie, niż uganianie się za jakąś smarkulą.
Łowca w odpowiedzi pogładził rękojeść swojej mizerykordii i parszywie się uśmiechnął...
— Gorąco. — Albert otarł pot z szyi, potem z czoła.

A przecież Albert to nie łowca, tylko doppler, który towarzyszy głównej bohaterce przy ognisku. Wychodzi więc na to, że ten czteroakapitowy dialog dział się gdzieś w próżni. Nie mogę wyobrazić sobie łowców, nie wiem, gdzie się oni znajdują, niczego się o nich nie dowiedziałam. Usłyszałam ich słowa, ale bohaterowie na dobrą sprawę porządnie nie pojawili się w scenie. To nawet nie była pełnoprawna scena, a nieoddzielenie jej enterami okazuje się najmniejszym problemem. Zastanów się, co ta migawka miała wnieść do fabuły i czym ją uzupełnić, by stała się czymś więcej niż obcymi głosami zawieszonymi w eterze, randomowo przerywającymi rozmowę zupełnie innych postaci.

Każda scena powinna mieć sens – pchać fabułę w przód, odkrywać nowe rzeczy, mieć wpływ na bohaterów, stanowić pole do ich rozwoju. Nie tylko czteromyślnikowa wymiana zdań dwóch nieznajomych, zupełnie obojętnych mi łowców nie spełnia tego zamierzenia. Pisałam już: sam pobyt Ornelli w zamtuzie był fragmentem, z którego nic szczególnego nie wyniknęło i gdyby go wyciąć, fabuła nie zmieniłaby się, bohaterka mogłaby i tak wylądować tu, gdzie jest, wieczór spędzony w takim miejscu na nic nie wpłynął, równie dobrze mogła spać w gospodzie czy gdziekolwiek, sakiewkę – również znaleźć w innych, mniej naciąganych okolicznościach. Ale tam przynajmniej poczęstowałeś mnie jakimkolwiek opisem miejsca, choćby i szczątkowym, a Ornella zdążyła w środku spędzić wystarczającą ilość czasu, bym mogła zapoznać się z postaciami pobocznymi, wyczuć ich nastroje, posłuchać ich krótkich rozmów, wyobrazić ich sobie w jakiejś sytuacji. Znów: tam potrafiłeś. Więc czemu tu nie…?

— Co robimy?
Zatrzymali się i usiedli pod zacienioną częścią ściany domostwa. – Jakiego domostwa?




Przecież niedawno, jeszcze przed zachodem słońca, bohaterowie nie znajdywali się w mieście, a na szlaku, przy lesie, gdzieś w pobliżu pozostawionych zwłok Bonifacego. Odwiedzili kowala, który też nie wiadomo, gdzie dokładnie mieszkał, i zasnęli pod gołym niebem. Tyle wiem. Pytanie o to, co bohaterowie będą robić, padło ledwo po tym, gdy Ornella obudziła się nad ranem. A tu nagle wspominasz, że zatrzymali się i usiedli pod ścianą. Ale że w ogóle byli w jakiejkolwiek drodze i zmienili swoje położenie, to nie raczyłeś wspomnieć… Powiedz mi: jak mam sobie wyobrazić ten tekst, skoro skąpisz mi tak istotnych informacji jak zmiana miejsca akcji i zachowanie postaci? Ciągle mnie czymś zaskakujesz, co rusz odkrywam, że wyobrażenia w mojej głowie nie pokrywają się z tekstem, do tego nonstop mam wrażenie, że zamiast płynąć z nim, to przeskakuję go. Jakbym czytała co trzecie, piąte albo co dziesiąte zdanie, gdy w rzeczywistości niczego nie pomijam. Po prostu tekstu jest tak bardzo niewiele.

— Nie ma siły. Poczekajmy aż słońce zacznie zachodzić albo niech przynajmniej przeminie południe…
— Nikt nas nie będzie podejrzewał?
— O co? — Spojrzał na nią. — Wyglądamy jak para. Nie będziemy przykuwać większej uwagi. – Nagle też się okazuje, że bohaterowie mają jakiś plan. Nie obgadali go wcześniej, ewentualnie znów wydarzyło się to gdzieś poza sceną. Zresztą nawet nie wiem, gdzie oni idą i po co.
Z jednej strony fajnie, że wprowadzasz taką tajemnicę, bo odbiorca będzie ciekawy rozwiązania. Z drugiej strony, gdy czytelnik ciągle tkwi w niepewności, każda kolejna tajemnica będzie coraz bardziej irytująca. Możesz sobie na nie pozwolić tylko wtedy, gdy właściwa część tekstu jest jasna.
Popularnym i cenionym motywem jest rozpoczynanie sceny od dialogu, z którego wynika, że bohaterowie wiedzą, co robią, mają ustalenia za sobą i zachowują się naturalnie, a z biegiem czasu odbiorca odkrywa, co zaplanowali. Tak, to jest fajne. Ale tylko wtedy, gdy jest to celowe zagranie autora i nie dotyczy praktycznie każdej sytuacji od początku historii. A tu? – wręcz przeciwnie: Ornella o niewielu rzeczach myśli, o niewielu rozmawia, niewiele zdradza czytelnikom, bohaterowie przemieszczają się nie wiadomo skąd, dokąd i po co, podejmują decyzje na podstawie nie wiadomo jakich pobudek. Na tej zasadzie nie wiem, na przykład, dlaczego Ornella wyruszyła z Filippą do biblioteki, potem dlaczego zostawiła czarodziejkę w czasie zamachu, następnie po co nocowała w przybytku rozkoszy, wreszcie: czemu pomogła dopplerowi i gdzie wybiera się z nim teraz. Za dużo tajemnic!
To zaskakujące, jak bardzo chcesz napisać opowiadanie, nie pisząc opowiadania. Jak inaczej chciałbyś rozruszać moją wyobraźnię i nakierować mnie na właściwe tory? Dlaczego wszystkiego muszę się domyślać? Tak, wiem, reguła mówi: Show, don’t tell. Ale ty, na dobrą sprawę, ani nie opisujesz, ani nie pokazujesz. Dajesz mi szczątkowe informacje, z których sama mam odtworzyć pełne wyobrażenie scen. To tak, jakbyś dał mi do ułożenia puzzle, ale połowę elementów zrzuciłbyś gdzieś poza stół, a część z drugiej połowy albo byś zgubił, albo zapomniał odwrócić kolorem do góry. I dziwił się, że nie umiem poznać, co znajduje się na obrazku.

