[137] ocena bloga: academie-mirandel.blogspot.com

Autorka: Gabsone nene
Tematyka: fantasy, podróże w czasie
Ocenia: Skoiastel

Wygląd bloga w porządku, nic nie odrywa od czytania. No może poza ramką o autorce – trochę się ciągnie, tak że właściwie dałoby się zrobić z niej nową podstronę, aby nie zawalać tak bardzo kolumny z menu. Trochę też irytuje to, że archiwum jako spis treści znajduje się tak nisko i by z niego skorzystać, trzeba przescrollować stronę.

Zakładka Opis:
Powtarzasz zdanie z nagłówka. Właściwie niepotrzebnie, bo teraz wiszą na blogu jedno pod drugim. W dalszym opisie maleje ci interlinia; nie wiem, czy celowo, ale trochę męczy to wzrok.

Wszystko zaczęło się wiele wieków temu, gdy sto wybranych osób zostało obdarzonych umiejętnościami podróży w czasie. Każda z nich posiadała swoją specjalną cechę, która wyróżniała ją na tle innych. Gdy zaczęli [brak podmiotu] umierać, okazało się, że ich umiejętność nie ginie, ale jest przekazywana dalej ­– nie potomkom, nawet nie ludziom tej samej narodowości – w przypadkowy sposób, który rządzi się tylko jedną regułą: nie ma podróżnika w czasie w tym samym wieku. W każdym roku rodzi się jeden podróżnik. Po pewnym czasie, gdy pojawiły się osoby zainteresowane tym zjawiskiem, zasad zaczęło przybywać... a podróże w czasie stały się jedną z najlepiej strzeżonych tajemnic. – Skoro sposób ma regułę, nie można go nazwać przypadkowym.
Na początku wybrano sto osób, a potem, gdy ktoś umierał, jego umiejętność była przekazywana dalej. Ale jednocześnie w każdym roku rodzi się tylko jeden podróżnik. Czyli wychodzi na to, że dwóch podróżników nie może umrzeć w jednym roku? A jeżeli umierają w podobnym okresie, to umiejętność jednego z nich musi czekać na swoją kolej, by zostać przydzielona dopiero za rok? Tak to działa, dobrze rozumiem? Trochę pomieszane, no ale zobaczmy, jak przedstawisz to w tekście.

Vira nie powinna o tym wiedzieć. Nie powinna być z tym związana. Ale Czas... miał swój własny plan… – Akurat tutaj zapisałaś Czas wielką literą, ale w nagłówku i zdaniu początkującym tę zakładkę nie zrobiłaś tego. Dlaczego?

(...) postało już naprawdę wiele książek, filmów na ten temat. – Powstało.

Zakładka o bohaterach, przyznam, napawa mnie strachem. Pokazałaś aż dwadzieścia dwie postaci! Nie za dużo? Boję się, że się pogubię. A poza tym pomieszały ci się tam fonty.

(...) więc nawet ci mało ważni bohaterowie, jeśli znajdę pasujący wizerunek, tutaj się pojawią :D – emotikon nie zastępuje kropki, nie kończy zdania. Powinna się ona znaleźć przed lub po uśmiechu (właściwie lepiej wygląda wersja z kropką przed).

Słowniczek nie zachęca, szczerze mówiąc. Różnoraki font, interlinia i braki odstępów sprawiają, że tekst wygląda trochę jak niechlujna ściana tekstu. Przytaczasz Prawa GT’a, czyli, jak dowiaduję się ze spisu, ang. Guards of time (dlaczego nie więc GoT?). Skróty zapisuje się z dywizem, nie apostrofem. Powinnaś mieć: GT-a (tak samo zapisałabyś przecież: idę do ZUS-u). Powtarzasz ten błąd notorycznie, więc nie będę już o nim wspominać.
Chyba nie powinnam tego czytać przed rozpoczęciem lektury, ponieważ zakładka zawiera spoilery oraz fakty, które właściwie powinny wynikać tylko z tekstu. Mam nadzieję, że tak właśnie będzie, a podstrona to tylko pomoc, gdyby ewentualnie czytelnik o czymś zapomniał, a nie główne źródło informacji.

W miarę postępu akcji, [przecinek zbędny] będę go uzupełniała.  –  O matuchno! Jeszcze? Przecież i tak jest już tak długi… Najwyraźniej lubisz się rozmieniać na drobne.

Pozdrawiam Was, Podróżnicy w czasie! – Dlaczego zapisałaś podróżników wielką literą? To jakaś nazwa własna, na przykład członków GT-a?

Cecha – specjalna umiejętność podróżnika w czasie; objawia się około 16 roku życia; podróżnik blokuje się w przeszłości, gdy ją okryje (...) – cyfry słownie.
O, tutaj zapisałaś już podróżnika małą literą.
[Update: Po przeczytaniu historii nadal nie rozumiem, dlaczego prawa mówią w zakładce to, co dokładnie wynika z treści opowiadania, głównie z dialogów. Gdy czytałam rozdziały, nie zaskakiwałaś mnie już tak często, jak mogłabyś, gdybym jej nie przeczytała].

2 de (druga klasa), 1ere (pierwsza klasa) – jedno ze spacją, drugie bez? Na pewno?

(...) bezkształtny potwór, barwy granatowej – ten przecinek wygląda na zbędny.

Ojej, tych Praw GT-a jest całkiem sporo, bo aż dwadzieścia trzy.

3. Będzie odbywał przynajmniej jedną podróż w przeszłość w tygodniu. – Punkt pierwszy i drugi zaczynasz od słów Każdy podróżnik, a ten już nie. To trochę niekonsekwentne.

6. Podróżnik będzie cofał się nie dalej niż do 1700 roku – wcześniej nie istniała nasza organizacja. – To znaczy, że podróże w czasie uzależnione są stricte od działalności GT i zaplecze technologiczne GT nie pozwala cofać się wcześniej, niż istniało, tak? W sensie, że za podróże odpowiedzialna jest organizacja? Bo myślałam, że Czas, a organizacja jest po to, by jakoś chronić podróżników i trzymać kontrolę nad tym, co się dzieje. A to by znaczyło, że technicznie dałoby się cofać w czasie wcześniej, niż istniała organizacja, tylko, na przykład, byłoby to karalne. Jestem ciekawa, jak poruszysz tę kwestię w tekście. Bo oczywiście zakładam, że wszystkie prawa, które wypisujesz, będą miały jakieś znaczenie fabularne.

9. Zabronione jest przekazywanie komukolwiek prawdy o podróżach w czasie, a także poszukiwanie i kontaktowanie z żyjącymi podróżnikami w czasie. – Poszukiwanie czego? Źle rozpisałaś to zdanie. Sugeruję: Zabronione jest przekazywanie komukolwiek prawdy o podróżach w czasie, a także poszukiwanie żyjących podróżników i kontaktowanie się z nimi.

10. Ingerencja w przeszłe wydarzenia jest niemożliwa – zmiany dokonane w przeszłości i tak nie będą miały wpływu na przyszłość – oraz zabroniona. – Skoro jest niemożliwa, to po co dodawać, że jest zabroniona?
No i jak to nie będą mieć wpływu? Ale że żadnego? Żadnego efektu motyla ani nic? Przecież istnieją dowody w postaci badań nad układami dynamicznymi, które jasno mówią, że niewielkie zaburzenie warunków początkowych w układzie powoduje rosnące wykładniczo z czasem zmiany w zachowaniu tego układu. Przykładowo, wystarczy przecież, by jakiś podróżnik niefortunnie dobrał słowa w przeszłości, by wywołała się niespodziewana wojna na jakimkolwiek tle. Ewentualnie może podeprzesz to właśnie magią, jako że zapowiedziałaś fantasy, jednak na razie wydaje mi się to trochę naciągane – trudno podważać fizykę, nawet jeśli jest kwantowa; magii dotyczą elementy niezbadane, niewyjaśnione, a czas już ktoś zdefiniował, istnieje o nim jakieś pojęcie.
[Update: Okej, w tekście wyjaśniasz brak efektu motyla istnieniem w wieloświecie wszechświatów równoległych. Ale jakim prawem podróżnik może skakać sobie po wieloświecie i mieć wpływ na inne wymiary/linie czasu/światy równoległe? Zakładając podróże w czasie, podróżnik raczej powinien cofać się na jednej linii czasowej – tak przynajmniej powinnaś założyć, dla bezpieczeństwa. Skakanie po wymiarach doprowadziłoby do paradosku, chaosu, jakiegoś wyładowania kwantowego, bo w tym samym czasie zetknęłyby się dwie identyczne energie – teoretrycznie właśnie wtedy moglibyśmy spotykać siebie z innych wymiarów, światów równoległych, jak zwał, tak zwał. Skoro napisałaś jasno, że niemożliwe jest spotkanie samego siebie, a próbowanie jest surowo zabronione, to logiczne, że każdy podróżnik skacze po tylko jednej, tej swojej bazowej, linii czasu i żadnej innej].

12. Gdy podróżnik zostanie odnaleziony, informacja o jego zdolnościach jest przekazywana najbliższej rodzinie. Rodzina ma prawo do:
a. zrzeczenia się opieki nad podróżnikiem – w takim przypadku rodzinie zostanie usunięta pamięć, a dziecko poddane specjalnej opiece; – to jest trochę przykre, biorąc pod uwagę, że pamięć zostaje usunięta, a nie zmodyfikowana. Czyli że dziś jestem sobie matką w szczęśliwej rodzince, z mężem i czwórką dzieci, a jutro budzę się i… nie wiem, kim jestem, gdzie jestem i czemu obok mnie jest jakiś obcy mężczyzna i trójka brzdąców…?


Ewentualnie zastosowałaś tu jakiś skrót myślowy i chodziło ci o to, że pamięć jest nie usuwana, a modyfikowana; usuwane zostają np. wspomnienia o podróżniku. To by miało sens.

16. Podróżnik w czasie powinien mieszkać w pobliżu jednej z dwóch siedzib GT’a. – Tylko dwóch? Od 1700 roku rozwinęli się tak, że mają tylko dwie siedziby, mimo że kontrolują w temacie podróży w czasie praktycznie cały świat (wieloświat? wszystkie linie czasu, których jest pewnie nieskończenie wiele?)? Czy to nie jest trochę absurdalne?

(...) może częściej [przecinek] jeśli czuje, że jest to konieczne.

Zanim przejdę do treści właściwej, zaznaczę jeszcze, że w ocenie pisałam imiona Noel i Therese bez akcentów, które wprowadziłaś u siebie, ponieważ często zdarzało mi się oceniać na komputerze, rzadziej na telefonie, i wklejanie za każdym razem akcentów, kiedy dość często mówię o tych bohaterach (nie tylko w odniesieniu do poszczególnych cytatów, z których mogłabym kopiować te akcenty), było dla mnie po prostu niekomfortowe. Proszę, nie zwracaj na to uwagi. 

PROLOG
Ale prawda była zupełnie inna. Szybko miała się przekonać, jak wielkie brzmię noszą takie osoby…  – Z fragmentu wynika, że miała się przekonać o czymś… prawda. + Brzemię.
Technicznie nic więcej nie wpadło mi w oko, a o fabule nie ma mowy – rzucasz ogólnikami, które intrygują, ale o których nie da się powiedzieć nic więcej. Zaciekawiona lecę dalej.

CZAS: 1
Na stoliku leżała błękitna cerata, która idealnie pasowała do równie obrzydliwej pościeli i zasłon. Trzygwiazdkowy hotel – nie najlepiej, ale też nie najgorzej – stał się miejscem, gdzie czekała na wujka, który niestety był dość roztrzepanym człowiekiem (...) – z fragmentu wynika, że czekała… cerata. Dalej w tekście bardzo często gubisz podmioty.
Jestem trochę zmęczona tym typem błędu. Mówię o nim praktycznie co ocenę, dodatkowo rozmawiałyśmy ostatnio o tym z dziewczynami z WS i podrzucałyśmy sobie tytuły nowych na rynku pozycji, w których to też ma miejsce.
Jest to jakiś pomysł na nowy artykuł, bo okazuje się, że nawet w dobrych wydawnictwach nie zwraca się uwagi na podmioty przy korekcie tekstu. Czasami mam wrażenie, że autorzy robią to specjalnie, by wprowadzić jakąś tajemnicę lub by tekst dawał wrażenie lżejszego, a korektorzy już nie zwracają na to uwagi (najwyraźniej nie wszyscy), ale… no niestety jest to nadal błąd techniczny.
Kiedy mamy fragment złożony z dwóch zdań, a podmiot w drugim pozostawisz domyślny (w twoim przypadku: czekała – jakaś ona), zawsze będzie odnosić się on do podmiotu ze zdania pierwszego (tam masz jedyny podmiot żeński – ceratę).
Można się trochę pokłócić, powiedzieć: no dobra, ale przecież logiczne, że cerata nie może czekać, więc wiadomo, że chodzi z automatu o bohaterkę – wynika to z kontekstu. Okej, fakt. Tylko że kontekst i technika muszą iść ze sobą w parze. Po prostu muszą, nie ma innej opcji. Inaczej tekst jest śmieszny, szczególnie gdy czyta się go na głos.

Czekając w holu, aż recepcjonistka ureguluje rachunek, zerknęła na swój skromny bagaż (...). – Dlaczego recepcjonistka reguluje rachunek, a nie bohaterka? Regulowanie rachunku oznacza płacenie. Na pewno nie drukowanie paragonu czy coś.

Historia życia Elvire nie była jakaś wyjątkowa. Ojciec odszedł od nich, gdy miała pięć lat. – I tutaj zaczyna się streszczenie na trzy długie akapity. Rozumiem, że informacje są ważne, bo zaznaczają przeszłość bohaterki, ale podkreślasz na końcu, że dziewczyna się zamyśliła i recepcjonistka przerwała jej wspomnienia na temat barwnego życia matki. Tylko dlaczego Vira w swojej głowie oświadczała, jak żyła jej mama? Przecież dobrze znała tę historię, nie musiała jej sobie streszczać. Chodzi o to, że to dość sztuczne i mało przekonujące. Te akapity wyglądają, jakby Vira akurat wspominała coś pod czytelnika, specjalnie dla niego. Trochę relacja, trochę ekspozycja. Jakbyś czuła silną potrzebę wprowadzenia czytelnika w świat od razu, już w pierwszych zdaniach tekstu przedstawiając mu wszystko, co ważne o bohaterce. Historia jej dzieciństwa mogłaby być pokazana subtelniej, na zasadzie wspomnień porozrzucanych w tekście jak puzzle, które trzeba by poskładać, by dostać pełen obraz (co potem i tak robisz, więc to tu i tak nie ma sensu), a ty jednak wybrałaś nudną formę odrywającą od akcji.
Przykładowo dalej w tekście i tak pojawia się rozmowa w samochodzie o matce, na co Vira reaguje dość oschle, dalej też wspominasz jej tęsknotę za kobietą – to są te wskazówki, z których mogłabym wywnioskować, że bohaterka nie ma kontaktu z mamą, że kobieta ją opuściła, a dziewczyna czuła się pod tym względem rozczarowana i samotna. Po co mi od razu wiedzieć, że Estelle wciąż zmieniała pracę, miejsce zamieszkania, partnerów. Wraz z dwójką dzieci zjeździła praktycznie całą Anglię i tym podobne? W tym momencie ten fragment tylko mnie doprowadza do ziewania.

Odrobinę zamglony wzrok wciąż błądził, jakby naprawdę próbował odnaleźć swoje miejsce na ziemi. Nie zamierzała wracać [kto? ziemia?].

Sięgały do ramion, były bardzo gęste i nie wyglądały najlepiej… jak fryzura Kleopatry, w którą strzelił piorun. W swoich własnych oczach – dość dużych, błękitnych, z niebieskimi plamkami i cienką, czarną obwódką – ujrzała taką ilość zniechęcenia, że aż ją samą to zdziwiło. – Fryzura ujrzała w swoich własnych oczach. Mhm. Na pewno.
Opis oczu wygląda na zbyt szczegółowy; po co komu te detale? Nikt ich nie zapamięta.

Miła odmiana… Podchodząc bliżej, znalazła odbicie tych uczuć w szarych oczach – o wiele bardziej żywych od oczu Estelle… – Po tym wszystkim pewnie wiesz już, co z tym fragmentem jest nie tak, prawda?

(...) powiedział niepewnie, zerkając [na] siostrzenicę.

(...) gdzie można było znaleźć kilka starych, kamiennych budowli. Brukowane ulice, kolorowe okiennice – kilka zwyczajnych domów (...).

Już i tak Patrick wraz z żoną wykazał się [wykazali się] wielką wspaniałomyślnością, biorąc ją pod opiekę.

~~*~~*~~*~~ – proponuję dodatkowo oddzielić ten symbol enterem. Przed i po, aby tekst nie był taki zbity.

A Vira, jako wiecznie głodna osoba, zdecydowanie na tym korzystała. – Tak, dowiedziałam się już z dialogu, że Vira zawsze jest głodna. Nie musisz tego raz jeszcze przyklepywać.

Tobias, bardziej rozbrykany bliźniak, podbiegł do niej, mocno uściskał i zaczął krzyczeć, że musi obejrzeć jego pokój i że ma nowe klocki Lego, i opowiadać, co ostatnio zrobił z kolegami… – Że Tobias musi opowiadać? Coś tu się też niedobrego stało z podmiotami… To zaczyna być trochę męczące.
Generalnie gdyby nie te podmioty i suche streszczenie, to całość byłaby naprawdę bardzo dobra. Stworzyłaś świetny opis domowej atmosfery, wplatając w to przy okazji opis miejsca. Naprawdę poczułam się członkiem rodziny, porwałaś mnie i nawet rozczuliłaś, pisząc o charakterystycznych kuzynach Viry. Fajnie, że chłopaki różnią się od siebie i widać to w ich zachowaniu, a nie tylko po samym opisie. Naprawdę mogę się wczuć, brawo.

Szerszy fragment dla zobrazowania następnego problemu:
Elvire czuła się dość dobrze w ich towarzystwie. Od zawsze traktowała Marthę jako jedną ze swoich nielicznych przyjaciółek – miała dwadzieścia osiem lat, więc różnica wieku między nimi nie była aż tak wielka. Bardziej jak między siostrami lub kuzynkami niż matką i córką. Z Patrickiem było różnie… Bardzo się starał, ale był dość specyficzną osobą. Zawsze miał zatłuszczone szkła od okularów i strasznie strzykał stawami – Vira na ten dźwięk aż dostawała dreszczy. – Po pierwsze, technicznie ze zdania nie wynika, że to Martha miała 28 lat. Właściwie pierwsza część zdania (ta podkreślona) mówi o Virze, więc dalej – miała – jest jakby dalej o niej.
Po drugie, o co właściwie chodzi? Chcesz mi powiedzieć, że Vira uważa Patricka za osobę specyficzną, bo się bardzo stara, ale… strzykają mu stawy i ma brudne szkła w okularach? To brzmi tak, jakby te dwie cechy przekreślały zupełnie szansę na przyjaźń z wujkiem.

Robiła to zawsze przed snem – jakoś pomagało to Virze [jej] w uśnięciu w nowym miejscu. Większość zdjęć, jakie robiła, to fotografie oczu. – Kiedy z pierwszej części zdania wiadomo już, o kogo chodzi, nie musisz potem dodawać imienia, wystarczy sam zaimek. Dalej masz podobnie. Podmiot się nie zmienia, wciąż chodzi ci o tę jedną bohaterkę:
Na pulpicie miała ustawione zdjęcie, które przedstawiało Virę [ją] z jej [ze swoją] najlepszą przyjaciółką – Eriką Kiharą.

CZAS: 2
Powieki opadały jej ze zmęczenia; oparła się o szybę, ponieważ miała problem z samodzielnym utrzymaniem głowy w pionie. – To takie trochę logiczne. Dajesz mi opis zaspanej dziewczyny. Domyślam się, dlaczego oparła głowę.

Siódma trzydzieści zdecydowanie nie należała do ulubionych pór dziewczyny. Wolałaby wciąż wylegiwać się w łóżku (...). – Bardzo leniwa ta siódma trzydzieści, nie powiem...

Patrick zapomniał wziąć teczki – a Vira myślała, że tylko dzieciom się to zdarzało… – Zapomniał wziąć (kogo? co?) – teczkę.

Virę jakoś to nie ruszało; miała zamiar ubierać się tak, jak jej się to podobało. – Brzydki rym.

O piątej, doskonałej przecież na rozmowę godzinie, rano. Nie żeby się nie cieszyła. – O! A piąta jakaś taka niemrawa…


Piszesz o rozmowie telefonicznej, która miała miejsce, ale której nie pokazałaś. Kolejne streszczenie? Podejrzewam, że może to nie jest aż takie ważne fabularnie, ale z drugiej strony poświęciłaś temu trochę miejsca w tekście. Nie lepiej było po prostu napisać tę rozmowę i od niej zacząć notkę? Czytelnikowi łatwiej byłoby uwierzyć, że takie coś miało faktycznie miejsce i że Kaki jest właśnie taką osobą – rannym ptaszkiem, który śmieszkuje, ironizuje i daje rady godne mistrza Zen. Jak narazie to streszczenie nic nie wnosi. Już drugi rozdział wspominasz o Erice, ale tylko opisujesz jej istnienie i nic więcej.
[Update: Przy dziesiątym rozdziale zaczynam się zastanawiać, po co w ogóle jest Kaki, skoro bohaterka ani razu nie pojawiła się w tekście i nie ma żadnego wpływu na fabułę. Gdyby ją wyrzucić, nic by się nie zmieniło].

„Najlepiej po prostu o tym zapomnieć i jakoś funkcjonować”. – Ta kursywa jest mało subtelna.

(...) przejechali przez bramę, a jej oczom ukazała się szkoła.
Myślała [szkoła?], że wiele już w życiu widziała.

Vira zdała sobie sprawę, że akademia odrobinę przypomina pałac Wersalski – choć mniejsza, nadal robiła wrażenie.
– To jedna z rezydencji królewskich – powiedział Patrick na widok jej [tej akademii?] miny. – Pałac wersalski – przymiotniki od nazw miast zaczynamy małą literą.

„Ławka, typowo, była cała mokra. Starając się nie czuć irytacji, wzięła głęboki wdech, by się uspokoić”. – Po pierwsze, ta kursywa wygląda na zbędną. Po drugie… sama wiesz.

Skupiła wzrok na rzemyku zawieszonym na szyi chłopaka. Nie chciała spoglądać w przyjazne, radosne oczy. – Nie bardzo rozumiem dlaczego. W poprzednim rozdziale dowiedziałam się, że Vira interesuje się oczami, lubi je fotografować, nie ma nawet oporów, by zatrzymywać ludzi i przekonywać ich do zdjęcia. Skąd więc opór teraz, gdy wypada patrzeć rozmówcy w oczy?

Zupełnie tego nie potrzebowała. Była samowystarczalna. – Mhm. Szczególnie potwierdza to narrator, kiedy wspomina o przyjaźni Viry z Eriką: Naprawdę za nią tęskniła (...) Jak zwykle Eri udało się poprawić humor Virze. Nie mówiąc o tym, że samowystarczalne śpiochy raczej nie odbierają telefonów o piątej nad ranem.

Przez kilka minut panowała cisza; weszli po stopniach prowadzących do bocznego wejścia. Urbi zmarszczył brwi, przepuszczając ją w drzwiach. – Cisza powinna się cieszyć z obecności takiego dżentelmena w jej życiu.

Stali na lśniącej, perłowej posadce. – Posadzce. Posadka oznacza stałą pracę.

Ściany ozdabiały freski, [przecinek zbędny] przedstawiające różne sceny, motywy, których niestety nie rozpoznawała.

Bardzo fajnie przedstawiłaś wprowadzenie do szkoły, wyjaśniłaś system edukacji i tym podobne. Dużo opisałaś, ale wplotłaś te wszystkie opisy w scenę i dialog, przykładowo Vira zapytała Urbiego o sport, więc przy okazji poznaliśmy dyscypliny obowiązujące w szkole oraz że bohater jest kapitanem drużyny pływackiej. Usmażyłaś kilka pieczeni na jednym ogniu. To dobry pomysł. Piszesz plastycznie i działasz na emocje. Czasami mam wrażenie jednak, że odrobinę przesadzasz, na przykład:
Urbi aż podskoczył ze szczęścia. – Hej! Jednak umiesz się uśmiechać!
Urbi nie ma trzynastu lat, by tak podskakiwać. Rozumiem, że się ucieszył, no ale ten podskok wydaje się strasznie infantylny. Nie kupuję tego, nawet jeżeli to bohater bardzo optymistyczny, wiecznie uśmiechnięty i tak dalej. Jest różnica między kolorowaniem a przekolorowaniem.

Pokój był na pewno większy [przecinek] niż mogłaby przypuszczać.

Druga strona pokoju była o wiele bardziej zwyczajna. Meble wykonano z ciemnego drewna, na łóżku znajdowała się zwyczajna biała pościel.
– To jakiś fetysz? – spytała [pościel?] szeptem Urbiego.

Nie miała zamiaru się do niego przywiązywać; wiedziała, że nie warto. – Wielokrotnie w tym rozdziale już o tym wspominałaś i teraz mam nieodparte wrażenie, że dziewczyna na pewno zwiąże się emocjonalnie z towarzystwem, będzie po prostu potrzebowała trochę czasu.
Widzisz, powoli zaczynasz uzyskiwać efekt odwrotny do zamierzonego; zamiast subtelnie pokazywać, że bohaterka stroni od ludzi, wciskasz to na siłę tam, gdzie tylko możesz.

(Coś w stylu: Edward nie jest moim chłopakiem, jest ukochanym itd.). – W prozie skróty nie są mile widziane. Ale nawiązanie do popkultury na plus.

Podkochiwał się w niej popularny, uroczy chłopak, a ona go zwodziła… Sama poczuła pretensję do nieznanej dziewczyny; Urbi nie zasługiwał na takie traktowanie. Był na to zbyt dobry, uczciwy, kochany. – Po pierwsze, ze zdania wychodzi, że to ukochana Urbiego czuje niechęć do jakiejś nieznanej dziewczyny.
Po drugie, strasznie dziwne wydaje mi się to, jak Vira zareagowała. Z jednej strony narrator co chwilę podkreśla, jak ona nie chce się z nikim spoufalać, a z drugiej dziewczyna od razu czuje niechęć i pretensję, bo ktoś nie chce być z chłopakiem, którego dopiero co poznała. I od razu ocenia go jako kochanego, uczciwego, mimo że zna go ile? Pół godziny? Godzinę? Po takim czasie ktoś tak doświadczony przez życie, jak zaznaczałaś, od razu wyrabia sobie opinię? Nie wydaje mi się. Nie pasuje to do tego, co narrator do tej pory mówił mi o zdystansowanej Virze.

Urbi zaczynał się już chyba przyzwyczajać do nie za miłej natury dziewczyny. Puścił jej słowa mimo uszu. – Puścił słowa natury… Nie powiem, jak to brzmi.
No i zaczął się przyzwyczajać? Zna ją dosłownie chwilę! Co oni wszyscy tacy szybcy we wnioskach?

– To może ja jednak zostanę w pokoju…
W tym momencie jej żołądek postanowił się zbuntować, wydobywając z siebie niesamowicie głośne burczenie. – No dobra, ale czy nie podkreślałaś znów, że Vira interesowała się, gdzie są kuchnia i jadalnia, i że praktycznie zawsze była głodna? A teraz jak słyszy o posiłku, to się miga i musi jej przypominać o sobie dopiero żołądek... Znów mi coś się nie pokrywa w zeznaniach.

Vira parsknęła, czym skupiła na sobie ich uwagę.
– To jest nas dwie, damulko. Skończę jeść i będziecie mogli o mnie zapomnieć. Każdy pójdzie w swoją stronę, a ty – Wskazała na Urbiego – dasz mi spokój. Teraz możecie wrócić do swojej małżeńskiej sprzeczki.


De fuq? Rozumiem, że Vira miała się nie spoufalać z ludźmi, ale żeby być od razu taką nieprzyjemną dla obcej dziewczyny, o której nawet nie pisałaś, by była specjalnie wystrojoną damulką (po prostu miała spódnicę?). Poza tym co to za hasło, że każdy pójdzie w swoją stronę, skoro Vira nie wie jeszcze, na które zajęcia uczęszcza Colette, a z Urbim też niektóre ma wspólne? Co to za głupia gadka?
Mam wrażenie, że Virze coś tu chwilowo odbiło. Miała się też nie pakować w jakieś socjalne obce sprawy, relacje, nie chciała się angażować, a tutaj właśnie to robi. Na dodatek używa słowa małżeństwo, które nie dość, że może sprawić Urbiemu przykrość (tak, temu samemu, którego Vira uważała za uczciwego, kochanego, którego nie wolno ranić i tak dalej...), to jeszcze wywleka na światło dzienne uczucia, które jej de facto nie dotyczą w żaden sposób. Nie wiem, wydaje mi się, że kulturalna, normalna osoba, nowa w środowisku, nie zachowałaby się tak bezczelnie.
Poza tym Vira leciała podobno na ładne oczy, a te Colette są niby dla niej intrygujące, ale jednak nie na tyle, by być miłą? By może w przyszłości móc je sfotografować bez spiny?

CZAS: 3
Poprzedni rozdział był tak skonstruowany, by czytelnik podejrzewał, iż to Colette będzie współlokatorką Viry (Urbi wspominał o swojej ukochanej akurat w pokoju Viry itp.), jednak okazało się, że nie. Dość sprytne zagranie – nieprzewidywalny bieg wydarzeń. Fajnie.
Nadal masz problemy z podmiotami. Już w poprzednim rozdziale nie wypisałam wszystkich, w tym wypiszę takich błędów jeszcze mniej; nie jestem betą.

Do pokoju weszła jej współlokatorka. Nie wyobrażała sobie, jak mogłaby ona wyglądać, więc nie odczuła żadnego rozczarowania (...). – Pierwsze zdanie o Steph, drugie – o Virze. Mieszasz. Strasznie mieszasz.

– Żadnego: cześć! Nazywam się tak i tak. Miło mi cię poznać.? – spytała sarkastycznie i uniosła brwi, opierając się łokciami o uda, składając podbródek na dłoniach.
– Stephanie Minoss – powiedziała zadziwiająco niskim głosem, nawet nie odwracając się w jej stronę i wciąż nieruchomo tkwiąc przy biurku. – Nie przechodzisz od jednego mówcy do drugiego, tzn. nie wskazujesz go. A powinnaś, nawet w dialogu dwuosobowym.

Nie dość, że posiadała bardzo wyłupiaste oczy, to w dodatku rzadko mrugała. Może te dwie rzeczy w jakiś sposób się ze sobą łączyły…?
Jeśli już musiała dzielić z kimś pokój, to wolałaby dogadywać się z tą osobą. – Pierwsze dwa zdania dotyczyły współlokatorki, a trzecie już Viry, ale nie wynika to z punktu technicznego.

Zerknięcie na zegarek uświadomiło dziewczynie, że przespała kolację (...) – ten podobno głodomór najpierw o mało nie ominął obiadu, a teraz olał kolację. Trudno w to uwierzyć, naprawdę. Czy bycie wiecznie głodną to cecha Viry, którą podkreślałaś bez większego pomysłu, by teraz nie być konsekwentną? I tylko raz na jakiś czas?

(śniadanie od ósmej do dziewiątej, obiad o czternastej trzydzieści, a kolacja od osiemnastej do dziewiętnastej). – To chyba nie jest aż tak ważna informacja, żebym nie mogła się bez niej obejść, a właśnie tak ją wprowadziłaś. Na siłę.

Nie miała pojęcia, skąd wzięła się u niej taka senność. Zazwyczaj nie pozwalała sobie na drzemki w ciągu dnia (...). – Ta senność nie pozwalała sobie na drzemki… Aha.
I ten piękny imperatyw też robi wrażenie. Bohaterka nigdy tak nie miała, ale teraz ma, nie wiadomo czemu, bo tak. To nie jest dobry pomysł.

(...) ale rzut okiem na niemrugającą, skupioną na nauce dziewczynę, skutecznie odwiódł ją od tego pomysłu. – Rzut oka, nie okiem. Nie piszesz fika o Thorze, jeśli wiesz, co mam na myśli...


(...)  łóżko było istnym barłogiem – ale nie zmartwiło ją to za bardzo. – Nie zmartwiło (kogo?) jej.

Vira narzuciła na nogi trampki i skierowała się do drzwi. W drodze przypomniała sobie, że wciąż wyglądała jak babeczka, więc zahaczyła jeszcze o toaletę, gdzie przebrała się w jedną ze swoich wygodnych koszul w czarnoczerwoną kratę. Czarno-czerwoną. Kiedy masz dwa różne kolory, używasz dywizu; łącznie – kiedy dobierasz odcienie tego samego koloru, np. jasnoróżowy, bladożółty, szarosrebrzysty, ciemnozielony itp.
Vira tak marudziła na ten strój, a okazało się, że przechodziła w nim pół dnia i nawet w nim zasnęła. Nie wpadła na pomysł, by się przebrać? Czyli jednak ten strój nie był aż taki zły… Więc po co ta drama z początku?

Na swoją reputację będzie pracowała od następnego dnia – samotnej fotografki. – Czegoś w tym zdaniu brakuje. Można by to powtórzyć, by wytworzyć nacisk na słowo reputacja, np.: Na swoją reputację będzie pracowała od następnego dnia – reputację samotnej fotografki. Ewentualnie przestawić szyk: Na swoją reputację samotnej fotografki będzie pracowała od następnego dnia.

Ale… co mały chłopiec robił w akademii dla nastolatków? Może Vira tylko go sobie wyobraziła? – Bardzo, bardzo naiwne. Ile ona ma lat, przypomnij mi?

(...) skierował się w kierunku jednej z szuflad, z której wyjął dwie łyżki.
– Będziesz jadła? – spytał, machając do niej jedną z łyżek. – Hej, szuflado! Bądź grzeczna i odpowiedz…!

A i jakiegoś dzieciaka, który nazywał się Salad. Wiecie, jak sałatka. – A do kogo narrator się, przepraszam, zwraca? Do czytelników? Narrator wszystkowiedzący, do tej pory ukryty w tekście? Nie rozumiem, po co zwracasz moją uwagę, odrywasz mnie od tekstu i przypominasz, że to tylko opowiadanie?

W głowie Elvire od razu zrodził się pomysł na bardzo zieloną sesję zdjęciową… I dziewczynę o imieniu Pola, która posiadała niesamowite, intensywnie szmaragdowe tęczówki. – Zrodził się pomysł na dziewczynę…?


Brawurka!

Pięćdziesiąt par oczu zlustrowało ciemne dżinsy i luźną koszulę w czarno-niebieską kratę. Miała nadzieję [ta koszula?] (...). – Nope, nope, nope.

Chociaż kusiły ją oczy Colette… Ale nie zamierzała na razie robić im zdjęć. Nie chciała zbliżać się do tej dziewczyny. – Dziwne, żeby chciała po tym, jak zaczęła obrażać Colette na stołówce...

Od tego miała Kaki i ona Virze w zupełności wystarczała.
Postanowiła przysiąść się do Roberta (...). – Od kiedy Kaki uczy się w tej samej szkole i zna Roberta? Nie wiedziałam, że przyjechała. Vira się pewnie ucieszy.

Ale, jak już wspominała, nie zamierzała się z nimi zaprzyjaźniać, stawać się najlepszymi przyjaciółmi na zawsze i tak dalej. – Tak. Wspomina o tym nieprzerwanie od trzech notek. Trudno o tym zapomnieć, skoro tak nachalnie wciskasz to zawsze, jak tylko nadarzy się okazja.

Denise była dziewczyną o sporych rozmiarach. Ale przy tym dało się zauważyć, że nie miała kompleksów. (...) Elegancka bluzka odznaczała się sporym dekoltem – kolejny wskaźnik pewności siebie dziewczyny. Wyglądała na konkretną, twardo stąpającą po ziemi osobę. – Trochę mnie denerwuje to ocenianie ludzi po okładce. Że ktoś nosi bluzkę z dekoltem, to od razu jest pewny siebie i nie ma kompleksów? A może to tylko właśnie przykrywka, by uczyć się tej pewności i radzić sobie z kompleksami? Jeżeli to mowa pozornie zależna Viry, no to coraz mniej dziewczynę lubię. A jeżeli to jakiś prywatny wtręt od narratora, to tego nie kupuję tym bardziej, bo wszystkowiedzący nie powinien sobie pozwalać na subiektywizm.
Ogólnie męczy mnie, jak strasznie dużo w tej notce uwag odnośnie wyglądu różnych ludzi. Spójrz: Steph, Zach, nauczycielka, Pola, Olaf, Robert, Denise i Samala. Wszyscy to oczy, włosy, sylwetki i ubrania. A po przeczytaniu całego rozdziału pamiętam tylko, że Denise jest okrągła, Steph lubi écru, Zach jest dzieckiem, Robert ma dwa różne kolory oczu, Pola też ma oczy godne fotografowania, a Olaf nie. Tyle pamiętam.
Wybacz, ale kompletnie nie interesuje mnie, kto ma jaki kolor włosów, oczu i tym bardziej kto jakie ubrania nosi. I, powiem ci, że wypychanie opowieści informacjami, które ciężko zakodować i które w sumie nic nie wnoszą, nie jest dobrym pomysłem; historia staje się ciężka w odbiorze, nieprzystępna. Czytam, ale dane ulatują z głowy i nijak nie chcą się w niej zatrzymać.
[Update: już przy siódmej notce nie potrafię wymienić żadnych danych, nie pamiętam nikogo, poza Zachem, Urbim i Patrickiem. Reszta osób kompletnie wyleciała mi z głowy, jakbyś nigdy o nich nie wspominała].
Takie opisy są też mocno… amatorskie. Trochę jak z blogów na Onecie. Problem, że jest ich dużo (jeden czy dwa od biedy można przyjąć, ale cztery? Pięć? Okropność). Oraz że postaci nie żyją jakby niczym innym w tekście. Fajne, że ktoś jest grubszy, to łatwo zapamiętać, wyobrazić sobie, to coś charakterystycznego. Albo że ktoś ma jedno oko takie, a inne takie [tylko że do właściwie końca opowiadania Robert nie występuje już w tekście…]. Ale po co zaraz po tej informacji rzucasz, że pulchną buzię ozdabiał naprawdę ładny makijaż, brązowe, zadbane włosy zostały ułożone w sprężyste fale, a piwne oczy rzucały wyzwanie innym? Daj raz jedną cechę, kiedy indziej dasz drugą, jeszcze dalej: trzecią. Nie musisz wszystkiego wrzucać naraz, w jednym akapicie, zdanie po zdaniu, żeby potem mieć z głowy. To tak nie działa. Dobre opisy wyglądu powinny robić wrażenie rozrzuconych niby przypadkiem, tak trochę jakby od niechcenia, subtelnie. A ty zagracasz nimi rozdział, by potem rzadko do nich wracać.
Poza tym denerwuje mnie już powoli to napastliwe wręcz przypominanie o tym, że Vira jest samotniczką z wyboru i nie chce się wkręcać w nowe relacje.
Muszę niestety przyznać, że do tej pory czuję się znudzona.

CZAS: 4
Pierwszy tydzień minął Virze zadziwiająco szybko i raczej nieciekawie. Powoli zaczęła wdrążać się w rytm szkolny. Wstawała zawsze na ostatnią chwilę. (...) Jak na razie najbardziej polubiła fizykę, prowadzoną przez sędziwego profesora i biologię (...). Prawdziwą męczarnią były dla niej francuski i literatura. Nie nadawała się do takich przedmiotów. Do kluczowych momentów w ciągu dnia należał także obiad, który zawsze spędzała z przypadkowymi ludźmi oraz godzinka, którą przeznaczała na robienie zdjęć. – O jejku, co za monotonne streszczenie! Wiem, że pewnie nie chce ci się pokazywać tego wszystkiego scenami – z twojego punktu widzenia zaadaptowanie do nowego środowiska twojej bohaterki jest pewnie fabularnie nieciekawe i trzeba je już mieć z głowy.  Zastanów się więc: po co dawałaś mi wstęp w postaci trzech notek wprowadzających, aby teraz streścić tę adaptację? Przecież sama otworzyłaś do tego furtkę, dałaś sposobność, by wsadzić swoją bohaterkę w obce środowisko i umożliwić jej, by się odnalazła. Ale ona odnajduje się teraz za pomocą streszczeń; nie uczestniczę w tym, nie widzę tego, nie czuję.
Pierwsze rozdziały to naprawdę doskonała okazja, by przedstawić postać, jej sytuację, jej, przede wszystkim, odczucia. Odczucia — odczucia objawiające się w praktyce, w uwagach postaci na temat otoczenia, w tym, w jaki sposób jej ciało odbiera bodźce — mówią o bohaterce więcej, niż można by przypuszczać. A Vira tutaj znajduje się w całkiem nowej sytuacji. Gdzie można poznać reakcje postaci lepiej niż w obcym otoczeniu, które ona próbuje analizować, zrozumieć i poradzić sobie z nim? Tymczasem ty wykorzystujesz tę sytuację… do w zasadzie niczego. Laska przyjeżdża, poznaje kilka osób, idzie spać, idzie jeść, idzie spać, idzie jeść, na lekcji mowa tylko o jej stroju, potem o strojach innych osób, przy okazji cyknie się jeszcze kilka fotek… Do tego momentu też nie było jakoś super interesująco i dynamicznie, ale jeszcze zjadliwie. Teraz, w czwartym rozdziale, to streszczenie zabiło fabułę.
Nie łatwiej byłoby ci więc od tego momentu zacząć historię? Od tego, że Vira jest od tygodnia w nowej szkole? Ominęłabyś to, czego nie miałaś ochoty przedstawiać w fabule, a ja nie miałabym poczucia, że idziesz na skróty. Zdecydowanie brakuje przynajmniej jednego rozdziału złożonego ze scen, w których Vira cały czas jest tą nową w wielkiej szkole.
W ogóle w rozdziale pierwszym pisałaś, że ta placówka to wielki pałac. Nagle, po jednorazowym oprowadzeniu Viry przez Urbiego, przestałam to czuć. Dlaczego? Cała atmosfera po prostu prysła. No i Vira też już się nie gubi ani nic.

Kiedy w końcu zapuściła się do ogrodów, wciąż tam powracała, raz przynosząc swojego – jak go nazywała – staruszka (aparat, którego nawet marki nie znała, ale który był niesamowicie sędziwy i robiło nim się genialne zdjęcia) – robić codziennie zdjęcia przez godzinę, mieć fotograficzne hobby i podchodzić do niego naprawdę profesjonalnie… Nie wiedząc nic konkretnego o swoim sprzęcie.


Tu nawet nie chodzi o samą markę, ale przecież skoro Vira interesuje się fotografią, to powinna interesować się również sprzętem fotograficznym, tak? A ona nawet nie wie, czym cyka? To trochę brzmi, jakby ktoś interesował się motoryzacją, a nie wiedział, że jeździ fordem. Albo gdyby ktoś lubił gry, ale nie wiedział, że pyka akurat w Tomb Raidera. Nie wiem, logo nie rzuca się w oczy? Wytarło się przez lata użytkowania, a Vira nie zdążyła go zapamiętać? Sądziłam, że skoro narrator w każdym z trzech rozdziałów podkreślał pasję Viry, to ta pasja jest tak na serio. A teraz jednak widać, że nie bardzo.
Poza tym sędziwy staruszek to pleonazm.

(...) (aparat, którego nawet marki nie znała, ale który był niesamowicie sędziwy i robiło nim się genialne zdjęcia), a to innym razem lustrzankę, wciąż odnajdując inspiracje w tak pięknym miejscu. – W takim zestawieniu to brzmi, jakby lustrzanki nie były aparatami. Poza tym niesamowicie to określenie mocno podkreślające jakąś wartość, przy sędziwym wygląda trochę to tak, jakby narrator popadał w dziwną podnietę z powodu wiekowości sprzętu. A przy jeszcze genialnych zdjęciach w tym samym zdaniu... Ten zachwyt jest jak na moje oko podkreślony za mocno. 
Tobie pewnie chodziło o cyfrówkę/aparat cyfrowy, której/którego nawet marki nie znała…

Nie zrezygnowała z fotografowania tęczówek (...). – Dlaczego w ogóle sugerujesz, że w miałaby? Przecież podobno oczy to jej ulubiony motyw. Na dodatek trochę logiczne, że w szkole jest multum osób i w tydzień Vira na pewno nie wykorzystała wszystkich możliwości.

Dzień kończyła, oczywiście, kolacją, a później szła do biblioteki, gdzie odrabiała lekcje, a następnie do pokoju integracyjnego, by pograć trochę na konsoli – jeśli miała szczęście i żaden z uczniów klasy końcowej jej nie zajmował. Tak to młodszych drugoklasistów przeganiała. – Skoro dzień kończy się kolacją, to, przepraszam, jakim cudem aż tyle rzeczy jest jeszcze po niej?
Przyrównajmy tę nudną rozpiskę harmonogramu dnia do, na przykład, uniwersum potterowskiego. Czy w sadze o Potterze chociaż raz pojawia się streszczenie, że Harry jadł, potem szedł gdzieś, potem robił co jeszcze innego i jeszcze innego… No nie. Tak się nie pisze.
Trochę szkoda, że nie budujesz scen, nie pokazujesz, co dzieje się w życiu Viry. Odbierasz radość z czytania, oddając mi do przetrawienia suchy opis. Tak naprawdę nie interesuje mnie, że dziewczyna gra na konsoli po odrobieniu zadania; interesowałoby mnie to wtedy, gdybyś pokazała, jak przegania młodszych uczniów – mogłabym kontynuować poznawanie Viry i wnioskowanie o niej ze scen. Wykorzystaj właśnie takie możliwości, zamiast, nie wiem, robić sprawozdanie o niczym. Myślisz, że kogoś pasjonuje to, że w bibliotece odrabia się lekcje? To mega trywialne, wiem to, nie czytając o tym – też miałam bibliotekę w szkole. Inna sprawa, gdybym się dowiedziała, że nasza bohaterka w trakcie odrabiania zadań dowiaduje się tam czegoś ciekawego. To tylko przykład.
Tnij wszystko, co nic nie wnosi. Każde zdanie opowiadania powinno służyć dwóm rzeczom: rozwijaniu fabuły albo ukazywaniu charakteru postaci. Ewentualnie jedno i drugie jednocześnie. Natomiast część twoich zdań służy jak na razie niczemu, a szkoda, bo jesteś poprawna i widać, że tak ogólnie potrafisz pisać.

Urbinus naturalnie jako pierwszy znalazł się przy boku dziewczyny, gdy ta osunęła się na podłogę. Od tamtej pory złamał zasadę ich [jego i Colette czy jego i Viry?] kumplostwa – bo przyjaźnią nigdy tego nie nazwie – i wciąż o niej nawijał. – Ten fragment jest dość niezrozumiały.
Poza tym serio, ta zasada ich kumplostwa ile trwała? Vira w dwóch ostatnich rozdziałach dała do zrozumienia, że nie chce być blisko Urbinusa i żeby to jeszcze faktycznie trochę trwało… Ale nie. Nie rozumiem, dlaczego narracją zaklinasz jedno (niechęć w kontaktach z chłopakiem), a sceną drugie (rozmowy w każdym rozdziale). Gdy się wprowadza jakiś wątek, wypadałoby, żeby trochę potrwał… Inaczej mam wrażenie, że narrator tylko rzuca słowa na wiatr.

Podobno Vira uważała Urbiego za idealny model na przyjaciela i bała się, nie chciała się z chłopakiem spoufalać, bo mogłaby mieć potem jakieś swoje osobiste problemy. Ale jednocześnie, gdy ten bardzo według niej uczynny, miły, kochany, dobry i tak dalej chłopak chciał jej się zwierzyć, to ona:
Zabrała ze sobą także aparat i nie skupiała się za bardzo na słowach chłopaka. Bardziej interesowała ją kolorowa żabka, która idealnie znieruchomiała w trawie i patrzyła się centralnie w obiektyw. – Tak. Właśnie wtedy, gdy Urbi opowiadał jej o swoich problemach sercowych.
Gratulacje, Viro! Robisz wszystko, żebym nie lubiła cię coraz bardziej!
Dopiero po chwili szesnastoletnia zołza chowa aparat i zaczyna słuchać, ale dla mnie to trochę za późno, by zarobiła plusa w tej scenie.

Elvire kiwnęła głową. Sama także posiadała tylko jedną najlepszą przyjaciółkę. I uważała, że Kaki w zupełności jej wystarczała. – Tak, wiem to. Nie musisz mi tego przypominać, gdy tylko wyczujesz okazję.

Kocham ją i postanowiłem, że będę czekał tak długo [przecinek] jak trzeba.

Zdecydowanie nie powinno tak być, ale ostatnimi czasy coraz częściej odczuwała potrzebę chronienia i opiekowania się Urbim. (...) Ale nie nazwałaby tego przyjaźnią. Nigdy w życiu!


Dotykając uderzonego przez nią miejsca. – Dotykając (kogo? co?) uderzone przez nią miejsce.

Vira nie potrafiła zachować spokoju.
– No nie. A to menda! – wykrzyknęła, wstając na równe nogi. – Brak zachowania spokoju widać w dialogu, nie musisz go zapowiadać.
Naprawdę nie rozumiem tego jej zaangażowania w przyjaźń i ostrych, dynamicznych reakcji, kiedy jednocześnie narrator zapewnia mnie o czymś innym.
Rozumiem, że chcesz pokazać, iż Vira tylko tak myśli o tej swojej oschłości, zgrywa się, a tak naprawdę potrzebuje przyjaźni z Urbim; coś w tym stylu. Ale to tak nie wygląda. Aby tak było, Vira musiałaby myśleć, że nie powinna się przyjaźnić, chociaż chciałaby, a w czynach jednak skłaniać się do tej relacji. Natomiast u ciebie to narrator zapewnia mnie, że Vira bardzo nie chce – narrator jest wszystkowiedzący (nie korzystasz z mowy pozornie zależnej, przynajmniej nie czułam w tym stylizacji Viry, o ile jakąkolwiek ona ma), dobrze wie, co Vira tak naprawdę ma w głowie. A jednak dziewczyna zachowuje się inaczej, niż on mówi – mamy więc sprzeczność.

A ona ciebie olewa, bo podoba jej się jakiś starszy koleś?! Jak tak można?! Zabiję! Jak ją spotkam, to nogi z dupy powyrywam… – zaczęła mamrotać te i jeszcze więcej, bardziej brutalnych gróźb. – Mamrotać? Przecież użyłaś wykrzykników w zapisie.

A od kiedy Urbi jest bucem?
– Wracajmy. Komary zaraz mnie zeżrą – powiedział, czym przełamał dość ciężką atmosferę, która zapanowała między nimi. (...)
– Mnie jakoś nie gryzą. (...)
– To dlatego, że nie masz szlachetnej krwi. Miejscowe komary tylko do takiej są przyzwyczajone.
– Hej!
– Taka prawda. Nie musisz się obrażać.
Do tej pory chłopak ani razu nie był w stosunku do nikogo niesympatyczny. Dlaczego taki jest akurat wtedy, gdy Vira chociaż raz starała się nim przejmować i być dla niego miła? (Niby postarała się późno, ale lepiej późno niż wcale),

Zapomniała schować jednej [jedną] z kartotek. A teraz ona zniknęła. Szukała wszędzie. – Kartoteka szukała się tam, gdzie zniknęła. Tag. To ma sens.

Mężczyzna wyglądał jak typowa gruba ryba. Po czterdziestce, z wielkimi zakolami i równie potężną oponką. – Nie znam się aż tak, ale wydaje mi się, że istnieją też na świecie typowe grube ryby, które nie są grube dosłownie… Taki na przykład Kriszczan.

Jakby nie patrzeć [przecinek] tożsamość podróżnika, którą mieliśmy chronić, teraz może wyjść na jaw.

Od zawsze byli zgranym zespołem, najlepszymi przyjaciółmi, którzy może i w wielu rzeczach się nie zgadzali, ale którzy nie dyskutowali ze sobą o tych sprawach. A odkąd pojawiła się ta nowa dziewczyna, między nimi zaczęło się coś psuć. – Po pierwsze: jak narrator może mówić o przyjaźni Colette i Urbiego, i jednocześnie ją zaprzeczać stwierdzeniem, że ta dwójka nie rozmawia ze sobą na trudne tematy? To co to za przyjaźń? To raczej mają się głęboko w poważaniu… Coś w stylu: Hej, kolego, nie zgadzasz się ze mną? To zamilknij, stój obok i dalej wyglądaj na mojego przyjaciela, z którym rozmawiam tylko o pogodzie. Tak to brzmi.
Po drugie: inny problem z tą przyjaźnią jest taki, że w nią nie wierzę. W sensie że jedyną sceną konfrontacji Urbi-Vira-Col było pierwsze spotkanie przy stole. Nie pokazałaś mi wcześniej wielkiej przyjaźni Urbinusa z Colette, nie dałaś mi ani jednej kłótni, żeby pokazać, że coś się zepsuło ani nie pokazałaś, jak Vira się miesza (poza sceną, gdy rozmawia z Urbim) – wręcz przeciwnie, podobno Vira nie chciała się trzymać z Urbim i to on za nią biegał, by się zwierzać, by podrzucić jej jakieś fatałaszki i tak dalej.

Ale coś w Elvirze strasznie ją drażniło. Może bezczelność, nonszalancja, to, że na niczym jej nie zależało. Sama nie wiedziała. A może po prostu fakt, że Urbi pragnął także z tą dziewczyną się przyjaźnić… – A czy przypadkiem w drugim rozdziale nie wprowadziłaś Urbiego jako lubianego przewodniczącego, który tak naprawdę przyjaźni się ze wszystkimi? Naprawdę dziwne, że Col nie była o to zazdrosna już wcześniej, jeszcze zanim Vira przybyła do szkoły.
Poza tym strasznie naciągane wydaje mi się, że Colette nie wie dokładnie, za co nie lubi Viry. Hmm, może za to, że Elvire nazwała ją damulką, gdy zobaczyła ją pierwszy raz? To nie było takie trudne w dedukcji.

Potem ma miejsce strasznie nudna ekspozycja, jaki był Urbi w oczach Col i całej klasy. Krótki wycinek z całości: Poprawiał im humor, podnosił na duchu. Widziała go też wielokrotnie przed zawodami pływackimi. Wiedziała, że sam niesamowicie się denerwował, ale ważniejsi byli dla niego inni, reszta drużyny. – Pokazujesz mi go takim, wystarczy! Ewentualnie czekam na scenę, w której wydarzy się to, co opisałaś. Inaczej to tylko puste słowa, które nic nie znaczą. Strasznie topornie działasz. Jakby… prowadzisz opowiadanie gdzieś obok fabuły.
Potem mamy streszczenie wizyty u Patricka i znów – mówisz, że rozmowa miała miejsce, ale nie pokazałaś dialogu. Dla mnie to tylko relacja z niczego. I tak dobrze, że ukazałaś tam kilka myśli Viry zapisanych kursywą, jednak nie mogę przejść obojętnie obok faktu, że to nadal za mało, by nazwać całość interesującą sceną.