Ornella zaczęła się nerwowo rozglądać. Albert patrzył gdzieś w dal. Oparł się o ścianę i ciężko oddychał. // Ludzie gdzieś szli, skądś wracali. Życie toczyło się jak gdyby nigdy nic. Głos kościelnych dzwonów rozbrzmiewał swoją kakofonią. Koło nich przeszła jakaś kobieta z chłopcem. – Przeszła koło dzwonów czy bohaterów?

— Mamo ale ja nie chcę tam iść. — Zapierał się jak tylko mógł. – Też nie chciałbym iść do domu bez dachu (bo noc bohaterowie spędzali pod gołym niebem), gdzieś w środku lasu, w którym jest tylko ognisko, magiczne symbole, doppler, dziewczyna, mag i łowcy czarownic, a każdy gada na inny temat i wszyscy się przekrzykują. Właśnie taki obraz namalowałeś w mojej wyobraźni… Jestem zagubiony jak bździna w huraganie, więc jak na razie bez odbioru; napiszę następny komentarz, jak uda mi się odnaleźć i mniej więcej zrozumieć, o co tu chodzi.
Ergo: musisz mieć świadomość, że do twojego tekstu podchodzimy kilkukrotnie, co rusz wracając się nieraz i po kilka stron, by zrozumieć, co się w ogóle w nim dzieje. Niby teraz łatwiej nam się domyślić, że bohaterowie zmienili miejsce swojego położenia, nie są już w lesie, a prawdopodobnie gdzieś w jakimś miasteczku. Którym? Pod Rissberg, gdzie Ornella próbowała ukraść Bonifacego, czy w innym? Tyle stron, a nadal tego nie wiemy – tego, czyli tak podstawowej rzeczy! Nie teleportuj postaci w nowe miejsca akcji bez żadnego uprzedzenia, a jeśli Ornella faktycznie potrafi używać portali – napisz o tym!

— Albo tam pójdziesz. Albo fora ze dwora. — Chłopiec spuścił głowę i zaczął kopać kamyk po drodze. Kobieta skarciła go po raz kolejny, tym razem za niszczenie nowych butów.
— Też nie lubiłam tam chodzić...
— Wiesz… wiara może być komuś po prostu potrzebna. Życie bez żadnych wartości jest, cóż... płytkie. I nie jest to tyle problem osób wierzących, co samej instytucji kościoła. Pomijam już nawet fakt, że chcieli mnie usmażyć na stosie… widzę ich jak mówią: Bądźcie grzeczni, słuchajcie się nas, bo my wiemy lepiej. Wtedy i tylko wtedy! Pójdziecie do raju i każdy dostanie ciastko. Jedno na teraz, a drugie na potem. – Jak od „Nie chcę tam iść” i „Idziesz i kropka” przeszliśmy do prawie filozoficznego wywodu na temat roli religii w życiu człowieka? To albo rozmawia matka z dzieckiem, albo dwoje studentów teologii – nie mogą być i tym, i tym.
Edit: No chyba że to Ornella rozmawia z dopplerem, a ty znowu „zapomniałeś” wspomnieć o tym, kto wygłasza daną kwestię…




— (…) Pójdziecie do raju i każdy dostanie ciastko. Jedno na teraz, a drugie na potem.
— Po prostu manipulują ludźmi…
— Dokładnie tak to wygląda, a najgorsze jest to, że ludzie im „wierzą”, uznając wszystko co powiedzą za święte. – Według fandom.wiki niewiele wiadomo o Kulcie Wiecznego Ognia, bo ani A. Sapkowski, ani CD Projekt nie zdradzili informacji na przykład o tym, w jakie dokładnie życie po śmierci wierzą wyznawcy. Miałeś tu spore pole do popisu, ale z marszu ograniczyłeś się do słowa raj, a bohaterowie zaczęli rozmowę o manipulacji kościoła w kontekście obiecanego życia wiecznego. Nie nawiązałeś jednak do nazwy kultu, a więc i nieco innej niż nasza kultury oraz obyczajowości, tradycji. Dlatego też kościół ten praktycznie niczym nie różni się od chrześcijańskiego. Za to na stronie źródłowej mamy na przykład informację, że przedstawiciele kościoła Wiecznego Ognia wspierają rynek, niemałe fundusze inwestując, by stale podtrzymywać płonący ogień świątynny, a największą ich manipulacją jest gwarantowanie wyznawcom ochrony przed potworami (te wcale nie boją się ognia i nadal są w stanie zaatakować miasto, w którym znajduje się świątynia). Mógłbyś wykorzystać chociażby tę informację (lub jakąkolwiek inną, szczerze mówiąc), aby wskazać nie tylko podobieństwa do naszego współczesnego kościoła, ale przede wszystkim różnice. To one będą istotniejsze, bo odbiorca dobrze zna paradygmaty katolickie (na przykład życie po śmierci, pojęcie raju i tak dalej). Nie zna za to paradygmatów Kultu Wiecznego Ognia. Szkoda, że się na to nie połasiłeś.

Dalej mamy jednozdaniową informację, że bohaterowie w dalszą drogę (nadal: dokąd? po co?) wyruszyli pod wieczór, a potem, że poszli spać:

Ruszyli pod wieczór. Czas minął im szybciej niż myśleli. Zasnęli przy rozpalonym ognisku...
Drzwi do kamienicy otworzyły się.
— W końcu znalazłem robotę — oznajmił [kto?].
— To świetnie. Zbieraj się do kościoła. – Tutaj również domyślam się, że oto przechodzisz do retrospekcji w postaci snu Ornelli. Ale gdybyś napisał, na przykład. tak:
Zasnęli przy rozpalonym ognisku...
Jak co noc do Ornelli zaczęły powracać obrazy jej nieszczęśliwego dzieciństwa. – Nie musiałbym się domyślać. Choć na dobrą sprawę na początek wystarczyłby enter.
Enter jest lepszy niż nic.