Był dziwakiem. Posiadał najbrudniejsze okulary na świcie, a na pewno w szkole. Czasami się gubił, zapominał o spotkaniach, spóźniał się. Strzykał nieprzyjemnie stawami. – To już było! Już to wiem!

Często zastanawiała się, co by się stało, gdyby wtedy za nią nie poszła. – Zaraz, ale… twoje opowiadanie, mimo że piszesz je w czasie przeszłym, ukazuje akcję z tu i teraz. Skoro Vira dopiero postanowiła iść za dziewczyną, po co mi myśl, że Vira często później myślała, co by było, skoro to wszystko dopiero się dzieje? Strasznie mieszasz.

Wciąż nie czuła się najlepiej w swojej nowej szkole. Była zbyt elegancka, zbyt wystawna. Po prostu uważała, że rzeźby wzorowane na styl antyczny (...). – Colette stwierdziła ostatnio, że Vira jest nonszalancka, na dodatek nauczycielka zwracała uwagę nowej, że ma zbyt luźny strój ubioru. Teraz mówisz, że była zbyt elegancka w tej szkole. To się wyklucza!
Chyba że znów pomyliłaś podmioty i to szkoła była zbyt elegancka... Sama zobacz, jak chaotyczny jest twój tekst.

Vira zdążyła przyuważyć, że dziewczyna była wyjątkowo flegmatyczna. Jej ruchy często cechowała ospałość. Nawet jak mówiła, robiła to w wolniejszym tempie niż przeciętny człowiek. Zawsze się spóźniała, nigdy nie biegała i nie przepraszała za swoje spóźnienie – i nikt tego od niej nie wymagał. – To brzmi, jakby Vira znała Colette już od dłuższego czasu, a przecież ledwo minął tydzień jej nauki i oswajania się w nowym środowisku. Mimo to jej myśli sugerują, że dziewczyna ocenia Colette na bazie długoterminowych doświadczeń.

Jak miała się dowiedzieć o wiele później, ukochana Urbiego, spełniając daną mu obietnice [ę], kierowała się do pielęgniarki. – SPOILER! Dlaczego to robisz…?

Vira przypomina sobie, że Colette jest chora, widzi jej bladość, słabość i ogólnie złe samopoczucie, mimo to chce z nią rozmować i naciska. Czy ty to robisz celowo, by nie dało się polubić twojej głównej bohaterki? Na dodatek Vira jeszcze chorą znajomą szarpie…

Ale przede wszystkim fakt [przecinek] jak traktowała pewnego blondyna.

Spojrzała na nią, [przecinek zbędny] jakby z nową siłą. W tęczówkach, których barwa przywodziła na myśl bursztyn z białymi refleksami, w końcu coś spostrzegła. Była to nieskrywana złość. Wciąż ukrywała w nich emocje, ale tym razem nie dała rady w pełni nad nimi zapanować. – Od tego zaczynasz akapit. Nie wiem, czy mowa o Virze, czy o Colette. I znowu podmioty: wychodzi na to, że złość ukrywała emocje. Słabo, naprawdę słabo to się czyta.

A co ty możesz wiedzieć? To ja znam go praktycznie od zawsze. Ty jesteś tutaj ile? Tydzień? Proszę cię. – O! Jedna mądra!

Pogarda biła z każdego jej słowa. W końcu uwolniła się z uścisku Viry (...). – …

Nie rozumiem, co Vira chce zrobić, mieszając się w nieswoje sprawy. Nie dość, że Urbi może mieć jej za złe naskakiwanie na jego ukochaną, gdy chora szła do pielęgniarki, to jeszcze przecież miłość nie jest czymś, co można wywołać pstryknięciem palca. I Vira powinna o tym wiedzieć jako bohaterka rozumna – chociażby z bagażem doświadczeń w postaci matki, która szuka całe życie swojej prawdziwej miłości. Dlaczego Vira ma problem z tym, że Col nie kocha Urbiego? Co z nią jest nie tak? Nie rozumiem, jakie pobudki ją motywują do tak niedojrzałego, emocjonalnego działania.
Dodatkowo na tym etapie opowiadanie jest nie dość, że przegadane i suche, to jeszcze kiedy pierwszy raz dostaję jakąś konkretną akcję, dotyczy ona tematu młodzieńczej miłości, co sprawia, że przewracam oczami. Jak na razie większa część tekstu kręci się wokół uniesień miłosnych Urbiego. Doprawdy czekam na inne wątki, bo te nie należą do najbardziej interesujących – chociaż mogłyby takie być w innej odsłonie; gdybyś je wprowadziła od początku scenami i popierała dowodami, a nie tylko streszczeniami mówiącymi o tym, że Vira, Urbi i Colette mieli ze sobą do czynienia przez pierwszy tydzień nauki Elvire w nowej szkole.

Ale coś w Elvirze [Elvire] strasznie ją drażniło. – Na dodatek raz odmieniasz imię Elvire, a raz nie. To błąd, nie powinnaś go odmieniać wcale, zgodnie z zasadą, że żeńskie imiona francuskie odmieniają się tylko, gdy zakończone są na -a.

To robi z ciebie jeszcze większą sukę [przecinek] niż myślałam. – Nie, Vira. To robi właśnie z ciebie jeszcze większą głupią, wtrącającą się ignorantkę, niż myślałam.
A tak mnie zapewniał narrator o tym, że bohaterka ma zupełnie inny charakter... Miała być skrytą samotną fotografką, nie? Ledwo jeden rozdział temu czytałam: Nie miała nic przeciwko powierzchownym znajomościom. Spędzamy razem czas, ale nie za dużo. Jemy razem posiłki. Żartujemy sobie. I tyle. Na tym koniec.
JEDEN ROZDZIAŁ!

Końcówka na plus. W końcu mnie zaintrygowałaś. Czyżby dziewczyny razem ruszyły w przeszłość?

CZAS: 5
Ale nie miała czasu, by się nad tym zastanawiać, bowiem przez tłum gapiów przepychali się dwaj policjanci. – To bowiem nie prezentuje się dobrze w formie opowiadania, której trzymasz się od początku. Nie piszesz bajki ani baśni, by ujawniać narratora.

Ich oczy się spotkały. Bez słów się zrozumiały – ten jeden jedyny raz. Nie mogły się zatrzymać. – Po pierwsze: rymy w prozie źle brzmią. Po drugie: sugerujesz, że w przyszłości dziewczyny nigdy się nie zrozumieją? (Chodziło ci raczej o pierwszy raz, a nie jeden jedyny). Po trzecie: Ostatnie zdanie dotyczy bohaterek, ale z technicznej strony wynika, że jednak tylko ich oczu.

Colette w swoim stroju nie wyróżniała się aż tak bardzo jak Elvire. Ale to nie miało znaczenia. Wciąż biegły. Ledwo łapały oddechy, mięśnie paliły, policjanci dawno zniknęli, ale one parły przed siebie. – Natomiast ta część mi się podoba, buduje atmosferę i jest dowodem na to, że potrafisz ją tworzyć, ale rymy niedokładne też trochę biją po uszach, gdy tekst czyta się na głos: biegły->łapały oddechy… Coś mi tu po prostu źle brzmi. Szkoda tylko, że dość rzadko korzystasz z akcji. Naprawdę cieszę się, że w końcu zaczyna coś się dziać.

(...) dopadła do drzwi, otwierając je bez problemu. – Imiesłów współczesny sugeruje, że dopadanie do drzwi i otwieranie ich dzieje się dokładnie w tym samym czasie, ale jednocześnie wiem, że Col musi drzwi otworzyć znalezionym przed chwilą kluczem, a to trochę trwa i dzieje się po podejściu. Użyłaś imiesłowu przysłówkowego współczesnego w niepoprawny sposób.

Ale był to rodzaj białego strachu, który wypala się pod powiekami, zostawia swoje piętno w piersi. Jeżeli teraz się rozsypie, nie pozbiera się za szybko. – Biały strach ma się rozsypać? Co to za słaba abstrakcja?

Virę zdecydowanie kusiło, by zadać jakąś krzywdę Colette. Może nie zdawała sobie z tego sprawy, ale Elvire znajdowała się na krawędzi wytrzymałości. – Szczerze wątpię. Przez cały czas Vira jest po prostu wystraszona i zdenerwowana, nawet jak zadaje dalej pytania, to nie jest zła i na pewno nie chce zrobić Col krzywdy. Daj mi dowody, jeżeli jest inaczej, bo jak na razie narrator swoje, a bohaterka swoje.

– 37 – odpowiedziała (...) – liczby w prozie zapisuje się słownie.

Nie miałam większych zastrzeżeń fabularnych, nawet czytało mi się bardzo płynnie i lekko, dopóki nastoletnia Colette nie wyciągnęła… pistoletu. To trochę dziwne. Jasne, Col można być podróżnikiem w czasie, ale czy broń w przypadku nieletnich nadal nie pozostaje nielegalna? Serio, nie wyobrażam sobie uczennicy francuskiej szkoły ze spluwą.
Przy dialogu dalej zapominasz o podmiotach.

Wciąż zapisujesz też czas raz wielką, a raz małą literą, np. (...) wyróżniała go na tle innych podróżników i zawsze w pewien sposób wiązała się z czasem. Niektórzy uważają, że to sam Czas pobłogosławił tych ludzi, przekazując im cząstkę siebie.

– Na wuja Wafla! – Co jak co, ale takiej odpowiedzi się nie spodziewałam. Trochę… głupia, biorąc pod uwagę atmosferę niepewności i nerwów, które starasz się podkreślić. To stwierdzenie zdecydowanie zburzyło klimat i zamiast wzmocnić we mnie napięcie, tylko mnie rozśmieszyło.

– Istnieje pewna organizacja, która zajmuje się podróżnikami. Są naszymi strażnikami. Zarówno zwykli ludzie, zwani Horo, jak i nieśmiertelne istoty, Immor. My mamy kontakt tylko z Horo, całe szczęście. To oni nam pomagają. – Teraz zastanawiam się, po co zakładka z Prawami GoT (u ciebie wciąż niepoprawnie: GT’a), skoro informacje tak ładnie wynikają z tekstu.

Mają swoje siedziby tutaj, w Paryżu i nazywają się Gardiens de temps, a także w Londynie, gdzie są znani jako Guards of time. W skrócie po prostu GT’a. – A nie po prostu: GT/GoT? W sensie po co w ostatnim zdaniu odmieniasz skrót przez przypadek, skoro wcześniejsze zdania sugerują skrót w mianowniku?

Nie były przyjaciółkami, wręcz by rzekła, że wrogami. Posiadały cechy, które nawzajem je drażniły. – Czy Vira ma jakiś upośledzony system wartościowania relacji z drugim człowiekiem? W sensie według niej istnieje tylko czerń i biel, nie ma nic pomiędzy? Przyjaźń albo wrogość, nienawiść? Żadnych po prostu niezobowiązujących do niczego znajomości? Poza tym co tak naprawdę zrobiła jej w szkole Colette? O jakich cechach mowa? Żadne nigdy nie zostały pokazane w tekście; kłótnia poszła tylko o Urbiego, a Vira wpieprzyła się w nią zupełnie bezpodstawnie, zresztą co chwilę podkreślając, jak to bardzo chce być przecież tą niezależną i niezainteresowaną samotniczką w wielkiej szkole…

Elvire przytaknęła. Innej opcji nie było. Musiała zupełnie zdać się na tę dziewczynę. Przesunęła się na łóżku, sama się sobie dziwiąc, że robi jej miejsce. – To faktycznie wielka wrogość… VIRA, ZDECYDUJ SIĘ!
Wiem, co masz na celu, Gabsone. Chcesz pokazać, że Vira podświadomie nie jest zła, tylko zgrywa taką nieuprzejmą twardzielkę. Problem w tym, że, jak już raz pisałam, takie elementy ujawnia się w fabule inaczej. Aby Vira tylko pozorowała swoje bycie zimną suką, musi to wyjść w dialogach, a w myślach bohaterka mogłaby się wahać i być nieco milsza. Czytelnik miałby wtedy kontrast. Ty jednak często silisz się na narratora wszystkowiedzącego, który jest jak Mariusz Max Kolonko: po prostu mówi, jak jest. I kiedy on mówi, że Vira nienawidzi Colette, to znaczy, że Vira faktycznie jej nienawidzi, a nie że to tylko pozory. Narrator wszechwiedzący nie może niczego pozorować, nie może kłamać – pozorować coś może jedynie mowa pozornie zależna. Ale ty skaczesz przez cały rozdział z jednej perspektywy na drugą i wszystko się miesza. Właściwie to już sama nie wiem, czy to head hopping, czy sam narator wszystkowiedzący, bo tekst jest niestylizowany, część mocno obiektywna i pozbawiona emocji, co sugeruje drugą opcję. Sugerują ją też zwroty do czytelników (np. Wiecie, jak sałatka) i ujawnianie się (bowiem). Innym razem wchodzimy jednak Virze do głowy i przestaje być tak sucho i obiektywnie… Nie będę się teraz jednak rozwodzić nad narracją. W podsumowaniu dostaniesz link do odpowiedniego artykułu.

Przez dłuższy czas nie mogły zasnąć. Jednak nie rozpoczęły rozmowy. Może myślały o tym samym? Że to jakaś pomyłka? Że były ostatnimi osobami, które powinny skończyć w swoim towarzystwie? – To zdecydowanie narrator wszystkowiedzący – dziewczyny nie leżały twarzami do siebie, by wiedzieć o sobie, że obie nie śpią. Jednocześnie narrator zadaje pytania, na które przecież powinien znać odpowiedzi, bo, jak sama nazwa wskazuje, jest wszystkowiedzący… Rety, jaki ten tekst jest kłopotliwy pod tym względem…

Jak na razie na tym kończyła się jego wiedza. Ale to nic. Dopiero zaczęli się przyjaźnić. – Kolejny czarno-biały bohater ze skrajnym podejściem do ludzkich relacji. Dopiero się poznaliśmy? Jesteśmy przyjaciółmi, bo słowo kolega nie istnieje! To takie strasznie amerykańskie, wręcz hajskulowe…

– Można powiedzieć, że Vira nie ma już rodziców. Ojciec rozwiódł się z jej matką, moją siostrą, gdy Vira była mała, porzucając ich.


Vira jest w szkole ile? Tydzień? I Patrick jako doświadczony pedagog, kiedy ledwo dziewczyny nie ma w pobliżu, już rozpowiada Urbiemu historię jej rodziny bez jej wyraźnej zgody? Nie miał prawa! I skąd ta wylewność? Poza tym gdyby Urbi i Vira faktycznie się przyjaźnili, chłopak pewnie znałby jej przeszłość.

Wyszedł z sali od historii, pogrążając się w myślach. Miał ochotę odpuścić sobie pozostałe lekcje i pobiec, by sprawdzić, czy nic im nie było. – Myślom czy lekcjom?

Niepokój powoli przeradzał się w strach. Pośpiesznym krokiem skierował się do gabinetu pielęgniarki (...). – Nie przestajesz mnie rozpraszać…

Musieli czekać dwadzieścia cztery godziny, by zgłosić to na policję. – Dwadzieścia cztery godziny to tylko mit. Zaginięcie powinno się zgłosić niezwłocznie i policja niezależnie od kraju od razu wypełnia formularz. Przykładowo, na stronie [źrodło] dowiesz się, że podobno już w ciągu pierwszych 24 godzin policja odnajduje około 30% zgłoszonych zaginionych. Poza tym pomyśl logicznie – istnienie takiego prawa jest samo w sobie mocno absurdalne. Czy rodzice, widząc, że zaginął im kilkulatek, też muszą czekać 24 godziny? Albo na przykład, gdy zaginęła osoba chora na cukrzycę i nie wiadomo, czy ma przy sobie leki?

Wszystko spadło na Urbiego. – Skąd ten wniosek? Przecież przed chwilą pisałaś, że na placu szkolnym był monitoring i stwierdzono, że dziewczyny nie opuściły szkoły. To co? Urbinus sam zdobył i przeglądał nagrania? Na dodatek pojawiło się też zdanie: Profesor Patrick (...) całym sobą zaangażował się w poszukiwania. – No to jednak nie wszystko spadło na Urbiego, huh?

Podobno wynajęli najlepszego detektywa, by odnalazł ich córkę. – To narrator wszystkowiedzący nie jest tego pewny?

Do końca było już poprawnie, sprawnie, lekko. Ładnie pokazałaś emocje Urbiego i jego zainteresowanie sprawą. Chłopak jest dość inteligentny, że wychwycił różnicę w jednym słowie. Nie wiem, czy nawet nie trochę nad wyrost – przede wszystkim normalna osoba mogłaby uznać różnicę między odnaleźć a wrócić za skrót myślowy (z nie wiadomo skąd też się wraca…), na dodatek Urbi był zmęczony, nie spał bardzo długo, a nie widać u niego żadnego rozkojarzenia, zmęczenia (mimo że zapewnia mnie o nim narrator). Wręcz przeciwnie – sporo rzeczy wydaje mu się podejrzanych. No cóż. Ciekawy młody Sherlock, nie powiem. Chyba jednak trochę zbyt go podrasowałaś.

CZAS: 6
– Jakbyś czekała na kogoś w nudnym pokoju, też zaczęłabyś to śpiewać. – Wzruszyła ramionami. – Dziwnie brzmi określenie nudny pokój. To prędzej bohaterka jest w nim znudzona. A tak tylko z ciekawości: Czy Vira wie, że Cytrynowe drzewo jest o żalu autora po stracie ukochanej w wypadku samochodowym? Sądzę, że ta wiedza mogłaby odmienić jej zdanie o tej piosence i sprawić, że dziewczyna dobrałaby inny repertuar. Ale to żadna uwaga do tekstu, ot, moje luźne spostrzeżenie. Do niczego tym razem nie piję.

„Tak jakby myślenie o nim, [przecinek zbędny] sprawiło, że naprawdę znalazły się w niebezpieczeństwie”. – Mało subtelny zapis...

„Jeśli to jeden z jego ludzi…” – Taki nacisk w postaci kursywy w rzeczywistości nie jest potrzebny. Przykuwa uwagę za mocno, dając mi do zrozumienia, że zawierasz w tekście coś ważnego, czego nie powinnam przegapić. Ale… jak miałabym przegapić, skoro czytam opowiadanie zdanie po zdaniu i wnioskuję z tekstu? Już wiem przecież, że Colette w tym momencie myśli o kimś intensywnie, nie musisz mi tego jeszcze podkreślać.

Colette z bliska zauważyła, że mężczyzna był starszy [przecinek] niż się wydawało.

Wokół oczu zaczęły mu się robić zmarszczki, a na ustach tkwił delikatny uśmiech. Chciała wciąż się go bać, ale robił zbyt miłe wrażenie. – Bać uśmiechu? Tobie  na pewno chodziło o mężczyznę, no ale… No właśnie. Dalej:
Czuła, że chwila śmierci Elvire była coraz bliżej... chociaż nigdy wcześniej nie miała pragnienia, by zostać mordercą. – Sama nie wiem, czy to jeszcze jest śmieszne, czy już wkurzające.

Ale prawda jest taka, że oprócz naszej rzeczywistości istnieje wiele, nawet nie wiemy ile dokładnie, wszechświatów, światów? Nie wiem, jak dokładnie je nazwać. – Zaraz, ej. Wydaje mi się, że Colette jako podróżniczka w czasie powinna już operować jakimś takim branżowym nazewnictwem, a nie nie wiedzieć, jak dokładnie nazywać coś, co jest dla niej wiedzą raczej elementarną. Tutaj chodzi o kwantową hipotezę wielu światów. To coś, czego ona nie potrafi dokładnie nazwać, nazywa się fachowo wszechświatami równoległymi. I to nie jest jakaś super trudna nazwa.

– Ale jak to działa? Jakim cudem nie trafiasz do innych rzeczywistości? (...).
– A bo ja wiem? Jakoś.


Bądź wyszkolonym przez organizację podróżnikiem w czasie. Nie miej pojęcia, na jakiej zasadzie funkcjonujesz.
To boli, bo wygląda jak wymówka dla czytelnika. Wygodniej i łatwiej przecież powiedzieć, że bohaterka czegoś nie wie, zamiast spróbować to logicznie wytłumaczyć. Ale hej! Gdyby chodziło o jakąś pierdółkę z wątku pobocznego, dałoby się przejść obok tego obojętnie, machnąć ręką (albo gdyby Colette nie była przygotowywana od małego do roli podróżnika). Ale przecież te podróże w czasie to część twojego uniwersum, główny element fabuły, coś, na czym się opierasz. To tak, jakby pisać opowiadanie w uniwersum GW i wsadzić w usta Mistrza Yody słowa: tego, czym Moc jest, ja nie wiem.

(...) ale w jej głosie, [przecinek zbędny] ani w oczach nie zauważyła pogardy.

– Może w końcu powiesz mi, kogo się tak boisz? Wiem, że byłaś przez kogoś duszona i że nękano cię podczas twoich podróży, ale mam wrażenie, że nie mówisz wszystkiego.
Na twarzy Colette pojawił się niepokój. Thérese piskliwym głosem powtórzyła: duszona?!, a Vira po prostu splotła ramiona na klatce piersiowej, czekając na odpowiedź. – Gdyby nie zdanie o piskliwej reakcji Therese na słowa, sądziłabym, że to właśnie była jej kwestia, a nie Viry. Łatwo tu się zamieszać.

Ta dziewczyna nie powinna wiedzieć o Gwiezdnych Wojnach, które zostały stworzone prawie trzydzieści lat później! – Colette jest bardzo przewrażliwiona. Być może to dlatego, że jest w niebezpieczeństwie, ale czy ona właśnie założyła, że jakaś pijana kobieta, które pewnie jutro w ogóle nie będzie pamiętać całego incydentu, za dwadzieścia lat, gdy GW w końcu trafią do kin, skojarzy sobie, że kiedyś w jej domu była dziewczyna, która powiedziała dwa wyciągnięte z kontekstu słowa: Han Solo? Bardzo w to powątpiewam. Bardziej naraża się właśnie sama Colette, zwracając na siebie uwagę za mocnymi reakcjami na mało ważny detal.

– Co teraz zamierzacie? Miesiąc to bardzo długi okres czasu – powiedziała Thérese, sprzątając ze stolika. – Albo okres, albo czas. Jedno z drugim to już pleonazm.

Możecie tu na razie zostać, ale nie wiem [przecinek] co na to właściciel.

Jestem mocno zdziwiona. Sądziłam, że jeżeli dziewczyny utknęły w przeszłości, to będą robić wszystko, by wrócić, natomiast rozmowa sugeruje, że bohaterki będą zaraz sobie pracować jako kelnerki, aby się utrzymać w tych czasach:
– Dla mnie super. Mogę pracować.
Vira, która jeszcze wczoraj była mocno zszokowana skokiem w czasie, jest pozytywnie nastawiona do pomysłu, a Col nie, bo… nie przepada za pracą. Naprawdę? To jest ten powód? Żadnego: nie, musimy się skupić i wymyślić, jak wrócić, nie możemy przecież tu zostać… To trochę rozczarowujące. Na dodatek poza różnicami w ubiorze, w ogóle nie czuję, by akcja nagle toczyła się w latach pięćdziesiątych. Nie czuję tamtejszej atmosfery, nie widzę wyraźnych różnic i prób zaadaptowania się Viry, która przecież została nagle wyrwana ze współczesności. Myślałam, że ten kontrast będzie dużo bardziej widoczny, jakoś zaznaczony, ale tak nie jest albo przynajmniej to do mnie nie trafia.
Tak samo nie przemawia do mnie, że w chwili, kiedy Vira zdradza Thérese, że Colette była nękana i ktoś próbował ją zabić, babcia reaguje przejęciem, ale za moment już zapomina o problemach wnuczki, przeprasza dziewczyny i idzie sobie do pracy jakby nigdy nic. Jestem też zdziwiona, że po jej wyjściu bohaterki nie rozmawiają ze sobą, jakby brakowało im tematu. HALO! One są w innych czasach! Dla Colette może to i norma, ale Vira wydaje się w ogóle nie zwracać uwagi na to, że znajduje się w nowym otoczeniu, wciąż nie zna na pewno odpowiedzi na wiele pytań, które zapewne ma (albo przynajmniej mieć powinna). Vira zamiast być zdziwioną i zaniepokojoną brakiem wizji rychłego powrotu, bawi się chwilę starym telefonem i… tyle.

Najgorsze jest jednak to, że to twoja główna bohaterka, z którą przebywam od samego początku, a zupełnie wyprałaś ją z uczuć. Nie wiem nawet, co myśli o tej całej absurdalnej sytuacji podróży w czasie. Nie mogę uwierzyć, że marnujesz dosłownie wszystko, o czym niby miał być tekst. Po prostu przepuszczasz to w kilku zdaniach, za bardziej ciekawą uznając scenę wprowadzenia pijanej współlokatorki. To po prostu irytujące, że zamiast nakreślać nową rzeczywistość otaczającą postać, dajesz mi właściwie nic porywającego, przy czym wcale nie chcę się zatrzymywać.

W końcu znalazła stary album ze zdjęciami, nad którym przesiedziała kilka godzin, obserwując członków rodziny Colette, a także zastanawiając się, jakimi aparatami były wykonane. – No nie powiem, żeby w latach pięćdziesiątych były aż takie możliwości robienia zdjęć i tyle rodzajów sprzętu, by dywagować o nich przez bite kilka godzin. Plus rodzina Colette musiała być bardzo bogata, żeby w tamtych czasach mieć cały album zapełniony. I nie powiem, żeby Vira tak bardzo lubiła swoją nową koleżankę, by interesować się jej rodzinką.

Powstanie ze zmarłych Stelli rozwiało nudę, którą odczuwała Vira. Od razu odnalazły wspólny język. – Dziwna metafora i puste streszczenie. Szkoda, że nie pokazałaś tej rozmowy! Stella może i jest rozwiązłą pannicą, ale pochodzi z lat pięćdziesiątych, a Vira nie. Ich słownictwo na pewno się od siebie różni, a w żaden sposób tego nie przedstawiłaś. A to prawie siedemdziesiąt lat różnicy, tak? Fakt, że również autorka zwraca się tam szczególną uwagę na stroje, ale nie na tym się kończy.

Ale wiedziała, że tylko przez miesiąc będzie znała tę dziewczynę. Przez tak krótki okres czasu nie można przecież stworzyć jakiejś wielkiej przyjaźni. – Okres albo czas, nigdy dwa jednocześnie. Poza tym Vira znać będzie Stellę dłużej, nie zapomni o niej ani nie wymaże sobie jej z pamięci (zakładając, że Vira nie podejrzewa, iż zrobiłoby to GT). Zły kontekst.

CZAS: 7
– Dzwoniłem do jej matki, wiesz? Estelle powiedziała tylko, że nic na to nie poradzi. Ma swoje własne problemy. To ja miałem się nią opiekować. – Mężczyzna poprawił okulary, wzdychając. – Czasami nie mogę uwierzyć, że jesteśmy rodziną… – Nadal nie rozumiem, dlaczego nauczyciel opowiada o tym uczniowi. Nie mogę tego krytykować, bo najwyraźniej ukazujesz dzięki temu charakter Patricka, który nie jest zbyt odpowiedzialnym pedagogiem, ale też nie jestem pewna, czy miałaś na celu ukazanie tego nieprofesjonalizmu, czy to efekt raczej niezamierzony.
Jeszcze zrozumiałabym takie zachowanie, gdyby Vira była w szkole dłużej, Urbinus był naprawdę jej bliskim przyjacielem i Patrick by o tym wiedział, no ale nie pokazałaś tak tego; raczej wciąż wspominałaś, że Urbi się do Viry przyczepił, a ona nie chciała takiej bliskości. Dla mnie w tej sytuacji wygląda to tak, że Patrick ma po prostu za długi język i przez to staje się kolejną postacią, za którą nie przepadam – w parze do trochę nijakiej Viry (a przynajmniej niekonsekwentnej) i po prostu nudnej Colette.

– To ona ma brata? – spytał mocno zdziwiony.
Patrick zamrugał kilkukrotnie, pakując plik referatów do papierowej teczki.
– Nie mówiła ci o tym? – O! To właśnie ten moment, kiedy widać, że Vira tak naprawdę nie przyjaźni się z Urbim, więc dalsze dyskutowanie z nim o jej sytuacji życiowej to grube faux pas. A co robi Patrick? No oczywiście kontynuuje wywód.

Okazuje się, że tak naprawdę nic nie wiedział o Virze. – Czas.

Nigdy nie podzieliła się z nim swoimi myślami, nawet podstawowymi faktami o rodzinie. (...) To, że on był tak bardzo otwarty, że od razu chciał uczynić z niej swoją przyjaciółkę, należało raczej do przykrych faktów.

Zach był bystrym dzieckiem. Trochę powęszył i dowiedział się, że Urbi jest bardzo dobry z historii i udziela korepetycji. Tak rozpoczęła się ich znajomość, która trwała już drugi rok. – Piszesz, że Zach potrzebował korepetycji z historii. Problem w tym, że w rozdziale trzecim wspominałaś, że Zach ma… dziewięć lat. Korepetycje z historii w takim wieku? Na pewno to przemyślałaś?
Czy w podstawówce dzieci nie uczą się przypadkiem kompletnych podstaw typu jak liczy się czas, co to jest archeologia, jakie są najdawniejsze dzieje człowieka, coś o ludziach pierwotnych? Skoro Zach ma dziewięć lat, powinien być na francuskim etapie CE1 (tzw. cycle élémentaire). Na stronie [źrodło] można przeczytać, że program nauki w szkole podstawowej obejmuje głównie naukę czytania, pisania i liczenia, a dopiero w starszych klasach do programu wprowadzona zostaje historia, geografia, przyroda i technologia. Nawet jeśli Zach to syn dyrektora i ojciec wymaga od niego więcej niż od potencjalnego ucznia, to i tak korepetycje brzmią jak gruba przesada. Na dodatek te ich korki trwają już… dwa lata! Czyli co? Dzieciak już od 7 roku życia stwierdził, że ma problem z przedmiotem, więc znalazł sam namiary na starszego kolegę, który zaczął wykładać mu, że kiedyś zegary były słoneczne? Albo używało się klepsydr? Naprawdę nie wiem, czego innego można nauczyć siedmiolatka w tej kwestii.
Poza tym w rozdziale trzecim Zach brzmi bardzo infantylnie, a teraz podkreślasz, że trzymał się z Colette i Urbim; czy ta dwójka lubiła czasem pobawić się w dom? Tak to wygląda...
Czasami kreujesz Zacha na faktycznie dziewięcioletnie dziecko, a czasami nie odstaje od starszych.

W kieszeni Urbiego zawibrował telefon. Wzdrygnął się, kiedy zobaczył, że to wiadomość od Katie. – Telefon się wzdrygnął? Na pewno?

Okej, piszesz o tym, że dziewięciolatek sugeruje włamanie, bo w serialu robi tak dr House… No dobra, ale od początku. Skąd Zach zna House’a? W sensie naprawę zakładamy, że dzieciak zamiast oglądać jakiś współczesny odpowiednik Dragon Balla, siedzi na kanapie i ogląda, jak stary facet rozwiązuje zagadki z zakresu medycyny? Mam wrażenie, że chciałabyś w tym momencie, aby Zach był starszy. W sensie fabularnie pasują ci te nawiązania do świata dorosłych i nawet korepetycje z historii, ale wciąż pamiętasz, że Zach ma tylko dziewięć lat i próbujesz to wszystko ze sobą pogodzić, no ale to nie działa.
Poza tym to nie House zawsze tak robił.


Zastanawia mnie fakt, że to akurat Urbi znalazł notes, który też nie był jakoś super schowany. Pamiętnik pod poduszką to żadna nowość ani świeżość, no i pokój był podobno już przeszukiwany. Nawet ludzie z GT, żeby ewentualnie zatuszować prawdziwą misję Colette, pewnie zaglądali do środka. I nikt, naprawdę nikt nie zajrzał wcześniej pod poduszkę? Notes pod nią to u nastolatek numer stary jak świat.

A jej ospałe poker face idealnie się do tego nadawało. – A czemu nie po prostu pokerowa twarz? To sformułowanie obowiązuje też w języku polskim. No i pokerowa twarz nie oznacza ospania. To do siebie nie pasuje. 

Sama tak mocno kochała jedzenie, że nie wyobrażała sobie, że ktoś może tak mało jeść. – Szczerze? Chyba trochę znów koloryzujesz, aby coś podkreślić, ale za mocno. Colette była osłabiona, nie jadła w szkole, potem po podróży w czasie zjadła tylko kilka sucharków, a teraz też znowu coś zaledwie poskubała. Skąd ma jakąkolwiek energię? Minęło już sporo czasu, a nie wspomniałaś, by bohaterka miała problemy z przyjmowaniem jedzenia, chociażby na tle psychicznym.

Pytanie Stelli sprawiło, że dziewczyny wymieniły się spojrzeniami. Zapomniały o tym. Miały szesnaście lat, a nagle wylądowały na progu mieszkania Thérese, czego nie dało się tak łatwo wytłumaczyć. Powinny wcześniej ustalić jakąś wersję. Teraz zostało im tylko granie.
(...)
– To kuzynka Colette – powiedziała pewnie, bo to akurat zdążyły ustalić. – Czyli co? One ustaliły, kim jest Colette dla swojej babci, ale zapomniały wymyślić, po co w ogóle przyjechały? Dziwna sprawa.
Poza tym dziewczyny miały wcześniej naprawdę dużo czasu na ustalenie pewnych rzeczy, ale ze sobą nie rozmawiały, przez co historia wydaje się niepełna, nieco spłycona. Potem okazuje się jednak, że pewne dialogi miały miejsce, ale ich nie pokazałaś, działy się gdzieś poza kadrem. Dlaczego? Czemu nie uzupełnisz nimi notki?

– O raju! Niesamowite. Mówisz to, co myślisz. Nie często [nieczęsto] spotykam takich ludzi. – Naprawdę w latach 50-tych mówiło się o raju? A nawet jeśli tak, to wydawało mi się, że skoro motywem przewodnim opowiadania są podróże w czasie, różnice będą wyczuwalne na każdym kroku. Tymczasem ja w ogóle zapominam, że dziewczyny utknęły w odległej przeszłości. Nic tego nie przypomina, nic nie sugeruje. Bohaterki rozmawiają sobie w najlepsze, jakby dobrze się rozumiały, mimo że Vira w żaden sposób nie była przygotowywana na kontakty z ludźmi z innych czasów niż swoje. Z jednej strony lata pięćdziesiąte są bezpieczne, bo nie są aż tak odległe od naszych, ale po co ci tekst o podróżowaniu, skoro czytelnik w ogóle nie czuje atmosfery przeniesienia? W takim razie to bez sensu. Jakby pisać farfocel o potterowskim uniwersum bez magii. Taki sam efekt uzyskałabyś, gdyby bohaterki przeniosły się do innego kraju, a nie w czasie.
I kolejna rzecz: może i taki miał być jej charakter, ale Stella dołącza do wesołego grona postaci, którzy po pięciu minutach znajomości od razu muszą mieć przyjaciół. Nie znajomych, koleżanki czy coś. I to nie jest nawet jej wyjątkowa indywidualna cecha, bo Urbi czy Vira są tacy sami (Vira niby z oporem, ale i tak wychodzi, że się z Urbim od razu zaprzyjaźniła, więc ten tego…). Czuję się trochę jak we współczesnym amerykańskim hajskulu, a nie we Francji w latach 50-tych, no kurde.
Poza tym cały dialog ze Stellą jest drewniany. Taki… o niczym. Właściwie gdyby go nie było, tekst na niczym by nie stracił, a może i by nawet zyskał.

Dziewczyny oznajmiają, że idą na zakupy. Serio? Jeszcze chwilę temu Colette bała się iść z Virą przez miasteczko, bo przecież grozi jej niebezpieczeńswo, obawia się o swoje zdrowie i życie, a teraz idzie sobie na zakupy jakby nigdy nic? Miała odwiedzić babcię, bo nie mogła udać się do organizacji; jeszcze dwa rozdziały temu zapowiadałaś narracją, że sytuacja jest trudna (np. Pytaniem Viry o to, czy w poprzednim mieszkaniu są bezpieczne), a teraz co? Nieważne? Zapomnij o tym, czytelniku i chodź, poczytaj sobie o zakupach?

Ale w takim razie musicie kupić mi coś ślicznego. Bawcie się dobrze! – Drażniąca infantylność Stelli chyba osiągnęła w tym momencie apogeum. Na dodatek bohaterka oddaje nowo poznanym osobom klucz. Tak po prostu. Aha.
Pamiętaj też (bo najwyraźniej o tym zapomniałaś), że w latach, które opisujesz, Francją rządził tradycjonalistyczny i konserwatywny rząd gaullistowski. Zachowanie Stelli jest nad wyraz nieodpowiednie nie głównie dlatego, że dziewczyna regularnie wraca pijana nad ranem z kolejnych imprez i randek. Jest nieodpowiednie, bo w tamtym czasie bardzo trudno byłoby po prostu mieć aż taki buntowniczy charakter – brakowało możliwości, bo dominowały partie prawicowe, a sytuacja we Francji zmieniła się dopiero po rewolucji w maju 1968, gdy walczono o wolność, uniwersytety, teatry, czas wolny, młodość, nowoczesność i tak dalej. Wiesz, rewolucja seksualna i anarchia (Zabrania się zabraniać!). Może warto byłoby to wykorzystać i jakoś pokazać fabularnie? Zrobić research i zbudować jakieś tło?

Podała im przedmiot i ponownie zniknęła. – To brzmi, jakby Stella miała moc rozpływania się w powietrzu. A wcześniej tylko poszła po torebkę…
Poza tym używanie słowa przedmiot jako synonimu trąci amatorszczyzną.

Tym razem nigdzie im się nie śpieszyła. – Spieszyło.

– To podejrzane. Stella łatwo wyłapała nawet najdrobniejsze szczegóły, gdy ja dopiero zaczynałam o nich myśleć. – W którym momencie? Przegapiłam coś? Fakt, Stella zadała aż dwa pytania, ale odpowiedzi łykała jak karp pączki; nawet się nie zdziwiła, że laski przyjechały bez bagażu. Poza tym czy to nie dziwne, że przyjechały bez niczego, a teraz nagle z zakupów wrócą z torbami?

Piszesz o Placu Bastylii, dzielnicy Le Marais i wspominasz Notre Dame, ale… nic poza tym. Wymieniasz te elementy, jakbyś je znała, widziała na własne oczy. To za mało! Jak wygląda dzielnica? Plac? Wieża katedry? Nawet jeżeli to obiekty typowe, niektórym znajome, to jednak pełniejsze wplecenie ich w tekst, opisując jednocześnie ówczesny Paryż, byłoby atrakcyjne dla czytelnika. Same nazwy mają prawo nikomu nic nie mówić. Przykład? Opéra Bastille została wybudowana dopiero w latach 60-tych, więc na jej miejscu wcześniej na pewno stało coś innego bądź znajdował się pusty plac. Może warto byłoby to zaznaczyć, tym bardziej że Vira zna Paryż współczesny? Czemu się nawet nie rozejrzy za różnicami? Wygląda to tak, jakbyś zapomniała o researchu albo uznała, że właściwie takie opisy są mało ważne.
Myślałam też, że opis ogólnie ówczesnego Paryża zajmie ci trochę miejsca, ale nie… Po dwóch zdaniach już jesteśmy w sklepie. Za trzy kolejne zdania już jesteśmy z powrotem w domu. Serio? Nawet nie wiem, co dziewczyny kupiły, jak rozmawiały z ekspedientkami. Przez to wszystko od momentu zapowiedzenia zakupów do powrotu do domu akapit jest jest niesamowicie łopatologiczny i nudny; brak jakiejkolwieki atmosfery. To suche, puste zdania do odklepania. Jest tylko jedno samotne wspomnienie, że w tamtych czasach pracownice w butikach dobierały towar dla klientek, ale nawet nie jest to sceną. Niby Vira się dziwi i czuje niezręcznie, ale nie pokazałaś tego. Zamiast skupić się na tym, co widzi (nie tylko w sklepie, ale i na ulicy), czuć i jakoś to oddać w narracji, główna bohaterka jest totalnie papierowa, jak i papierowe staje się jej otoczenie.

Colette nie była zadowolona. Męczyły ją zakupy, a zwłaszcza chodzenie. – Pokaż mi to. Daj mi opis, jak wzdycha przy trzeciej garsonce, wspomina, że bolą ją dłonie od siatek i stopy od kostki brukowej… Cokolwiek, naprawdę. Nie buduj ekspozycją.

Dziewczyna wydała cichy okrzyk i upadła na cztery litery. – A nie dałoby się tego opisać, nie wprowadzając udziwnień w postaci oksymoronów i kolokwializmów w narracji?

– Hej! Uważaj, jak leziesz! – warknęła za nim, pomagając Colette wstać. – Wykrzyknik wcale nie sugeruje warknięcia.

Jedni mówią, że był kiedyś jednym z Horo… tak nazywamy śmiertelnych pracowników GT’a… inni, że ktoś z jego otoczenia został podróżnikiem i tak się o tym dowiedział. – Z jednej strony mamy za wszelką cenę bronienie tajemnic o podróżnikach i ich spuścizny, a z drugiej jest przecież masa ludzi de facto powiązanych z organizacją i wiedzą tajemną tylko przez bliskich podróżników. Jestem ciekawa, jak GT egzekwuje prawa na tych osobach postronnych, które są świadome podróży. Biorąc pod uwagę, że większość bohaterów z twojej historii jest lekkomyślna, infantylna, naiwna i przyjacielska (np. Vira, Urbi, Stella czy Patrick), ciężko mi przejść obok tego faktu obojętnie. Aż dziwne, że działalność i w ogóle fakt istnienia organizacji dawno nie wypłynęły na światło dzienne.  
[Update: później w tekście pojawia się Rebecca, która mogłaby być idealnym przykładem egzekwowania praw organizacji przez jej członków, no ale nie jest, mimo że tajemnice wypłynęły. Bardzo szkoda].

Colette wydawała się być naprawdę wystraszona. – Wystraszyła się, bo Vira zadała jedno pytanie? Przecież jak Colette wpadła na pomysł zakupów, nie bała się niczego. Tak samo teraz, gdy zachodzi słońce – bohaterka siedzi siedzi na ławeczce jakby nigdy nic. Nie wierzę w jej przerażenie, bo jeżeli jest, to tylko wyeksponowane.

(...) od razu znała odpowiedź. Wyczytała ją z oczu podróżniczki. Nie była tego taka pewna. – Pewna nie była podróżniczka, Vira czy odpowiedź? Bo z technicznego punktu widzenia wynika, że Vira, a to przecież bzurka.

To był chyba polski ogar. – To narrator wszystkowiedzący tego nie wie?

Akcja w sklepie z psem nawet mnie ucieszyła. Była płynna i nie ukrywam, że w końcu się ożywiłam przy czytaniu. Do tej pory od momentu, kiedy Vira i Colette przeniosły się w czasie, trochę wiało nudą. Na dodatek rozdział wydaje się okropnie długi i nieco się ciągnie. Przyznam, że zaczęłam już z niepokojem zerkać na suwak, ile mi zostało do końca, a tu proszę, coś mnie jednak zaskoczyło i poruszyło.
Mogłabyś jednak dopracować opis jeszcze bardziej, rezygnując z określeń czasu typu po chwili, nagle, w tym momencie i tak dalej. Bez nich akcja i tak działaby się chronologicznie, a zdania byłyby krótsze, co przyspieszyłoby tempo i bardziej podtrzymało napięcie.

Po chwili wielkie ciało opadło nieprzytomne na dziewczynę.
Czuła wielki ból (...).

Uczyła się o nich na zajęciach przygotowawczych do bycia podróżnikiem czasu. Ale one były czymś w rodzaju legendy. – Z fragmentu wynika, że legendą były zajęcia, a nie ogary.

Nie wiedziała, jak się zachować. Nie potrafiła walczyć. – To… po co był jej kilka rozdziałów temu pistolet? I dlaczego z niego nie skorzystała? Czyżbyś sama o nim zapomniała?

– Cio to bylo? – spytała niewyraźnie. – Ona wypalowała jak podroźnićka. Puf! I jej nie bylo! – To nie brzmi jak niewyraźny głos, tylko jak seplenienie czterolatki. Śmieszne.

Na szczęście zapadł już zmrok i nikt wokół nich się nie znajdował. – Przed ostatnimi zakupami narrator oznajmił, że bohaterki muszą się spieszyć, bo niedługo zamykane są sklepy. Po naprawdę krótkim epizodzie w sklepie okazuje się, że już jest ciemno i późno, że nikogo nie ma na głównym placu paryskim, tak? Coś ci się rozjechały linie czasowe; zresztą dziwi mnie, że bohaterki same nie zdziwiły się, że mogą zrobić zakupy o tak późnej porze.

Dziewczyna specjalnie wybierała mniej uczęszczane drogi, by na nikogo nie wpaść. – Wcześniej pisałaś, że mieszkanie babci znajdowało się niedaleko. Dziewczyny kierowały się na Le Marais, a przecież ta dzielnica znajduje się w trójkącie między Centrum Pompidou, Placem Bastylii i Placem Republiki. Ciężko mi uwierzyć, że bohaterki nikogo tam nie spotkały.

To był koniec. (...) Lacroix nie mogła uwierzyć, że to już koniec. – Mimo że te zdania znajdują się kawałek od siebie, nadal rzuca się to w oczy.

Przykrył ją swoją marynarką. – Jak, skoro trzymał Virę na rękach? Miał je więc zajęte…

– Zaatakował nas pies i bardzo mocno ugryzł ją w nogę – powiedziała, postanawiając, że musi wziąć się w garść. – Tuż przed tym zdaniem jest fragment dotyczący Elvire, więc tak jakby są to też jej słowa, ale dziewczyna przecież już śpi.

(...) a oczy… nie dało się jednoznacznie określić ich koloru. Raz wyglądały na niebieskie, raz na brązowe, a jeszcze pod innym kątem na zielone. – Sądziłam, że zwracanie uwagi na oczy to cecha charakterystyczna Viry, ale okazuje się, że narratora samego w sobie również.
Opis chłopaka jest mocno nacechowany i pretensjonalny. Narrator nazywa bohatera niesamowicie przystojnym – jestem na nie. Dla każdego człowieka inne atrybuty będą świadczyć o byciu atrakcyjnym i zadaniem autora nie jest wymuszanie opinii na czytelniku. Nie możesz wmówić mi, że chłopak jest przystojny. Możesz napisać, jak wyglądał, abym sama sobie go wyobraziła i uznała, czy mi się spodoba, czy jednak nie jest w moim guście. Zmuszanie mnie do odbierania bohaterów tak, jak chcesz, zniechęca mnie do tekstu i odbiera możliwość samodzielnego wnioskowania.
Mogłabyś ewentualnie pociągnąć tę całą scenę z perspektywy Colette i to w jej oczach, w jej mowie pozornie zależnej wyszłoby na jaw, że bohater jej się podoba, to ona uważa go za przystojnego. Jednak stale mieszasz narrację personalną i narratora wszystkowiedzącego, cały czas praktycznie popełniając head-hopping, na który nawet nie zwracam już uwagi, bo musiałabym przeklejać ogromne fragmenty. Pod koniec oceny, w podsumowaniu napiszę o tym więcej.

– Masz mnie za masochistę? Tylko się przyjaźnimy. – Nadal nie czuję, że wypowiada się francuski młodzieniec z lat pięćdziesiątych. Po prostu nie.
A lekarzowi, to nie trzeba przypadkiem zapłacić za nocą wizytę? Halo? Co tu się właściwie stało w tej scenie? To znaczy w streszczeniu-relacji, bo sceną tego nazwać nie można.

Widać było, że tylko po jednej stronie łóżka ktoś spał tej nocy. – Mocno udziwniony szyk, przez który nie wiem, na co stawiasz właściwie nacisk w zdaniu (wątpię, by chodziło o akurat tę noc). Sugeruję coś lżejszego: Widać było, że tej nocy ktoś spał sam tylko po jednej stronie łóżka. Chociaż właściwie nie wiem, co w tym takiego istotnego i po co w ogóle wstawiać takie zdanie o niczym do tekstu.


Natomiast wspomnienie to naprawdę dobra robota. Udało ci się stworzyć obraz rodzinny, ciepły, ale wprowadzić też nutkę niepokoju pod koniec… Nie wiem, dlaczego autorzy często nie piszą całych rozdziałów tak, jak piszą koniec; no majstersztyk. Gdybyś tylko nie zapominała się w dialogach… np.:
Mężczyzna chciał podążyć za swoją córką, jednak zatrzymał się, słysząc pytanie syna:
– Mama znowu nie wróciła na noc, prawda?
Patrzył uważnie na ojca (...). – Enter sugeruje, że wracamy do ojca, który patrzy na ojca. Gdybyś się go pozbyła, wiadomo byłoby, że wypowiedź należy do syna.

CZAS: 8
Rozdział zaczynasz sugestią, że Vira i Colette zaczną pracę w kawiarni. To jest bardzo dziwne, biorąc pod uwagę ostatnią scenę z ich udziałem, kiedy zostały zaatakowane, na dodatek przed jakąś nadnaturalną siłę w postaci psa. Myślałam, że szybko zmienią zdanie na temat kawiarni. Żadnej traumy? Wątpliwości? Miła atmosfera w przyszłym miejscu pracy, na dodatek pełnym ludzi, których życie mogłoby zostać narażone przez podróżniczkę? Kurde, zaczyna mi brakować słów, by określić, jak bardzo to do mnie nie przemawia.
No i naprawdę podróżnicy w czasie, gdy zatrzymują się w przeszłości, pracują? Szczerze to wątpię. Nie czuję, że dziewczyny robią wszystko, by wrócić. Tutaj mam pretensje do Colette – nawet nie liczy, że Horo czy Immor mogliby jej pomóc. Albo w ogóle mało myśli o tym, że ktoś z GoT-u zaraz przybędzie i albo ocali jej tyłek, albo zdradzi ją Mrocznemu Cieniowi. A jednak w GoT-cie wiedzą, że utknęła, pewnie wiedzą, że odkryła swoją cechę. Ile potrwa ich interwencja? Aż tak długo, że trzeba zacząć pracę i zarabiać? Czyli Colette jako podróżnik nie operuje żadnymi pieniędzmi z organizacji? Albo czy wydała już wszystko na ciuchy, że nie starczyłoby jej na kilka dni obserwacji i zbadania sytuacji, w której się znalazła?
Fakt pracy to już jakby akceptacja obecnego stanu, próba organizacji życia w nowym świecie, a nie sprzeciwianie się losowi i staranie się uwolnić. Narrator też nie sugeruje innych opcji; jakby po prostu nie dało się wrócić i już. Ciężko mi to zaakceptować; brakuje mi szczególnie jakiegoś sprzeciwu ze strony chociażby Viry, jej zdziwienia, niepokoju, bo od teraz będzie żyć w przeszłości (na dodatek z dziewczyną, którą nie bardzo lubi) – godzi się na wszystko bez słowa zawahania.

(...) biorąc pod uwagę niewielką odległość [,] jaką miały do pokonania. – Którą. Była to konkretna odległość, a nie o jakichś cechach.

Uśmiechnęła się, co w niewiarygodny sposób podkreśliło idealną urodę tej żywej lalki Barbie. – Nie podoba mi się to określenie. Nie wyszło bezpośrednio od Colette, raczej to narrator. A temu ocena wyglądu bohaterki zupełnie nie przystoi (za lalką Barbie kryje się opinia negatywna). Bardziej o takie określenie podejrzewałabym Virę, ale ta jeszcze nie pojawiła się w scenie. Zresztą nawet jeśli, to byłby to i tak head-hopping; scenę zaczęłaś od narratora i Colette.

Thérese z natury troszczyła się o każdego, więc nikogo nie zdziwiło to pytanie. – Ekspozycja. Już wielokrotnie ukazywałaś bohaterkę martwiącą się, więc czytelnik się tego po niej spodziewa. Nie musisz podkreślać tej cechy i o niej informować; wystarczy, jak raz na jakiś czas Thérese faktycznie się zmartwi.

Okazuje się, że Vira została w domu. Mam wątpliwości. To znaczy wiem, że jest poturbowana i musi odpoczywać, ale dziwi mnie, że Colette nie ma z tym żadnego problemu – nie obawia się zostawić kogoś, kto nie przywykł do podróży w czasie, samego w obcym świecie (już pomijając, że chodzi akurat o Virę, która jest dość... ekscentryczna), na dodatek po sytuacji w sklepie. Zero przejęcia się bezpieczeństwem Viry i swoim ze strony Colette uświadcza mnie w przekonaniu, że jest tu zbyt lajtowo, za lekko. Jakbyś sama się niewystarczająco wczuwała w położenie swoich bohaterek.

Jednak nie mogły powiedzieć tego Stelli, która wydawała się bardziej inteligentna, niż wskazywałby na to jej wygląd (jeśli ktoś twierdzi, że piękne blondynki nie mogą być także mądre) i beztroskie zachowanie. –Narratorze! Przestań!

Nie dość, że pan Rolland załatwił wam mieszkanie w pobliżu, to wy na dodatek się spóźniacie! Nie dość i na dodatek źle brzmią w takim zestawieniu. Lepiej: Nie dość (...), to jeszcze wy się spóźniacie!

Thérese zaczęła przepraszać, ale sytuację dopiero uspokoiło pojawienie się siwowłosego, starszego mężczyzny. Lekko utykał, ale śpieszył się (...).

Dla zobrazowania kolejnego problemu podaję większy fragment:
Przy boku kobiety kręciła się pięciolatka, która wyglądała jak klon matki z jasnymi lokami i niebieskimi tęczówkami. Na imię miała Sophie, ale i tak wszyscy wołali na nią Papillon [fr. motylek] przez jej słodkie usposobienie.
– Dawno nie mieliśmy tu takiej wysokiej dziewczyny – mówiła Dora, podając jej odpowiednie buty – i takiej chudziutkiej, a w dodatku ślicznej. Stella będzie miała konkurencję, jeśli chodzi o kawalerów.
Dziewczyna poczuła się dziwnie skrępowana, słysząc te słowa. Jedynymi osobami, które ją komplementowały byli Thérese, członkowie rodziny i Urbi, ale nigdy do końca im nie wierzyła (...). – Na tym etapie zaczęłam się zastanawiać, skąd pięcioletnia Sophie zna Urbiego. Po chwili dotarło do mnie, że wypowiedź Dory nie jest skierowana do Sophie (co jednak technicznie wynika z zapisu) jako komplement dla dziewczynki, ale to uwaga w kierunku Colette. Zdecydowanie za późno się tego domyślam, ale to w sumie nie moja wina.