— To świetnie. Zbieraj się do kościoła — odparła, zaplatając warkocz dziewczynce.
— Dzisiaj nie mogę, zaraz zabieram się z Ryśkiem i idziemy naprawiać ten dach.
— Chyba żartujesz, że będziesz pracował w niedzielę.
— Nieee? Nie żartuje.
— Niedziela to dzień święty i należy go święcić. Słyszałeś co mówił ksiądz na kazaniu.
— Niech ten ksiądz da ci pieniądze — mruknął pod nosem.
— Idziemy pomodlić się o bożą pomyślność a ty idziesz z nami. – Widzisz to? Bohaterowie chodzą do kościoła w niedzielę – dzień święty dla katolików (Przykazanie trzecie: pamiętaj, aby dzień święty święcić), poza tym matka Ornelli zamierza modlić się o bożą pomyślność. Ale do jakiego boga? Autor uniwersum o żadnym nigdy nie wspomniał, liczył się tylko Wieczny Ogień. Nie przenoś 1:1 na strony opowiadania składowych naszej rzeczywistości, do których przywykłeś, bo to w nich żyjesz. Przecież twoje postaci żyją gdzieś zgoła indziej. Sapkowski wpierw przeciskał naszą rzeczywistość przez sitko, w którym mieszał także różne inne konwencje, archetypy, cechy, elementy kultur nie tylko słowiańskich, dobierał je świadomie, stylizował, dopasowywał do kreowanego świata. To dlatego świat ten jest względnie podobny do naszego; obecne są w nim bliskie nam problemy społeczne takie jak rasizm i seksizm, depresja, wykluczenie, również manipulacja religią. Ale poruszane są w sposób inny niż dobrze znany nam z naszej rzeczywistości – bo… akcja dzieje w innej rzeczywistości. Bang!
Twoim zadaniem jest teraz dawać odbiorcom odczuć różnicę pomiędzy tymi światami. Ale nie wybiórczo, tylko na każdym kroku. Opisy, opisy, opisy. Miejsca akcji, bohaterów, świata. Bo u ciebie to obecnie już tylko dialogi.
Zresztą nawet w nich twoje postaci nie brzmią, jakby pochodziły z quasi-średniowiecza:
— Idziesz albo koniec z nami. — Spojrzała na niego i zmarszczyła brwi.




Zastanów się po prostu, czy w tamtych czasach zwykłym, szarym ludziom tak łatwo było od siebie odchodzić, szczególnie gdy mowa o starszej kobiecie, matce, którą z mężem łączy dziecko. Czy taka groźba wyszłaby z jej ust? Pomyśl o tym przez pryzmat ówczesnej kultury i, no właśnie, wpływach religii na prosty lud. Tutaj matka Ornelli zabrzmiała jak współczesna nastolatka stawiająca pod murem swojego chłopaka. I nie chodzi mi o to, że kobieta nie ma prawa być postacią mocno wierzącą i jednocześnie zmęczoną życiem z mężczyzną o zupełnie innych priorytetach. Niech tak będzie! Jednak dopasuj swoje postaci do czasów, w których żyją. Matka Ornelli mogłaby zagrozić czymś innym lub po prostu wyrazić to samo słowami mniej utartymi dla czasów współczesnych.

Otworzyła oczy i przekręciła się na drugi bok.
— Oboje byli siebie warci… — mruknęła do siebie. —
Szli już jakiś czas. – Przecież spali! To jak szli? Lunatycy, otaczają mnie…

Poczuła dziwne mrowienie, przenikająca aura magicznej energii stawała się coraz bardziej wyczuwalna, nagle przeszły ją [tę aurę?] ciarki.
— Też to czujesz?
— To miejsce mocy. Gdzieś tam musiała być pracownia jakiegoś czarodzieja ...albo czarodziejki. — Uniosła dumnie głowę. —
Ich oczom ukazały się ruiny już dawno temu opuszczonej twierdzy. – Mam jedno istotne pytanie: jak Ornella i doppler dostali się w to tajemnicze miejsce? Nagle mowa o jakimś opuszczonym zamku, a przecież dopiero co bohaterowie byli w miasteczku. Wygląda to trochę tak, jakby ta twierdza cudownie wyrosła im na drodze. Dalej używasz określenia zamek – no więc na pewno musieli widzieć go z daleka. Tymczasem nie skierowali się w jego stronę celowo, by, nie wiem, znaleźć lepsze miejsce na nocleg czy przeszukać je pod względem przydatnych w podróży itemków albo żeby chociaż zapytać o poradę jakiegoś czarodzieja, który ma tu swoją pracownię.

Mury były w totalnej rozsypce a sama warownia praktycznie nie istniała, jednak ostały się jej katakumby. Zeszli pod ziemię. – Tak po prostu? Z marszu, pod ziemię, w katakumby opuszczonej warowni, w której najpewniej mieści się magiczny warsztat. Bez zastanowienia, zwykłego: „Halo, dzień dobry”?
Kolejnym szczęśliwym trafem okazuje się, że pracownia jest opuszczona.

Ornella wypowiedziała zaklęcie. Podążali za strumieniem światła. Przenikał ich chłód. Albert siłował się z jakimiś drzwiami. Były miękkie i wilgotne. Szarpnął trochę mocniej. Zamek spadł na podłogę, rozbrzmiewając metalicznym echo. – Widzisz? Jak chcesz to potrafisz oddać  w miarę staranny tekst, w którym jest trochę pola na opisy, pozostawiasz też miejsce wrażeniom sensorycznym (działasz na zmysły, w tym dotyk czy słuch), postaci poruszają się i czyta się całkiem płynnie. Nie widać też błędów typowo językowych, technikalia w tym fragmencie są okej. Zastanawiam się więc, dlaczego większość tekstu nie prezentuje takiego poziomu? Jakbyś przykładał się tylko tam, gdzie chcesz wywołać napięcie… Zgadzam się, że takie momenty wymagają szczególnego dopieszczenia, by emocje dały się odczuć i by czytelnika przyciągnąć, ale szczególne dopieszczenie to nie jest to samo co poprawne pisanie scen. Nawet te najbardziej pasywne, stanowiące jedynie jakieś podsumowanie, zakończenie dnia, przedstawiające zasypiających bohaterów, nie powinny odstawać poziomem. Sceny pasywne od dynamicznych czy budzące napięcie od tych pozornie rozleniwiających (cisza przed burzą) będą się od siebie różnić ładunkiem emocjonalnym, wykorzystywanymi technikami prowadzenia narracji, odrobinę stylem – to tak – ale nie powinny różnić się od siebie na poziomie technicznym, poprawnościowym. Szczerze mówiąc, z takim efektem spotykam się chyba po raz pierwszy; do tej pory zgłaszane teksty były albo względnie poprawne technicznie, albo błędne. Albo widać po nich było problemy z kreacją, budowaniem słowem – albo nie. U ciebie jest raz tak – raz siak. Dlaczego? Nie wiem. Do tej pory sądziłam, że ogólnie pisanie beletrystyki jest dla ciebie czymś nowym i dopiero zaczynasz swoją przygodę w tej dziedzinie, ale po krótkich fragmentach takich jak ten – tego nie widać. Dlatego „Między wiarą, prawdą a Bogiem” wygląda jak praca na ogół napisana byle jak, a jedynie w jakichś punktach kulminacyjnych ukazująca, że ci zależy.