Opowiadanie jest w tym momencie nudne i przegadanie. Gdybym nie oceniała, przescrollowałabym tekst w poszukiwaniu jakiejś dynamicznej akcji. Opisy, chociażby i najdokładniejsze, jeżeli w opowiadaniu fantasy o podróżach w czasie dotyczą procesu zatrudniania się w restauracji, no to nie powiem, bym była zainteresowana. Niby masz pootwierane wątki fantastyczno-kryminalne, ale nic z nimi nie robisz. Czuję, że marnujesz linijki. Tym bardziej, że kończysz w ogóle niezajmującą scenę tekstem: (...) i sama rozpoczęła nową pracę, starając się o niczym nie myśleć. – Brzmi jak tania wymówka, bo tobie nie chciało się stworzyć tych myśli. A przecież Colette naprawdę ma o czym myśleć! O powrocie? O tym, co u Viry i czy przypadkiem nie jest ryzykowne zostawiać ją samą? O tym, że Colette jest w niebezpieczeństwie?? Nie? Zły pomysł?

Najpierw piszesz, że Virę bolało i sadzisz o tym spory akapit, jakby jedno zdanie nie wystarczyło, a potem dopiero pojawia się informacja, że bohaterka się obudziła. Powinno raczej być na odwrót.

Poruszyła się, gwałtownie się budząc. Od razu przed oczami dziewczyny pojawiły się mroczki. – Jej oczami. Nie komplikuj.

(...) ból nie należał już do tych (...) zabójczych, które nie dają człowiekowi żyć. – No, jakby jedno wynika z drugiego; nie lej wody.
Oczywiście ból był makabryczny, zabójczy i tak dalej, ale gdy na horyzoncie pojawia się jakiś piegowaty osiemnastolatek z ładnymi oczami, Vira totalnie zapomina, że przypomina mumię i jej narracja zaczyna przedstawiać niepasującą do sytuacji ekscytację. Trochę to wątpliwe.

Nie spodziewałem się tego po pani, panno Grenouille [fr. żaba]. Swoją drogą niezłe nazwisko. W tym momencie zdecydowanie przypominasz żabę. – Nawias z tłumaczeniem jest zbędny, kiedy wyjaśnienie wprost wynika z kontekstu.

Dziewczynie znowu udało się go zdezorientować. Nie spodziewał się tak łatwo i szybko usłyszeć tych słów. – Head-hopping tu i w jeszcze kilku innych momentach tej sceny.

Nie rozumiem [przecinek] dlaczego tylko kobiety muszą się odchudzać, praktycznie katować.

Po pracy umówiła się ze swoim narzeczonym – dziadkiem Colette. Panna Solo poznała go w akademii Mirandel, do której razem uczęszczali. Pochodziła z bogatej rodziny… – Nie, proszę, nie rób mi tego teraz. Nie zarzucaj mnie streszczeniem elementów fabuły, które nigdy do niczego mi się nie przydadzą…
Po ukończeniu akademii wyprowadziła się z domu; zaczęła pracować, starając się samodzielnie utrzymać i zarobić na ślub…
Ale, tak serio, co to ma do opowiadania o utknięciu głównych bohaterek w nieswoich czasach? Będziesz tak pisała o każdym bohaterze epizodycznym?
Simone Lacroix obecnie studiował prawo na Sorbonie. – Och, nawet nie o epizodycznych, tylko takich, które JESZCZE NIE POJAWIŁY SIĘ ANI JEDNEJ W SCENIE.


Podczas pracy ułożyła sobie kilka spraw w głowie, co pomogło dziewczynie uspokoić zszargane nerwy. Wciąż nie wiedziała, kto stał za wczorajszym atakiem i czuła, że sama nie poradzi sobie z tą sprawą. – Wcześniej pisałaś, że Colette o niczym nie myślała, a teraz rzucasz streszczenie, że jednak o czymś, i to pewnie dość ważnym fabularnie. Nie wiem, co jest gorsze – pomijanie tekstu przez bagatelizowanie problemu czy dlatego, że właśnie wydaje się on ważny, więc jednocześnie trudny w przedstawieniu?
Streszczenia są pójściem na łatwiznę.

Był diabelnie przystojny i roztaczał niepokojącą charakterystyczną dla Immor aurę wokół siebie, której wszyscy tak się obawiali. – Okej, dwóch przystojniaków w jednym rozdziale to już zdecydowanie za dużo. Tym bardziej kiedy nie czuć mowy pozornie zależnej Colette w scenie, więc wychodzi na to, że Immorem jara się sam narrator wszystkowiedzący.
Nie powinien. Narrator jest od tego, by postać wprowadzić, czyli opisać, a czytelnik sam wnioskuje, czy postać trafia w gust, czy nie. Może i narrator lubi białe włosy i ciemne oczy, ale mnie taki facet wydaje się jednak bardziej creepy. Nie możesz zmuszać czytelnika do tego, jak odbiera daną postać. W tym cała zabawa, że jednym się gość spodoba, a innym nie; nie odbieraj mi tego. Zgrzyt, bo coś mi narzucasz – coś, czego absolutnie nie czuję. Dlatego opisy nie powinny skupiać się na emocjach, chyba że emocjach postaci, ale to Colette powinna dać jasno do zrozumienia, że diabelnie podobał jej się ten koleś. Czy taka ekscytacja jest jednak w jej stylu?

O ile pierwsza rozmowa Viry z Noelem jest zabawna i już nakreśla mniej-więcej, jaki charakter ma bohater i jak wygląda z nim rozmowa, o tyle w drugiej odsłonie z ciastkami jakby przedobrzyłaś i znów robi się nudno. Za długo męczysz jedną kwestię – strasznie się pieścisz i rozdrabniasz, a wcale nie musisz. Pamiętaj, że sceny służą rozwojowi fabularnemu i charakterystyce postaci naraz, a u ciebie tak nie jest. Niektóre sceny są puste, jakby nie dzieje się w nic ważnego, co popychałoby fabułę do przodu. W tej drugiej odsłonie Vira-Noel nie pada ani jedno przydatne fabularnie zdanie. To są śmiechy-chichy i przemyślenia o tym, że Vira ma problem ze spoufalaniem się z ludźmi i przyjaźniami. Ale to już wiem, więc po co…?
Poza tym czuć sztuczną dramę; Vira spędziła z Noelem kilka godzin, rozmawiali na luzie i tyle, a już się zaangażowała emocjonalnie. Szybko. Strasznie szybko jak na kogoś, kto wcześniej przyznawał się sam przed sobą, że umie w samotność, nikogo nie potrzebuje i tak dalej.
Co do wspomnienia pod koniec – znów nie mam się do czego przyczepić. Te fragmenty wychodzą ci znakomicie.

CZAS: 9
Vira postanowiła zmienić miejsce swojej bytności z salonu na jedną z dwóch sypialni, a konkretnie na tę Stelli. Nie powinna tego robić, biorąc pod uwagę jej stan (...) – podkreślona część brzmi co najmniej dziwnie. A pomijając to, z tego fragmentu wynika, że Vira nie powinna tego robić ze względu na stan sypialni Stelli. Na tym etapie pomyślałam, że może Stella ma tam dużo prywatnych rzeczy albo jakiś bałagan, ale potem okazuje się, że chodziło ci o stan zdrowia Viry. A więc nie powinna tego robić, biorąc pod uwagę swój stan, nie jej.
Dalej pojawia się rozmowa o niczym, bo o gwiazdach na suficie, która nie ma żadnego znaczenia. Tak naprawdę gdybyś zaczęła scenę od pytania o randkę, nic by się nie zmieniło, ewentualnie zmieniło właśnie na plus – byłoby konkretniej.
Za chwilę dowiadujemy się, że Noel chyba wpadł we friendzone zupełnie jak Urbi. Niby ciekawa kwestia, ale z drugiej strony dwa podobne wątki to o jeden za dużo w jednej historii, która miała bazować na podróżach w czasie i problemach z tym związanych. Nadal mam wrażenie, że skupiasz się na pierdołach, a fabuła sama w sobie stoi w miejscu.

Sypialnia panny Valery wyglądała inaczej, niż sobie wyobrażała. – Pierwsze zdanie dotyczy sypialni, a drugie bohaterki, ale nie zmienił się podmiot; wychodzi na to, że sypialnia wyglądała inaczej, niż się sama sobie wyobrażała, co jest po prostu głupie.

Nie rozumiem też, dlaczego Vira tak bardzo interesuje się kłamstewkiem Noela, skoro utknęła w przeszłości przyklejona do łóżka przez prawdopodobnie jakiegoś demonicznego psa. W ogóle się tym nie przejmuje! Ani powrotem, ani kłopotami Colette z GT. Kwestia Noela, którą tak wysuwasz nagle na pierwszy plan, w tym świetle wygląda jak zapchajdziura. Jako czytelnik zaczynam powoli czuć się oszukana – zapowiadało się na naprawdę niezły kryminał fantastyczny, a momentami dostaję typową młodzieżówkę.

O rety! Cieszę się, że do akcji wkroczył Urbi – znalazł jakieś wskazówki o tym, że dziewczyna ukrywa coś szyfrem w swoim pamiętniku, więc rusza do Paryża, by ktoś pomógł mu ten szyfr ogarnąć. Świetnie, bo oto w końcu jakiś przedsmak akcji! Jednak pojawia się zdanie, gdzie piszesz, że Urbi czuł się szczęśliwy – tak, używasz tego określenia, jakby na chwilę Urbiemu wyleciało z głowy, że jego miłość ZNIKNĘŁA. Nie budziłoby to mojego zdziwienia aż tak, gdyby nie zdania z poprzednich rozdziałów, z których wynikało, że Urbi martwił się bardzo mocno. Tak, że nie mógł się nawet już uśmiechać i skupiał się tylko na odnalezieniu bohaterki. Brakuje tu jakiegoś wyważenia emocjonalnego.
Pełne imię i nazwisko Urbinusa zostało podlinkowane, ale odnośnik do niczego nie prowadzi.

Nie bardzo rozumiem, po co było wspominać o tym, że minął dzień, Colette była raz jeszcze w pracy, porozmawiała z babcią i ponownie spotkała się z Immorem – to trochę marnowanie słów na kolejne streszczenia. Mam wrażenie, że gdybyś opisała to spotkanie od razu, zaoszczędziłabyś czytelnikowi kilka linijek niczego, a fabuła wydawałaby się bardziej zwarta. Ale być może potrzeba faktycznie tego dnia, by potem jakieś fakty się polepiły – wyjdzie w praniu.

Pomimo tego, że zaczął się już październik, pogoda wciąż była przyjemna i nie potrzebowała wierzchniego okrycia. – Na pewno domyślasz się tu, o co chodzi...

Nawet ten atak ogara czasu. Mówił o największym wrogu podróżników w czasie. Ale dlaczego zainteresował się akurat Colette? – Trzy zdania, trzy różne domyślne podmioty (atak, Immor i Mroczny Cień), ale technicznie – tylko jeden (atak). W tym rozdziale odpuszczę sobie resztę przykładów.

– To co mam robić? – spytała słabo, czując się tak, jakby za chwilę miała stracić przytomność.
– Przetrwać ten miesiąc i wrócić do swojej teraźniejszości. Tam na razie nie powinno ci nic grozić. – Ale… Dlaczego? Dlaczego dziewczyna ma przetrwać miesiąc i czuć się bezpiecznie, skoro dwa dni temu zaatakował ją ogar, podobno jest śledzona i grozi jej niebezpieczeństwo? Co się zmieniło w tej kwestii? Niby dlaczego miałabym zaufać Immorowi na słowo, skoro sytuacja Colette w żaden sposób nie uległa zmianie?

– A później spotkaj się ze mną, kiedy będziesz czuła, że możesz już wrócić do swoich czasów. – Chwila… Nie rozumiem. Dlaczego niby Colette nie może dać znać o chęci powrotu już teraz? To brzmi, jakby Immor miał możliwość sprowadzenia jej z powrotem, więc skąd ten obowiązek koczowania jeszcze miesiąca w przeszłości?
Mam wrażenie, że to tylko dlatego, aby rozwinąć wątek Noela i żeby Colette jeszcze trochę pokelnerzyła…


Pewnie nie narzekałabym też tak bardzo na to utknięcie w przeszłości, gdyby ta przeszłość była ciekawą walką o powrót, a opisy pokazywałby ogrom różnic między czasami, ale nie oszukujmy się – tak nie jest.

Chciała zadać więcej pytań, ale czuła się dziwnie oszołomiona i przestraszona. – W ogóle tego nie czuć, to tylko ekspozycja. Bohaterka siedzi i jest totalnie bierna – nie nazwałabym jej odczuć strachem, bo nie widać, jak drży, jest jej jakoś tak ciężko i tak dalej. Nie pokazujesz, co się z nią dzieje, tylko opisujesz wszystko suchymi określeniami. To za mało.

W drodze powrotnej wciąż się rozglądała; wiedziała, że nie powinna popadać w paranoję, ale każdy z mijanych ludzi mógł być wrogiem. – Niby dlaczego? Przecież Immor dał jej do zrozumienia, że raczej nic jej się nie stanie, skoro ma sobie sama przetrwać ten miesiąc…
Przy okazji, naprawdę spodziewałam się więcej po członku organizacji.

– Wybacz. Nie zamierzałem narzekać. – Uśmiechnął się ujmująco, a Colette, chcąc, nie chcąc, musiała przyznać, że był przystojny. – Na pewno wszystko w porządku? Wydajesz się wstrząśnięta. – I znów. Kiedy ktoś jest wstrząśnięty, to mimo wszystko nie zachwyca się przystojniakiem...

Podobają mi się fragmenty z Urbinusem. Są konkretne, nie marnujesz słów. To lubię. Mam jednak jedno zastrzeżenie – o siostrze Colette dowiaduję się akurat wtedy, gdy jest potrzebna, by Urbinus miał gdzie spać. Nie rzuciłaś wcześniej ani jednym hintem, na przykład wtedy, gdy rodzice Colette przyjechali do szkoły, Urbinus nie zdziwił się, że nie ma z nimi Rebecci. To oczywiście tylko przykład hintu – pierwszy z brzegu – tak naprawdę jest wiele opcji, by chociaż jednym zdaniem już wcześniej przemycić, że Urbi ma fajne relacje z siostrą Colette (szczególnie gdy na przykład widział już siostry Colette na jakimś zdjęciu). Wtedy nie byłoby teraz takiego uczucia, że wymyślasz fabułę na bieżąco.

Od razu wyciągnął notatnik, postanawiając, że złamie szyfr i w końcu pozna tajemnice swojej ukochanej… Jeszcze nie wiedział, że jego starania i tak pójdą na marne. – Ostatnie zdanie i taki brzydki spoiler… No, nie mogę przyznać, że podoba mi się to zakończenie, wybacz.

CZAS: 10
Szyfrowanie przerosło Urbiego. – Nie szyfrowanie, tylko rozszyfrowywanie.
Po pierwsze: nie rozumiem, dlaczego Rebecca naprowadza Urbinusa na właściwy kod. To w sumie tak samo, jakby od razu mu zdradziła całą tajemnicę, że Colette podróżuje w czasie. Mega nieodpowiedzialne i nie, nie wierzę, że urok i zmartwienie Urbinusa są powodem, by się łamać, kiedy zna się regulamin GT.
Kolejna bohaterka, która – jak Patrick – nie szanuje prawa do prywatności członka swojej rodziny.
Po drugie: Jakim cudem oni od razu przyporządkowywali literki do tytułów? Jasne, że WW to mogą być Wichrowe wzgórza, ale jednocześnie jest wiele innych tytułów, które zaczynają się od tych liter. Może i Colette faktycznie ma jakieś ulubione pozycje, ale skoro jest tak wielkim molem książkowym, trudno czegokolwiek w tej kwestii być pewnym.
Po trzecie: Szyfr zawsze jest dla kogoś, nie dla siebie. Teraz to wygląda tak, jakby Colette szyfrowała coś pod kogoś i z przeświadczeniem, że ktoś to znajdzie. Jakby robiła to z premedytacją. Nie bardzo rozumiem, po co zapisywać tajemnice dla siebie samej szyfrem. Przecież z góry wiadomo, że jak ktoś zobaczy ciąg cyfr i liter, to dopiero będzie chciał to odkodować, chociażby z czystej ciekawości. I na dobrą sprawę wystarczyłoby opłacić jakiegoś zwykłego kryptologa, żeby wskazał wykorzystany system.

Update: Potem okazuje się, że Colette zaszyfrowała sobie Prawa GT.  Nieodpowiedzialne. Bardzo. No i Szyfr Ottendorfa służy do szyfrowania raczej krótkich wiadomości. Wiesz, jedna literka to aż cztery cyfry (strona-wers-słowo-litera), a gdyby od razu chodziło o jedno słowo – cyfry trzy (strona-wers-słowo). Jeden ciąg cyfr w pamiętniku Colette to zaledwie jeden wyraz, więc żeby zapisać całe zdanie, na przykład z ośmiu słów, trzeba zużyć aż osiem ciągów. Nie sądzisz, że Prawa GT są za długie, by zapisać je w ten totalnie nieprzystępny sposób?

Streszczenie o tym, co zrobiła Amita, by pomóc Colette wprawdzie dużo wyjaśnia, ale znów – to tylko streszczenie pozbawione jakiejkolwiek emocji. Sucha notka informacyjna.

W przeszłości, roku 1951, musiał minąć miesiąc, w teraźniejszości o wiele mniej czasu zanim dziewczyny wrócą. – No dobra, ale nadal nie wiadomo dlaczego. Wciąż mnie to nurtuje.

Elvire nie chciała korzystać z pomocy swojego wroga, jak poinformowała na wstępie pannę Lacroix. – Nie sądzisz, że takie teksty w pewnym momencie historii, kiedy dziewczyny już trochę czasu ze sobą spędziły i są na siebie skazane, wydają się trochę dziecinne i głupie? Na pewno chcesz, bym tak odbierała Elvire? Żart jest dobry na raz, może na dwa, ale im dalej to będziesz ciągnąć, tym gorsze wrażenie to będzie robić.

Cały czas mówisz o tym, że Vira dużo je – to jakiś podwójny obiad, to kolacja, to obfite śniadanie, ale ani razu nie napisałaś, co to za posiłki, z czego są zrobione, czym różnią się od tych współczesnych, jak Virze smakują… Pewnie jest w nich dużo mniej chemii, skład produktów się różni – podejrzewam, że nawet chleb trochę inaczej wtedy smakował, nie mówiąc o innych produktach. Wprowadzasz informacje zupełnie puste, bez żadnej przydatności w tekście.
Piszesz o chińczyku i od razu przypomina mi się, jak moja babcia nazywała tę grę w latach dziewięćdziesiątych. Mówiła do mnie, że zagramy w Chłopeczku, nie irytuj się. Zawsze zastanawiałam się dlaczego, a teraz przypomniałam sobie o tym i przeszukałam sieć. Moja babcia pochodzi z Tczewa.
Na Wikipedii piszą o chińczyku tak: Od 1918 roku na obszarze języka niemieckiego i w wielu innych krajach Europy gra znana jest głównie jako „Nie irytuj się” lub „Człowieku, nie irytuj się”, co jest dosłownym tłumaczeniem oryginalnego niemieckiego tytułu „Mensch ärgere Dich nicht” [źródło]. W PWN-ie wyczytałam, że chińczyk to raczej typowa współczesna i polska nazwa [źródło]. Może warto byłoby podobne zagadnienie wykorzystać w twoim opowiadaniu? W końcu Francja należy do Europy i można by sprawdzić, jak dawniej w tamtych czasach mówiło się tam na tę grę. Wątpię, by był to raczej współczesny i polski chińczyk.

Z jednej strony piszesz o tym, że Virę ciekawiły podróże (nareszcie!) i chciała się czegoś o nich dowiedzieć, z drugiej strony nie mam na to żadnego dowodu w postaci sceny. No i znów popełniasz podobny do poprzedniego błąd: najpierw opisujesz myśli Viry, a potem dopiero zaznaczasz, że się budzi z drzemki. Raczej byłoby odwrotnie, prawda?
Och, borze, ledwo było śniadanie, a tu już obiad. Vira, proszę, zrób w końcu w tej historii coś przydatnego fabularnie, co?
Noel w żaden sposób nie zareagował na angielskie przekleństwo? Usłyszał je i już? Szkoda, liczyłam na jakąś jego reakcję. Za chwilę Noel nazywa Virę małą żabką z angielska. Kurczę, czemu tak wzbraniasz się przed ukazywaniem różnic?
Na dodatek rozmowa Noela z Virą znów jest o niczym sensownym. Śmieszna, ale to wszystko.

Obecność potwora? Super sprawa! Niektóre zdania są jednak trochę za długie; przydałoby się je pociąć, bo akcja nie jest aż tak dynamiczna, jak mogłaby.

Prawa noga dziewczyny ugięła się pod jej ciężarem, sprawiając, że upadła na podłogę.


Scena z Urbinusem rozkodowującym Prawa GT-a wyszła naturalnie i całkiem przekonująco. Bez zarzutów. Idziemy dalej.

CZAS: 11
Virze przez myśl przemknęło, że podróżnicy w czasie musieli być strasznie mało kreatywni, jeśli do każdej nazwy dodawali słowo czas. – Na pewno jest to odpowiednia myśl w momencie, kiedy chowasz się przed potworem i praktycznie masz rozerwaną znów nogę? Myśl jest fajna, naturalna, ale raczej nie potrafię się z niej cieszyć w tym miejscu i czasie. Bardziej rozprasza i psuje atmosferę niż podkręca klimat.

Udało jej się uwolnić, a później jak najdalej odczołgać od potwora. (...) Dziewczyna zaszlochała, przyciskając do siebie uwolnioną rękę, która na szczęście nie odniosła żadnego urazu.

Te prawa brzmiały zarazem groźnie, jak i śmiesznie. Nie potrafił brać ich na poważnie. Bał się ich i tego, co tak naprawdę mogły oznaczać… ale z drugiej strony strasznie go ciekawiły i chciał odszyfrować więcej. – Kiedy piszesz w tej scenie o Urbim, cały czas skupiasz się na ogólnikach. Nie pokazujesz wyrazu twarzy chłopaka, nie wskazujesz, jak wyrażał konkretne emocje. Nazywasz je wprost: Urbi był taki i taki, miał tak i tak, myślał to i to, ale nic poza tym. Trochę płytko. Ciężko się wczuć. Znów tekst zakrawa o suchą relację. Dopiero gdy Urbi przecierał oczy, zaczęło być bardziej plastycznie.

Urwał się z treningu. Serce bolało na samą myśl, że tego dnia nie zanurzy się w wodzie, nie popływa. – Dziwnie się o tym czyta, kiedy ze wcześniejszych zdań wynika, że Urbi myślami krążył tylko przy notatkach Colette. No sama pomyśl – w momencie kiedy dowiadujesz się, że twój ukochany prawdopodobnie podróżuje w czasie, odczuwasz ból w sercu, bo nie popływasz? Wydaje się to trochę przesadzone. Urbi mógłby ewentualnie pomyśleć, że już dużo treningów mu przepało, ale ubrałaś to w dość mocne słowa. Nie wiem, czy adekwatne do sytuacji, w której chłopak się znalazł.

Już wiedział, że nie uda mu się odczytać całego notesu. Pismo Colette było bardzo drobne, a szyfr, składający się z cyfr, zajmował mniej miejsca niż całe słowa, więc domyślał się, że dziewczyna musiała pisać go od paru lat. – Ale… dlaczego w takim razie wybrała ten kod? Po co? Przecież pisanie nim musiało być bardzo nużące. Można tak zaszyfrować jakąś krótką notatkę, akapit czy coś, ale żeby pisać tym szyfrem sporą część tekstu? Całe strony? Przecież to wymagało siedzenia w książkach i szukania odpowiednich słów… Nie wyobrażam sobie marnować na takie coś lata. I to jeszcze specjalnie wybierając szyfr, który da się wbrew pozorom łatwo rozkodować, skoro zrobili to Urbi z Rebeccą.
Nadal nie wiem, po co Colette otwierała furtkę do rozkodowania swoich myśli i po co męczyła się z kodem, zamiast pisać po prostu normalnie, ale używając tylko sobie znanych kontekstów. Często właśnie tak się robi, gdy pisze się coś dla siebie – gdyby Colete nazywała podróże w czasie, przykładowo, jedzeniem fasolki, najlepszy kryptolog nie skumałby, o co jej chodzi. A pisząc tak, traciłaby zdecydowanie mniej energii.
Nie wiem też, czemu przytaczasz całe prawa, skoro te znaleźć można na odpowiedniej podstronie. Albo po co ci podstrona, skoro wystarczy przeczytać opowiadanie, by poznać zasady. Pisałam już o tym – gdyby nie było zakładki, tekst byłby w tym momencie zdecydowanie ciekawszy. Teraz te zasady są dla mnie zbędne, bo już je znam i nie mogę wczuć się w Urbiego, który dopiero co okrywa tę tajemnicę. To tak jakbym, czytając Kod da Vinci, wiedziała już z góry na wstępie, jakie są rozwiązania kryptekstów – nie czerpałabym wtedy żadnej przyjemności z towarzyszenia Langdonowi w scenach rozszyfrowywania. Kiedy pojawiają się w książce kody, szyfry, tajemnice, to rozwiązywanie zagadki powinno być wręcz pasjonujące. Tu przestało być, bo prawa GT nie są już dla mnie żadną nowością.

Noël szybko się uspokoił i zaczął analizować sytuację. – Błagam cię… serio? Typ po raz pierwszy widział jakąś nadprzyrodzoną moc i… szybko się uspokoił i zaczął analizować? Jasne, pewnie są ludzie, na których coś nadprzyrodzonego nie zrobiłoby żadnego wrażenia, ale przed chwilą Noel krzyczał, gdzie jest potwór, i wydawał się poruszony, a zdanie dalej już mu przeszło. [Update: Potem okazuje się, że Noel też jest podróżnikiem w czasie, ale mimo to – czytelnik na tym etapie tego nie wie. Reakcja Noela jest tutaj sztuczna i podejrzana, i mocno zwraca uwagę. Nie wiem, czy nie za mocno]. Odzierasz go z realizmu i sprawiasz, że bohater staje się drewniany. Później jest jeszcze gorzej: Ja idę znaleźć Virę i tego potwora, choć cisza wskazuje, że już go tu nie ma. – Ta wypowiedź jest tak kołkowata, że aż stoi w gardle. Kto tak mówi? A szczególnie butny, pewny siebie, młody przystojniaczek, na którego go kreowałaś od początku?

Reakcja Stelli jest godna pożałowania. Bawienie się końcówką warkocza na widok umierającej koleżanki w zdemolowanym mieszkaniu? A potem pierwsze pytania o śliczne ubrania, które zniknęły?


To. Nie.  Było. Zabawne.

– Ach tak? Więc dlaczego ani tobie, ani Solo, ani Virze nikt nie zabrał ubrań? A co się stało z moimi kosmetykami? Były takie piękne- (...)
Przed oczami mignął jej blond warkocz, gdy Stella położyła się na plecach, wciąż mając splecione nogi. Przymknęła powieki i już się nie odzywała. – Nóż mi się w kieszeni otwiera, serio.
Ewentualnie Stella robi z siebie kretynkę, bo tak naprawdę jest kimś innym… – nieraz dawałaś do zrozumienia, że to inteligentna osoba, która potrafi łączyć fakty i zaskakiwać pytaniami. Stąd też trudno teraz uwierzyć mi w jej nagły, przerysowany debilizm. Mogłabyś go trochę stonować, aby nie rzucał się aż tak w oczy.