— To atanor. — Wskazał jej okrągły, ceglany piec —
— Ty skąd znasz takie nazwy?
— Długo by gadać... dzięki temu piecu kamień filozoficzny stał się kamieniem milowym. – Ale co to w ogóle znaczy? Że można było otrzymać kamień filozoficzny za pomocą tego pieca i był to kamień milowy w dziedzinie alchemii? Czy że w tym piecu można było przerobić kamień filozoficzny na znacznik odległości przy drodze…?
Miało być poetycko, a wyszło nie dość, że enigmatycznie i niejasno, to jeszcze stylistycznie zabawnie.




— Chyba już wystarczy — oznajmił. — Pora ruszać w dalszą drogę.
— Niby czemu? — Uniosła brwi. – „Niby czemu? Ja się świetnie bawię w tych opuszczonych, mokrych, zimnych i złowieszczych katakumbach ruin, czekając na maga, który na pewno się ucieszy, że myszkujemy mu po laboratorium…”.

— Bo jestem starszy i wiem co mówię.
— Jesteś starszy? — Zacisnęła pięści, jej oddech zrobił się ciężki.
— Nooo tak.
— I jest to twoje jedyne życiowe osiągnięcie? To, że jesteś kurwa starszy?! Bo urodziłeś się wcześniej, tak? Wyobraź sobie, że nie ma w tym, żadnej twojej zasługi.Bo jestem starszy to tekst ojca Ornelli; wcześniej, w krótkiej scenie, którą brałem za retrospekcję, też padło takie zdanie. Nawiązałeś więc tutaj do historii bohaterki, jakiegoś triggera z jej przeszłości. Brawo. Pierwszy raz udało ci się wykorzystać coś, o czym pisałeś wcześniej, w późniejszej scenie, by związać je razem. Tak właśnie robi się fabułę. I wszystko byłoby fajnie, ale raz na rozdział, który składa się z piętnastu (strzelam) quasi-scen, to trochę mało.

Inna sprawa wygląda tak, że kilka linijek wyżej pojawiło się nawiązanie do cytatu z gry (Odezwał się w tobie poeta?). W grze nie były to słowa Ornelli, a Lamberta – przypadek, by użyli takich samych słów w podobnym kontekście, jest zbyt… przypadkowy. Ewidentnie widać, że kłótnię bohaterów rozpisałeś tak, by ten cytat wcisnąć tu na siłę, bo Albert nigdy wcześniej nie rozmawiał z Ornellą w taki nieprzyjemny sposób ani nie wywyższał się przy niej wiekiem. Był miły! Poza tym, choć Ornella wkurza się na jego argument, robi to w sposób bardzo agresywny, niepodobny do niej, zdecydowanie przesadzony. Dialog nie przypomina więc stylizacji językowej głównych bohaterów, których zdążyłam jako-tako poznać. Do tej pory pomagali oni sobie, próbowali przetrwać i tak dalej, więc oboje wydają się zachowywać od czapy. Nie wykluczam przy tym, że Ornella mogłaby się wkurzyć – bo trigger – ale czy na pewno wyraziłaby to, używając aż tak mocnych słów, jakie przytaczasz? Kontrast między Ornellą-zwykle-miłą a Ornellą-rozdrażnioną jest zbyt duży.

Doceniam próby napisania własnego wiersza. Wiem, że nie jest to proste, tym bardziej gdy chodzi o oddanie stylizacji odpowiedniej dla uniwersum Wiedźmina. Jednak nie powiem, by mi się podobało – chociaż piszesz o tańczących czarownicach i świecie prastarych istot, całość prezentuje się zbyt współcześnie. Kiedy czytam ten utwór na głos, mam wrażenie, że czytam nie poezję słowiańską, a tekst hiphopowy; oto klasyczna „szesnastka” z płynnymi przejściami między wersami, zwrotami do czytelnika (słuchacza?) i typową braggą ubliżającą mu. Niektóre linijki są krótsze, więc wymagają zmiany rytmiki, tak że nic, tylko podłożyć pod to beat. Gdy ktoś słucha całkiem sporo rapu i jednocześnie na co dzień czyta jeszcze więcej poezji – będzie w stanie to poznać.

Edit: Intuicja podpowiedziała mi, by jednak wkleić kawałek linijki w szukajkę Google i wiesz co? To: [KLIK].




Nawet nie wiemy, od czego zacząć. Czy od tego, że nie podałeś źródła, więc część czytelników mogłaby uznać pracę za twoją własną, czy raczej od tego, że niektóre wersy są przerobione – jakbyś uznał, że masz do nich prawa autorskie. Jeśli myślisz, że pisanie fanfiction usprawiedliwia takie działanie – jesteś w błędzie, dlatego odprowadzimy cię tu: [Ustawa o prawach autorskich: KLIK] oraz (prościej): [TUTAJ – prawa autorskie a fanfiction]. Zwróć uwagę na sam początek wpisu:

Przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór).

Oraz:

Autorskie prawa (…) chronią tak zwaną więź twórcy z utworem, a w szczególności prawo do: bycia autorem utworu (…), do nadzoru nad sposobem korzystania z utworu. Chodzi o to, żeby nikt nie wycinał samowolnie fragmentów utworu, nie przerabiał go, nie zmieniał jego wymowy.

Ty to zrobiłeś – więc dopuściłeś się plagiatu – kradzieży intelektualnej [definicja: TU].
Ze wszystkich pisarskich grzechów ten jako jedyny jest grzechem śmiertelnym, każdy inny można wybaczyć.

Ornella kupiła u miejscowych trochę pieczywa i nieco wędzonej szynki. A to wszystko za zwędzone pieniądze… – Czyli, że tak: Ornella chciała pozostać w katakumbach, wygrała kłótnię z Albertem na ten temat, po czym… stamtąd wyszła? Po co oni tam weszli w ogóle, co wniosła ta scena do fabuły? Co zmieniła, jaki był jej cel w tym opowiadaniu? To kolejne miejsce, do którego bohaterzy weszli i z którego wyszli. Niczego stamtąd nie zabrali, nie doszli do żadnych ciekawych wniosków, które popchnęłyby fabułę w przód. Pokłócili się praktycznie bez powodu, o jakąś kompletną pierdołę. Dlaczego? Nie było to ani ważne, ani ciekawe, ani emocjonujące, ani nie wniosło nic do rozwoju czy przedstawienia którejkolwiek z postaci. Popelina.
Mam wrażenie, że piszesz to opowiadanie zupełnie z głowy, niczego nie planując – inaczej wydarzenia wiązałyby się ze sobą i miały znaczenie fabularne.

— Jak to możliwe, by ktoś, taki jak Filippa, dał się tak po prostu złapać. Musieli wiedzieć. To była zasadzka. To musiała być zasadzka… ale jak? – Dalej nie wiem, skąd ona wie, że Filippa została złapana.

— Zaczekaj tu — wyszeptał.
— A ciebie gdzie niesie?
— Nie możemy teraz wrócić do kryjówki. – Jakiej kryjówi? Oni mieli jakąś kryjówkę? Dlaczego nic o niej nie wiem, nie umiem jej sobie wyobrazić? Chodzi o to miejsce przy ognisku gdzieś na skraju lasu, niedaleko truchła Bonifacego czy gdzieś indziej…?
Równie dobrze wszyscy mogliby spędzić noc bliżej twierdzy, gdzie byliby bezpieczniejsi, być może znaleźliby jakąś broń czy cokolwiek. Tym bardziej że ledwo kawałek tekstu dalej Ornella boi się przebywać w lesie, bo boi się hałasów (które notabene za chwilę okazują się małym dzieckiem).
Zresztą w ogóle zastanawia mnie jedna rzecz: dlaczego Albert nadal podróżuje z Ornellą? Zupełnie nie przejął się jej wcześniejszym wybuchem agresji – jakby tamta sytuacja nie miała miejsca. Nie jest urażony, dziewczyna nie przeprosiła go ani nic w ten deseń. Mało tego, Albert był dla niej miły, potem niemiły, teraz ją wspiera i znów nie wiadomo, dlaczego jej pomaga, na przykład wychodząc z lasu pod wpływem hałasu, by sprawdzić, co się dzieje, bo bohaterka jest zbyt wystraszona, by zrobić to samodzielnie. Do tego nie mam pojęcia, jaki Albert ma interes, by spędzać czas akurat z czarodziejką. Pomogła mu uciec strażnikom oraz zdjąć kajdany (w rzeczywistości tylko zaprowadziła go do kowala), ale to nie sprawi od razu, że Albert byłby jej coś winien. Trochę wygląda to tak, jakby nie miał swojego życia, swoich spraw do załatwienia i tak dalej. Nie wiem nic na jego temat, bo bohater nie rozmawia z Ornellą o swoich celach, pojawił się w jej życiu z przypadku, pod wpływem imperatywu narracyjnego, i tak sobie został bez powodu, i jeszcze daje się wykorzystywać. 

Nieopodal niej zaszeleściły krzaki. Wypowiedziała zaklęcie.
— To ja — oznajmił Albert, szamocząc się z czymś. —
— Co to do cholery było?
— To tylko jakiś dzieciak.
Odetchnęła ale jej serce potrzebowało jeszcze małej chwili by wrócić do normalnego tętna.
— Proszę pani bo… bo ja… bawiliśmy się z Szymkiem i ja… – Zaraz… Albert spotkał przypadkiem jakiegoś dzieciaka, więc go… porwał? Czy właśnie to się tu stało?

— Proszę pani bo… bo ja… bawiliśmy się z Szymkiem i ja…
— Spokojnie. — „Pani” uśmiechnęła się. —
Przez resztę drogi dzieciak spoglądał na nią i na Alberta...
— No i co z nim?
— To sierota, jego rodzice zmarli kilka tygodni temu na zarazę katriony. – Kiedy Albert zdążył się tego dowiedzieć? I co z tego, że chłopiec to sierota? Bawił się z jakimś Szymkiem, być może mama Szymka go przygarnęła lub ma go pod swoją opieką, chłopiec ewidentnie pochodzi z miasteczka, gdzie należałoby go odprowadzić. To, że jego rodzice zmarli, nie upoważnia bohaterów do tego, by zabrać go ze sobą w podróż (zakładam, że niebezpieczną, skoro Ornella może mieć w planach ratowanie Filippy z rąk łowców, a Albert jest dopplerem, który także jest poszukiwany). Tymczasem oni przez resztę drogi (drogi dokąd? po co?) mają chłopca przy sobie. Zresztą nawet nie wiemy, czy chłopiec ten w ogóle chce z nimi iść, bo o tym nie wspominasz. Brak jego jakiejkolwiek reakcji świadczy tylko o jednym: dzieciakowi porwanie nie przeszkadza, nawet przez potwora – bo doppler przecież był we własnej formie, tak? (Czy nie?). Albo chłopiec ma nieliche doświadczenie w byciu porywanym, albo galopujący syndrom sztokholmski.

Ornella odnalazła go wzrokiem. Chłopiec siedział w kącie sali, zajadając się świeżym pieczywem. – Jakiej sali? DOKŁADNIE ZDANIE WCZEŚNIEJ BOHATEROWIE BYLI W LESIE!




Na środku sali stał metalowy stół z drewnianym blatem. – I gdzie oni byli, że pod ręką był metalowy stół i skórzane pasy? Czy to znów twierdza, a może coś innego?