Nie rozumiem. Colette opowiada wszystkim o potworze, podaje jego dokładny wygląd, modli się, by towarzystwo jej uwierzyło, a potem stwierdza sama do siebie coś w stylu: oby mi uwierzyli, potem powiem babci prawdę… No ale przecież powiedziała prawdę, podała dokładny rysopis, więc o co chodzi?
Nikt z towarzystwa, słysząc słowo potwór, nie wydaje się zdziwiony chociażby w najmniejszym stopniu. Nikt nie podważa istnienia istoty nadprzyrodzonej. Nikt nie pyta o szczegóły, wręcz nastaje sielankowa atmosfera i babcia rzuca tekst o tym, by posprzątać. Dlaczego? Czy w twoim uniwersum wszyscy wiedzą, że potwory istnieją? No chyba nie.

– Coś za bardzo się o nią martwisz jak na chłopaka, który posiada narzeczoną.
Głos Stelli był jak zwykle opanowany i przyjazny, ale Colette wydawało się, że ta uwaga była pewnego rodzaju zemstą za wybuch chłopaka. – Nie no, zajebisty moment na zemstę, naprawdę. Nikt nie zwraca uwagi na to, że Stella nagle zmieniła się w potworzycę?
Wiem, że celowo robisz z niej taką parszywą i głupią jednocześnie, ale wcześniej taka nie była. Jasne, była lekkoduszką, ale nie zołzą. Przed chwilą dowiedziała się, że potwory istnieją, a dziewczyna, którą dwie notki temu nazywała przyjaciółką, omal nie straciła życia!

Zarządca nie będzie zadowolony, widząc, w jakim jest stanie. – Nie będzie zadowolony? Ostry eufemizm.

Colette i Vira posiadały tylko to, co udało im się kupić za pieniądze znalezione w skrytce (hojny prezent od GT’a) – nie rozumiem. Ten nawias to ironia narratorska czy co?
Poza tym dlaczego nikt nie martwi się właściwie o to, że jakiś potwór w ogóle istnieje, może że wróci, że może komuś zrobić krzywdę… Nie. Sprzątanko i ubranka na pierwszy plan, to na pewno dobry pomysł. Jak nic.
Kolejne akapity dotyczące Viry są totalnie nudne. Przykro mi, ale suche streszczanie tego, że Vira nie lubi przesadnej opieki, że jest głodna, że niczym się nie przejmuje, że relacja między Noelem a Stellą się zmieniła… To jest nudne do sześcianu. Gdzie się podziało jakieś przejęcie sytuacją? Zdziwienie o zmianie lokum? Pytania o potwora, jakieś przemyślenia na temat niebezpieczeństwa, które na nią czychało… Nie, nic takiego nie ma miejsce w tekście.
A, nie, sorry. Są pytania o potwora, ale dopiero po opisie odczuć w stosunku do jakże pasjonującej sprawy Noel-Stella. Na-re-szcie!

Mężczyzna, a może raczej chłopak lub młodzieniec, mógł mieć z dwadzieścia parę lat. – Zauważyłam, że za każdym razem, gdy opisujesz jakąś postać, skupiasz się na jej wieku. Po co? Skoro nazywasz kogoś młodzieńcem albo młodym mężczyzną, nie musisz już operować jakimiś przedziałami. Czytelnik i tak nie wyobraża sobie cyferek. Poza tym takie opisy pojawiają się w narracji, ale też w mowach pozornie zależnych bohaterów – nie są charakterystyczne dla tylko jednej ze stron, wyglądają raczej jak twoje przyzwyczajenie.

CZAS: 12
Początek nowego tygodnia przyniósł ze sobą kilka drobnych zmian: Stella pogodziła się z Noëlem, Colette przestała tłuc naczynia w kawiarni, a Vira dostała strasznego kataru. – Streszczenie. Po poprzednich wpisach wiesz już, jak na nie reaguję.

– Hm… Chyba to wynika z tego, że jestem człowiekiem, który nie cierpi nudy i lubi, jak coś się wokół niego dzieje. Zawsze marzyłam o jakiejś przygodzie i czuję się tak, jakbym w końcu miała szansę chociaż w minimalnym stopniu się wykazać. I przy tym dobrze się bawię.
Oczy Stelli lśniły od zaangażowania. Virze przemknęło przez myśl, że aż przyjemnie w nie patrzeć. – Przyjemnie w nie patrzeć? Laska jest do granic możliwości próżna, na dodatek stwierdza, że to, że jakiś potwór rozwalił jej mieszkanie i omal nie zabił przyjaciół to dobra zabawa. Czuć też, że Stella coś mocno ukrywa, bo celowo robisz z niej taką – wcześniej nie rzucała się w oczy aż tak, a teraz, gdy robi się niebezpiecznie, bagatelizuje sprawę po całości. Mam wrażenie, że trochę przesadzasz z jej kreacją.

Stella zestarzeje się, weźmie ślub i wychowa swoje dzieci. Może w przyszłości Elvire pozna jej wnuki? To dość dziwaczna perspektywa. Od początku wiedziała, że tak będzie. Dlatego też, mimo swojej zasady o nie przywiązywaniu się do innych, postanowiła dać szansę Stelli. Powinna żałować swojej decyzji? – Nieprzywiązywaniu.
Nie rozumiem, dlaczego Vira chce Stelli dać szansę – przecież Stella to paskuda, a Vira raczej nie domyśla się tak jak ja, że koleżanka coś ukrywa. Ale pomijając już ten fakt, skąd to przywiązanie Viry do niej? Tak naprawdę niewiele było scen ukazujących rozwijające się relacje między dziewczynami, jakąś przyjaźń czy coś. Nie wiem nawet, co sprawia, że Vira będzie tęsknić za Stellą – nie napisałaś tego, a nawet jeżeli napisałabyś, byłoby to i tak zdanie-ekspozycja. Po prostu stwierdziłaś, że dziewczyny się przyjaźnią i już, a to nie wystarcza. Brakuje tej części fabuły, w której ta przyjaźń jakoś jest widoczna – coraz bardziej i bardziej.
Jeszcze jedno: Vira często myśli o tym, że nie może się przywiązywać do ludzi. Z jednej strony to ciekawe, bo wiem, jaką dziewczyna ma przeszłość, jak została potraktowana przez własną matkę i jak traktował ją w jej wspomnieniach starszy brat. Ale z drugiej strony to naprawdę dość sztuczne – Vira sprawia wrażenie, jakby dla niej przywiązywanie się to był jakiś proces, który da się kontrolować myślami typu „teraz się nie przywiążę do tej osoby, a do tamtej już tak” – nie ma w tym żadnego działania podświadomości, nie dzieje się to automatycznie i w sposób niewymuszony, w scenach. Vira po prostu mówi, jak będzie czuć i, o, własnie tak zaczyna być. Wydaje mi się, że odebrałaś tym jakąś ludzką naturalność, zastępując ją sztucznym podejmowaniem decyzji. Wydaje mi się, że w rzeczywistości ludzie po prostu poznają się i zawiązują relacje, a reszta dzieje się sama. Można, jasne, myśleć o tych relacjach, ale często na pewne emocje nie ma się wpływu. Brakuje mi jakiejś spontaniczności w myślach Viry, prostoty, nie wiem, normalności. Jak narazie wydaje się trochę zaprogramowana i pozbawiona jakiegoś elementu człowieczeństwa. Również ma na to wpływ fakt, że to główna bohaterka opowiadania, która rzadko ocenia sytuację, rzadko opisuje swoje wrażenia na temat czegokolwiek (w sumie czegoś innego niż Urbi albo Noel), rzadko się udziela, przez co tak naprawdę jej nie znam i jest mi totalnie obojętna.

W kolejnej scenie Urbi wydaje się już zupełnie przyjąć do wiadomości, że jego ukochana podróżuje w czasie. Racjonalnie podejmuje decyzję o tym, by darować sobie tłumaczenie starych wpisów i zabiera się za nowe. Wcześniej jeszcze pojawiały się jakieś zdania, że Urbiemu śniły się podróże z Colette, ale teraz, gdy o tym myślę, to zastanawiam się nad prawdopodobieństwem… Urbi był uczniem, który klaskał i podskakiwał w rozmowach z Virą, mocno angażował się w przyjaźń i, biedaczek, totalnie się zakochał. Nieraz udowodniłaś, że to bohater, który był dość emocjonalny, a teraz robisz z niego poważnego młodocianego detektywa. Ta zmiana rzuca się w oczy – Urbi jest wyrachowany i racjonalny, na dodatek jego reakcje na wiedzę o podróżach w czasie są mocno wycofane, słabo nakreślone. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak ludzie zareagowaliby na wieść, że podróżowanie w czasie jest możliwe – ludzie są różni, a reakcje będą zależeć od charakterów. A Urbi na początku historii miał charakter nieco infantylny, wrażliwy i pobudliwy. Teraz go nagle zmieniasz.
Problem na pewno jest szerszy i dotyczy też reszty bohaterów – wychodzą ci niekonsekwentnie, bo nie trzymasz się jednego kręgosłupa u danej postaci; to raczej chorągiewki powiewające na wietrze – grają pod konkretną scenę. A przez to trudno się w nie wczuć, zrozumieć je, jakoś w nie uwierzyć. Nie są osobami, tylko zlepkami cech zależnymi od tego, czego aktualnie wymaga od nich scenariusz. Jak aktorzy, którzy nie wczuwają się w swoją rolę, nie tworzą postaci – po prostu czytają scenariusz i odbębniają robotę. Takie mam wrażenie.
Nie musisz poraz kolejny podawać pełnej treści prawa dwunastego. Jestem w stanie wywnioskować, o treść którego punktu ci chodziło.
Rozmowa przez telefon o organizacji i działaniach podróżników? I to z osobą, która nie powinna wiedzieć... To dość nieodpowiedzialne, biorąc pod uwagę, że mowa o czasach współczesnych, a z powodu sytuacji Colette i Viry organizacja mogłaby inwigilować sprawę.

Kolejny przeskok – kilka dni. Vira ma gorączkę? No to daj mi scenę, kiedy zaczyna gorączkować. Daj mi scenę, kiedy bohaterowie dziwią się, że nikt inny źle się nie czuje. Daj mi to wszystko, co streściłaś, inaczej niż streszczeniem.
Być może na niektóre streszczenia nie zwróciłabym nawet uwagi, ale gdy jest ich dużo, a sceny, które wybierasz (nie wszystkie, np. sceny ataku były przecież ok), są raczej pasywne i jakieś takie suche, wtedy kolejne streszczenia po prostu sprawiają, że się nudzę. Przepraszam za brutalność, ale taka jest prawda.
Złym pomysłem moim zdaniem są wstępy do scen na ileś akapitów. Najpierw streszczasz, co miało miejsce, potem opisujesz narratorem, co się dzieje teraz, a potem dopiero widzę opis miejsca (tu: kuchnia) i w końcu jest dialog – dialog dokładnie o tym, o czym pisałaś we wstępie do sceny. A gdybyś tak zaczęła od właśnie tego dialogu? I od razu z grubej rury:
– Moim zdaniem powinieneś wyluzować. To przecież normalne, że mogła zachorować. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, ile ostatnio straciła krwi. – Czytelnik wtedy musiałby wywnioskować, połączyć jakieś fakty, ruszyć głową. Jak na razie w obecnej wersji opowiadania nie muszę tego robić – wszystko wykładasz łopatologicznie i moją rolą jest tylko przyswajanie informacji. Szkoda, bo jakby samo czytanie nie dostarcza takiej rozrywki, jak czytanie i rozpracowywanie fabuły. Staraj się pisać w sposób bardziej złożony, wymuszający wyobrażanie sobie sytuacji i wnioskowanie z niej, a przede wszystkim staraj się pisać mniej. Mniej streszczeń, mniej wstępów, mniej ekspozycji, mniej lania wody.
Dalej mowa o przybyciu Simone’a – dziadku Colette. Dziewczyna unika spotkania i wychodzi, zastanawiając się nad tym, że Simone nie mógłby dowiedzieć się o obecności wnuczki, ale… Czy musiałby? W sensie ktoś by musiał mu zdradzić tajemnicę, aby poznał prawdę. Nie jest to żaden wymóg, a Colette i Virze do tej pory bardzo dobrze szło udawanie.

Potrafiła tańczyć – jako podróżniczka w czasie musiała posiadać tego rodzaju umiejętności – ale zbytnio nie przepadała za tym.

To jest poniekąd urocze, że tańczenie jest umiejętnością, na którą zwraca uwagę GT, ale definicja wszechświatów równoległych to już problem.

Trafiła do 1951 roku tylko po to, by dać się dwa razy zaatakować, a potem się rozchorować. Nie zdążyła nawet nacieszyć się tą podróżą. Chciała zobaczyć, jak żyło się w tych czasach, a nie dawać się faszerować lekami i przesiadywać tylko w mieszkaniu. – Zgadzam się z rozczarowaniem Viry; jako czytelnik jestem tak samo rozczarowana, że tracę czas przy łóżku głównej bohaterki, zamiast być wrzuconą w wir jakiejś akcji.
Jednak nie mogę się niestety zgodzić z założeniem, że Virę ciekawiła przeszłość, bo to bzdura. Gdy się przeniosła, jedynie z nudów pooglądała stare zdjęcia, mało rozmawiała z Colette, nie truła jej tyłka o jakieś ciekawostki, na zakupach nie zwracała uwagi na architekturę, na rozwój technologiczny, potem nie komentowała w żaden sposób jedzenia, nie zwróciła uwagę na ówczesne chociażby słownictwo, na ogólną kulturę. To, co wyniosła z lat pięćdziesiątych, to fakt, że sprzedawczynie w sklepach bardziej usługują klientkom, a ludzie nie noszą dresów. To praktycznie wszystko. I to nie jest też tak, że Vira nie miała czasu się zainteresować – jesteśmy w przeszłości ile? Osiem naprawdę długich rozdziałów? Czas antenowy był, tylko bohaterka jest kiepską główną bohaterką, a narrator szuka dla niej teraz wymówek.
Mówisz o tym, że do mieszkania Noela miał przyjść dziadek Colette. Wcześniej jej babcia oponowała, gdy chodziło o zamieszkanie z Noelem, no bo jak ówczesna kobieta może pomieszkiwać u obcego mężczyzny, a teraz tematu nie ma. To również rozczarowujące – wspomnienie o problemach moralnych było strzelbą na deskach teatru (zgodnie z zasadą Strzelby Czechowa – jeżeli strzelba pojawia się na scenie, to w którymś akcie musi wypalić). Sądziłam, że właśnie teraz nadejdzie czas na strzał – na ten wątek, wgłębienie się w temat różnic kulturowych. No, niestety nie. Zamiast tego uczestniczę w nudnym spacerze Colette i Stelli.
Dziwię się, że na teorię o chorobie wpadła sama Vira i musiała ją wytłumaczyć Colette, która w temacie siedzi dużo, dużo dłużej. Nie połączyła żadnych wątków przez tyle czasu? Nie podejrzewała nawet, że choroba Viry to nie przypadek? Przecież Vira chorowała niby przez kilka dni, mimo że nie wychodziła z domu, nie miała się gdzie zaziębić i tak dalej. Był czas na poskładanie faktów do kupy…

– Ale i tak musimy wrócić do naszych czasów. Nie możemy czekać całego miesiąca. – No nareszcie! A gdyby Vira nie zachorowała, to czekałyby miesiąc, mimo że na dziewczyny czycha gdzieś niebezpieczeństwo w postaci potworów, Mrocznego Cienia, jakichś zamachowców? Nie rozumiem ich toku rozumowania. Dlaczego choroba ma być bodźcem do działania, a fakt, że potwór omal ich nie pozabijał – nie? W obu przypadkach można stracić życie, więc o co chodzi?

Dziewczyny z każdego rocznika ciągle do niego zagadywały, próbowały się z nim umówić. – Już któryś raz o tym piszesz, ale ani razu nie pokazałaś tego sceną, więc są to tylko puste słowa bez żadnego pokrycia. Jak mam w nie uwierzyc?

Wiersz Colette jest mocno… amatorski. Nie ma w tym nic złego, bo może to właśnie bohaterka, która nie bardzo w poezję potrafi, ale, czytając jego fragment, moja mina zbliżała się trochę do tej przedstawiającej politowanie. Już nawet nie chodzi o rymy częstochowskie, przedokładne, ale o treść – wszystko kawa na ławę, nazwane wprost. Znów nie wymagasz ode mnie, bym się wczuła, bym zaczęła główkować, interpretować, cokolwiek. Nie ma w tym żadnej tajemnicy, metafory. Ot, banalna rymowanka.

Nie rozumiał, dlaczego nie chciała się do tego przyznać, dlaczego walczyła z tym uczuciem? Czy to dlatego, że była podróżniczką w czasie i nie mogła mu o tym powiedzieć? Gdyby tylko potrafił to zrozumieć… – Tak, Urbi, właśnie dlatego. Taki z ciebie superdetektyw, który widzi różnicę między wrócić a odnaleźć się, a nie potrafisz wyczytać sensu w słowach: Uśmiech jego na zawsze ochronię, Emocjom wstępu do mnie zabronię (...) Czy poradzę sobie z miłością, Zadowalając się tak przeszłością?
To naprawdę nie jest trudne. Wystarczy czytać ze zrozumieniem. Tu nie ma czego nie rozumieć, Urbinusie.

CZAS: 13
Zaczynamy od wspomnień Viry. Ktoś, kto zapoznaje się z nimi, określa jej wiek, jakby miało to jakieś znaczenie dla fabuły. A przecież nie ma. Nie wystarczyłoby napisać, że to mała dziewczynka? Tym bardziej, że najpierw odbiorca wspomnień zastanawia się nad wiekiem, a potem we wspomnieniach jak byk kursywą piszesz pięciolatka.
O! Kolejną scenę zaczynasz już od dialogu. Właśnie o to mi chodziło wcześniej! Dobrze. Bez wstępów i zapowiedzi tekst jest lżejszy.
Lacroix kiwnęła głową i zaczęła wkładać pantofle. W sumie polubiła już pracę – chociaż może bardziej się do niej przyzwyczaiła. Naprawdę cieszyła się na kolejny dzień spędzony w towarzystwie milczącego pana Rollanda, kochanej Dory i jej małej córeczki, a nawet wybuchowej Lou. – O nie… To jest strasznie słabe podejście, naprawdę. Wcześniej miałam scenę, w której Colette nie lubiła pracy i nie radziła sobie z nią, a teraz mam opis, w którym już się przyzwyczaiła i cieszyła z niej. To nawet nie jest krótka scena adaptacji, nie ma nic pomiędzy. Skoro praca to wątek, to powinnaś go rozwijać fabularnie, a nie poza kadrem. A jeżeli praca nie jest wątkiem albo nie jest ważna fabularnie, to powinna zniknąć z tekstu całkowicie.

Z natury troszczyła się o innych, dlatego za kilka lat zdecyduje się na pracę jako położna. – Wiem, pamiętam, to już było.

Pożegnali się i dziewczyny wyszły na ulicę. Skierowały się do kawiarni, rozmawiając po drodze o Virze i o tym, że się o nią martwiły. Colette nie powiedziała swojej babci o teorii Elvire – to by ją za bardzo załamało. Nie wiedzieć czemu, ale nie odczuwała już tak wielkiej nienawiści do tej ordynarnej dziewczyny. W pewnym momencie zaczęła się o nią troszczyć i przyzwyczajać do niektórych dziwactw. Dało się ją znieść i nawet sensownie porozmawiać. Jednak postanowiła sobie, że po powrocie do teraźniejszości urwie z nią kontakt. Tak będzie najlepiej dla nich obu. – Kolejne bzdurki wyssane z palca. Nie może być tak, że Colette przez dziesięć rozdziałów nie lubi Viry, a w jedenastym opisujesz, że miała miejsce jakaś zmiana. To się powinno faktycznie dziać, powinno być widoczne w scenach, istnieć fabularnie. A nie być tylko suchym stwierdzeniem. I to jeszcze popartym totalnie nijakim stwierdzeniem Colette w stylu: nie wiem, czemu tak jest, ale tak jest. Ja wiem, czemu Colette nie wie. Nie wie, bo nie miałaś pomysłu, Gabsone, jak ukazać tę zmianę.

(...) Noël zamknął się w toalecie i puścił wodę do wanny. Najpierw sprawdził, czy spała. – Woda spała, no tak.

Noga Viry była już praktycznie sprawna. Wciąż bolała, ale babcia Colette niedawno zdjęła szwy, gdyż rany się zagoiły. – Ale… ile czasu minęło, odkąd ta rana się otworzyła i była na nowo szyta? Kilka dni zaledwie, bo Vira zdążyła zachorować. Naprawdę sądzisz, że szwy zdejmuje się po kilku dniach i jest blizna, i już wszystko okej? Jeżeli Vira to okaz zdrowia z super-mega-krzepliwością, to to byłby co najmniej tydzień wstępnego gojenia, a i to wątpliwe. Dwa tygodnie na wyciągnięcie szwów, a miesiąc, by ranę można było nazwać blizną...  Biorąc pod uwagę, że dziewczyna jest w słabej kondycji, chudnie, wymiotuje i jest bardzo osłabiona przez chorobę, to rany absolutnie nie powinny goić się na niej jak na psie. Organizm ludzki po prostu tak nie działa. A jeżeli spieszyło ci się do rozwiązania fabularnego, to nie musiałaś aż tak katować bohaterki.

Nie rozumiem też, dlaczego w tydzień podkreślasz, że Vira schudła tak bardzo, że aż widać jej było żebra. Wątpię, że to możliwe, nawet przy skrajnym wyczerpaniu. Dlaczego? Wcześniej pisałaś, że nigdy nie miała niedowagi (*wink wink*), wyglądała zdrowo i lubiła sobie pojeść, więc podejrzewam, że miała jakieś zapasy tłuszczyku w postaci chociażby boczków tu i ówdzie – tak ją sobie przynajmniej wyobrażałam. Organizm najpierw zszedłby z tych zapasów, ale w kilka dni nie zredukowałby wagi aż tak, by pokazały się żebra. Nie wiem, jak w skrajnie niebezpiecznym stanie musiałaby być Vira, żeby stracić wagę tak szybko, ale gdyby tak było, to nie ma mowy o szybko gojącej się nodze, energii na wstawanie i zabawę w panią detektyw, na myślenie o pierdołach (relacja Noel-Stella). Po prostu leżałaby i stękałaby – tak to widzę.  
Chyba że skrajna utrata wagi to element fantasy – może zadziałała tu jakaś magia. Nie czuć tego jednak, bardziej wygląda to jak przesada, by podkreślić dramę.
Czy Vira jest głupia? Poszła grzebać Noelowi w rzeczach, bo założyła, że skoro tej szykuje jej kąpiel, to spędzi cały ten czas w łazience? A ile to jest odkręcić kurek, przepraszam? Kilka sekund zaledwie. Noel nie musiał wcale siedzieć i patrzeć, jak woda spływa. Mógłby wyjść po cokolwiek i nie rozumiem, czemu Vira tak po ludzku nie wzięła tego pod uwagę. Na co ona liczyła właściwie? Jej plan zakrawa o mega naiwność. Trzeba było go wysłać po coś do sklepu, rany…
Vira znajduje walizkę na kod, nawet nie zastanawia się, czy ona pasuje do lat pięćdziesiątych, nie jest podekscytowana w żaden sposób, zero odczuć i emocji. Dalej mam rozmowę z Noelem, która też nie grzeszy emocjonalnością. Już nie chodzi mi o to, aby każdy bohater był rozedrgany z przejęcia, ale skoro coś się dzieje, to postaci powinni na to reagować w jakiś sposób, a nie tylko recytować swoje kwestie w dialogu.
Sam temat rozmowy i rozwiązanie fabularne są ciekawe. Nie spodziewałam się, że to podróżnik i tu mnie zaskoczyłaś, ale brakuje mi w tym wszystkim emocji. Jakichkolwiek. I Noel, i Vira są bardzo zdystansowani, a przez to scena jest sucha. Wychodzą na jaw ważne fabularnie fakty, a czyta się o nich, jakby nie miały żadnego znaczenia. Czuję się, jakbym przeczytała, nie wiem, przepis na kurczaka. Naprawdę. I jeszcze to zakończenie sceny – dość nieporadne – Noel mówi o tym, że jest z teraźniejszości, że ma cechy Przeszłości, widzi wspomnienia… A Vira tak po prostu sobie zasypia. Lol.
Aha, no właśnie. I nie sposób przejść obojętnie obok faktu, że Vira do tej pory była dość… ekspresyjna, a tu nawet nie zwróciła uwagę na fakt, że ktoś grzebał w jej wspomnieniach. Wspomnieniach, które nie były jakieś super pozytywne. Vira ma do ukrycia smutną przeszłość i nie rusza ją to, że ktoś odkrył jej tajemnice? Ciężko mi w to uwierzyć.

Po tym, jak Vira usnęła w łóżku Noëla, praktycznie w ogóle się nie budziła. Mamrotała coś przez sen, dawała się poić wodą, czasami nawet nakarmić, ale nie było z nią kontaktu. Po trzech dniach wszyscy zaczęli wariować i panikować, ale Colette na szczęście poczuła, że w końcu może wrócić do teraźniejszości. Miały niewiele czasu, a ona musiała się jeszcze z kimś spotkać… – Znowu wstęp-streszczenie. Jestem na nie. Gdzie ta panika? Gdzie ten faktyczny dramat? Wiesz, ja też bym chciała coś poczuć w trakcie czytania, wczuć się, zacząć być postronnym bohaterem, uczestniczyć w fabule, kibicować bohaterom lub źle im życzyć, czuć cokolwiek w ich kierunku… No ale tak nie jest. Jestem tylko od tego, by przyjmować pewne informacje do wiadomości i je zapamiętywać – nic więcej. Nie dajesz mi nic więcej poza nimi.
Wcześniej Vira i Colette rozmawiały o tym, że Vira ma tylko kilka dni życia i jeżeli jej się nie poprawi, to umrze. Teraz jest z nią gorzej, a panikę przedstawiłaś w streszczeniu. A przecież Colette podobno zaczęła przejmować się koleżanką, żałować jej stanu i tak dalej… Tego kompletnie nie ma w tekście.
Dziwię się też, że Noel nie przyzna się Colette, kim jest i jaka jest jego rola. Przecież łatwiej im byłoby współpracować, może obmyślić jakiś plan, może pomóc Virze, gdyby się przed sobą nie ukrywali. Niby chłopak został przysłany przez GT w tajemnicy, ale sprawy zaczęły wymykać się spod kontroli (a właściwie nigdy nikt tej kontroli chyba nie miał…), nie sądzisz?
No i nie sposób przejśc obojęnie obok uroczego, aczkolwiek zupełnie głupiego komentarza Noela:
Ponieważ pochodzę z waszej teraźniejszości i dostałem zadanie od GT’a. Miałem was chronić, nie zdradzając wam mojej tożsamości. (...) podróżowałbym z Colette. W odróżnieniu od niej potrafię bronić siebie i innych. Chociaż tak strasznie zawiodłem, kiedy zaatakował nas ten foraminis. – Jak tak się na to patrzy, to faktycznie profesjonalista z GT pełną gębą. Nie dość, że nie poradził sobie z foraminis, to jeszcze pozwolił Colette narażać się, pozwalając jej chodzić chociażby do pracy, dodatkowo gdzie był w trakcie wcześniejszych zakupów dziewczyn? Pomijając, że taki z niego tajny agent jak z koziej dupy trąba, skoro ma walizkę na kod 2222 i pozwolił się odkryć komuś takiemu jak Vira...