Na nim leżał chłopiec w wieku około dziesięciu lat. Był przypięty skórzanymi pasami. Rzucał się, bełkotał coś bez większego sensu. Oddech miał ciężki, uniósł ręce i wodził nimi w powietrzu jakby próbował coś złapać. Ornella podała mu dożylnie drugą dawkę. Atak padaczki znów się powtórzył ale nie trwał już długo, wzrok mu się całkowicie zeszklił, strużka krwi pociekła przez nos a mała rączka opadła i zaczęła swobodnie zwisać ze stołu… – Dosłownie DWA ZDANIA temu chłopiec jadł pieczywo, teraz – leży przypięty pasami do stołu. Nie opisałeś, jak do tego doszło, a śmiem twierdzić, że nie położył się dobrowolnie. Inna sprawa, że Albert też w ogóle nie reaguje na zachowanie Ornelli, która zaczyna zachowywać się po prostu creepy. Domyślam się (widzisz, znowu wszystkiego muszę się domyślać, bo nic nie jest dopowiedziane i wytłumaczone), że Ornella poddała chłopca próbie traw. W jakim celu? Co chciała uzyskać? Nawet przyjmując, że faktycznie weszła w posiadanie największego wiedźmińskiego sekretu, skąd miała wszystkie zioła, mikstury, sprzęt, wiedzę i magiczne umiejętności do przeprowadzenia tego procesu? Przecież to nie są rzeczy, które można tak sobie kupić w każdym warzywniaku, nawet jeżeli ma się pieniądze. No i nawet gdyby chłopiec to przeżył, to po co, na chaos, byłby jej mały nieprzeszkolony, nieuzbrojony wiedźmin? Żeby walczyć z łowcami czarownic, którzy być może – ale nie na pewno – porwali jej mistrzynię, którą ona przez większość opka ma tam, gdzie światło nie dochodzi? Czy może robi to tylko po to, żeby zobaczyć, czy potrafi albo, ot, dla zabawy? Jeżeli tak, to Ornella naprawdę jest psychopatką.
Ewentualnie z tekstu może wynikać jeszcze, że bohaterka chce zemścić się na prostych ludziach bojących się wiedźm i oskarżających je o różne nieszczęścia. Tworzy więc małe wiedźminiątko, żeby… nasłać je na tych ludzi? Naprawdę stać się tą złą wiedźmą z zasłyszanych opowiastek? Podejrzewam, że Ornella zmienia się pod wpływem czytania „Pamiętnika wiedźmina” Erlanda z Larvik, ale nadal nie jestem w stanie uwierzyć w jakikolwiek rozwój tej postaci. To wciąż pierwszy rozdział! Dopiero co poznałam bohaterkę, która boi się odezwać słowem, jest nieporadna życiowo, ale względnie miła, trochę infantylna i wstydliwa (zamtuz, wizyta u kowala), również wystraszona (nie pomaga Filippie), ale dobroduszna (pomaga Albertowi). Nagle, zupełnie bez powodu, bohaterka zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni – wyżywa się na Albercie i porywa niewinne dziecko, by przeprowadzić na nim eksperymenty. Bo podsłuchała coś złego o wiedźmach i w nocy miała koszmary, a strażnik oskarżył ją o kradzież konia, gdy… no cóż, mimo wszystko (jak na ówczesne obyczaje) kradła konia. Zupełnie jej nie poznaję.

Łysy mężczyzna zbliżył się do bramy wjazdowej. Był wysoki na blisko dwa metry oraz masywny niczym wół, na jego szyi kołysał się medalion w kształcie węża. Jeden z żołdaków zagrodził wiedźminowi drogę (…) chwycił za halabardę, pozostali wyciągnęli miecze i go otoczyli. Powoli wyciągnął list. Strażnik opuścił broń i przyjrzał się sygnowanej pieczęci. Szybko przeleciał wzrokiem przez treść tekstu.
— Niby wszystko się zgadza…
— Wiec w czym problem?
— W niczym — odparł krótko strażnik. — Gloir aen ard feinn!
— Gloir Morvran'zaer... — odpowiedział niechętnie... —
Co to za dziwny dialekt? — pomyślała przecierając oczy… – Tu rozdział się kończy, a ja zastanawiam się, czy to znaczy, że dialog pod bramą też okazał się tylko snem Ornelli…? Zdaje się jednak, że oto zupełnie inna scena i kompletnie inny wątek oraz nowy bohater, tylko znów zapomniałeś zaznaczyć to choćby enterem. Udam zatem, że tego nie widziałem, żeby móc to przemilczeć i nie otwierać kolejnej Puszki Pandory.


Wybacz, że nie przejdziemy do rozdziału drugiego. Przeczytaliśmy 18 stron tekstu, chociaż ze trzy albo cztery razy, z góry na dół, z dołu do góry i w każdym innym możliwym kierunku, zadając sobie przy tym szkolne, acz kluczowe w tym wypadku pytanie: co autor miał na myśli?

Tak oto ocena (wraz z punktem o poprawności) liczy stron 63 (pomijając grafiki). Czy opłaca się pisać szczegółowe podsumowanie…? Raczej nie; z treści jasno wynika, z czym masz problemy i, niestety, są to podstawy podstaw. Począwszy od imperatywów narracyjnych i braku powiązań między scenami, na niekonsekwentnie prowadzonych sylwetkach psychologicznych postaci kończąc. Brakuje opisów, brakuje emocji, brakuje pełnych, porządnie rozpisanych scen, które miałyby znaczenie fabularne. Nic tu się ze sobą nie lepi, twoja główna bohaterka zmienia się pod wpływem niczego, większość czasu najwyraźniej spędzając poza kadrem. To tam planuje, co zrobi, czy wymienia się uwagami z Albertem. Ornella zachowuje się też tak, jakby za rękę prowadził ją narrator. Sama niczego nie chce, nie potrafi samodzielnie podejmować działań, a te, które podejmuje (na przykład wejście do przybytku rozkoszy czy zwiedzanie twierdzy) nie są obarczone sensem i nic z nich nie wynika. Nie wiemy, dlaczego twoi bohaterowie podejmują takie a nie inne decyzje, nie wiemy również, dokąd i po co właściwie zmierzają. Nie rozmawiają oni o rzeczach ważnych fabularnie; widać, że sama fabuła rozwija się tylko w twojej głowie. Opowiadanie w niczym nie przypomina tekstu beletrystycznego i chociaż wielokrotnie nawiązywałeś do uniwersum Wiedźmina, ostatecznie wyszła ci raczej mało zabawna parodia. Atmosfera, jeśli jest, to szczątkowa, częściej jednak ma się wrażenie, że piszesz w oparciu o quasi-średniowieczną Polskę – mamy chociażby kościoły stricte katolickie, mamy Ryśków i Szymków, cytaty z Ascetoholiksa i MC Sobieskiego. Trzeba przy tym dodać, że jest to klimat zupełnie niewieśkowy, bo przecież Sapkowski odciął się wyraźnie od słowiańskości i polskości Wiedźmina. Natomiast kolejne adaptacje – od gier po ten okropny serial na Netfliksie – tylko to pogłębiają. Wiedźmin nie jest polski, nie jest nawet quasi-średniowieczny, to samodzielne uniwersum fantasy, z własnym klimatem, historią, obyczajowością i folklorem. W tym opowiadaniu nie znaleźliśmy niczego z tych rzeczy. A nie, przepraszamy, jest historyczna książka napisana przez historycznego wiedźmina, która zdradza tak dużo, że nie miałaby prawa zostać napisana.

Nie wiemy, czy nie przyłożyłeś się dlatego, że nie chciało ci się pisać pełnoprawnej historii, a jedynie krótkie scenki rodzajowe, czy dlatego, że chciało ci się, ale wciąż brakuje ci warsztatu. Nie wiemy też, czy czytałeś wiedźmińską sagę Sapkowskiego, czy tworzyłeś jedynie w oparciu o grę i czy w ogóle pisałeś coś kiedykolwiek wcześniej. Jeśli nie – czytaj i pisz, próbuj, ucz się podstaw, podpatruj, jakim piórem operuje Sapkowski i inni twórcy światów fantasy. Jeśli tak – czytałeś już sporo i pisałeś – po prostu staraj się mocniej, bo to, co wykreowałeś do tej pory, to za mało. Szczególnie że na dobrą sprawę często wystarczyłoby faktycznie otworzyć pierwszą-lepszą książkę, by dostrzec, że dialogi czy myśli postaci zapisuje się trochę inaczej, a sceny, w których przebywają bohaterowie, bywają rozpisane porządniej – aby odbiorca mógł je sobie wyobrazić. U ciebie opisy stanowią rarytas, a poprawnie rozpisanego dialogu (mniejsza o interpunkcję, ale kursywa? myślniki przy cytowaniu myśli?) ze świecą szukać. To sprawia, że tekst jest jeszcze bardziej chaotyczny; to, co każdy uznałby ci za wypowiedź dialogową, po czasie okazuje się myślą. Dialog, który każdy odbiorca uznałby za wypowiedź bohatera X, po kilku linijkach okazuje się należeć do zupełnie kogoś innego, znajdującego się w zupełnie innym miejscu akcji. Najgorsze jest chyba jednak to, że obecnej wersji tekstu nie da się czytać ze zrozumieniem. Rzeczy takie jak kreacja postaci mogą nie wyjść. Fabuła – szczególnie gdy pisana jest bez planu, za to na bieżąco, z głowy – może się to tu, to tam rozjechać; da się to naprawić, zaczynając od nowa, planując i ćwicząc. Błędy językowe? Zdarzają się wszystkim, nieważne. Ale w twoim przypadku nie to stanowi największą bolączkę. Jest nią za to rzecz, która u każdego autora stanowić powinna umiejętność pasywną, podstawę, i wychodzić winna naturalnie: to umiejętność przelewania wizji ze swojej głowy na papier. Ale przelewania tak, by odbiorca mógł cię zrozumieć. Jako że w ogóle sobie z tym nie radzisz, czytelnik nie ma możliwości zobaczenia tego, co widzisz ty – w swojej głowie. Jakbyś wciąż się gdzieś spieszył…






Nazareth: Skoia wyjątkowo zaprosiła mnie do współpracy nad tą oceną przede wszystkim dlatego, że zna moją niesłabnącą od ponad dwudziestu lat miłość do sagi o wiedźminie i całego gatunku heroic fantasy. Pewnie nie bez znaczenia były również moja znajomość średniowiecza, broni białej, słowiańszczyzny i pokrewnych tematów. Niestety nie miałem okazji wykazać się znajomością żadnego z nich, bo w twoim opowiadaniu odniesień do uniwersum Wiedźmina było mniej więcej tyle samo co do współczesnej popkultury. I mimo że przez chwilę korciło mnie, żeby powiedzieć: Hej, nie po to tu przyszedłem, więc nic tu po mnie!, to zostałem, żeby skończyć ocenę. Postanowiłem zająć się podstawowymi sprawami z zakresu warsztatu pisarskiego, bo wiem, że jeżeli poważnie myślisz o tworzeniu tekstów, może ci to pomóc. Chociaż najpierw pewnie zaboli – to wszystko jest w dobrej wierze, a od głaskania po główce i komplementów nikt niczego się nie nauczy.
Tekst, który zgłosiłeś do oceny, jest arcychaotyczny. Brakuje mu porządku w absolutnie elementarnych sprawach takich jak: informacje o tym, gdzie znajduje się bohater i kto co mówi. Przy takiej technice nawet najlepsza fabuła świata spaliłaby na panewce, bo nie dotarłaby do czytelnika. Twoja fabuła natomiast, niestety, najlepsza nie jest.
Niestety nie jest nawet dobra. Składa się z garści niepowiązanych ze sobą scen, niemających ładu, składu ani sensu. Pierwsze skrzypce gra natomiast postać będąca idealną paralelą fabuły. Myślę, że rzuciłeś się z motyką na słońce. Chcesz tworzyć teksty? Musisz nauczyć się chodzić, zanim zaczniesz biegać, ale nie tak szybko, najpierw wstańmy z fotela.