Wiesz, nieudacznicy w powieściach są spoko, kiedy odgrywają jakąś kompletnie poboczną rolę i są sami w sobie tak charakterystyczni, że czytelnik lubi ich za coś innego niż przydatność fabularna – często jest to poczucie humoru chociażby. Natomiast Noel ani nie jest jakiś specjalnie charakterystyczny (nie ma swoistych cech, jakiejś stylizacji językowej ani nic, poza tym, że jest przystojny i zna angielski), ani nie daje się na tyle polubić, by jego nieudacznictwo było nawet ujmujące i by się je wybaczało.
Dziwię się też, że Vira w żaden sposób nie jest nawet odrobinę żażenowana organizacją. Z tego, co widać, pracują tam same patałachy – jak nie dają sobie ukraść ważnych dokumentów, to nie potrafią wyciąnąć nastolatki z przeszłości. Jak nie wysyłają do niej nieumiejętnych tajniaków, to jeszcze mają w swoich szeregach zupełnie nieprzydatne istoty nieśmiertelne, które są właściwie do niczego. Jak nie dopuszczają, by informacje o nich odkrywały jakieś randomowe dzieciaki, to znowu pozwalają wedrzeć się w ich szeregi komuś, kto ma jakże budzący grozę i szacunek pseudonim… Mroczny Cień. Serio? Przecież to wszystko razem brzmi tak bardzo absurdalnie, że aż mi czasem witki opadają.

Vira była stracona. I to wszystko jej wina. Powinna od razu się z nią cofnąć. – Zaraz… czy Colette właśnie stwierdziła, że mogła się przenieść w każdej chwili? Bo to chyba znaczy w tym kontekście słowo powinna, prawda? W sensie gdyby nie mogła, nie miałaby teraz wyrzutów sumienia… O co chodzi?
Poza tym technicznie ze zdania wynika, że Vira była sama sobie winna, a przecież chodziło ci o Colette.
Piszesz o tym, że Colette płakała, ale nie widać tego, nie czuć, scena jest bez emocji. Nie potrafisz ich pobudzić, nie rozumiem za bardzo dlaczego. Czegoś po prostu brakuje. Może mowy pozornie zależnej, dynamiki, subiektywnej oceny Colette. Do tej pory głównie wykorzystujesz bardzo ładne, poprawne, ale mocno suche zdania narratora wszystkowiedzącego. Scena jest jakby okrąglutka, szczegółowa, a przecież dzieją się rzeczy nagłe, trudne, wręcz mocno stresujące dla Colette. Tego stresu nie ma w tekście. Nie widać, by dziewczyna drżała, gorączkowała się, by coś ją bolało, by nie umiała skupić myśli, przejmowała się, walczyła albo już się poddała – tego po prostu nie ma. Są tylko ładne, ale puste zdania złożone.

Pokój był niewielki, bez okien, z jednolicie szarymi ścianami i podłogą. Zauważyła tylko drewniane schody (...). – Spostrzegawcza ta podłoga, nie ma co…

Dopiero po chwili stosujesz mowę pozornie zależną i robisz to tak:
Minuty boleśnie mijały, a Colette mogła obserwować to, patrząc na zegarek na nadgarstku Aetera, który miał czelność wyjąć książkę i zacząć czytać! – Problem w tym, że Colette przed chwilą podobno myślała o wyrzutach sumienia, płakała i panikowała. Skąd teraz oburzenie? Ta emocja do niej zupełnie nie pasuje. O, a właśnie, wracając do paniki:

Dziewczyna zaczęła panikować. Nigdy nie radziła sobie za dobrze w takich sytuacjach, dlatego też nie potrafiła przejść nawet przez najprostsze lekcje samoobrony. – Dwie kwestie. Pierwsza: kiedy się panikuje, nie myśli się o tym, że kursy samoobrony kiedyś źle szły. To brzmi jak ironia. Panika polega na czymś zupełnie innym, na pewno nie na ironizowaniu. Druga rzecz: na kursach samoobrony raczej nie uczą, jak uwolnić się, będąc związaną. To raczej nauki o tym, jak nie doprowadzić do związania, ale Colette dostała po prostu w głowę z zaskoczenia, więc właściwie nic nie mogła z tym zrobić.

Stella rzuciła się na niego, chwytając go za nogi. Upadł, niestety nie wypuszczając z dłoni broni. – Brzydki rym.
Tak czułam, że Stella tylko udaje głupią. To było bardzo mocno podkreślane w tekście – raz wspominałaś, że potrafi być łebska i tylko gra, innym razem była skrajnie głupią wywłoką. Mam wrażenie, że gdybyś jej charakter wypośrodkowała, to te zmiany nie rzucałyby się w oczy, więc i teraz, w scenie ratunku, jej obecność byłaby ciekawą niespodzianką. Aktualnie nie jest, bo czytelnik domyślał się, że z nią też coś jest nie tak.
Dodatkowo wydaje mi się, że dwie postaci ujawniające swoją tożsamość w jednym rozdziale to o jedna za dużo. Mogłaś to jakoś rozłożyć w tekście, bo teraz dostaję trochę za dużo danych. Nie musisz rozwijać wszystkich wątków jednocześnie, prawda?

Kopniak chłopaka wymierzony w dłoń Aetera, wytrącił mu pistolet, który potoczył się po podłodze. – Po pierwsze: zbędny przecinek. Po drugie: zdanie jest za długie – to jedno z wielu, które zabija dynamizm. Jest ich więcej, a przez to tekst jest poprawny, ale ciężki, akcja nie budzi napięcia. Po trzecie: pistolet nie jest jakąś lekką kulką. To ciężki sprzęt, więc jeżeli upadnie na podłogę, to tylko raz i ewentualnie się po niej przesunie. Na pewno nie będzie się toczyć.

Co do długich zdań postaram się jednak dokładnie, na przykładzie, pokazać, o co mi chodzi. Spójrz, jak wygląda to u ciebie:
– Strzelę do Colette! – wykrzyknął, odwracając się, by w nią wycelować.
Nie zdążył, gdyż Stella rzuciła się na niego, chwytając go za nogi. Upadł, niestety nie wypuszczając z dłoni broni. Kiedy próbował ponownie oddać strzał, oberwał od Noëla, który niepostrzeżenie dostał się do pomieszczenia za Stellą. Kopniak chłopaka wymierzony w dłoń Aetera, wytrącił mu pistolet, który potoczył się po podłodze. Wyglądało na to, że nie był za dobry w walce. Po kilku sekundach szamotaniny, został unieruchomiony przez Stellę i Noëla.

A jak ja bym to rozegrała?
– Zastrzelę ją! – wykrzyknął i odwrócił się do Colette.
Stella rzuciła się i złapała go za nogi. Upadł, wciąż trzymając pistolet. Poprawił palec na spuście i wycelował, gdy jednym okiem dostrzegł Noela. Poczuł twardą podeszwę buta na dłoni i wypuścił broń, zaczęła się szamotanina. Nie trwała jedna długo – Aeter skończył związany.
To tylko przykład, ale widzisz różnicę? Żadnych zdań wielokrotnie złożonych, określeń czasu, przysłówków, wtrąceń i dopowiedzeń. Żadnych ocen sytuacji! – Narrator wszystkowiedzący nie stoi po niczyjej stronie, pamiętaj. Niestety nie wchodzi w grę, to powinien pomyśleć czytelnik: o kurde, szkoda, że się nie udało!. To nie jest rola narratora, by wymuszać emocje. Bo jest kolosalna różnica między wymuszaniem a pozwalaniem na wnioski.
Swoją drogą Aeter to kolejna postać-nieudacznik. No proszę cię… Ta walka, nawet rozpisana dynamicznie, zdaniami krótkimi i bez zbędnych dupereli, sama w sobie jest po prostu mało atrakcyjna. Poczytaj trochę powieści sensacyjnych, nie wiem, kryminałów. Cobena, Browna, MacLeana czy Fleminga.

– Jesteś szalona, że tak po prostu tutaj zeszłaś – mruknął Miratte, zastanawiając się chyba, czy najpierw pozbawić go przytomności i dopiero potem związać. – Chyba? Pamiętasz jeszcze, że masz narratora wszystkowiedzącego, prawda? Ta nazwa zobowiązuje…

Aeter wciąż szarpał się, plując na nich i przeklinając. – Totalna papierówka. Bohaterowie go nie zakneblowali ani nic, więc czemu nie słychać tych przekleństw? Czemu bohater stał się nagle tłem, i to jeszcze takim słabiutkim?

Colette obudziła się i zdała sobie sprawę, że była związana. Zaczęła się szarpać. – Jak to obudziła się? To co ona, przespała całą akcję? Krzyki, szarpaninę i tak dalej?? Niewiarygodne… Dwie główne bohaterki zasypiające w kluczowym momencie fabuły… Nawet nie wiem, jak to skomentować.
Aha, okej. Po chwili się okazuje, że ktoś zmodyfikował bohaterom pamięć. To wiele wyjaśnia. Fajnie, jednak trochę dziwnie wprowadzony motyw. Jakby Colette nie mogła po prostu – tak jak Noel i Stella – po prostu nic nie pamiętać, nie tracąc przytomności.  

Musisz lecieć do Viry, przywieźliśmy ją samochodem, który Stella ukradła jednemu ze swoich chłopaków i wracać do teraźniejszości. – Czyli okazuje się, że Colette mogła wrócić w każdej chwili? Skoro ma to zrobić tak o, teraz, nagle? Dlaczego więc nie zrobiła tego wcześniej? Nic nie rozumiem…

– Tak. Jestem Przeszłością, a Stella Teraźniejszością. Nie mamy czasu ci tego teraz tłumaczyć. Pogadamy w naszych czasach… – No to Vira pewnie jest Przyszłością, skoro brakuje jej do kompletu w scenie, a antagoniści nagle polują akurat na tę bohaterkę…
Nagle do pomieszczenia wchodzi prawdziwa Immor i mówi, że Colette jednak nie może wrócić, ale ona zaraz jej pomoże. Lol. Dlaczego nie pofatygowała się wcześniej? Czemu nagle tu przyszła? Co to za imperatyw?
Update: niżej okazuje się, że Colette, aby wrócić, musiała się odblokować. To trochę dziwne, że członkowie wielkiej organizacji nie mają wpływu na podróżników ani ich podróże – posiadają w swoich szeregach nadludzkie istoty mające umiejętność wpływania na czyjeś wspomnienia, ale nie mogą przysyłać/odsyłać ludzi – w takim razie nie mają szans w pełni kontrolować podróże, to jedynie (wydawać by się mogło) władza pozorna. Noel i Stella przenieśli się w czasie, dlaczego to oni po prostu nie mogli zabrać ze sobą dziewczyn? Naprawdę ciężko mi zrozumieć pojęcie blokady. Na jakiej zasadzie działa ta blokada? Naprawdę nie da się jej niczym zdjąć? Nikt nie ma na nią żadnego wpływu?
Dziwny wydaje mi się płacz Colette. Rozumiem, że zaczęła się przywiązywać do Viry, ale to stwierdzenie też miało miejsce dopiero w tym rozdziale! Ledwo Vira przestała jej przeszkadzać, być obojętna i tak dalej i już Colette płacze? Sądziłam, że się zasmuci, westchnie, ale jako podróżnik pogodzi z sytuacją – w końcu to nie są jej pierwsze doświadczenia z podróżowaniem, wcześniej pisała w pamiętniku o rezygnacji z uczuć do Urbiego. Na tym tle jej obecna reakcja wydaje się przesadzona, nielogiczna, zbyt emocjonalna. Bohaterka się nie rozwija w tekście, po prostu raz jest taka, by w następnym rozdziale od razu być inna.

Pod powiekami zobaczyła wybuch jasnego światła i po chwili zniknęły. – Ze zdania wynika, że zniknęły powieki, a nie dziewczyny.

Tylko wyjaśnij mi, dlaczego. – Przecinek zbędny.

Podoba mi się zmiana przyszłości, jeżeli chodzi o scenę z Urbim. A podobno zmiany nie są możliwe, zapowiedziałaś, że efekt motyla nie istnieje w twoim uniwersum. Tutaj jednak zmiana miała miejsce w przyszłości i to ona miała znaczenie na przeszłość. Naprawdę ciekawe rozwiązanie, którego się nie spodziewałam.

CZAS: 14
Kolejny rozdział zaczynasz od określenia wieku Amity. Naprawdę? Najpierw Vira, potem Noel w jej wspomnieniach, teraz znowu Colette… To się zaczyna robić śmieszne, jak bardzo wszyscy tutaj zwracają uwagę na cyferki. Po cyferkach przyszła kolej na oczy, włosy i ubranie. Typowe.
Amita Morin zdradza, że w sumie to nie powinna zdradzać tożsamości innych podróżników, ale jednak to robi, bo ma ich zgody na piśmie. Przypomina mi to Rebeccę i jej rozmowę z Urbim.

Dzięki Stelli odnaleźliśmy Thérese Solo w Paryżu w 1951 roku. – Jak? Stella ma moc czytania w myślach. Jak czytanie w myślach i – przede wszystkim: komu – pozwoliło odnaleźć randomową kobietę w wielkim mieście?

Uśmiech Urbinusa stał się odrobinę bardziej prawdziwy. Chciał już coś odpowiedzieć, gdy odezwała się Vira.

– Ty niestety nie zdobędziesz przyjaciółki, a ty – Wskazała [małą literą] widelcem, na który nadziała pomidorka koktajlowego, na Urbiego – dasz mi spokój. Nie potrzebuję stalkera. – Konstrukcja z podwójnym na źle brzmi. Może: wskazała na Urbiego widelcem z nabitym pomidorkiem koktajlowym. Co sądzisz?

Skoro Amita urodziła się dopiero wczoraj, skąd wiedziała, że biuro będzie w tym momencie puste? To by oznaczało, że kiedyś przenosiła się już do tych czasów, ale przecież prawo GT jasno mówi, że to niemożliwe. Więc skąd?
Kolejna rzecz świadcząca o tym, że w GT pracują patałachy – nikt nie zwrócił uwagi na to, że ktoś własnie odbył podróż na terenie organizacji, ba, dziewczyny zdążyły się wymknąć. Żadnych kamer, ochrony, pracowników… Patologia.
Scenę wyjścia, która mogła być naprawdę ciekawa, ograniczyłaś do zdania: Musiały się odrobinę przekradać, ale udało im się wyjść, niezauważone przez nikogo. Kolejne rozczarowanie, chociaż muszę przyznać, że w tym rozdziale jest ich niewiele.
Jedno z Praw GT mówi, że zmiany dokonane w przeszłości nie będą miały wpływu na przyszłośc. Ale Amita kupiła komiksy za grosze i przetransportowała je w przyszłość. To już jest zmiana – Amita stanie się posiadaczką komiksów, będzie mogła je mieć na półce albo sprzedać, chwalić się nimi – zmiany, zmiany, zmiany. Masz dziurę fabularną – albo prawo kłamie, albo nie wzięłaś pod uwagi definicji zmiany. Na dodatek próby ingerencji na przyszłość są podobno zabronione – Amita grubo ryzykuje, a nie wiem, czy będąc pracownikiem, powinna. Chociaż właściwie najciemniej jest pod latarnią – spójrzmy chociażby na naszych polityków…

Dlatego możesz podróżować z Noëlem. On będzie potrafił ciebie ochronić. – Noel, to powinien zostać przynajmniej zawieszony w pracy. No ale jaka organizacja, tacy pracownicy…

Chociaż nie nienawidziła Viry już tak bardzo, to wciąż była o nią zazdrosna. – Nie nienawidziła jej tak bardzo? To brzmi, jakby nienawidziła ją trochę mniej, a przecież ostatnio pisałaś, że płakała, że się martwiła o jej życie, że ją polubiła… Pamiętasz, jak zarzucałam, że Vira ma strasznie okrojony światopogląd – ograniczony jedynie do czerni i bieli, albo kogoś lubi, albo nienawidzi? Colette najwyraźniej też tak ma. To prezentuje się dość słabo.

Colette narzeka na realcję Viry i Urbiego, ale, no kurde, to podróżniczka w czasie! I zna przyszłość, chociażby mniej-więcej. Gdyby naprawdę zależało jej na byciu częścią zespołu, wymyśliłaby jakiś plan, w końcu od pojawienia się Viry w szkole aż do podróży w czasie minęło całkiem sporo czasu, miała możliwości działania. Tym bardziej że w latach pięćdziesiątych nieźle poznała Virę, jej słabości, jej charakter. Na dobrą sprawę może wystarczyłoby zabrać ją na jakieś jej ulubione żarcie albo zagadać do niej o zdjęcia, pozwolić sfotografować swoje oczy… Colette ma asa w rękawie i nawet nie myśli o tym, by go wykorzystać, mimo że wie mniej-więcej, co Vira będzie robić przez cały tydzień. To trochę tak, jakby jakiś malarz wylał farbki do zlewu i zastanawiał się, czym może namalować obraz.
Czasami mam wrażenie, że twoi bohaterowie po prostu nie myślą. I byłoby to okej w przypadku Colette, gdyby ona faktycznie nie chciała się spoufalać z Virą, nie czułaby potrzeby czy coś, ale przecież biadoli w narracji, że plany, by stać się bardziej społeczną, spełzły na niczym. No sorry, Colette, z pustego nawet Salomon nie naleje. Aby uzyskać jakiś efekt, trzeba ruszyć tyłek i przynajmniej próbować coś zrobić, a nie tylko jęczeć, że się nie da.
Żałuję, że Colette jest taka nieogarnięta, bo akurat ta cecha poniekąd w różnych sytuacjach dotyka każdego z twoich bohaterów. Być może Colette na początku historii mogła być bierna i biadolić, chować się za toną książek, ale po takiej przygodzie, jaką pozwoliłaś jej przeżyć, mogłaby już się trochę rozwinąć i zacząć jednak być postacią bardziej aktywną niż pasywną i nudzić.
Na szczęście pod koniec sceny Colette wpada na jakiś pomysł. Ciekawi mnie, co wymyśli, a jednocześnie trochę psioczę, że działa tak późno.
O, Kaki wróciła. Znów jako postać, która nie bierze udziału w historii, a jedynie jako ledwo wspomnienie. Zastanawiam się tylko, po co mi taka bohaterka, która nic nie wnosi do powieści?
Zakładam, że wiadomość wysłał Noel, albo ewentualnie Aeter, by kontynuować to, co zaczął w przeszłości. Jeden z dwóch, tak sądzę.

– W sumie to było sześćdziesiąt cztery lata temu. Tak tylko przypominam. – Noël zmaterializował się przy ich stoliku, przynosząc trzy kawy. – Ale że tak serio się zmaterializował czy to tylko metafora? W fantasy o podróżach w czasie musisz roztropniej dobierać słownictwo.

Noel zagaduje dziewczyny, by nie rezygnować z Viry. Cokolwiek ma to znaczyć, wydaje mi się, że kolejna osoba działająca za plecami organizacji i naruszająca prawa GT to zdecydowanie za dużo, a przynajmniej za dużo w tak krótkim odstępie czasowym. Naprawdę po zapowiedzi, po zakładce i po pierwszych rozdziałach miałam nadzieję, że GT to organizacja budząca respekt, której się nie ignoruje. A jest zupełnie odwrotnie. Nie da się jej brać na poważnie.

Ostatnio poprosiła Virę o to, żeby zrobiła zdjęcie jej oczu. Dziewczyna jak zwykle była wredna, ale powiedziała, że się nad tym zastanowi. Może to coś zmieni? – No brawo, jest progres. Tylko dlaczego nie przedstawiłaś tego sceną? Znowu zaczynasz iść na łatwiznę.

CZAS: 15
Pisałaś o tym, że bohaterowie ledwo widzieli siebie nawzajem, a jedynym źródłem światła było niewielkie rozetowe okno. Ale przebranie się, upięcie włosów i tak dalej nie było żadnym problemem, dziewczyny poradziły sobie w zaledwie kilka minut. Pojawiło się też oburzenie, że jak to tak można przebierać się przy chłopaku, ale przecież ten chłopak też ledwo wszystko widział. No i naprawdę wystarczyłoby, że się odwróci… Ta drama jakby trochę nad wyrost.
W ogóle po co podróżnicy zmieniają bieliznę? Serio, planują się rozbierać w przeszłości? Nie wystarczyłoby zmienić tylko części wierzchniej?
Haha, dziewczyny przebierały się przy Noelu, a gdy skończyły i przyszedł czas na niego, to kazał im wyjść. Hipokryzja level hard, a żadna z bohaterek nawet nie zareagowała.

Odkryliśmy, że organizacja nie zawsze jest z nami, podróżnikami w czasie, szczera. Za bardzo nas kontrolują, okłamują. – Mhm, tak kontrolują, że wcale. Noel swoje, organizacja swoje, a sceny i opisy jeszcze coś innego.

To nie był pierwszy raz, gdy Stella użyła kolokwializmu, który zupełnie do niej nie pasował. Mogłoby się wydawać, że tak piękna dziewczyna powinna posiadać bogate słownictwo, jednak Valery… łamała więcej niż jeden schemat. – Chodziło o paszczura czy przekichanie? A w ogóle nie powiem, by Valery zachwycała językiem, odkąd ją poznałam. Już w latach pięćdziesiątych mocno się wyróżniała w tej kwestii. Jeżeli narrator albo Colette dopiero teraz zwrócili na to uwagę, no to naprawdę gratuluję zapłonu.

– I co takiego robicie, by go pokonać? – spytała zamiast tego. Naprawdę ją to zainteresowało, chociaż także zaniepokoiło. Nie wiedziała, czy chciała brać w tym udział. – Mówisz o zaniepokojeniu, ale poza ekspozycją nie ma go w tekście.

Kolejna na pierwszy rzut oka absurdalna scena: Noel i Stella podchodzą do jakiejś obcej kobiety, mówią jej, że są podróżnikami w czasie i chcą z nią porozmawiać. Kobieta nie jest sama, ale oddala towarzyszące jej dziewczyny i idzie pogadać. Właśnie w tym momencie coś do mnie dotarło. Wiesz co?


Że to opowiadanie jest takie… banalnie proste. Tak naprawdę jedyną trzymającą w napięciu sceną był atak dziurawca. Reszta jest po prostu sielankowa, że aż miło. Bohaterowie nie natrafiają na żadne przeszkody, nie muszą się w niczym starać. Przykłady? Mam ich na pęczki, o, pierwszy z brzegu: Amita i Colette wymykają się z organizacji i nikt ich nie widzi, a Noel walczy z Aeterem przez dwa zdania i wygrywa zupełnie bez problemu. Wprawdzie Urbi natrafił przy rozszyfrowaniu dziennika na przeszkodę w postaci brata Viry, ale zaraz natrafił też na Rebeccę i czytelnik nie odczuł w żaden sposób muru, z którym chłopak się zmierzył. Jeżeli pojawia się problem, rozwiązujesz go od razu, a bohaterowie cały czas mają z górki. Fajnie jest wtedy, gdy przeszkody się piętrzą, wtedy postaci muszą się bardziej starać, szybciej rozwijać, aby przeskakiwać coraz wyższe poprzeczki. U ciebie tak nie jest. Niby Mroczny Cień się pałęta i jest bardzo niebezpieczny, ale Noel i Stella są tak sielankowi, że nic, tylko gonić motylki. I teraz też: gdy trzeba porozmawiać z kobietą, to nie bierze się jej sposobem, nikt nie bawi się w podchody, nie ma planu… Po prostu bohaterowie podchodzą, mówią jej, kim są, zdradzają swoją tajemnicę i kobita od razu im wierzy i zbiera jej się na zeznania, okazuje się miła, sympatyczna i chętna do rozmowy.
Okazuje się też, że babka również jest podróżniczką, a Stella i Noel łamią kolejne prawo GT. Nie wiem, skąd mają pewność, że podróżniczka nie jest powiązana z Mrocznym Cieniem i czy właśnie nie podpisują na siebie wyroku, no ale zobaczmy, co dalej z tego wyniknie.
Nowa bohaterka jest bardzo wylewna… Od razu zdradza, że zniszczyła życie narzeczonemu i tak dalej. Mam wrażenie, że każdy z twoich charakterów jest w tym opowiadaniu poniekąd taki sam – no może poza Aeterem – po prostu miły. A generalizowanie przecież nie jest dobre dla fabuły.
Okazuje się, że Noel i Stella poszukują podróżników i poznają ich cechy. I czterdziestu ze stu już się zdradziło! Oni też zwykle nie mają nic przeciwko łamaniu praw GT? Żadnej obawy? To kolejny dowód, jaki podróżnicy mają do GT szacunek. No, czyli żaden.
Swoją drogą po co organizacji Prawa GT, których nikt nie przestrzega i nikt też nie sprawdza, czy są przestrzegane? Sądziłam, że organizacja będzie takim trochę Ministerstwem Magii – kiedy nieletni używał magii, namiar od razu go zdradzał i urząd działał błyskawicznie. Ministerstwo Magii od razu wzbudza jakieś emocje – jakąś obawę, stateczność i przede wszystkim autorytet, poważanie, coś w tym stylu. Tego brakuje GT. GT wypada w porównaniu strasznie amatorsko, wręcz błazeńsko.

Colette niepokoi się tym, co usłyszała, ale przechodzi jej w kolejnym zdaniu. Wydaje się to tak liche, że aż nie warto w sumie było wspominać o tym niepokoju. Jeżeli już wprowadzasz coś do historii, niech to potrwa chociaż chwilę.

– Dzięki temu, że Stella czyta w myślach, zawsze wie, że spotkała podróżnika w czasie. – A jeżeli podróżnik aktualnie nie myśli o podróżach, tylko, nie wiem, że chce zjeść pierogi, to co? Jak go wtedy poznają? Spójrz:
– Jestem Teraźniejszością. (...) Poznaję tylko teraźniejsze myśli człowieka. To, o czym myśli w danej chwili. – Nie sądzisz więc, że chodzenie za kimś i czytanie jego myśli z nadzieją, że ktoś akurat myśli o podróżach, jest trochę słabym pomysłem? A jeżeli Stella napotka jakiegoś fanatyka-fantastę, który będzie sobie tylko gdybał, to co? Też podejdzie do niego i powie: witaj, podróżniku?
Mam wrażenie, że od samego początku źle podchodzę do tej historii, ale już za późno, by zmienić o niej zdanie. Od początku traktowałam poważnie to fantasy, sugerowałam się czymś na wzór kryminału, a to naprawdę grubymi nićmi szyta komedia.

nie chorowanie – łącznie.

Zobaczyła tyle bólu i zniechęcenia w oczach chłopaka, choć na ustach wciąż tkwił delikatny uśmiech. Wzruszył ramionami. – Coraz rzadziej, ale nadal. Chyba pobijasz rekordy.

Końcowa scena Viry i Urbiergo bardzo przyjemna, ujęło mnie chrupanie ciasteczka. <3
Fajnie, bo dopiero teraz tak naprawdę widać to, czego brakło w pierwszych rozdziałach – rozwój przyjaźni jest ukazany w scenie, nie było tu miejsca na nic nie wnoszące streszczenia lub same opisy.
Podoba mi się też kontrast między Virą sprzed podróży, gdy była zołzą i bardziej interesowała żabką niż problemami Urbiego, a tą Virą z teraz, która nawet trochę o sobie opowiada i zachowuje się w końcu jak normalny człowiek w relacjach międzyludzkich, a nie pretensjonalne dziewuszysko. Nie zmienię jednak zdania o tym, że tamto dziewuszysko nie było dobrze prowadzone – nadal uważam, że Vira za bardzo angażowała się w przyjaźń, mimo że na każdym kroku zaznaczała nachalnie coś innego. Gdybyś tam bardziej postawiła na tę zołzowatość, reputację samotnej fotografki i faktyczny brak zainteresowania relacją Urbi-Colette, wtedy kontrast teraz byłby jeszcze bardziej widoczny i miałby większy sens.