Zacznij od czytania. Czytaj świadomie, analizuj teksty, zastanów się, co sprawia, że ci się podobają albo nie podobają. Które postaci lubisz? Za co? Których nie lubisz? Za co? Pisanie to ciągłe zadawanie sobie pytań. Tych samych, które często zadawaliśmy ci podczas tej oceny. Zadawaj je sam sobie, oddawaj teksty do przeczytania znajomym, zapytaj, co o nich sądzą, przemyśl ich uwagi. Nie musisz się stosować do wszystkich, ale wszystkie przemyśl. Ja też często szukam takiej pomocy, na przykład zupełnie nagle wysyłam jakąś scenę z pytaniem: Skoia, czy to ma sens? Czy wierzysz w to, co się tu stało? Czy emocje moich postaci są autentyczne? Zdarza się, że słyszę odpowiedzi, które mi się nie podobają (pamiętam, jak kiedyś po takiej odpowiedzi pisałem od nowa kilkustronicową scenę walki, bo jej pierwotna wersja była zwyczajnie słaba i chociaż ucierpiała moja duma, to zyskało moje opowiadanie), ale po to właśnie zadaję te pytania. To nieunikniony etap procesu tworzenia, dzięki któremu teksty stają się lepsze. Chciałbym, żebyś właśnie w ten sposób potraktował tę ocenę.
Jednak, zanim cokolwiek komukolwiek wyślesz, sam to przeczytaj. Najlepiej kilka razy, i to na głos. A kiedy będziesz miał już przeczytane parę książek, spróbuj się znowu w jakimś opowiadaniu. Przede wszystkim jednak dużo krótszym i mniej skomplikowanym, jednowątkowym. Postaraj się zawrzeć całość w paru scenach. Rozpisz sobie bohaterów w osobnym pliku (ja lubię robić to odręcznie, na papierze, wtedy czuję ich bliżej), opisz ich wygląd i charakter. Będziesz się musiał tego trzymać przez cały tekst, więc to bardzo ważne. Postać, która wypada z roli, jest niewiarygodna i zmienna tak jak twoja Ornella. Wyobrażasz sobie, żeby Geralt pisał wiersze dla Yen albo śpiewał jej serenady? Albo bawił się z dziećmi lub porywał je? Albo by wyrżnął chmarę bezbronnych ludzi? Że niby wyrżnął? No fakt, w Blaviken. Tyle że to nie byli bezbronni ludzie, a banda zbirów, która miała dokonać masowego mordu. Geralt został postawiony przed wyborem: albo zabije ich, albo będzie bezczynnie patrzył na rzeź niewinnych. Wybrał, tytułowe dla tego opowiadania, mniejsze zło. Powoływałeś się na ten tekst w swoim, wiesz zatem, o czym piszę. Bohater może postąpić niezgodnie ze swoim charakterem, ale musi mieć do tego diablo dobry powód, z tym samym charakterem zgodny. Ornelli takiego powodu zabrakło.
Wracając: kiedy będziesz miał już postaci, narysuj sobie na kartce poziomą kreskę – to twoja linia fabuły. Zaznacz na niej po kolei, co będzie się działo w twoim opowiadaniu, od początku do końca. Ważne wydarzenia. Takie, które zawsze wynikają z poprzednich wydarzeń. Pomyśl na tym etapie, co chcesz pokazać, jaki jest sens, pointa historii. A kiedy już siądziesz do pisania, nie zapominaj wpuścić do swojego świata czytelnika. Pokazuj mu, gdzie są postaci, upewnij się także, że jasne jest, które kwestie wypowiadają.
Potem zostanie ci już tylko najtrudniejsze, ale i najprzyjemniejsze zadanie: pisać, pisać, pisać. Pisać coraz lepiej. Może pomyśl o założeniu konta na jakimś portalu literackim, na którym jest spory ruch…? Da ci to możliwość publikowania tekstów, otrzymywania opinii, a także czytania i komentowania innych. Wzajemnej nauki.
Życzę ci powodzenia na dalszej drodze.


Skoiastel: To jeszcze ja na sam koniec rzucę pewną ciekawostkę. Pierwszy raz w historii działania WS – a tu zaraz pyknie nam siódmy rok – tak bardzo zmęczyłam się przyswajaniem treści. Nigdy zresztą nie zdarzyło się, by ocena ledwo osiemnastu stron zajęłaby mi ponad dwa tygodnie i ponad 60 stron. Kiedy zgłosiłeś się z miniaturą, przystępowałam do niej z myślą, że nie zajmie mi dłużej niż dwa dni. Naz udzielił już ci kilku wartościowych porad odnośnie do samego pisania, ja za to chętnie polecę proste narzędzie, które chociaż minimalnie wygładzi twój tekst. Chodzi o wtyczkę LanguageTool. Nie wiem, czy w programie, w którym piszesz, masz włączoną opcję autokorekty, ale jeśli piszesz online – na przykład na Wattpadzie albo bezpośrednio w Google Docs – ta wtyczka ci ją zastąpi. Choć nie znajdzie i nie wytłumaczy wszystkich błędów, to na pewno wskaże te typowe, podstawowe: ortografy, literówki, złą fleksję, a nawet częściowo pleonazmy oraz błędy interpunkcyjne, na przykład te dotyczące reguły cofania przecinka. Narzędzie wciąż jest aktualizowane i radzi sobie coraz lepiej, zresztą od dawna sama z niego korzystam i sobie chwalę. 
Na zakończenie pamiętaj, by zajrzeć do punktu o poprawności. W razie wu linkuję jeszcze raz: [KLIK]. Tymczasem ad fabulariów i kreacji powieści chyba wszystko już zostało napisane. Na dzień dzisiejszy? Jest fatalnie.
Wierzymy jednak, że może być lepiej. Będziemy trzymać za ciebie kciuki.




A za betę dziękujemy Ayame. 

1 komentarz:

  1. Jest mi tak głupio, że nawet nie wiem od czego zacząć.

    To drugie miasto to była wyzima, znaczy miała być.
    Tylko jakoś umknęło mi by o tym napomknąć, pół opowiadania mi gdzieś umknęło...

    Wszelkiego rodzaju easter eggi uwielbiam.
    I o ile w grze jest to fajny smaczek.
    Tak w tekście literackim, może w cale nie tak dobry pomysł jak mi się wydawało.

    Miełem wymienić jeszcze kilka przykładów, ale stwierdziłem, że zła pisanina, to po prostu zła pisanina, nie ma co się usprawiedliwiać na siłe.

    Ad doświadczenia z tekstem to jest ono zerowe.
    Gdzieś tam kiedyś zaświtał mi pomysł na taką scenkę w barze i stwierdziłem, że ją spisze.
    Potem na inną i jeszcze inna.
    I tak samo jak w przypadku tego ,,opowiadania,, były to randomowe sytuację, w ogóle ze sobą nie połączone.

    A jeszcze wcześniej lubowałem się w spisywaniu ekspozycji wszelakiej maści, także o tym nawet nie będę wspominał xD.

    Jeśli chodzi o czytanie, to czytam niewiele, w zasadzie nic.
    O wiele bardziej wolę audiobook.
    Więcej rzeczy jestem w stanie wyłapać że słuchu.

    Co do panującego chaosu to mam mieszane uczucia.
    Z jednej strony cieszę się, że nie widzieliście pierwszego draftu.
    Tam nawet ja nie wiedziałem, gdzie i co dokładnie jest xD.
    (Tak ten tekst przeszedł 3 drafty, i tak domyślam się że będzie wam ciężko w to uwierzyć)

    Z drugiej strony trochę dobił mnie fakt że mimo starań, których notabene nie widać, bo tekst jest słaby. Nie udało się tego uporządkować w czytelny sposób.

    W zgłoszonym tekście były że dwie- trzy sceny z których byłem arcydumny, z czego dwie w rozdziale drugim.

    W jednej Lambert walczył mieczem, ten fragment to wysłałem chyba wszystkim moim ziomkom.
    Głównie po to, by podbudować sobie ego, bo specjalnie uczyłem się szermierki na potrzebę chwili.
    Szczerze liczyłem że dotrwacie do tego momentu.

    Ale nie dziwię się ani trochę, sam bym przerwał czytanie.
    Bo mimo wszystko dwie-trzy sceny to jednak trochę za mało na pełnoprawne opowiadanie.

    OdpowiedzUsuń