CZAS: 16
Zazwyczaj wystarczyło, jak cofała się na godzinę, może dwie raz na tydzień. Jeśli to było za mało, czuła wtedy, że powinna jeszcze na trochę się przenieść w przeszłość. – Na tym etapie opowiadania nadal nie zdaję sobie za bardzo sprawy z tego, po co podróżnicy cofają się w czasie. Wiem tyle, że gdyby tego nie robili, to chorowaliby, ale czy istnieje jakiś odgórny cel podróży? Czy np. GT rozdaje zlecenia, co powinni robić podróżnicy w innych czasach? Bo z tego co widzę, to tak nie jest – każdy podróżnik tak właściwie robi, co chce, byle się cofnąć. Dalej dowiaduję się, że Colette do podróży brała sobie książki i czytała. Niby gdzieś tam wspominałaś o miesięcznych raportach, więc co? Pisała w nich: szesnastego sierpnia cofnęłam się do Brytanii o dwieście lat i przeczytałam „Emmę” Jane Austen? To samo w sobie jest dość groteskowe, nie sądzisz? Czuję w tej kwestii mocny niedosyt, no bo przecież dałoby się podróże podpiąć pod coś bardziej eksyctującego dla czytelnika.

– Przecież ci mówiłam, że to lista cech, skarbie. Po prostu Noël jak zwykle przesadził z zaszyfrowaniem informacji. (...) Noël zna kilka języków. Do szyfrowania stosuje te, w których pismo jest takie właśnie – Stella zastanowiła się przez chwilę – rysunkowe. – Fest szyfr. Wystarczyłoby ustawić klawiaturę na arabską i przepisać tekst do Google Tłumacza. I to ma być członek GT? Inteligentny podróżnik w czasie? Dobre sobie.

– Jak twoim zdaniem Colette ma to odczytać?
– To alfabet arabski – wymamrotał Noël i chwycił kartkę. Nerwowym ruchem przeczesał włosy. – Zamierzałem dać jej słownik. To wcale nie jest trudne. – Więc po jakiego grzyba w ogóle to szyfrować?? Może od razu napisz to po angielsku albo francusku, po co ta durna zabawa?

Może jednak tym razem przetłumaczę to na francuski. Daj mi sekundkę. Macie coś do pisania?


Gabsone, wybacz, ale muszę przyznać, że dawno żadna historia mnie tak bardzo nie frustrowała trywialnością, jak twoja. Po co wprowadzasz sceny, które nic nie wnoszą? Równie dobrze mogłaś po prostu to ominąć i zacząć od tego, że Colette dostała po prostu rozpiskę cech. A jeżeli chcesz mieć szyfr, bo przecież tajemnice i w ogóle, to niech rozwikłanie go będzie chociaż trochę wymagające i ciekawe jednocześnie.

Stella jako pierwsza odnalazła długopis na dnie torebki – Colette jak zwykle była zbyt powolna. – Wciąż działasz ekspozycyjnie i wysuwasz za mnie wnioski, zmuszając mnie do swoich. Sama mogłabym zauważyć, że Colette jak zwykle sobie z czymś nie poradziła, bo już ją trochę znam i pamiętam, jak się ślimaczyła chociażby w nowej pracy. No ale nie dajesz mi wnioskować. Czuję się trochę tym zażenowana.

– Nie nadążam za wami. Już się nie kłócicie? – zapytała Lacroix, nie mogąc się powstrzymać. – Mnie to też strasznie drażni. Wprowadzasz jakiś wątek, by trwał dwa zdania i go kończysz. To w żaden sposób nie buduje napięcia, atmosfery, fabuła staje się przez to miałka i banalna, trochę nawet cukierkowa. Jak już pisałam – większość sytuacji, z którymi mierzą się bohaterowie, nie jest w żaden sposób problematyczna, nie potrafisz stawiać im poprzeczek, aby się wysilili, więc głównie przez to opowiadanie jest na dłuższą metę nużące.

– On jest dla mnie jak brat. (...)
– Kim jest Luigi? – odważyła się spytać Colette.
– Moim przyjacielem. – Nie sądzisz, że to dość głupie pytanie ze strony Colette? Wiedziała już, że Luigi jest jak brat dla Stelli. Stella nie musiała się powtarzać.

Miał powoli dość manewrowania między dziewczynami. Posiadał liczne grono znajomych, jednak to im poświęcał najwięcej czasu. – Nadal tylko opisujesz, że Urbi ma liczne grono znajomych i dziewczyny na niego lecą, ale ani razu nie dostałam takiej sceny. To wciąż tylko puste słowa. Urbi w twoim opowiadaniu jest tak samo samotny jak Colette, a nawet i bardziej – ma tylko Virę, Col i Zacha, kiedy ta druga zaprzyjaźniła się jeszcze z Noelem i Stellą.

Urządziłam sobie u nich ciemnię, bo w akademii Mirandel oczywiście nie ma. – To dość dziwne tak nazywać swoją szkołą pełną nazwą w rozmowie ze znajomymi, będąc we właśnie tej szkole. Tak, jakbym ja mówiła kolegom z klasy, że chodzę na kółko filmowe w Zespole Szkół nr 3 im. Kogoś. Nienaturalnie.

– Ślicznie wyglądasz – powiedział i od razu przeklną[ł] w myślach.

Najpierw piszesz, że Vira zmieniła swoje plany przez Urbiego i zaraz Patrick przyjdzie po walizkę. Po chwili faktycznie Patrick wchdzi, bierze walizkę, Vira mówi mu, że zjawi się w domu wieczorem, a gdy wujek wychodzi, Urbi jest zdziwiony. Gdybyś nie opisała wstępu, byłabym zdziwiona tak samo jak on i doczytałabym wyjaśnienie z dialogu o planach Viry, ale ja już je znałam, więc nic mnie nie zdziwiło. Sama sobie psujesz ten tekst tak, że nie działa on na czytelników.

Nigdy nikogo nie śledziła, ale nie okazało się to trudnym zadaniem. – No oczywiście, bo w tym opowiadaniu nic nie jest wybitnie trudne. Jak mogłabym spodziewać się jakiegoś wysiłku…

Okej, okazuje się, że Colette idzie na cmentarz i zaraz pewnie odbędzie podróż w czasie ze Stellą i Noelem. Mam to tego zastrzeżenia. Wcześniej okazało się, że miesiąc w przeszłości to jakiś tydzień w teraźniejszości (coś w ten deseń), a kilka godzin to w rzeczywistości kilka minut. Colette, Noel i Stella nie znikają na długo, więc dlaczego bohaterka powiedziała Urbiemu, że wyjeżdża, nie będzie miała dla niego czasu przez całe weekendy? Tylko zbudziła tym w nim podejrzenia, a istnieje prawdopodobieństwo, że chłopak nawet by nie zauważył jej nieobecności.

– Czyli poszedł do szkoły o rok później? Jak miał siedem lat.
– A co to ma do rzeczy?
Vira posłała Urbiemu zdziwione spojrzenie. Chłopak wzruszył ramionami.
– W sumie to nic.


To po co o tym pisać?

– Nie. Niech się cieszą swoją randką wśród umarlaków. Zaprosiłabym cię za to na lody. Co ty na to? – spytała, podnoszą się z krawężnika i otrzepując płaszcz. – Czuję, jak właśnie marnuje się potencjał tej sceny. Wiesz, co robię w myśli? Błagam Urbiego i Virę, żeby zostali, żeby coś się wydarzyło, żeby stało się coś intrygującego, ciekawego, co zbuduje napięcie, jakaś scena, która ma sens, która nie jest tylko zapchajdziurą w większości poskładaną z opisów… Nie, proszę, bohaterowie… Proszę, zostańcie…
Scena śledztwa tylko po to, aby odpuścić. No gratuluję.

W tych czasach modna była blada cera, ciemne brwi, czerwone usta i czarne cienie. Podróżnicy w czasie musieli mieć także umiejętność malowania opanowaną do perfekcji. – Tak, bo nigdy nie istnieli ludzie, którzy po prostu się nie malowali. Jacyś, na przykład, biedniejsi, czy coś. Wszyscy ludzie na Ziemi od starożytności jakoś się malują. Mhm. Na pewno.

– Nie ma z nami Stelli, więc nie możemy szukać kolejnych cech. Pomyślmy… Ja osobiście coś bym zjadł. – Wzruszył ramionami. –Co ty na to? – Brak spacji.
Genialny pomysł, by popchnąć fabułę do przodu? Niech bohaterowie coś zjedzą!
Przepraszam za sarkazm, Gabsone, naprawdę musisz mi wybaczyć, ale po prostu po prawie siedemdziesięciu stronach oceny brakuje mi już słów, by wyrazić rozczarowanie.
Przejdę więc może do podsumowania.

Zacznę od techniki, bo z nią miałaś najmniejsze problemy. Błędy są naprawdę zdawkowe – przeważnie to jakieś literówki, pogubione spacje, ewentualnie zapominałaś o przecinku przed niż, gdy dalej w zdaniu pojawiało się orzeczenie. Nie ma co się rozmieniać na drobne, piszesz poprawnie.
Tak naprawdę dwa zarzuty – paskudne mieszanie podmiotów, które za często rozprasza i śmieszy, oraz zapominanie o podmiotach w komentarzach narracyjnych przy dialogach. Te sprawy były dość szeroko opisane na początku oceny i nie będę teraz ponownie poruszać tej kwestii, w ogóle chciałabym, by przy tak obszernej ocenie podsumowanie było raczej zestawieniem i krótkim przypomnieniem, jakie są bolączki tego tekstu.
Gdy już porzucimy technikę, na pierwszy ogień rusza fabuła. I tu się zaczynają schody.
Napiszę to dość delikatnie… Mogło być zdecydowanie lepiej i na to zapowiadało się po pierwszych rozdziałach. Byłam przygotowana na różne techniczne potknięcia, w tym nieszczęsne podmioty, które kompletnie wymknęły ci się spod kontroli, i inne dziwactwa, ale nie byłam gotowa na opowiadanie o podróżowaniu w czasie, którego nie da się brać na poważnie. Nie zapowiedziałaś lekkiej historyjki w zasadzie o mało istotnych kwestiach i luźnym podejściu do fabuły. Na pewno nie byłam gotowa na nudę, bo temat interesował mnie od samego początku, i na pewno nie byłam gotowa na morze absurdu, które się po prostu wylało. Dawno nie czytałam niczego, co miałoby tyle dziursk fabularnych, co jest dość trudne, kiedy tak naprawdę idzie się na łatwiznę i pisze streszczeniami i ekspozycją.
Tak – streszczałaś i eksponowałaś. Opisywałaś, co działo się poza kadrem oraz zmuszałaś mnie do swoich wniosków na wszelkie poruszone tematy. To, co nie było streszczane, a miało miejsce w scenie i było pełnoprawnymi scenami, najczęściej trwało krótko i było wyprane z emocji – taka na przykład walka z Aeterem. Ile trwała? 2 zdania? Dużo lepiej wyglądała scena z atakiem dziurawca (wybacz, nie pamiętam jego nazwy), ale to jest jedna jedyna scena na 16 rozdziałów, która robi wrażenie. Inne wątki kończą się czasami, zanim zdążą się rozkręcić – Colette dostaje szyfr, który rozkodowuje jej kolega dwa akapity później. Urbi na inny szyfr wpada w następnym rozdziale i od razu wie, o co chodzi. Nie ma napięcia, żadnej tajemnicy, rozwijanych w czasie wątków…
Nie, przepraszam. Był jeden wątek, który trwał długo. Niedysponowanie Viry – połowę opowiadania. Niedopuszczalne jest, żeby główna bohaterka przez połowę opowiadania nie robiła praktycznie nic z powodu wielkiej choroby. Jednocześnie ta najbardziej obłożnie chora głodomorka, która w większości tekstu żre i śpi, radzi sobie z potworem lepiej niż fachowi podróżnicy w czasie po szkoleniach. Absurd. Tak samo niedopuszczalne jest, by ta główna bohaterka była totalnie wyprana z uczuć, w żaden sposób nie odnosiła się do sytuacji, w których uczestniczy, a jej narracja nie była w żaden sposób wystylizowana. Naprawdę nie miałam pojęcia, kiedy czytałam tekst z perspektywy Viry, a kiedy narratora wszystkowiedzącego, bo wszystko brzmiało jak wszystkowiedzący.
Właśnie, skoro przy narracji jesteśmy – było poprawnie, ale trochę drętwo, sucho, flegmatycznie. Nie wiem, na ile to wina stylu, którym piszesz, a na ile przegadanych scen i nużącej fabuły – no bo ciężko pisać w sposób porywający streszczenia niczego ważnego. Czasami też nie wiedziałam, z którą narracją mam do czynienia – jeżeli stosowałaś mowę pozornie zależną, no to na pewno błędem były head-hoppingi. Jeżeli natomiast nie miałaś na celu stylizowania scen i podpinania ich pod bohaterów właśnie za pomocą mowy pozornie zależnej, no to niestety też błąd, bo twój narrator nie był obiektywny (używał wyrażeń typu na szczęście/niestety, opisywał swoje wrażenia, nazywając np. bohaterów przystojnymi) i kibicował twoim postaciom, również ujawniał się (bowiem) i zwracał do czytelników raz na ruski rok (wiecie, jak sałatka). To wszystko razem stworzyło mieszankę wybuchową, która nie wygląda dobrze i nie jest klarowna dla czytelnika. Dlatego odsyłam cię tu: [artykuł o narracji]. No, a teraz wracamy do fabuły.
Dłuższa część historii dzieje się w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Na pewno? Bo ja odniosłam wrażenie, że wcale. Pisałam już o tym – dwa elementy składają się na obraz tych czasów i są to myśli Viry o tym, że ludzie nie nosili wtedy dresów, a panie usługiwały klientkom w sklepach. Nie zadałaś sobie najmniejszego trudu, by opisać tamte czasy w jakikolwiek sposób, pomijając oczywiste ubrania i fryzury, na których skupiałaś się za każdym razem, nawet w czasach współczesnych, jakby bez nich tekst nie miał prawa bytu. A przecież wydawałoby się, że czyjś wygląd nie jest aż tak istotny. Wracając jednak do tematu, gdzie opis Paryża z tamtych czasów? Gdzie ciekawostki technologiczne? Kultura, sztuka i tak dalej, nawiązujące również do ówczesnego ustroju politycznego? Gdzie smak tamtejszych potraw nieokraszonych chemią? Gdzie tło historyczne i wspomnienie wojny algierskiej? Nie ma, null, zero. Research nie istnieje.
Twój problem polega na tym, że skupiasz się na duperelach, a naprawdę ważne elementy fabularne kompletnie pomijasz. Skupiasz się na pracy w kawiarni i pracujących tam ludziach, a przecież gdybyś nie przedstawiła mi właściela, to fabuła na niczym by nie straciła. Gdyby Kaki nie istniała – to samo, żadna strata. A wręcz przeciwnie, mogłabyś wykorzystać puste strony na sceny, które faktycznie coś by wniosły.
Inna sprawa, że wrzucasz zajawkę wątku, która daje nadzieję, że coś się rozwinie, a potem temat znika jakby nigdy nic. Tak było chociażby z problemem Therese odnośnie mieszkania z Noelem. Sądziłam, że to będzie wstęp do jakiejś głębszej sceny-konfliktu, ale ty unikasz konfliktu. Stawiasz na sielankę – ładną, ale totalnie niezajmującą.
Twoje postaci są nieinteresujące przynajmniej z trzech powodów. Pierwszy: wszystko im się udaje, fabuła niczego od nich nie wymaga, więc nie muszą się rozwijać. Drugi: nie mają stylizacji językowych (poza Stellą), własnych przemyśleń i każdego z nich narracja prowadzi tak samo flegmatycznie. Trzeci i najważniejszy: to postaci w większej mierze o takich samych lub podobnych cechach charakteru, na dodatek są pasywne. Ich charaktery są do siebie zbliżone, a dopiero poszczególne sceny przedstawiają raz na jakiś czas jakieś elementy, które jednak nie utrzymują się przez całą fabułe, więc postaci nie są też konsekwentne. Tutaj przykładem może być Urbinus, którego wprowadziłaś jako sympatycznego, nieco infantylnego chłopaczka, a typ raz na jakiś czas staje się detektywem wypranym z uczuć, którego informacja o możliwości podróżowania w czasie prawie w ogóle nie ruszyła. Albo inny przykład – Colette, która cały czas jest raczej chłodna, wycofana, a w scenie kulminacyjnej wybucha płaczem na myśl o Virze, o której w następnej scenie pomyśli: nie nienawidzę jej aż tak. To są mocne zgrzyty w charakterach albo właśnie braki konkretnych charakterów.
Chciałabym powiedzieć, że najbardziej polubiłam Noela, ale też nie mogę tego napisać z ręką na sercu, no bo chłopak jest bardzo rozczarowującym podróżnikiem w czasie i niczym nie nadrabia tego minusa. Ewentualnie to, że wykopał pistolet Aeterowi, mogłoby go rehabilitować, ale przecież Aeter to jeszcze większy nieudacznik i lamer. W takich okolicznościach boję się poznać Mrocznego Cienia, bo mam przeczucie, że jego również nie obdarzyłabyś jakąś bystrością. W ogóle jeżeli chodzi o bystrość, jakieś podstawy logicznego myślenia, to mam wrażenie, że większość twoich bohaterów ma z tym problem.
Problem z tym mają też ludzie z GT. Prawa, które utworzyli, nie mają żadnego odzwierciedlenia w tekście, nikt ich nie respektuje, a członków organizacji podróżnicy mają zwyczajnie w nosie. Zresztą nie ma się co dziwić, skoro GT jest urzędem mocno patologicznym, na co dowodów gdzieś wyżej pojawiło się mrowie. Nie da się brać na poważnie takiej organizacji, ludzie powinni się z nich śmiać. Czasami miałam wrażenie, że ten tekst przedstawia pod tym względem jakiś pastisz, może parodię, krzywe zwierciadło. Już sama nazwa antagonisty jest tego przykładem.
Prawa GT też są jakieś takie pokrętne, trudne w odbiorze. Niby mówią, że czegoś się absolutnie nie da, a potem czytam w opowiadaniu, że jednak się da; na przykład niby nie da się zmienić przyszłości, ale Amita wraca z siatą pełną komiksów, które same w sobie są już jakąś zmienną. Albo niby nad podróżnikami czuwają Immor i Horo, a prawda jest taka, że wcale nie – interesują się Colette z opóźnieniem, mimo że dziewczyna jest w prawdziwym niebezpieczeństwie, i wydają się w ogóle niczym nie przejmować. Strasznie rozczarowało mnie to, że niby Colette jest po jakimś szkoleniu w GT, a tak naprawdę nie zna pojęcia światów równoległych, ale za to potrafi zrobić profesjonalny makijaż i tańczyć, bo tego wymagała od niej organizacja. Albo że nie zostało dokładnie wyjaśnione, jak działają w twoim uniwersum linie czasu, a przecież je wprowadziłaś, pisałaś o teorii drzewa. U ciebie podróżnik niby nie może zmienić przyszłości, bo zawsze istnieć będzie jego bieżąca linia czasu i na nią będzie wracał. Okej, tylko w takim razie Amita powinna wtedy wrócić bez komiksów.  Jeżeli wróciła z nimi, trafiła na nową linię czasu, a to by znaczyło, że podróżnicy mogą skakać po różnych liniach – w końcu to wszystko się zamiesza i wyjdzie z tego jakieś nieszczęście. Nie trzeba dużo, skoro GT nad niczym nie panuje, a podróżników jest aż stu i każdy może sobie robić w przeszłości, co chce.
Uprzedzałaś, że to fantasy. A ja naprawdę nie czuję, że właśnie z takim gatunkiem się mierzę – ot, bardziej zwykła młodzieżówka. Fakt, że masz w tekście istoty nadprzyrodzone oraz motyw podróży w czasie, nie rekompensuje wcale niesmaku. Elementów fantasy jest za mało i nie robią one odpowiedniego wrażenia. Podróże w czasie? Niby są, ale po co, skoro nie widać różnicy między czasami dawnymi a współczesnymi. Ogar? Na ćwierć sceny to za mało, by zwrócić uwagę czytelnika. Immor? Zjawiła się tak samo nagle, jak zniknęła i w sumie tyle. Jedynie dziurawiec zrobił jakieś wrażenie. Ale on ginie w tych szesnastu rozdziałach mało konkretnej, beztroskiej, spokojnej akcji i sympatycznych postaci.

Na dzień dzisiejszy? Mocno przeciętny.
Gdybyś nie była tak poprawna, to wlepiłabym słaby (2) i odetchnęła z ulgą, że mam to już z głowy, no ale nie mogę. To byłaby za niska nota, tym bardziej że zaraz wrzucimy ocenkę naprawdę słabego bloga i twój przy nim to naprawdę dobra robota.
Prawda jest taka, że wystarczy, byś przejrzała swoje rozdziały, usunęła niektóre momenty, inne zastąpiła scenami. Zrezygnuj z zapowiadania wątków przed tym, jak faktycznie mają się wydarzyć, postaw na akcję i ogarnij swoich bohaterów, by byli bardziej aktywni i indywidualni, a czytanie da więcej frajdy.
Nie mogę też napisać, że jakoś wybitnie się męczyłam – nie było aż tak źle. Ten blog to takie przeciętne czytadło, które można przełknąć raz, ale raczej się do niego z własnej woli nie wraca. Pewnie za kilka dni albo tygodni imiona postaci wylecą mi z głowy, wątki fabularne też – w tym opowiadaniu nie wydarzyło się nic, co zatrzymałoby mnie na dłużej.
A nijakość czasami jest gorsza od złego.

Za betę dziękuję Elektrowni i Fenoloftaleinie. <3


3 komentarze:

  1. Na wstępie podziękuję za ocenę - widać, że włożyłaś w nią dużo czasu i swojej pracy. Jestem bardzo wdzięczna! :D Specjalnie zgłosiłam się do Ciebie, bo wiedziałam, że nie będziesz niczego owijać w bawełnę, łagodzić, tylko napiszesz mi prawdę. A czułam, że coś jest nie tak z moim opowiadaniem i zdecydowanie potrzebuję pomocy jako autorka.
    Prawa GT'a (co do skrótu, masz rację; będę musiała go zmienić) mają zawierać w sobie nieścisłości i fakty, które siebie wykluczają - by moi bohaterowie doszli do tego, że organizacja tak naprawdę bardziej kontroluje i okłamuje podróżników, niż ich chroni. Niby to jakieś wytłumaczenie, ale chyba za bardzo z tym przekombinowałam. XD
    Wiem, że gubię podmioty. Staram się wyeliminować ten błąd, ale wciąż muszę nad tym popracować. Czytając dalej ocenę, niby te błędy z szykiem były całkiem zabawne, ale bardziej żałosne.
    Wyrzucić streszczenia i dodać sceny, rozumiem. :) Usunąć niepotrzebne opisy postaci, okej. Vira za bardzo ocenia ludzi - nie wiedziałam, też to poprawię.
    Wiem, że bardzo szczegółowo opisuję oczy bohaterów; chciałam pokazać, że to na nie Vira najbardziej zwraca uwagę u nowo poznanych osób.
    Planowałam bardziej szczegółowo komentować poszczególne części oceny, jednak wtedy próbowałabym się bronić, a w sumie zgadzam się z tym, co napisałaś. Ciężko się to czyta, ale taka prawda.
    W wielu momentach poszłam an łatwiznę ze streszczeniami i ekspozycją. Z narracją sama nie wiem, jak to zrobiłam, ale jest źle.
    Krótsze zdania w scenach akcji - także zapamiętam. I postaram się wyeliminować te wszystkie błędy logiczne.
    Dobra. Przede mną do przeczytania już tylko podsumowanie. Sama jestem sobą rozczarowana, serio. Niby tyle planowania, siedzenia, pisania, a jak napisałaś - poszłam na łatwiznę i wszystko zepsułam.
    Dziękuję za wszystkie rady. Biorę się za poprawki i mam nadzieję, że za jakiś czas to opowiadanie będzie lepsze. Jak widać poprawne pisanie to nie wszystko.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej!
      Już odpisuję, przepraszam za opóźnienie.

      „Prawa GT'a mają zawierać w sobie nieścisłości i fakty, które siebie wykluczają - by moi bohaterowie doszli do tego, że organizacja tak naprawdę bardziej kontroluje i okłamuje podróżników, niż ich chroni” – to jest bardzo fajny motyw, naprawdę. I na pewno będzie widoczny, kiedy prawa znikną z zakładki, a zaczną wychodzić w tekście i bohaterowie (a z nimi czytelnik) sami zaczną zauważać te nieścisłości. Wtedy na pewno będzie to miało sens, stanie się ciekawym wątkiem, a nie tylko rozpiską. :)

      „Vira za bardzo ocenia ludzi - nie wiedziałam, też to poprawię”. – Nie musisz poprawiać, jeżeli ocenia Vira. Problem był taki, że ja w większej mierze czułam bardziej narratora wszystkowiedzącego i podejrzewałam go o subiektywizm. Spróbuj może zajrzeć do artykułu o narracji z naszej encyklopedii i może trochę wystylizuj mowę pozornie zależną Viry – niech nabierze charakteru, aby nie brzmiała tak sucho. Wtedy czytelnik pozna, że to ona, a nie wszystkowiedzący. I wtedy jej ocenianie mogłoby zostać, bo bohater ma do niego prawo. Narrator – nie.

      „Wiem, że bardzo szczegółowo opisuję oczy bohaterów; chciałam pokazać, że to na nie Vira najbardziej zwraca uwagę u nowo poznanych osób” – i w opisach innych bohaterów pisanych z perspektywy Viry to jest dobry pomysł. Zaczyna się to robić trochę dziwne, kiedy na oczy, włosy i ubrania uwagę zwracają w jednym akapicie, ciągiem, wszyscy bohaterowie (albo narrator – jak mówiłam, miałam problem z rozpoznaniem). Poza tym same opisy też nie muszą być właśnie jednym akapitem. Podejdź do nich inaczej, wplataj je subtelnie w sceny. To nie jest tak, że opisy są gdzieś obok fabuły – one są jej częścią, wplecione, przemycone dyskretnie, aby zapadały w pamięć, ale jednocześnie nie odrywały od tekstu, nie wstrzymywały akcji.

      „Sama jestem sobą rozczarowana, serio. Niby tyle planowania, siedzenia, pisania, a jak napisałaś - poszłam na łatwiznę i wszystko zepsułam”. – No dobra, nie wszystko. Przecież były momenty, które mi się spodobały i które doceniłam, też o nich pisałam. Więc to nie jest tak, że wszystko jest złe, słabe i tak dalej. Opowiadanie jest do poprawy, czeka cię więcej planowania, siedzenia i pisania, ale potraktuj to jak wyzwanie.

      „(...) mam nadzieję, że za jakiś czas to opowiadanie będzie lepsze. Jak widać poprawne pisanie to nie wszystko”. – Zapraszam po poprawkach też do mnie! Chętnie wrócę do tej historii, gdy ją trochę podrasujesz.

      Dziękuję za komentarz i również pozdrawiam!

      Usuń
    2. Usunęłam już zakładkę. Dziękuję za radę. :)

      Chyba troszkę nie widziałam różnicy między narratorem wszechwiedzącym w rozdziale pisanym z perspektywy bohatera a mową pozornie zależną. Przeczytam artykuł i popracuję nad tym.

      Postaram się od teraz tak traktować opisy. :)

      Wiem, że pisałaś też o pozytywach, które mnie cieszą, ale negatywne aspekty bardziej zabolały. Ale masz rację - teraz czuję się zmotywowana, by zrobić poprawki.

      Pozdrawiam!

      Usuń